Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for the ‘wina na lata’ Category

Bez makijażu

Robert Mielżyński zorganizował pionową degustację słynnego wina Granato Elisabetty Foradori. (Dlaczego inni importerzy nie organizują degustacji pionowych, czyli tego samego wina w kilku rocznikach?). Okazją i pretekstem był film, który już jutro, w niedzielę 28.10 możecie zobaczyć na Kuchnia+ Food Film Fest: Natura, kobiety i wino (reż. Giulia Graglia) opowiada o czterech winiarkach, które poświęciły się naturalnej uprawie winorośli i naturalnemu winiarstwu (oprócz Foradori są to Nicoletta Bocca z piemonckiego San Fereolo, Dora Forsoni z Poderi Sanguineto w Toskanii i Arianna Occhipinti z Sycylii o której lirycznie pisałem tutaj). Film jest mocny i wspaniały; dawno nie widziałem, by ktoś tak osobiście i głęboko mówił o winie. (Obejrzycie go w warszawskim kinie Kultura o 19:30 a bilety ponoć jeszcze są; dodatkowym atutem filmu jest świetne tłumaczenie na polski autorstwa Krzysztofa Staronia).

Elisabetta Foradori

Elisabetta Foradori. © La Repubblica.

Z Elisabettą Foradori łączą mnie zresztą silne związki emocjonalne. Była pierwszą winiarką, jaką opisałem w tekście dla Magazynu Wino, już całe 10 lat temu. A pite wielokrotnie jeszcze z beczki i po zabutelkowaniu Granato 2004 jest jedną z moich prywatnych legend, jednym z 3–4 najlepszych win, jakie piłem w życiu. Poprzeczka oczekiwań zawieszona była bardzo wysoko.

Był to jeden z najbardziej „korzennych” dni degustacyjnych, jakie pamiętam, nic nie pachniało, wszystko smakowało fatalnie, wilgotne jesienne powietrze oblepiało degustatora jak mgła, garbniki były gorzkie, kwasowość kwaśna, owoc wybył na urlop na południową półkulę. A jednak poprzez mleczną mgłę arcydzielność Granato 2004 przezierała jak reflektor moralnego imperatywu. To genialne wino, nawet dzisiaj, gdy nie jest ani młode, ani stare, ani prawdziwie złożone, ani intensywnie owocowe; genialna jest jego absolutna koncentracja, mikronowe ziarno światowej klasy garbników, jedwabista, gładka jak tafla wieczornego jeziora faktura. Tego trzeba spróbować, by uwierzyć.

Foradori Granato

Granato: kolor ciemnej purpury, ale i odległe wspomnienie początków wina gdzieś na Środkowym Wschodzie.

Granato 2006, które w młodości wydawało mi się winem niemal równym 2004, tym razem nie zachwycił. Nie dał rady mgle, może jeszcze nastoletnio się dookreśla, w każdym razie nie miał ani cudowności faktury, ani drobnoziarnistości garbników, wydał się nieco zielony i szorstki. Natomiast dobrą niespodzianką okazał się 2007, który był dość podobny do 2004: bogaty, sycący, skoncentrowany, raczej słodki niż zielony i od starszego brata odstający głównie wiekiem, a nie jakością. To rocznik aktualnie dostępny u Mielżyńskiego za 178,50 zł i zaryzykowałbym stwierdzenie, że warto.

Foradori vertical @Mielżyński

Prosimy o więcej pionowych degustacji!

Natomiast kolejne dwa roczniki, 2008 i 2009, zbiły mnie z tropu. Są ciekawe, ale zupełnie inne od poprzednich. Beczkowe bogactwo i miękkość zastępuje w nich kwasowa ostrość, nuty zielone, naturalistyczna ekspresja „senza trucco”, czyli bez makijażu, jak brzmi oryginalny tytuł filmu Natura, kobiety i wino. Elisabetta Foradori od kilkunastu lat prowadzi uprawę biodynamiczną, od dekady fascynuje się gruzińskimi amforami, w winnicy ma nawet kilka rzędów saperawi i innych kaukaskich dziwów. Do amfor trafiają od 2009 roku dwa Teroldego z pojedynczych winnic, Sgarzon i Morei. (Wkrótce będą dostępne u Mielżyńskiego). Ich ekspresja jest zupełnie inna niż dawnego Granato (w którego skład wchodziły w czasach przedamforowych): mniej ściśnięte, bardziej otwarte, mają uderzające bukiety korzenno-kwiatowe z owymi dziwnymi nutami ceglanej mączki charakterystycznymi dla win czerwonych z amfory. W smaku są o wiele ostrzejsze, kwasowość w nich hasa bez karcącego bata nowej beczki; są fenomenalnie długie. Nie są z pewnością winami gorszymi, ale zupełnie innymi, do których trzeba się przyzwyczaić, podobnie jak miłośnik Mozarta musi zmienić system operacyjny w głowie, gdy po raz pierwszy słucha muzyki dodekafonicznej. Podobnie zaczyna teraz smakować samo Granato.

Nowa przygoda Elisabetty Foradori (o której pisałem już tu) jest fascynująca i zaprowadzi nas tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Nic już nie będzie takie, jak dawniej. Nieco wbrew sobie, pijąc ostatnie łyki beczkowego Granato 2004, poczułem tęsknotę za tym, co bezpowrotnie mija.

(więcej…)

Read Full Post »

Czy relaksowali się Państwo w czasie Świąt? Ja nie myłem okien, nie goniłem dedlajnów, nie jadłem znienawidzonych jajek ani żurku. Zjadłem pyszne gicze jagnięce (tym pyszniejsze, że nie ja musiałem ich doglądać) i otworzyłem wino, na które miałem ochotę, nie bacząc zupełnie na to, czy pasuje do giczy.

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983

Jak to się stało, że to żyje?

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983 przeleżało u mnie dobrych parę lat, czekając na sakramentalną „okazję”. Zdobyłem je na aukcji win jurajskich odbywającej się co luty w ramach Percée du Vin Jaune, święta bardzo dziwacznego wina powstającego w tej najbardziej zapyziałej prowincji francuskiej. „Wino żółte” leżakuje w niedopełnionej beczce sześć lat, jest kompletnie utlenione, ma niezapomniany bukiet orzechów włoskich i smardzów i żyje dwieście lat. Na aukcji można kupić takie z XIX wieku, ale to droga zabawa. Nawet butelki z lat 1970. kosztuje pod 100€. Ja się zaczaiłem na wina czerwone z Jury, które są do niczego niepodobne, urokliwie lekkie i ponoć też długowieczne. Musiałem o flaszkę stoczyć zażarty bój z Alain de Laguichem, właścicielem Château d’Arlay, słynnym producentem z tych stron, który któregoś dnia stwierdził, że czerwone wina jurajskie są najlepsze na świecie i postanowił wykupić wszystko, co jest na rynku. Zgarnął kilkadziesiąt magnum, płacąc za nie trzycyfrowe sumy. W bitewnym szale się zagapił, że pomiędy dwoma żółtymi pojawiło się czerwone Poulsard z 1983 roku, podniosłem numerek, młotek przybił 19€, nie mogłem uwierzyć, wygrałem.

Poulsard to najlżejszy szczep czerwony uprawiany w Jurze (pozostałe to Trousseau i Pinot Noir). Za młodu jest winem w zasadzie różowym, lżejszym od Beaujolais i kwiatowym nieco na podobieństwo piemonckiego Grignolino. Jak to bezcielesne wino może starzeć się 30 lat, oto jest Wielka Tajemnica Wina. Naukowcy wojujący swymi statystykami przeciw biodynamice i perorujący, że terroir nie może wpływać na smak wina niechaj zaproponują jakieś racjonalne wyjaśnienie tego niezbitego faktu. Poulsard 1983 państwa Rolet był nie tylko żywy, lecz w formie wręcz śpiewającej. Zaryzykowałbym, że w lepszej niż 99% burgundów z tegoż rocznika 1983 i pewnie ponad połowa Bordeaux, które ongiś owszem były pyszne, ale teraz smakują jak porto z miodem.

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983 colour

Ceglastobrązowe czy tylko amarantowopomarańczowe?

W nieskomplikowanym bukiecie Poulsarda obok nutki pieprzowej panują swojskie wonie starej piwnicy i piernika podlanego maderą. W smaku madery brak, świeżość jest zdumiewająca. Wino jest soczyste i mineralne; zamknąwszy oczy dałbyś słowo, że smakuje wręcz kwiatowo. Nie jest to i nigdy nie miało być wino wielkie, lecz po 30 latach z bezczelną swobodą zjadło jagnięcą gicz i z wiejskim akcentem barytonowo krzyczy: „jestem!”.

[Zmagania ze starym zramolałym korkiem tej butelki możecie zobaczyć tutaj. A już w sobotę Marek Bieńczyk przedstawi na degustacji jurajskie Pinot Noir Jean-François Ganevata, uważane za równe burgundzkim grands crus.] 

(więcej…)

Read Full Post »

Château Poujeaux 2009
Darczyńcom dziękuję!

Rok 2011 skończy się za parę wystrzałów szampana. Dziękuję wszystkim z Państwa, którzy byli ze mną przez ostatnie miesiące i wiernie lub z rzadka, zgadzając się ze mną lub wręcz przeciwnie, odwiedzali skromny blog o winie.

Na blogu piszę w zasadzie o swoich subiektywnych odczuciach i kontrowersyjnych opiniach, lecz – zwłaszcza dzięki Państwa komentarzom, za które podwójnie dziękuję – udaje się tu niekiedy zdziałać coś w sferze publicznej, jak w sprawie polskiego wina.

Pozdrawiam wszystkich z Państwa, których udało mi się spotkać w realu. Dziękuję za słowa zachęty, solidarności, a także krytyki. Krytykowany krytyk uczy się empatii, a to bezcenna umiejętność.

Szczególnie chcę podziękować pewnej grupie winomanów, z którymi spotykam się co jakiś czas przy kieliszku i którzy w spontanicznym odruchu obdarowali mnie butelką Château Poujeaux 2009. Marzyłem o spróbowaniu tego wina i to marzenie gwiazdkowo się spełniło. Nie rozjaśniło ono co prawda wszystkich moich wątpliwości co do rocznika 2009 w Bordeaux (alkoholu jest dużo, dżemowy Merlot dominuje w zapachu i smaku i naprawdę zastanawiam się, jak te wina się zestarzeją), ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.

A jest to koń podwójnie darowany, gdyż butelkę Château Poujeaux 1987 dostałem bardzo dawno temu od pewnego Jacques’a w pięknym mieście Lyon. Wracając z winobrania w Beaujolais nie miałem co podarować memu gospodarzowi na kilka nocy. Ofiarowałem mu tedy karton Beaujolais, który zbieracze zwyczajowo dostają za swój trud oprócz dniówki. Prawdę mówiąc było to niezwykle podłe wino, o czym najlepiej świadczy fakt, że sam producent go nie pił, a robotnikom serwował zmieszane pół na pół z wodą. Jacques z pewnością to wiedział, lecz w spontanicznym odruchu ofiarował mi w zamian Poujeaux 1987. Było to pierwsze świetne wino, jakie piłem w życiu, a efekt był tak wstrząsający, że jego bukiet czarnej porzeczki wyrył mi się na zawsze w pamięć. Po szesnastu latach jeszcze raz dziękuję Jacques’owi oraz Paulinie, Ince, Karolinie, Łukaszowi, Arkowi i Tomkowi. Udanych bąbelków!

Read Full Post »

Coraz ciekawsze jest życie degustatora nad Wisłą. Dosłownie w chwili ich trafiania na rynek mamy okazję spróbować win Bordeaux z okrzyczanego rocznika 2009. Dlaczego okrzyczanego, pisałem już tu, tu i zwłaszcza tu. 2009 miał być pod każdym względem niezapomniany, „naj”. Na razie „naj” są ceny, absolutnie rekordowe.

Chateau d'Armailhac Pauillac 2009

Jedyne jak na razie wybitne Bordeaux 2009.

Co do smaku, pojawiają się wątpliwości. Już w poprzednim wpisie o niedrogich Bordeaux z Leclerka dzieliłem się z Państwem obawami co do ich przejrzałego owocu, nadmiernego alkoholu i generalnie płaskiego stylu. Na znakomitej degustacji zorganizowanej przez Centrum Wina spróbowałem 15 win tym razem z górnej półki i wątpliwości mam nadal. Gdzie ten cudownie wyrazisty owoc, którym 2009 miał przekonać dotąd nieprzekonanych do Bordeaux? Gdzie ta niesamowita pełnia bez ciężaru, intensywność bez emfazy, rozwiązanie paradoksu tak trudnego do zrównoważenia szczepu Cabernet Sauvignon? Na razie slogany o najlepszym roczniku w historii budzą politowanie.

I nie ma ratunku nawet w Cabernet Sauvignon. Zawierający go 53% Château Latour-Martillac był bardzo słaby i smakował jak smażone powidła z winogron (128 zł). Rozczarował Chevalier de Lascombes (48% Cabernet, 48% Merlot, 114 zł) i Pauillac piątej klasy Château Pédesclaux (50% CS, 121 zł). Bardzo średni jest Château Belgrave, zazwyczaj pewniak i w dodatku nie tak drogi (110 zł). Alkohol jednak ewidentnie wyłazi mu bokami.

Chateau L'Evangile Pomerol 2009

Witamy w krainie przesady.

No właśnie, alkohol. To drugi – obok ceny – rekord rocznika 2009. Tak ciepło Bordeaux jeszcze nigdy nie smakowało. Na degustacji w Centrum Wina pojawiły się dwa wina z niesłychanym w tych rejonach 15% na etykiecie: Fombrauge i L’Évangile. Dwa wina konkursowe, ulubieńce Parkera, robione przez multimilionowe holdingi zadomowione w wysokich ocenach (B. Magrez oraz Rotszyldowie od Lafite’a). Wypada mi zwrócić honor Markowi Bieńczykowi, któremu wyrzucałem wzniecanie paniki przez 15% alk., gdy większość win miała nie dochodzić do 14%. No więc niektóre doszły i do 15. I to na samym finiszu, bo Jean-Marc Quarin, Tim Atkin, Neal Martin dostali próbki tych win z adnotacją 14,5%. Nie pierwszy raz doszło więc do wielkiej ściemy. Najpierw przyznano punkty, ustalono ceny, zainkasowano euro, a potem do kupażu trafiło trochę więcej przejrzałego w afrykańskim słońcu Merlota. Fombrauge smakuje – znów – powidłami, ale i ładną porzeczką i za 121 zł nie jest w sumie złą butelką, choć zasługuje na 86–87 pkt., a nie 91–93, jakie dostał od wujka Boba. L’Évangile na uzasadnienie swojej czekoladowości nie ma nic, bo kosztuje… 1266 zł za butelkę.

Chateau Fombrauge Saint-Emilion Grand Cru 2009

15 wolt to chyba ciut za dużo, doktorze No?

Kilka win wypadło wszak całkiem dobrze. Na pewno polecam ludzki, wyważony i świeży Pessac Château La Garde (110 zł). Niezłą niespodzianką okazał się prosty, ale też całkiem rześki Château Le Boscq z Saint-Estèphe (101 zł to jednak trochę za dużo). W kategorii prostych win do picia w ciągu najbliższych dwóch lat przyzwoitym zakupem jest Château Reysson Haut-Médoc za 64 zł. Uczciwie wyceniony jest Margaux Marquis de Terme (159 zł). No i jedna naprawdę dużej klasy butelka: Château d’Armailhac, czystej krwi Pauillac z jansenistycznym, wstrzemięźliwym nosem i ową niepodrabialną fakturą kredowych garbników w ustach. Tutaj nie ma żadnej opasłości, Cabernet Sauvignon smakuje ziemią i deszczem, wino ma potęgę, ale też i umiar i jest tak bliskie klasyczności, jak się dało w roczniku 2009. Za 196 zł dobry zakup do picia i do trzymania na lata.

A dobra wiadomość jest taka, że tych samych Bordeaux już jutro (piątek 9 XII) w Centrum Wina na ul. Puławskiej 336 w godz. 18–21 może spróbować każdy, kto uiści 100 zł za wstęp (obowiązują rezerwacje, cena biletu odejmowana jest od każdego zamówienia na min. 12 butelek).

(więcej…)

Read Full Post »

Król co roku zwykł spraszać na festyn do zamku. Zaprasza królów i książęta z innych królestw. Do pieczystego leją się najlepsze wina świata, w tym klasyfikowane Bordeaux z nowego rocznika, w tych dniach sprzedawane za swą wagę w złocie. Festyn u króla to być może najwspanialsza impreza degustacyjnego kalendarza (słówko o tej samej imprezie w 2010 i 2009 roku).

Kolejne śniadanie na trawie.

Choć organizuje festyn z wielkoduszności, król ma wielu przeciwników, którzy kwestionują jego panowanie. Wątek ten ciągnie się od lat i opiera na rożnych argumentach. Król miał mieć najwyższe marże we wszechświecie, beznadziejną obsługę klienta, marną kuchnię a jego sukces miał być wymysłem salonu i fanzina.

W sumie 268€ za nieistniejącą butelkę rocznika 2010.

Król sobie z tego polskiego piekiełka mało robił i robił swoje. Rozszerzał ofertę, rozbudowywał sklep i restaurację otworzył filię w Poznaniu, dziś szuka idealnej lokalizacji na kolejne miejsce w Warszawie. Od 2004 roku klientela powoli ewoluowała: miłośników i przyjaciół wina zastępowali ekspaci i celebryci. I jednym, i drugim Robert Mielżyński potrafił jednak zaoferować to, czego pragną. Popularność winiarni na Burakowskiej w Warszawie nie malała. Nie zabił jej ani kryzys, ani zakaz palenia w lokalach, ani konkurencja (o której słówko w tym tekście i komentarzach doń).

Jedna z 40 nowych etykiet w katalogu.

Rok 2011 jest rokiem dużych zmian u Mielżyńskiego. Subtelną zmianą jest rozmnożenie win w najniższych cenach. Przedział <30 zł nie był nigdy mocną stroną tego importera, lecz dziś jest lepiej niż kiedykolwiek. Langwedockie Capucine, portugalskie Vinha da Palha, walenckie Castaño Rosca to fenomenalne w swych cenach propozycje, bijące na głowę wina w analogicznych cenach z marketów. (Do tego tematu wkrótce wrócę). Pojawiło się także sporo propozycji w małych butelkach (m.in. Teroldego Foradori czy Nussberg Alte Reben wiedeńskiego Wieningera) oraz w magnum (m.in. bestsellery – Quinta do Vallado i Lan Crianza czy Château Greysac).

Tom Benns przedstawia wina Bürklin-Wolf.

O wiele ważniejszą sprawą są nowe nazwiska w katalogu. A są naprawdę głośne. Dr. Bürklin-Wolf to przecież jedna z najjaśniejszych niemieckich gwiazd (50 zł za podstawowego Rieslinga, 92 zł za mineralny, surowy Gerümpel 2009, 195 zł za wybitny, choć jeszcze zamknięty Pechstein 2009; wcześniej wina dostępne w katalogu Jung & Lecker). Tesch to mniej medialna winiarnia z Nahe, która wszak ma swoich zagorzałych zwolenników (Königsschield 2009 za 64 zł wydał mi się na razie dość prosty; nie próbowałem Rieslinga i Weissburgundera w litrowych butelkach po 41 zł). Bott-Geyl to prestiżowa posiadłość alzacka; tym nabytkiem Mielżyński wypełnił jedną z boleśniejszych luk w swoim katalogu (Pinot Gris 2007 i Gewurztraminer Les Éléments 2009 były arcytypowe i świetne w swych cenach 70 i 81 zł, a musujące Crémant to jedne z solidniejszych bąbelków za 62 zł); czekam na wypełnienie kolejnej, czyli Beaujolais. Amatorów Dolinu Rodanu zaciekawią wina Delas Frères i Domaine Courbis. Tzw. perełki pojawiły się także ze strony winiarni już dobrze znanych, np. winifikowana w amforach Nosiola Fontanasanta 2009 od Foradori. (Notabene to wino oraz Bürklin-Wolf to jedne z lepszych „win na lata” aktualnie do kupienia dla posiadaczy pociech z rocznika 2009; 15-letnie co najmniej starzenie gwarantowane).

Najbardziej ekscytujący debiut 2011 roku.

Najbardziej jestem jednak poruszony nowy projektem Mielżyńskiego nazwanym All Around Wine. Zgodnie z nazwą znajdziemy tu kieliszki (od tanich Schottów po dizajnerskie Zalto), korkociągi, korki do szampana, wiaderka do lodu (te ostatnie przedmioty w bardzo atrakcyjnych cenach), oliwy, octy, a nawet oprawione ilustracje autorstwa Marii Mielżyńskiej. Najwspanialszym jednak wakacyjnym prezentem jest świetna selekcja porto, sherry i madery. Sam już nie wiem, czy mam większą chęć spróbować Quinta do Vallado Tawny 20-letnie, Vintage z Quinta do Vale Dona Maria (dostępne roczniki 2001, 2003 i 2005 po 210–250 zł), 10-letniego Bual z Henriques & Henriques, starych armaniaków Marka Darroze’a czy może legendarnego amontillado i oloroso z serii Almacenista Lustaua?

Marzę, kocham, śnię...

Porto czy sherry przez wiele lat były w Polsce winami „niesprzedawalnymi” i przyklejały się do półek na wiele sezonów. Nie udawało się przekonać Polaków ani do tanich, ani drogich wersji. Robert Mielżyński daje tym dziwnym, wspaniałym winom osobne miejsce i własne nazwisko. Jeśli nie uda się jemu, to chyba nikomu.

(więcej…)

Read Full Post »

Horyzont Johannesa

Któż nie zna winiarni Selbach-Oster? Ten mozelski arcyklasyk dostarcza solidnej jakości Rieslingów już jedenastemu pokoleniu winomanów. Butelki wysyłane w świat dawniej przez Hansa Selbacha, a obecnie jego syna Johannesa to mozelski wzór metra, szczególnie w wersjach słodkich od codziennych Kabinettów aż po Auslese. Od zawsze należą do win nad Mozelą nie tylko najbardziej pijalnych, ale i najtańszych i zapewne nie jestem odosobniony w fakcie kupowania ich od lat kartonami.

Hans Selbach zmarł w 2005 r. Choć Johannes zarządza winiarnią już od 1993 r., w ostatnich latach obserwuję subtelne, ale wyraźne zmiany na jeszcze lepsze. Proste Rieslingi QbA i Kabinetty mają więcej charakteru; na poziom win słodkich wskoczyły także wytrawne (to akurat zjawisko panmozelskie); wszystkie wina wydają się obecnie bardziej dopracowane i równe. W starych rocznikach – które można tu wciąż kupić za śmiesznie niskie pieniądze – znakomity był co drugi, a reszta pomimo ogólnie wysokiego poziomu bywała zbyt zielona. W zeszłym tygodniu Johannes Selbach otworzył dla mnie Zeltinger Himmelreich Spätlese 1994, Zeltinger Sonnenuhr Riesling Spätlese 1990 i Zeltinger Himmelreich Riesling Auslese 1995 – wybitne było tylko to ostatnie, pierwsze dwa ładnie się zestarzały, ale były zdominowane przez niezbyt dojrzałą kwasowość; nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w ostatnich rocznikach Selbach już sobie nie pozwala na robienie tak niezrównoważonych win.

Wierna klientela, niezmiennie wysokie oceny prasy, ciąg niezwykle udanych roczników (od 1994 nie było nad Mozelą nieudanego sezonu!)… A jednak Johannesowi było mało. Inspiracją do skoku naprzód stały się słowa ojca, który powiedział mu kiedyś: Ciągle mówisz o wierności terroir. A jednak chodzisz do winnicy i kilkakrotnie wybierasz zbotrytyzowane grona. To nie jest żadna ekspresja terroir, tylko twojej koncepcji wina. W poszukiwaniu tej ekspresji Johannes zawędrował w krainę, gdzie stopa mozelskiego winiarza dotąd nie stanęła. Odrzucił fundamentalną zasadę niemieckiego wina – selektywny zbiór – i w 2009 r. zebrał za jednym razem wszystkie rosnące w winnicy grona. Zielone i złote, niedojrzałe, dojrzałe i przejrzałe, zdrowe i zbotrytyzowane pospołu. Wszystkie trafiły do tej samej kadzi i wydały jednego Rieslinga.

Dwie etykiety tego samego wina; tę po lewej władze winiarskie odrzuciły, bo "Schmitt" nie jest zarejestrowaną nazwą parceli i nie może pojawiać się na etykiecie "w sposób sugerujący, iż jest to nazwa winnicy"...!

Polakowi to brzmi znajomo – tak się robi tokaj samorodny, czyli najbardziej „nasze” wino – ale w Niemczech to jest intelektualna rewolucja. Od 50 lat robienie dobrego Rieslinga polegało na ciągłym wybieraniu najlepszych gron i pozostawianiu innych na krzaku. W ten sposób budowało się koncentrację Auslese, BA i TBA, a zbierane na samym końcu sezonu winogrona bez szlachetnej pleśni dawały wina wytrawne i półwytrawne.

Selbach do swojego eksperymentu wybrał trzy najlepsze parcele w obrębie słynnych winnic Zeltinger Schloss i Himmelreich: Schmitt, Anrecht i Roth Lay. Powstały cztery wina – jedno wytrawne i trzy o różnym stopniu słodyczy (coś w rodzaju alternatywnego Spätlese i Auslese). Lecz rejestr smakowy tych win jest niezwykły. W wytrawnym Schmitt 2009 jest dużo minerału i cytryny zwyczajowych w mozelskich trocken, ale też ciało i głębia owocu, jakie Rieslingowi zapewnić może tylko szlachetna pleśń. W słodkim Anrecht jest aż 70 g cukru, a wino smakuje jak półwytrawne, bo dynamiczna kwasowość zielonych gron percepcyjnie zjada prawie cały cukier. W słodkim Schmitt nie ma co się zastanawiać nad poziomem cukru; potężna owocowa materia osadzona jest na skalnym smaku jak krakowski sernik na dobrze wypieczonym spodzie. W ustach te wina wydają się wykute z jednego bloku, bardziej na podobieństwo dobrego Savennières czy wina alzackiego w rodzaju Marcela Deissa aniżeli znanych nam dotąd win mozelskich. Nowe wina Selbacha są żywsze, bardziej napięte od klasycznych (wyższą kwasowość zapewnia im użycie nie do końca dojrzałych gron, które w selektywnym zbiorze zostałyby odrzucone), większą złożoność aromatyczną (grona zielona, złote i zrodzynkowane dają inne aromaty), ale wbrew intuicji są też słodsze i bogatsze: na podobieństwo wzmocnienia akustycznego nuty słodkie są tu subtelnie podkreślone przez świeżość owocu właśnie. Czy to dla Mozeli nowa jutrzenka, którą podążą inni winiarze? W dziedzinie win wytrawnych od starego podejścia „auslesowego” już właściwie całkiem w Niemczech zrezygnowano.

Wina Selbach-Oster kupimy w Polsce w 101win.pl. Na razie dostępny jest rocznik 2007 i 2008, które również usilnie polecam (otwarty wczoraj Himmelreich Kabinett trocken 2007 był świetny). Oby za parę miesięcy trafiły do nas też Selbachowskie „samorodne”.

(więcej…)

Read Full Post »

Róg obfitości

Dwa dni spędzone nad Mozelą w poszukiwaniu dobrych Rieslingów „na lata” minęły szybko i skończyły się dla mnie sporym debetem. Wysoka jakość rocznika 2009 znajdowała potwierdzenie na każdym kroku. Świetny owoc, dobra koncentracja, wyrazista mineralność, a przede wszystkim wspaniale smakowita, w punkt dojrzała, ananasem perfumowana kwasowość sprawiały, ze wina chciało się pić szklankami i kupować wszystko od prostej „litrówki” aż po aukcyjne Auslese.

Numer 1 to u Zillikena zawsze najsłodsze wino: w 2009 r. 360g cukru...

Tych ostatnich nie będzie tak dużo. Pod jednym względem rocznik 2009 nie rozpieścił – szlachetnej pleśni nie było tak dużo i udało się przede wszystkim jej tzw. pierwsze pokolenie, jeszcze z wrześniowych zbiorów. Wybór nie będzie tak duży, butelek będzie mało, a co za tym idzie ceny wyższe niż zwykle. Mistrz rozmaitych microcuvées Hans-Joachim Zilliken znad Saary w tym roku zrobił tylko trzy numery likierowych Rieslingów, w tym niezapomnianie mineralne Auslese Goldkapsel i TBA na poziomie dobrej eszencii. W Selbach–Oster nie będzie przy Auslese 2009 żadnych zwyczajowych gwiazdek, a wspinaczkę na szczyt cukru trzeba zakończyć na Zeltinger Schlossberg Auslese oraz ciekawych winach Schmitt i Roth Lay, produkowanych jak tokajski samorodny.

Genialne Spätlese za 13€.

Na mozelskie aukcje zapraszam 23 i 24 września do Trewiru (za parę złotych można tam spróbować win, które potem pójdą pod młotek po 2000€) – w tym roku będą zresztą wyjątkowo huczne z uwagi na setny jubileusz organizacji VDP.

Win aukcyjnych na razie kupić nie można. To, czego nieoficjalnie próbowałem nad Mozelą było niezapomniane, ale spore emocje i bardzo dobrze wydane pieniądze czekają też w „prostych” Auslese. U Joh. Jos. Christoffela to zaledwie 18,60€ za butelke 750ml, u Fritza Haaga 24€ za Auslese z niekwestionowanego grand cru, jakim jest Brauneberger Juffer-Sonnenuhr. U skromnie wspinającej sie na szczyt rodziny Kneblów nad Dolną Mozelą Auslese robi się jak Beerenauslese, maja ponad 150 g cukru. Za półflaszę tutejszego Röttgen zapłaciłem niecałe 100 zł – to dużo za wino, które może leżakować 30 lat?

Rekordowe wina Kneblów. 90 kg rodzynek na 5 litrów BA!

Lecz najwięcej miejsca w piwnicach radziłbym poświęcić Kabinettom. Te lekkie półsłodkie Rieslingi są w Polsce zdecydowanie zbyt mało uważane. A to wszak największy dar narodu niemieckiego dla świata. Niezwykle pijalne – często mają 7,5–8% alk. – lekkie i soczyste – w tym roku to nie żadne zdeklasowane Spätlese – czarują świetnymi bukietami, a przy tym maja całkiem dobra kwasowo-mineralną strukturę, żeby poleżeć w piwnicy paręnaście lat. W zeszłym tygodniu piłem Johannishof Hölle 1989 i Selbach–Oster 1990 i oba trzymały się nader dobrze, prosząc o kurę w śmietanie, turbota na maśle albo choćby dobrego oscypka. Za te wina zapłacimy śmieszne pieniądze: 10–12€, a niekiedy nawet 8 (na razie zakupy konieczne w Niemczech, bo 2009 jeszcze do nas nie zawitał). Gorąco namawiam, w końcu nie ma nic przyjemniejszego, niż dzielić turbota z własnym dzieckiem.

Read Full Post »

Older Posts »