Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘winnice’ Category

Spędziłem tydzień w Toskanii, intensywne degustacje nowych roczników (650 win) na bieżąco relacjonowałem Państwu na Winicjatywie. Spróbowałem wielu świetnych Chianti, Brunello i białych Vernacci, trafiło mi się kilka butelek poruszających, jak Vernaccia Carato 2002 od Montenidoli, Chianti Classico 2008 Castell’in Villa czy genialne młode Chianti Vigna del Sorbo 2008 od Fontodi. Lecz najciekawsze okazały się wrażenia ogólne.

Castell’in Villa Chianti Classico 2008

Castell’in Villa Chianti Classico 2008.

Wina z Toskanii są coraz lżejsze. Chianti, Brunello, nawet Vino Nobile di Montepulciano tracą barwę, chudną w oczach, bokiem wychodzi im kwas i niewygładzone beczką garbniki; konfitura cofa się do stadium świeżego owocu. Oglądamy jakby w zwolnionym tempie film o ewolucji wina, puszczony do tyłu. Wiele win toskańskich smakuje dziś tak, jakby nigdy nie wymyślono francuskiej baryłki i Parkera. Gdyby ktoś trafił tu po dziesięciu latach przerwy, przeżyłby szok.

Na moim blogu angielskim, gdzie podzieliłem się tą myślą kilka dni temu, padło arcyciekawe pytanie: czy ta zmiana stylu – tak ewidentna, że już nikt jej nie przeczy – jest wynikiem zmiany smaku po stronie konsumentów, czy też jest wymysłem krytyków winiarskich i wpatrzonych w nich producentów? Ta druga możliwość nie jest wykluczona – wszak o ancien régimie spod znaku beczki i ekstraktu często mówiono, że robiony jest pod gust Parkera, Wine Spectatora, Gambero Rosso i innych mediów „opiniotwórczych”.

Castello di Cacchiano Chianti Classico 2007

Castello di Cacchiano Chianti Classico 2007.

Czy zatem winiarze, zdejmując nogę z beczkowego gazu, wsłuchują się bardziej w vox populi, czy vox Dei? Prawda leży gdzieś pośrodku; na wina lżejsze, bardziej eleganckie, świeże na pewno zapanowała obecnie moda, dyskurs o winach bardziej „pijalnych” stał się ideologią miłościwie panującą i doprawdy trudno znaleźć liczącego się krytyka, który domagałby się dziś win potężniejszych i bardziej masywnych. Z drugiej jednak strony nie można zaprzeczyć, że konsumenci też głosują nogami na wina lżejsze. We Włoszech tendencja jest wyraźna: właściciel jednej z najlepszych winotek w Sienie mówił mi, że masywne wina z 14,5% alk. kupują już tylko Amerykanie, typowy winopijca włoski sięga po wina bezbeczkowe, sprawdza dokładnie alkohol na etykiecie, coraz częściej pije do posiłku wina różowe i białe.

Franco Pacenti Brunello di Montalcino 2007

Franco Pacenti Brunello di Montalcino 2007.

W każdym razie wydaje mi się to celniejszym wyjaśnieniem zjawiska, niż śmiała teza Wojciecha Gogolińskiego, wedle której toskańscy winiarze przestali używać nowych beczek, bo… ich nie stać. Zwłaszcza kiedy mówimy o takiej na przykład Querciabelli, gdzie proporcję nowej beczki zmniejszono z 50 do 25%, a przecież ta winiarnia bez trudu sprzedaje na całym świecie swe bardzo drogie wina, a w ogóle należy do multimilionera i beczki wymienia się tu jak żarówki. W dodatku w 2011 roku sprzedaż win toskańskich wzrosła o kilkanaście procent, a ceny hurtowe poszły w górę. Na beczki nie stać być może anonimowych winiarzy w DOCG Chianti, ale przecież stylistyczna rewolucja najbardziej jest widoczna właśnie w drogich winach z prestiżowych winiarni.

Castello di San Sano Chianti Classico 2009

Castello di San Sano Chianti Classico 2009.

Nie ukrywam swej radości z tego faktu. Z kilku względów. Małpowanie win kalifornijskich i bordoskich w Toskanii okazało się ślepą uliczką i przyszły sukces komercyjny tego ważnego regionu w dużej mierzy zależy od tego, czym się wyróżni na tle innych. A tak naprawdę wyróżnia się szczepem Sangiovese i wysoką kwasowością swoich win. Powrót do win mniej beczkowych, bardziej eleganckich, świeżoowocowych pozwala lepiej ukazać typowość Sangiovese. Sangiovese zabeczkowane na amen zbliżało się do zabeczkowanego Tempranillo, Malbeka i Merlota (ten ostatni zresztą w dużej proporcji wpadał do kadzi). Sangiovese niebeczkowe swym smakiem nie przypomina żadnego innego wina na tym świecie. Tendencja do oczyszczania Sangiovese widoczna jest też w kompozycjach: tutaj przytaczałem dane pokazujące, że stanowi on obecnie ponad 92% statystycznego Chianti. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu przepisy wymagały, by było to najwyżej 70%.

Tiezzi Brunello di Montalcino 2007

Tiezzi Brunello di Montalcino 2007.

No i zyskujemy coś jeszcze, czego wcześniej nie mieliśmy. Kolor. Oszałamiającą paletę rozświetlonych, ciepłych barw wiśniowych, karminowych, amarantowych, ceglastych. Przez lata, zanurzeni w matowej półczerni, byliśmy pozbawieni tej radości. Teraz prawdziwy rubin Sangiovese eksploduje właściwie z każdego kieliszka. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie mogę się napatrzeć.

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

O cierpieniu związanym z degustacją Anteprima Amarone 2012 pisałem Państwu już tu. Po każdym wyrzeczeniu przychodzi jednak nagroda, a nagrodą były dla mnie odwiedziny u Bertaniego, słynnego producenta Amarone działającego od 1850 r. i uważanego za największego obrońcę miejscowej tradycji (obok niedawno zmarłego G. Quintarellego).

Bertani 1920 poster

Bertani to zwłaszcza Amarone, lecz od stu lat sprzedaje też mnóstwo Soave.

Siedziba Bertaniego faktycznie tradycją aż ocieka i wygląda jak muzeum: wśród najciekawszych „eksponatów” są m.in. stuletnie beczki, tysiące butelek starych roczników i dawne plakaty reklamowe. Najciekawsze w Bertanim jest jednak to, jak udaje mu się łączyć tradycję z innowacją. Spora część tutejszej gamy to bowiem wina patrzące do przodu. Amarone co prawda produkuje się tak jak kilkadziesiąt lat temu, drogą powolnej fermentacji z cementowych kadziach z 1932 r., ale inne wina odpowiadają na współczesne trendy: Serèole to inteligentnie zaprojektowane Soave o sporej pełni, krągłe, soczyste, dla miłośników białych win z Nowego Świata; Villa Arvedi wprowadzono w 2000 r. dla poszukujących młodego, owocowego Amarone, zaś Villa Novare Ripasso to przykład użycia nowoczesnej techniki dla stworzenia skoncentrowanego, hiperowocowego wina o wiele bardziej „sexy” niż surowa, kwasowa klasyczna Valpolicella.

1930s power generator Bertani cellars Valpolicella

Tym generatorem Bertani ongiś dostarczał prąd do całej wsi.

Najlepszą – oprócz Amarone Classico – etykietą Bertaniego jest Valpolicella Ognisanti (próbowałem rocznika 2007), wino klasy Superiore z pojedynczej parceli, ukazujące to proste, wiejskie wino obiadowe w poważnej szacie. Moim zdaniem Valpolicella Superiore jest winem przyszłości, czego nie mogę powiedzieć o święcącym chwilowe (?) triumfy handlowe Ripasso, zbyt często służącym za pretekst do walnięcia półwytrawnego winka ze sztuczną wanilinową słodyczą. Superiore to zaś Valpolicella mierząca się jakością z innymi wielkimi winami tego świata, a w wydaniu Bertaniego, z 35-letniej parceli starych miejscowych klonów, ma jeden z najlepszym bukietów, jakie ostatnio wąchałem, i świeże, nieprzesadzone, dobrze narysowane, głębokie, mineralne usta. Już tym jednym winem Bertani wskoczyłby na podium Valpolicelli.

Berrtani cellar old Amarone

Dziesiątki tysięcy butelek starych roczników.

A przecież jest jeszcze Amarone Classico, wino starzone aż sześć lat w beczce (czy to rekord Italii?), zatem w chwili, gdy inni producenci absurdalnie wypuszczają na rynek rocznik 2008 u Bertaniego mamy 2004. To świetny rocznik i piękne wino, wielowymiarowe, soczyście czereśniowe i jednocześnie delikatnie migdałowe, z życiodajną kwasowością, o której inne Amarone mogą tylko pomarzyć – a to właśnie dzięki niej (i nader rozsądnemu 14,5% alk.) wino świetnie się pije do jedzenia i zamiast pół łyku do kolacji z radością osuszyłem trzy kieliszki.

Bertani Amarone Valpolicella 1976 1967

Czas się ich nie ima.

W piwnicach Bertani ciągle leżakuje w beczkach aż siedem roczników Amarone, więc pokusa jak najszybszego sprzedania tego, które końcu trafia do butelek, musi być zaiste duża. A jednak – niemal jedną trzecią produkcji zachowuje się tu jako rezerwę, a cennik starych roczników to pod względem bogactwa absolutny światowy unikat. Dyrektor eksportu Vitaliano Tirrito nader szczodrze otworzył dla mnie rocznik 1976, nieuchodzący za wielki, a wszak świetnie przechowany, złożony, ciekawy w bukiecie z nutami korzeni i suszonych owoców, już w pełni dojrzały, a może nawet lekko schodzący (nuta kamfory), lecz dobrze trzymający się w kieliszku i naprawdę bardzo przyjemny.

Bertani Recioto della Valpolicella Amarone Classico Superiore 1967

Zdumiewająco żywotny kolor rocznika 1967.

A potem do kieliszków trafił rocznik 1967 i to już było wino klasy absolutnej, fenomenalnie żywe, zaryzykowałbym stwierdzenie, że wciąż za młode. Nos pełen owocu i słodkiego bogactwa – karmel, brązowy cukier – a usta świetnie łączące nuty słodkie, kwaśne i gorzkie. Absolutne arcydzieło – i nie chodziło tylko o genius loci i osobistą sugestię po tej znakomitej wizycie. 1967 Bertaniego to wino po 45 latach pełne mocy, telluryczne, nieogarnione jak Natura, którą możemy tylko starać się pojąć.

(więcej…)

Read Full Post »

Zaproszono mnie na Istrię do konkursu miejscowych (i nie tylko) win VinIstra. Ten dziwny półwysep, wrzynający się ogromnym klinem w Adriatyk, jest jednym z ciekawszych miejsc naszego wspólnego Śródziemnomorza. Geologicznie – przez swą niespotykaną mieszaninę wapieni, czerwonej glinki (terra rossa) i fliszu; obok Krymu, Alzacji i Islandii to chyba ulubione miejsce geologów na badawcze plenery. Turystycznie – bo malownicze wybrzeże pełne urokliwych cypelków, sosnowych i oliwnych gajów jest naprawdę świetnie zagospodarowane; setki działających tu hoteli, kempingów i tawern imponują jakością i rozmachem. Historycznie, bo od dawien dawna kotłowały się tu różne ludy i cywilizacje: od tajemniczych Ilirów przez Rzymian i Bizantyjczyków, którzy ukochali tutejsze wybrzeże i żyzny interior, Wenecjan, którzy zabudowali cały półwysep swoimi charakterystycznymi dzwonnicami, Austriaków i nawet Napoleona, który w 1806 r. włączył Istrię w skład absurdalnych Prowincji Illiryjskich stanowiących de facto 131. departament Francji.

Szok smakowy.

Ten amalgamat ma swoisty, do niczego niepodobny smak: mandarynki z solą. Taki właśnie, cytrusowo-morski, owocowo-mineralny jest smak Istarskiej Malvazii, flagowego wina Istrii. Malvazija, odmiana niewiadomego pochodzenia, może grecka, może włoska, zajmuje lwią część z 6 tys. hektarów (spotkamy tu też Chardonnay, Muškat, Merlot, Cabernet Sauvignon, Syrah, Teran, Refošk, ale o dziwo nie Viognier). Moje pierwsze spotkanie z Malvaziją krótko po wyjściu z samolotu, w piwnicy Bruno Trapana, było szokiem porównywalnym do nagłego przebudzenia ze smakowej śpiączki.

Bruno Trapan tłumaczy skąd ta mineralność.

Mało jest bowiem na świecie win tak słonych. O soli w winie mówi się ostatnio coraz częściej i na wszystkie sposoby, lecz często na wyrost. Chinon, Pinot Gris, Groppello, Sangiovese, Bierzo są słone tylko metaforycznie i porównawczo: wobec swoich dawniejszych wcieleń, wobec słodkiej, dżemowatej matrycy, jaką enolodzy nas przez lata karmili. Malvazija to inna bajka. Tu sól jest obecna niemal dotykalnie – a czasem całkiem fizycznie, gdy mityczne wiatry wiejące w Istrii ze wszystkich stron niosą w winnice powiew morskiej wody. O wadze tego faktu mogłem się przekonać w czasie fantastycznego obiadu w rybnej gospodzie Batelina w wiosce Banjole. Szef kuchni David Skoko specjalizuje się w rybach „biednych”, gatunkach uważanych za poślednie, zwykle zjadanych przez rodziny rybaków. Ostrosz (pauk), pelamida (bonito), małe rekiny i inne skarby Skoko przygotowuje z prostotą i maestrią zarazem. Surowe barweny z kwiatem soli czy tradycyjny istriański brudet (gulasz rybny z polentą) obudziły w degustowanych Malvazijach nowe, niemal symfoniczne tony. Żadna nuta smakowa w winie w takim stopniu nie budzi apetytu i nie gasi pragnienia jak sól właśnie. (Rozmowę z Davidem Skoko o jego rybach można obejrzeć tu).

Po prostu barwena.

Jestem zbudowany jakością białych win z Istrii. W konkursie VinIstra na 40 próbek nie trafiłem na żadną słabą, co w takich sytuacjach rzadko się zdarza. Po dekadzie konsekwentnej pracy (i współpracy, co w takich sytuacjach zdarza się nieczęsto) Chorwaci stworzyli z Malvazii prawdziwy środkowoeuropejski brand. Poza Veltlinerem i może wytrawnym Furmintem to jedyny taki przypadek w naszej części Europy. Otwórzmy się i my na te pyszne i ciekawe wina – dostępność Malvazii jest bowiem w Polsce zupełnie marginalna. Konsumenci, do kieliszków, importerzy, do dzieła!

Pamiątki z VI wieku (Bazylika Eufrazjana, Poreč).

(więcej…)

Read Full Post »

Widok na Douro z Quinta Nova. Po lewej Quinta de São Luiz (Cálem), po prawej Quinta do Crasto.

Terroir nie istnieje, jak mówią w Australii.

Uprawa ekologiczna w Crasto. Łupki orze koń Amarelo. (Koniuszy nie chciał się przedstawić).

Degustacja w Quinta do Crasto: Miguel Roquette i Manuel Lobo.

Słynny basen dla odważnych w Quinta do Crasto.

Quinta do Crasto na XIX-wiecznych kaflach na dworcu w Pinhão.

Quinta do Vale Meão założono w 1877 jako gaj oliwny. Widać jeszcze szczątki dawnych tarasów.

Xito Olazabal i Francisco Ferreira sadzą 100 ha w Douro Superior.

Quinta do Vale Meão w Douro Superior. Za gorąco na winnice.

Bezcenne: medal Magazynu WINO na honorowym miejscu w Vallado.

Nowa winiarnia w Quinta do Vallado.

Vallado Sousão 2008: najczarniejsze wino świata.

100-letnia winnica na 300 m n.p.m. w Quinta do Vallado.

Te ogromne betonowe kadzie do składowania porto zwie się pieszczotliwie „lollobrigidami”.

Jej Wysokość Dona Maria 2006 na tle własnej 80-letniej winnicy.

Jorge Borges otworzył dla mnie nieistniejące już wino Fojo 2000.

Quinta do Passadouro: nowy klejnocik w katalogu Winkolekcji.

Moja prywatna legenda. Wciąż o 15 lat za młode.

„Ale uwaga, uzależnia!”. Enolog Luis Seabra nalewa białe Niepoort Porto 2008.

Najlepsza kucharka w Douro: pani Maria José z Quinta de Nápoles (Niepoort).

Niepoort ma już etykietę na rynek chiński (odpowiednik naszego Berka).

Gdzieś w środkowym Douro.

Nie kupiłem. Wydało mi się drogo. W Biedronce przecież się płaci 2€ za litr. (Na stacji benzynowej koło Porto).

Wszystkie drogi porto prowadzą do Porto.

W 1827 r. Graham’s wysłał do Szkocji 2375 beczek porto. Więcej niż w 2010.

Po dwóch tygodniach wizyt i degustacji bonus.

Wielki Tydzień na portugalskiej wsi. Wesołych Świąt!

Read Full Post »

Prawie jak w Polsce

W pewnym nieodległym kraju mówią językiem bliźniaczo podobnym do naszego.

Podobieństw jest zresztą więcej:

Kuchnia w zasadzie identyczna…

…wielkim wzięciem cieszy się karp.

Identyczna architektura wiejska…

…i miejska.

A jednak… prawie robi wielką różnicę.

Proporcjonalnie 7 razy więcej autostrad.

Ekspedientki w cukierni mówią biegle po angielsku.

Kieliszek wina musującego w dobrej restauracji kosztuje 10 zł.

Do każdego dania podaje się witaminy gratis.

Na targu przy każdym selerze i truskawce napisane jest, kto je wyprodukował.

No i jedna duża różnica:

Wielkie wina!

Ten kraj to Chorwacja.

Szczegóły wkrótce!

Read Full Post »

Różowo mi

Cztery dni spędzone nad Gardą w miłym towarzystwie Mariusza Kapczyńskiego, Franco Zilianiego i dobrego ducha winiarskiej przyjaźni polsko-lombardzkiej Elżbiety Poletti okazały sie jednym z najbardziej relaksujących pobytów studyjnych w mojej winopisarskiej karierze. Zasługa w tym niespiesznej aury opustoszałych po sezonie kurortów, malowniczych nadjeziornych winnic i gajów, bezstresowego podejścia miejscowych winiarzy, a przede wszystkim wszechogarniającego różu. Garda żyje bowiem tylko jednym winem (i z jednego żyje) – chiaretto. Bezpretensjonalny owoc i nieposkromiona pijalność tego cudu natury mają stanowić odtrutkę na bolączki współczesnych Włoch: winiarski kryzys, polityczna smutę i nawet klęski italskich piłkarzy.

Chiaretto to zwłoszczenie francuskiego clairet, po polsku klaret, czyli wino ciemniejsze niż „zwykłe” rosé. Etymologiczna świadomość tej różnicy jednak w narodzie zanika – co prawda tacy producenci jak San Giovanni, Zuliani, Monte Cicogna oraz arcysolidna miejscowa spółdzielnia Civielle takie właśnie nieco konkretniejsze róże produkują, ale już u Costaripy (posiadłości enologa Mattii Vezzoli słynnego z Bellavisty) usłyszeliśmy, że gdy konsument wyjmuje butelkę chiaretto z kubełka z lodem, w pierwszej chwili powinien być niepewny, czy to wino różowe, czy białe. Z kolei Gianfranco Comincioli sięgnął po zgoła nietradycyjną technikę produkcji – saignée (rosé odciąga sie z kadzi z fermentującym czerwonym) i uzyskał wyjątkowo ciemne wino w kolorze psychodelicznej purpury.

To wino Cominciolego – Diamante – chodziło mi po głowie kilka dni. Wypiłem go dwa łyki, a minutę po wyjściu z winiarni miałem ochotę na cala butelkę. Szukałem go w miejscowych sklepach, ale jak powiedziało mi kilku sprzedawców „nie bierzemy go, bo jest koszmarnie drogi”. To znaczy w winiarni flaszka Diamante kosztuje 10€. Ale wszak na Gardą wino kosztuje w sklepie 5€, a w restauracji 9 albo 10€. Tylko dzięki temu plażujący tu hanzeatyccy emeryci wypija butelkę do obiadu i kolejną do kolacji. Za te pieniądze trudno podnosić jakość i dlatego prawdziwie dobre wino robi nad Gardą ledwie garstka szaleńców (opisali ich już Marek Bieńczyk i Tomasz Prange-Barczyński).

Lecz nie tylko chiaretto Cominciolego podziałało na mnie tak hipnotycznie. Codziennie o regularnych porach czułem różowe ssanie w żołądku. Czy to tylko sprawka genius loci? Nie tylko. Intensywny owoc, przyzwoity ekstrakt, niska kwasowość i umiarkowany alkohol sprawiają, że te wina rzeczywiście pije się jak wodę. A do tego są królami biesiady. Przez cztery dni eksperymentów okazały się niezastąpione do bezliku potraw regionalnych i ogólnowłoskich, od pizzy margherity po brandade z jeziornej siei. Elastyczność chiaretto ma w sobie coś magicznego, bo przecież ani aromatycznie, ani strukturalnie nie wyróżnia się ono tak bardzo wśród innych. Tymczasem do słodkawego posmaku prosto przyrządzonych ryb i zwłaszcza skorupiaków (we Włoszech krewetki czy raki podaje sie niekiedy na surowo) taktowna wytrawność chiaretto okazała się fantastyczną puentą, tworzącą z jedzeniem połączenie o rzadkiej pozytywnej energii. Drugim polem popisu dla chiaretto jest pomidor. Od głupiej caprese przez wyświechtaną margheritę aż po makarony, klarety znad Gardy (te wytrawniejsze i cielistsze) układały sie lepiej i regularniej niż moi dotychczasowi pomidorowi faworyci – Valpolicella i lekkie Chianti. Oto skryte możliwości wina, które w miejscowych sklepach kosztuje 25–30 zł. Pijmy klaret!

(więcej…)

Read Full Post »

Horyzont Johannesa

Któż nie zna winiarni Selbach-Oster? Ten mozelski arcyklasyk dostarcza solidnej jakości Rieslingów już jedenastemu pokoleniu winomanów. Butelki wysyłane w świat dawniej przez Hansa Selbacha, a obecnie jego syna Johannesa to mozelski wzór metra, szczególnie w wersjach słodkich od codziennych Kabinettów aż po Auslese. Od zawsze należą do win nad Mozelą nie tylko najbardziej pijalnych, ale i najtańszych i zapewne nie jestem odosobniony w fakcie kupowania ich od lat kartonami.

Hans Selbach zmarł w 2005 r. Choć Johannes zarządza winiarnią już od 1993 r., w ostatnich latach obserwuję subtelne, ale wyraźne zmiany na jeszcze lepsze. Proste Rieslingi QbA i Kabinetty mają więcej charakteru; na poziom win słodkich wskoczyły także wytrawne (to akurat zjawisko panmozelskie); wszystkie wina wydają się obecnie bardziej dopracowane i równe. W starych rocznikach – które można tu wciąż kupić za śmiesznie niskie pieniądze – znakomity był co drugi, a reszta pomimo ogólnie wysokiego poziomu bywała zbyt zielona. W zeszłym tygodniu Johannes Selbach otworzył dla mnie Zeltinger Himmelreich Spätlese 1994, Zeltinger Sonnenuhr Riesling Spätlese 1990 i Zeltinger Himmelreich Riesling Auslese 1995 – wybitne było tylko to ostatnie, pierwsze dwa ładnie się zestarzały, ale były zdominowane przez niezbyt dojrzałą kwasowość; nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w ostatnich rocznikach Selbach już sobie nie pozwala na robienie tak niezrównoważonych win.

Wierna klientela, niezmiennie wysokie oceny prasy, ciąg niezwykle udanych roczników (od 1994 nie było nad Mozelą nieudanego sezonu!)… A jednak Johannesowi było mało. Inspiracją do skoku naprzód stały się słowa ojca, który powiedział mu kiedyś: Ciągle mówisz o wierności terroir. A jednak chodzisz do winnicy i kilkakrotnie wybierasz zbotrytyzowane grona. To nie jest żadna ekspresja terroir, tylko twojej koncepcji wina. W poszukiwaniu tej ekspresji Johannes zawędrował w krainę, gdzie stopa mozelskiego winiarza dotąd nie stanęła. Odrzucił fundamentalną zasadę niemieckiego wina – selektywny zbiór – i w 2009 r. zebrał za jednym razem wszystkie rosnące w winnicy grona. Zielone i złote, niedojrzałe, dojrzałe i przejrzałe, zdrowe i zbotrytyzowane pospołu. Wszystkie trafiły do tej samej kadzi i wydały jednego Rieslinga.

Dwie etykiety tego samego wina; tę po lewej władze winiarskie odrzuciły, bo "Schmitt" nie jest zarejestrowaną nazwą parceli i nie może pojawiać się na etykiecie "w sposób sugerujący, iż jest to nazwa winnicy"...!

Polakowi to brzmi znajomo – tak się robi tokaj samorodny, czyli najbardziej „nasze” wino – ale w Niemczech to jest intelektualna rewolucja. Od 50 lat robienie dobrego Rieslinga polegało na ciągłym wybieraniu najlepszych gron i pozostawianiu innych na krzaku. W ten sposób budowało się koncentrację Auslese, BA i TBA, a zbierane na samym końcu sezonu winogrona bez szlachetnej pleśni dawały wina wytrawne i półwytrawne.

Selbach do swojego eksperymentu wybrał trzy najlepsze parcele w obrębie słynnych winnic Zeltinger Schloss i Himmelreich: Schmitt, Anrecht i Roth Lay. Powstały cztery wina – jedno wytrawne i trzy o różnym stopniu słodyczy (coś w rodzaju alternatywnego Spätlese i Auslese). Lecz rejestr smakowy tych win jest niezwykły. W wytrawnym Schmitt 2009 jest dużo minerału i cytryny zwyczajowych w mozelskich trocken, ale też ciało i głębia owocu, jakie Rieslingowi zapewnić może tylko szlachetna pleśń. W słodkim Anrecht jest aż 70 g cukru, a wino smakuje jak półwytrawne, bo dynamiczna kwasowość zielonych gron percepcyjnie zjada prawie cały cukier. W słodkim Schmitt nie ma co się zastanawiać nad poziomem cukru; potężna owocowa materia osadzona jest na skalnym smaku jak krakowski sernik na dobrze wypieczonym spodzie. W ustach te wina wydają się wykute z jednego bloku, bardziej na podobieństwo dobrego Savennières czy wina alzackiego w rodzaju Marcela Deissa aniżeli znanych nam dotąd win mozelskich. Nowe wina Selbacha są żywsze, bardziej napięte od klasycznych (wyższą kwasowość zapewnia im użycie nie do końca dojrzałych gron, które w selektywnym zbiorze zostałyby odrzucone), większą złożoność aromatyczną (grona zielona, złote i zrodzynkowane dają inne aromaty), ale wbrew intuicji są też słodsze i bogatsze: na podobieństwo wzmocnienia akustycznego nuty słodkie są tu subtelnie podkreślone przez świeżość owocu właśnie. Czy to dla Mozeli nowa jutrzenka, którą podążą inni winiarze? W dziedzinie win wytrawnych od starego podejścia „auslesowego” już właściwie całkiem w Niemczech zrezygnowano.

Wina Selbach-Oster kupimy w Polsce w 101win.pl. Na razie dostępny jest rocznik 2007 i 2008, które również usilnie polecam (otwarty wczoraj Himmelreich Kabinett trocken 2007 był świetny). Oby za parę miesięcy trafiły do nas też Selbachowskie „samorodne”.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »