Feeds:
Wpisy
Komentarze

Udane święto

Niespodzianki nie było. Najlepszym zawodnikiem tegorocznego Święta Wina w Janowcu nad Wisłą był winiarski Messi, czyli Maciej Mickiewicz. Właściciel Winnicy Solaris i konsultant Dom Bliskowice zgarnął 7 z 11 medali, czyli „Kart Małopolskiego Przełomu Wisły”, swoistych certyfikatów apelacyjnych, które komisja w składzie Tomasz Kurzeja (Magazyn Wino), Kuba Janicki (Kontretykieta / Winicjatywa) oraz niżej podpisany przyznała według tych samych kryteriów co rok temu.

Najlepszym winem białym okazało się Tramini 2011 z Winnicy Solaris, a najlepszym czerwonym – jej Rondo 2011. Do końca o złoto walczył Cabernet Cortis 2011 z Domu Bliskowice, któremu ostatecznie nie pomogły nazbyt wyraziste nuty zielonej papryki, ponadto nie mógł się pochwalić tak ładnymi garbnikami, jak rzeczone Rondo. Pozostałe wina Domu Bliskowice – biały Johanniter i czerwony Regent – reprezentowały wysoki poziom i bez trudu zdobyły Kartę. Do paru win z Winnicy Solaris miałem zastrzeżenia – Solaris chyba nie dojrzał dostatecznie i atakował aromatem proszku Ixi, nie porwał mnie czerwony Leoncio – lecz nie zmienia to faktu, że jest to obecnie najsolidniejszy producent na ziemiach dawnego zaboru rosyjskiego.

Co u innych? Komisja wyróżniła półwytrawny (a właściwie półsłodki w smaku) Solaris 2011 z nowej Winnicy Modła, rzutką, lekką białą Cuvée 2011 z Winnicy Wieczorków oraz dwa wina z Winnicy Pańska Góra Wojciecha Włodarczyka i Katarzyny Niemyjskiej, smaczne różowe Léon Millot 2011 oraz klasyczną, chłodną, mineralną Siberę 2011. Ale i tu nie obyło się bez wpadek, bo w ogóle mi nie smakował czerwony Maréchal Foch 2011, ponadto nieinterwencyjne podejście do zawartości alkoholu, chwalebne, gdy w chłodniejszych rocznikach bez kombinowania zostawia się 10,5% alk., odbiło się rykoszetem w 2011 – jedno z win osiągnęło 14,9% i to jak na te szczupłe polskie ciała jest chyba za dużo.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

No właśnie, rocznik 2011 wypadł nieco poniżej oczekiwań. Na kwietniowej prezentacji polskich win zorganizowanej przez Winicjatywę podarował wrażenia bardzo pozytywne, wiele etykiet wypadło najlepiej w swojej krótkiej historii, natomiast w Janowcu szczególnie wina białe wydały mi się pozbawione wyrazistszego owocu, na który dawał nadzieję ten ciepły, słoneczny sezon. Wina czerwone w swym ogóle wypadły lepiej – to nie pierwszy raz, gdy Polska paradoksalnie okazuje się krainą czerwieni.

W sobotę odbyło się na janowieckim zamku Firlejów Święto Wina, z rekordową frekwencją zarówno po stronie publiczności, jak i miejscowych winiarzy. W wiosennym słońcu piłem nadwiślańskie wina mniej analitycznie, bardziej beztrosko – wiele z nich smakowało mi jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia. Klasę potwierdził Dom Bliskowice. Winnica Pasjonata zaskoczyła mnie dobrą Bianką 2011. Winnica Słowicza przedstawiła całkiem niezłą białą Cuvée 2011 w kluczu lekkiego, odświeżającego, wytrawnego wina do szparagów. Z Winnicy Rzeczyca, do której w czasie panelu nie mogłem się przekonać, spodobały mi się biała Cuvée i Hibernal.

Małopolski Przełom Wisły to już nie tylko samotny lider i daleki peleton. Jeszcze trochę i uzbiera się zespół dobrych solistów. Problemów jest jeszcze sporo – oprócz powtarzających się wad technicznych niestety nieszczęsna dominacja mieszańców, które dość nisko ustawiają szklany sufit jakości, przez który polskie wina przy najlepszych chęciach się nie przebiją. Ale zmiany na lepsze są i pozwalają z rozsądnym optymizmem spojrzeć w przyszłość.

Wina z rocznika 2011, które otrzymały „kartę Winnic Małopolskiego Przełomu Wisły”:

  • Dom Bliskowice Johanniter 2011
  • Dom Bliskowice Cabernet Cortis 2011
  • Dom Bliskowice Regent 2011
  • Winnica Modła Solaris półwytrawne 2011
  • Winnica Pańska Góra Sibera 2011
  • Winnica Pańska Góra Léon Millot Rosé 2011
  • Winnica Solaris Tramini 2011
  • Winnica Solaris Hibernal 2011
  • Winnica Solaris Rondo 2011
  • Winnica Solaris Regent 2011
  • Winnica Wieczorków Cuvée 2011
Fotorelację ze Święta Wina obejrzycie na Winicjatywie. A swoje recenzje opublikowali już Białe nad Czerwonym i Ewa Rybak.

Czytaj dalej »

Reklamy

Lubię szampana. Było to właściwie pierwsze wino, którym się poważniej zainteresowałem i na początku poprzedniej dekady jako początkujący degustator zapukałem do wszystkich liczących się do domów szampańskich. Z tamtych czasów pamiętam degutację win bazowych w Veuve Clicquot (niesamowita ohyda), restaurację Le Petit Comptoir w Reims, którą lubili dyrektorzy marketingu (niesamowita pycha), smak światła w Lanson, pleśniowy ser podany do szampana w Charles Heidsieck… Spróbowałem wtedy chyba wsystkie liczące się cuvées włącznie z największymi rarytasami, jak Blanc des Millénaires 1990 Heidsiecka, Cristal Rosé czy stare roczniki Taittingera. Wszystkie – oprócz jednego. Otóż nigdy nie odkorkowano dla mnie u Bollingera słynnego Vieilles Vignes Françaises. Dlatego jestem wdzięczny importerowi Centrum Wina za zaproszenie na degustację win Bollinger, na której wreszcie, po 11 latach od pierwszej wizyty w Aÿ, spróbowałem mojej nemezis.

O innych winach z tej prezentacji napisałem już skrótowo i z punktu widzenia niezakręconego konsumenta na Winicjatywie. Najlepszym winem Bollingera przy tej okazji okazał się rocznikowy Grande Année 2002, wspaniale pełny, wręcz nadobny i jednocześnie kwasowo ostry jak żyletka, miodowy i mineralny zarazem jak potrafią być tylko wielkie szampany. To najlepsze Grande Année, jakie piłem od wielu années.

Bollinger Champagne Vieilles Vignes Françaises 2002

Nareszcie cię dopadłem.

Ale potem dostaliśmy trzy łyki Vieilles Vignes Françaises 2002, jednego z najrzadszych szampanów, powstającego z dwóch malutkich winniczek Chaude Terre i Saint-Jacques. Pinot Noir jest tu sadzony jak w XIX wieku na własnych korzeniach; straszliwa mszyca filoksera się nie rozwija z uwagi na duża zawartość piasku w glebie (choć trzecia parcelka Croix Rouge została jednak zaatakowana i zdechła w 2005 roku; ciekawe co na to księgowa Bollingera, bo poszło z dymem jak nic 4 mln € rocznie).

Tak się składa, że w 2001 r. byłem w jednej z tych parcelek i chociaż wina VVF się wówczas nie napiłem, wrażenie było piorunujące. W XIX wieku w wilgotnych regionach winorośl sadzono en foule, czyli „w tłumie”, tak gęsto jak pomidory: miało to zmuszać krzewy to zapuszczania korzeni bardzo głęboko, co obniżało wydajność i łagodziło negatywny wpływ wysokich opadów. W Burgundii i Szampanii uprawiano wówczas niekiedy 40 tys. krzewów winorośli na hektar! (Dzisiaj szczytem marzeń jest 12 tys.). To właśnie temu, oprócz własnych korzeni Vitis vinifera, przypisuje się głębię, strukturę i żywotność ówczesnych win. Dziś niemal co tydzień dowiadujemy się o szampanach XIX-wiecznych wyłowionych z dna Bałtyku, które niezmiennie są w świetnej formie.

Bollinger Champagne Vieilles Vignes Françaises 2002

Pinot Noir sadzone en foule. @Weinvin.com.

 

Vieilles Vignes Françaises 2002 to niezwykłe wino. Jest niesamowicie skoncentrowane, ściśnięte, mineralne tak bardzo, jak rzadko zdarza się drogim białym burgundom. Z pewnością trzeba je dekantować (w smukłej karafce włożonej do lodu) albo przynajmniej podać, jak podano je nam, w wielkim kieliszku do burgunda. Wtedy po kwadransie pojawiają się brzoskwinie, morele, miód, herbatniki, choć spodem zawsze czai się ta niebywała rezerwa i twardość, garbnikowy chłód korzeni schodzących do wnętrza ziemi. Może VVF nie jest winem „wielkim” w powszechnym znaczeniu tego słowa (ponoć niemal wszyscy wolą Grande Année), a jednak nie wymieniłbym go na żadne inne. Z każdym łykiem przenikały mnie dreszcze.

Czytaj dalej »

Pannon Bormustra 2012, najważniejszy węgierski konkurs winiarski, zakończony. Międzynarodowe jury ze skromnym udziałem niżej podpisanego spróbowało 300 win, wybrało 100 najlepszych, potem 50 najlepszych z tych stu, a potem trzy najlepsze z 50. Najlepszym z tych trzech okazał Oremus Tokaji Aszú 5 puttonyos 2006. To już drugi złoty medal dla tej znanej winiarni – poprzednie złoto zdobył 6 lat temu cudowny Aszú 6P 2000. Oremus na podium wyprzedził o włos (potrzebne było dodatkowe głosowanie) Zoltána Demetera Eszter 2008 oraz Aszú z ciekawych młodych winiarni Pelle i Holdvölgy.

Oremus Tokaji Aszu 5 puttonyos 2006

Nowy król Węgier.

Zwycięstwo Tokaju nie jest żadnym zaskoczeniem (w zeszłym roku złoto zdobył Kíkelet), natomiast szokujące rozstrzygnięcia padły w innych kategoriach. Najwyżej ocenionym winem białym jest nie Furmint i nie Hárslevelű, lecz dziki, nieokiełznany Juhfark, w dodatku… ze Słowacji. Węgrzy wciąż tęsknią za XIX wiekiem i do swoich konkursów zapraszają wina ze swoich dawnych włości. Węgierska rodzina Bott Frigyes na winiarskim firmamencie rozbłyska coraz jaśniejszym światłem i ten medal jest kolejnym potwierdzeniem.

Bott Frigyes Muzla Juhfark Vinculum 2009

Słowackie wzmocnienie węgierskej drużyny.

Wśród win czerwonych złoto nie dla Kékfrankosa, nie dla Cabernet Franc i nawet nie dla Merlota, a dla… Syrah, w dodatku z zagłębia win białych, czyli Somló! Producentem jest szukający w Polsce partnera Kreinbacher, niedawno goszczący u nas na degustacji Furmint & Friends organizowanej przez Winicjatywę. Nagrodę im. Tibora Gála dla najlepszego Bikavéra przyznaliśmy St. Andrea Egri Bikavér Hangács 2009 i to nie jest żadne zaskoczenie, bo to już czwarte trofeum tego typu (a przyznawane jest ósmy rok).

Kreinbacher Syrah 2009

największa niespodzianka konkursu – światowej klasy Syrah z Somló.

Dobra wiadomość? Większość nagrodzonych win, również tych tańszych w kategorii „Najlepszy zakup”, dostaniemy w Polsce, Oremusa od lat dystrybuuje Centrum Wina, Bott Frigyes znajdziemy w katalogu Winomana, który ma też niewielkie ilości win Zoltána Demetera. St. Andrea to klejnot w koronie Interwinu. Z pozostałych wyróżnionych win ok. 60% można kupić w Polsce. To ewenement na skalę światową. Moi koledzy z jury, Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi dostęp do Egri Bikavéra mają tylko na najniższej półce supermarketu, Juhfarka i Kadarkę pili pierwszy raz w życiu, a jakością win Demetera, St. Andrei, Tokaj Nobilis, Grófa Buttlera i Weningera byli zszokowani. A my je znamy od lat.

St. Andrea Egri Bikaver Hangacs 2009

St. Andrea ma już abonament na trofea – to ich czwarty medal za najlepszego Bikavéra.

A jak Węgrzy radzą sobie z łykaniem aspiryny? O tym w kolejnym wpisie.

Czytaj dalej »

Gdy przeczytają Państwo ten wpis, stalowy ptak zawozić mnie będzie do Budapesztu, gdzie w znamienitym gronie sędziował będę w czołowym węgierskim konkursie winiarskich Pannon Bormustra. Zasiadam w jego jury (z przerwami) od 2004 roku, sprawozdawałem go Państwu w 2010, 2006, 2005 roku a w 2009 pisał o nim obszernie także Tomasz Prange-Barczyński.

Konkurs ten, dość kameralny na przykład w porównaniu do Concours Mondial de Bruxelles, z bardzo małym jury, jest znakomicie obsadzony i w zasadzie prezentuje większość najlepszych win produkowanych na Węgrzech. Jest więc dobrym papierkiem lakmusowym aktualnej kondycji madziarskiego winiarstwa.

Pannon Bormustra 2011

Zeszłoroczni laureaci. © Bliskotokaju.pl.

Jak więc będzie w tym roku? Dwa lata temu pisałem o „węgierskiej chorobie”. Były to mocne słowa, za które (po przetłumaczeniu tekstu na węgierski) spotkało mnie wiele krytycznych uwag i gorzkich słów. Węgrzy są bardzo czuli na swoim punkcie i stwierdzenie, że ich czołowe wina czerwone są „niepijalne”, z pewnością zabolało. Podtrzymuję jednak tę opinię i uważam, że wiele z tych produkowanych w tzw. stylu konkursowym win jest aberracją współczesnej enologii.

Niedawna degustacja Furmint & Friends organizowana przez Winicjatywę, która odbiła się w sieci szerokim echem (zob. teksty Marka Bieńczyka, Gabriela Kurczewskiego, Tomasza Prange-Barczyńskiego, Ewy Wieleżyńskiej), potwierdziła te węgierskie problemy. Nie mogę w pełni podzielić entuzjazmu na przykład dla win Attili Gerego. Głębia, złożoność, dobry owoc – tak, ale to wszystko jest zepsute przez zdecydowanie zbyt wysoki alkohol i ogólną przejrzałość. Kopár 2008 Gerego to wino jeszcze jakoś broniące się ogólną świeżością, ale już Merlot Solus 2008 z 15% alk. jest męczącą wydmuszką i niewielkim pocieszeniem jest, że w roczniku 2003 było jeszcze gorzej.

Te same krytyczne uwagi odniósłbym do winiarni Heumann, nowego nabytku Składu Win Sokołowski, do droższych win Jánosa Konyáriego; zmęczyły mnie również chwalone wszem i wobec butelki od Weningera z Sopronu. Ponadto są to wszystko wina bardzo drogie i trudno zrozumieć, kto poza Węgrami i promadziarsko skrzywionymi Polakami będzie chciał je kupować.

Attila Gere Villany Merlot Solus

Apage Satana!

Konkursowy styl węgierski stanowił wyraz winiarskiego nacjonalizmu. „Potrafimy zrobić najmocniejsze wina czerwone w Europie, potrafimy zrobić wina równie drogie, co czołowe Riojy i supertoskany”. Na fali tej afirmacji płynęli również węgierscy konsumenci, którzy w czasach beztroskiej konsumpcji i budżetowego hurraoptymizmu z rozkoszą raczyli się egerskimi Merlotami po 50€ za butelkę. Jak wiadomo, ta bajka już się skończyła i to skończyła źle, deficyt straszy, wydatki firmowe obcięto do zera, w piwnicach zalegają niesprzedane wina, psychologiczna sytuacja węgierskiego konsumenta jest dziś rozpaczliwa jak najtańszy Bikavér z supermarketu.

Dla wina to w sumie dobrze. Winiarstwo paranoiczne zastępowane jest winiarstwem realnym. Producenci, którzy wcześniej bili rekordy alkoholu i ceny w swoich Merlotach, Syrah i Cabernetach w tej chwili wytłuszczają w cennikach bezbeczkowe Kékfrankosze po 1500 forintów. A konsumenci, do niedawna machający nacjonalistyczną szabelką dziś ochoczo wykupują z Tesco i Cory taniochę w kartonach oraz realistyczne wycenione Cabernety …z Chile. Solus jeszcze straszy swoim botoksowym uśmiechem, ale jego czas jest policzony; Andrea Gere już wprowadziła do swojego dyskursu słowo „drinkable”, a do katalogu świeżego Rieslinga za 1400 forintów.

Trzeba jeszcze wzmocnić środkową nogę, czyli wina ze średniej półki, owe ambitniejsze cuvées z pojedynczych winnic, wina prawdziwie terroirystyczne, poszukujące i otwierające nowe drogi. W dziedzinie win białych ferment już dawno zasiali producenci z Tokaju swoimi świetnymi Furmintami, o których pisałem już tutaj, tu i tu; coraz więcej dobrych producentów pojawia się w Somló, coraz lepsza jest sytuacja nad Balatonem. Zaś w dziedzinie win czerwonych rewolucja jest pojawienie się win naturalnych i biodynamicznych. Ten nurt powrotu do natury, z gruntu anarchistyczno-lewicowy, do tej pory był w ultraprawicowym węgierskim winiarstwie anatemą. Dziś dochodzi do głosu m.in. w Mátrze, bardzo ciekawym regionie, o którym napiszę wkrótce osobno.

Monarchia Egri Bikaver Barrel Selection 2000

Węgier potrafi.

Czekam na więcej takich win, jak Monarchia Egri Bikavér Barrel Selection 2000, które odkorkowałem wczoraj i który drugi dzień piję z niekłamaną rozkoszą zmysłową i intelektualną. W wieku 12 lat wino jest fantastycznie dynamiczne, świeże, ani trochę nierozlazłe; powoli już dojrzewające, ale ma jeszcze trochę garbnika i przez kolejne 3–4 lata na pewno będzie w dobrej formie. Tego Bikavéra zrobił enolog Tamás Pók (dziś robi wino już pod swoim nazwiskiem – polecam), nie małpował Chile, nie próbował udowodnić, że Węgry robią najlepsze wina na świecie; zrobił Bikavéra jako typowe wino kontynentalne z umiarkowanego klimatu, mineralne, napięte, do długiego starzenia. Węgrzy potrafią, tylko muszą chcieć. Jeszcze ze swojej choroby się nie wyleczyli, ale już zaczęli łykać aspirynę.

Czytaj dalej »

Portal Winicjatywa wciąż owocuje ciekawymi refleksjami i dyskusjami. W najgorętszej z nich, jaka rozgorzała po artykule Marka Bieńczyka „Poczytaj mi mamo”, do głosu doszły różne stanowiska i pomysły na to, dla kogo i jak pisać o winie. W największym skrócie ściera się tutaj obóz „populistów” (czy „popularyzacjonistów”) – pisać o winie należy w sposób jak najprostszy i zrozumiały dla jak najszerszego grona odbiorców – i „ambicjonistów” – nauka wina wymaga wysiłku, który czytelnik musi wykonać, wina nie można nadmiernie upraszczać.

Mój punkt widzenia bliższy jest obozowi drugiemu – pisałem onegdaj, również w największym skrócie, że

Wysiłkowi krytyka, by przybliżyć charakter wina Czytelnikowi, powinien towarzyszyć równoległy wysiłek Czytelnika, żeby wino zrozumieć. Jeśli zupełnie zbanalizujemy wino, degustacja, rozmowa o winie stracą sens. Nie ma edukacji bez poznawczego wysiłku.

Daleki jestem jednak od bagatelizowania głosów o większą przystępność. Dla wszystkich, którzy pragną winiarskiej edukacji społeczeństwa i wzrostu sprzedaży wina w Polsce, dotarcie do nowych, szerszych grup czytelników jest wyzwaniem zawsze aktualnym.

Sugar-coated kumquats

Sugar-coated kumquats. © Driedfruits.com.cn.

Czy to jest jednak problem tylko polski? Czytając wypowiedzi niektórych „populistów”, można odnieść wrażenie, że w Polsce dochodzi do jakiegoś abstrakcjonistycznego gwałtu na języku pisania o winie, natomiast autorzy zagraniczni, szczególnie anglosascy, mogą służyć za wzór przejrzystego prezentowania treści zrozumiałych dla milionów. Lecz wystarczy otworzyć dowolny numer kultowego biuletynu Parkera „The Wine Advocate”, by trafić na takie kwiatki (opis – również już kiedyś cytowany przeze mnie – dotyczy niemieckiego Rieslinga Auslese):

Sugar-coated kumquats, jammy apricots, honeyed tea, and tangerines are found in its medium-bodied, lush personality. This wine possesses sumptuous depth as well as a long spice and caramelized peach-flavored finish.

Konia z rzędem temu, kto próbował tych obtoczonych w cukrze kumkwatów, karmelizowanej brzoskwini albo potrafi semantycznie rozwikłać wyrażenie „posiada przepyszną głębię”. Jest to w istocie język tak samo zrozumiały dla milionów, co „zwiewne usta” i „silne znamię siedliska” występujące w tekstach polskich.

Paradoks polega na tym, że pisma winiarskie mogą albo pisać dla osób prawdziwie interesujących się winem, które dobrze chwytają ten kod i domyślą się, o co chodzi z tymi kumkwatami, albo dla osób winem interesujących się bardzo luźno, które nie wiedzą co to jest Riesling i tłumaczenie trzeba zacząć od początku – i zaraz skończyć, bo attention span przeciętnego czytelnika z pewnością nie dotrwa do końca drugiego zdania notki degustacyjnej. Tertium non datur. Jednak adresując przekaz do jednych, będziemy alienować drugich, bo winomaniacy nie mają raczej chęci czytania po raz dwusetny, że Riesling to aromatyczny szczep z wysoką kwasowością.

Wymowne jest, że zmiany trybu na popularyzatorski najenergiczniej domagają się stali czytelnicy, regularnie czytający i komentujący koneserskie treści i – można sądzić – świetnie obyci z kumkwatami i fermentacją jabłkowo-mlekową. Uproszczenia nie domagają się natomiast szerokie masy czytelników, bo one winiarskich treści – drukowanych i wirtualnych – nie czytają. I to nie tylko w Polsce, również w krajach przedstawianych w naszych debatach jako popularyzatorskie potęgi. Nie przypadkiem żadne pismo winiarskie na świecie – według mojej wiedzy – nie poddaje się kontroli nakładu. Wyniki pozbawiłyby bowiem złudzeń wszystkich dyskutantów. Od osoby dobrze zorientowanej dowiedziałem się ostatnio, że Decanter – skromnie przedstawiający się jako „po prostu najlepsze pismo winiarskie na świecie” – ma nakład nawet nie pięcio-, ale wręcz czterocyfrowy.

J. Hofstätter Alto Adige Pinot Bianco Barthenau Vigna S. Michele 2008

Pyszne, tylko gdzie ta śliwka?

Wśród postulatów wobec polskiego winopisarstwa pojawia się uproszczenie treści – niektórzy proszą tylko o rekomendacje win do zakupu, żadnych interpretacji ani opowieści – oraz uproszczenie języka. Ma być maksymalnie zrozumiały, precz z żargonem i metaforami. Ponieważ, jak niektórzy wiedzą, interesuję się trochę muzyką, pokusiłem się o mały eksperyment. Porównałem teksty winiarskie i muzyczne drukowane w polskiej prasie.

Delikatnie siarkowy, mineralny i maślany nos z niuansami gruszek i pięknej, niezwykle pachnącej żółtej śliwki, który utrzymuje się również w ustach. Do tego klasa i elegancja oraz świetna kwasowo-śliwkowo-migdałowa końcówka. Niemal znakomite. Duża przyjemność i bardzo rozsądna cena. [J. Hofstätter Pinot Bianco Barthenau Vigna S. Michele 2008, Magazyn Wino IV 2012, s. 104]

Otoczony winnicami pałac (pazo) z XVI w. kontrastuje z nowoczesną winiarnią, w której powstają dziś trzy wina, wszystkie robione z albariño. Proste i bardzo smaczne Zios idzie przede wszystkim na rynek amerykański. Dłużej dojrzewające na osadzie Lusco, w roczniku 2010 pełne owoców tropikalnych i o wyraźnie słonej końcówce […]. Wreszcie Pazo Piñeiro, fermentowane w stali, ale dojrzewające na osadzie w baryłkach, w roczniku 2009 dość pełne, z dobrze zintegrowaną beczką i bardzo czytelną odmianą. [O winiarni Pazo de Lusco, Andrzej Daszkiewicz, Magazyn Wino IV 2012, s. 30]

„Teksańskie tornado” gitary elektrycznej pod nazwą Johnny Winter atakuje nas od ponad czterdziestu lat ku naszej nieustającej radości – albo z blues-rockową furią („Second Winter”), albo z ożywczą świeżością chicagowskiego dwunastotaktowca (Nothing But the Blues”). Mimo to jednak słabło ono czasem na bezdrożach pop-rockowej tandety („Johnny Winter And”). [Johnny Winter Roots, Andrzej Dorobek, Jazz Forum III 2012, s. 61]

W pierwszej części solowego występu skupił się na akustycznym brzmieniu i zademonstrowaniu wszelkich niewiarygodnych efektów przy użyciu jedynie własnego oddechu. Każde zadęcie wprowadzało nową barwę, a ich zderzenia były zaskakującą symbiozą, zlepkiem skrajnie różnych faktur, płaszczyzn, tworzących pewien obraz. Dörner ukazywał wszelkie subtelności wirującego powietrza wewnątrz blaszanych rurek, dołączając do tego stukot poruszanych tłoków i zmiany ciśnienia własnego, permanentnego oddechu. Szum wody, fala zstępująca z gładkiego piasku, bulgotanie, ulewa i przestrzeń systematycznie zakłócana ostrymi akcentami stojących dźwięków. Niepokój wprowadzały efekty frullato i tremolo, niczym odgłosy broni maszynowej i walk. [Monika Okrój, Art of Improvisation II, o koncercie we wrocławskiej Agorze, Jazz Forum III 2012, s. 25]

W Pasji Pärta związek z tradycją gatunku widać także w zachowaniu tradycyjnych ram formalnych – exordium i conclusio – oraz stosowaniu technik renesansowych. Partie chóralne wykorzystują technikę wymiany głosów oraz technikę polichóralną, w zakończeniach fraz wielokrotnie powracają puste kadencje, a warstwy instrumentalna i wokalna podporządkowane są regułom harmonii modalnej. [Magdalena Stochniol, Pasja w XX wieku – w zgodzie z tradycją?, Ruch Muzyczny 4 III 2012, s. 9]

Joffe gra tu na […] pięknie brzmiącym pleyelu z 1848 roku. Na tym samym instrumencie nagrała też Koncert f-moll w opracowaniu na fortepian solo. Nie jest pewne, czy pochodzi ono w całości od Chopina, na pewno zredagował on dla paryskiego wydawcy fortepianowy wyciąg oraz na użytek wykonania bez orkiestry dopisał akompaniament lewej ręki do środkowego epizodu drugiej części dzieła; łotewska pianistka proponuje tu jednak własne rozwiązanie. To bardzo indywidualna interpretacja. Joffe ujmuje pięknym tonem, wyrazistością artykulacji oraz romantycznym klimatem całości. Wątpliwości budzą jednak miejscami nadmierne rubata i zbyt wolne – moim zdaniem – tempo kujawiakowego finału. [Dina Joffe, Chopin. Wariacje D-dur, Grand Duo, Rondo op. 73, Koncert op. 21, NIFC CD024, Józef Kański, Ruch Muzyczny 4 III 2012, s. 41]

Śmiem twierdzić, że dla czytelnika luźno zainteresowanego muzyką „nadmierne rubato i zbyt wolny kujawiakowy finał” są tak samo zrozumiałe, jak „mineralny i maślany nos”. W czym więc tkwi różnica? W tym, że „Ruchowi Muzycznemu” nikt nie zarzuca hermetycznego języka i nie oczekuje, że będzie upraszczał pisanie o muzyce, by trafić pod strzechy. Język dostosowuje się do opisywanego przedmiotu, któremu należy oddać sprawiedliwość, a nie do odbiorcy. „Ruch Muzyczny” czytają ci, którzy interesują się muzyką i dla wszystkich jest jasne, że pewne minimum opanowania tematu leży po stronie czytelnika. Dlaczego wobec tekstów o winie mamy inne oczekiwania?

Pleyel 1848 Chopin

Fortepian Pleyela z 1848 r.

Czytaj dalej »

Smak światła

Byłem zaproszony na obiad. Na gości czekał zmrożony szampan. Takim propozycjom raczej nie odmawiam. Zwłaszcza że był to Lanson, jedna z moich ulubionych marek wśród tych większych. Lanson jest zawsze bardzo kwaśny; nie bawi się w żadne briosze czy pralinki, lecz idzie prosto do cytrynowego celu i ja to lubię.

Butelk otwarta została bez wystrzału, słomkowy płyn trafił do wypolerowanych fletów Schotta, czego chcieć więcej. Ale coś było nie tak. Butelka nie była zepsuta, wino nie śmierdziało korkiem, nie było utlenione, nie było zredukowane. Ale coś było nie tak, brakowało owocu, smak był jakiś matowy, przykurzony, końcówka skrócona i obojętna. Zauważyli to nawet inni; był to szampan bez radości, a tak nie powinno być.

Lanson Champagne Brut

Poniżej oczekiwań. Czyja to wina?

Przypomniała mi się wówczas wizyta u Lansona, jaką odbyłem wiele lat temu. Przyjmował mnie wówczas mistrz piwniczny, czyli dyrektor całej produkcji wina Jean-Paul Gandon. Przez wielu – w tym swoich kolegów po fachu z innych domów szampańskich – uważany był wówczas za najwybitniejszego fachowca na tym stanowisku. Gandon miał zbożny zwyczaj prezentować gościom stare roczniki, więc zapytał mnie o rok urodzenia, a potem polecił przynieść Lanson Brut 1976. W magnum. Takim propozycjom raczej nie odmawiam. Asystentka wniosła wielką flachę i dwa kieliszki na srebrnej tacy, Gandon zdjął oplotkę, bez wystrzału wyjął korek, nalał sobie do sprawdzenia. Milczałem jak grób. Powąchał, wziął łyk. C’est pas bon –powiedział do asystentki – proszę przynieść jeszcze jedną. Zdumiony spojrzałem na niego. Jedno magnum dla nieznanego dziennikarza z Polski jeszcze rozumiem, ale dwa? Goût de lumière – odrzekł, smak światła. Ukradkiem nalałem sobie to gwiaździste wino, wydało mi się zupełnie normalne, to znaczy niewiarygodnie wspaniałe, rozłożyste jak delta Dunaju i silne jak prehistoryczny tur. Lecz drugie magnum było jeszcze lepsze. Niewiele, ale dostrzegalnie: panorama była jeszcze szersza, smaki wyostrzone; lekką woń starej piwnicy zastąpił zapach kawiarni i café au lait; końcówka zamiast czarnej kreski miała pawi ogon.

Butelki szampana, które zbyt długo stały w świetle dziennym, niepostrzeżenie tracą smak, powiedział Jean-Paul Gandon. Wystarczy nawet jeden dzień na odkrytej sklepowej półce. Pojawia się w nich minimalnie nieczysta nuta, nie mają blasku, głębi smaku. Lecz trzeba być bardzo wyczulonym na te niuanse, by je wychwycić; przeciętny konsument nie zauważy różnicy. To dlatego, a nie dla bajeru, nawet tanie szampany pakowane są w kartoniki albo odbijający promienie UV celofan (w Lanson do owijania flaszek w papier sprowadzono nawet z Japonii ogromnego robota za miliony euro).

Jean-Paul Gandon

Jean-Paul Gandon, mistrz piwniczny Lansona.

Jak każda magiczna sztuczka, te dwa magnum nie dawały mi spokoju. No bo jakże, na jakiej fizykochemicznej zasadzie parę dni w dziennym świetle tak może zaszkodzić szampanowi, to wino przecież niecherlawe, mocno zbudowane, a dzięki długiej styczności z drożdżami wyjątkowo żywotne, którego czas się nie ima? Zacząłem jednak się zastanawiać. Pijąc szampana byłem coraz czujniejszy. Czy znajdę wreszcie słynny smak światła? Fotonów za ogon nie złapałem, ale najwięcej rozczarowujących butelek trafiałem w supermarketach. Fatalnie wypadały też flaszki kupowane na lotniskach (z Heathrow pochodził zresztą Lanson z feralnego przyjęcia). Czy tylko dlatego, że wina czekają tam na nabywcę dość długo? Za to stwierdziłem, że szampan często smakuje doskonale w restauracji. Butelka Jacquessona zamówiona przez Aldo Vairę do kolacji w Albie była najlepszym winem tego producenta, jakie piłem od lat; Larmandier-Bernier w pewnej włoskiej winotece bił na głowę ciut utlenione i rozlazłe butelki od jego polskiego dystrybutora. Flaszka Kruga, otrzymana w prezencie i pochodząca nie wiadomo skąd, nawet w jednej czwartej nie przypominała arcyjakości tego sławnego wina.

Czy uwierzyłem w smak światła? Za każdym razem zapominam o nim po paru chwilach. Lecz zawsze, gdy szampan smakuje poniżej oczekiwań – a przecież tego Veuve Clicquot, Moëta i Bollingera się piło dziesiątki i smak ma zapisany w pamięci w rozlicznych kopiach – przypominam sobie magnum Lansona i bezkompromisowe podejście: takie wino wylewa się do zlewu.

Czytaj dalej »

Polska w Europie

Wielka degustacja polskich win za nami. Sprawozdanie z imprezy organizowanej przez Winicjatywę, największej dotąd tego typu – sześciu winiarzy pokazało w sumie ponad 30 win – przeczytacie tutaj.

Markus Huber Veltliner Hugo 2011 vs Winnica Płochockich Sibemus 2010

Nie do odróżnienia.

Równolegle poprowadziłem seminarium, w ramach którego skonfrontowałem topowe polskie butelki z winami z krajów ościennych. Jestem przekonany, że takie porównania naszych wyrobów z winami dobrej europejskiej klasy są konieczne, jeśli polskie winiarstwo ma zrobić kolejne kroki naprzód. Do takich konfrontacji już dochodziło – choćby na konkursie Enoforum, gdzie polskie wina zdobyły pierwsze międzynarodowe medale, czy Grand Prix 2010 Magazynu WINO, gdy Pinot Gris 2009 Lecha Jaworka zdobyło świetne V miejsce w bardzo mocno obsadzonej kategorii win białych do 60 zł (w degustacji w ciemno wyprzedziło wówczas m.in. Sauvignon Blanc Konrad z Nowej Zelandii czy znanego włoskiego Traminera Maso Furli). Nigdy jednak na taką skalę.

Dobierając wina do degustacji nie zastosowałem żadnej taryfy ulgowej. Sięgnąłem po flaszki winiarzy europejskiej absolutnie najwyższej klasy – Markusa Hubera, niedawnego winiarza roku w Austrii, Jánosa Árvaya, którego winomanom przedstawiać nie trzeba, wreszcie Egona Müllera – być może największej gwiazdy winiarskich Niemiec – którego Rizling Rýnsky powszechnie uważa się za najlepsze wino powstające na Słowacji. Wina polskie i niepolskie skojarzyłem ze sobą szczepami, smakowym stylem i (mniej więcej) podobną ceną.

Egon Muller Chateau Bela Riesling 2004 vs Winnice Jaworek Riesling 2006

Egon kto?

A wyniki? Nalane do dwóch kieliszków Huber Grüner Veltliner Hugo 2011 (importer: Interwin i Winoman.pl, ok. 40 zł) i Sibemus 2010 Płochockich (39–45 zł) w swej zielonej świeżości i soczystym jabłkowym owocu były… praktycznie nie do odróżnienia. Jeden z uczestników trafnie odgadł młodego Veltlinera, tyle że mówił akurat o Sibemusie. 3 osoby na 10 degustujących wzięły Veltlinera za polskie wino. W głosowaniu na preferowane wino z tej pary Huber wygrał 5:3. Mieszanka „nieperspektywicznych” hybryd spod Sandomierza niemal dorównała butelce od austriackiej gwiazdy.

W kolejnej parze zaprezentowałem starszy polski rocznik – Riesling 2006 Lecha Jaworka (obecne roczniki ok. 60 zł). Wino z bardzo ładną kwasowością, subtelnym cukrem resztkowym, nieco naftowe, w szczycie formy, jeszcze nie schodzące, naprawdę dobry przykład zestarzonego Rieslinga. Gdyby nie wiedzieć, że może być to wino polskie, nikt by nie zgadł. Ale i tak 3 osoby za polskie w tej parze uznały Château Belá Rizling 2004, znakomite wino słowackie nagrodzone ongiś medalem Magazynu Wino (pisałem o nim szerzej tutaj; importer: Centrum Wina, 73 zł). Wyraźnie słodsze, głośniejsze, mocniejsze od Jaworka, bardziej wyraziste, choć nie jest to różnica klas; 6:2 dla Słowacji.

Holger Koch Kaiserstuhl Spatburgunder 2008 vs Winnica Adoria Pinot Noir 2010

Dwa wina europejskiej klasy.

Winnica Adoria Pinot Noir 2010 (ok. 90 zł) kontra Holger Koch Spätburgunder 2008 (Brix65, ok. 70 zł). Tutaj iluzja była absolutna – oba wina miały podobny jaśniutki kolor, czereśniowy owoc, smaczny kwas, drobny garbnik. Wiedząc, że Adoria w tym roczniku nie zastosowała do Pinot beczki (decyzja podyktowana szybszym wypuszczeniem wina na rynek, ale wyszła na dobre), można było się domyśleć, że tostowe nutki w bukiecie przynależą do Kocha, ale nikt nie wiedział, więc aż 6 osób uznało, że to Spätburgunder jest winem polskim, a w głosowaniu padł remis 5:5. Zważywszy, że ten Niemiec (doprawdy dobrej klasy, choć może nie wybitny) pochodził z miejsca uważanego za ziemię obiecaną Pinota – wulkaniczne tarasy w badeńskim Kaiserstuhl – czy na wyrost będzie mówić, że Dolny Śląsk jest dla Pinot Noir po prostu świetnym siedliskiem? Zwłaszcza, że klasę udowodniły już Pinoty od Jaworka.

W ostatniej parze bez żadnych skrupułów zderzyłem polskie wino z butelką tokaju od wybitnego winiarza Jánosa Árvaya z wybitnego rocznika – 1999. Forditás to co prawda lżejszy rodzaj wina od aszú, ale nie jest to chucherko, a bukiet tego wina był znakomity – makowiec z miodem i rodzynkami. Honoru Polski broniło wino historyczne – pierwszy rocznik likierowej Jutrzenki 2004 od Romana Myśliwca. Różnica stylistyczna pomiędzy winami była duża (bukiet Jutrzenki jest herbaciano-maderowy, a 16% alkoholu jest ewidentne), pomimo tego aż 3 osoby się pomyliły! A w głosowaniu padł wynik 7:1 dla Tokaju, ale Jutrzenkę wszyscy dopili ze smakiem; wstydu nie było.

Janos Arvay Hetfurtos Tokaji Forditas 1999 vs Winnica Golesz Roman Myśliwiec Jutrzenka 2004

Sky is the limit.

Wstydu nie było?! Garażowe polskie butelki z niedoinwestowanych winnic, produkowane we frontowych warunkach pod czujnym okiem idiotycznych kontroli z Urzędu Prawomocnego Nasiennictwa godnie stawiły czoła butelkom z najlepszych regionów winiarskich Europy od winiarzy o międzynarodowej sławie. To jest sensacja, proszę Państwa! Choć kogoś, kto od lat śledzi dokonania polskich winiarzy i upartą walkę wybitnych jednostek o podnoszenie jakości, rezultat tego starcia jakoś nie dziwi. Im więcej będzie takich porównań, tym oczywistsza stanie się oczywistość: mamy w Polsce wina europejskiej klasy.

Czytaj dalej »