Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘2009’

Niedawno narzekałem Państwu (tu i tu) na rocznik 2009 w Bordeaux. Miał być planetarny i niezapomniany, a na razie okazuje się kluchowaty i męczący jak winiarski film klasy B. Za moją krytykę zostałem co prawda skrytykowany, że nie doceniam nowoczesnego stylu w Bordeaux i że wina na pewno się rozwiną. Oby. Na razie nie mam ochoty ich pić.

Co jednak robić, jeśli ma się ochotę na Bordeaux, a niekoniecznie na kluchy? Przyznam szczerze, że jestem wybredny – nie pasują mi zupełnie wina z 2006, płaskie i bez nerwu, nie pałam też miłością do 2007. Świetnie się zapowiada 2008, pełen rasy i świeżości, za to pozbawiony emfazy i konfitury. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać wina z rocznika 2005 i to dopiero jest ciekawe porównanie z 2009.

2005 też swego czasu był obwołany „rocznikiem stulecia”, a ceny poszybowały na niespotykane dotąd poziomy (dziś, z perspektywy 2009 i 2010, wydają się wręcz okazyjne). Jak przeczytałem dziś na Twitterze:

We are very happy in Bordeaux to have a ‘vintage of the century’ every two years and a vintage of the millennium every ten.

Bordeaux 2005 to zatem dobry test również dla naszych nadziei związanych z 2009. Traf chciał, że tę oto butelkę znalazłem na półce w ursynowskim Leclerku:

Chateau Tours des Bons Haut-Medoc 2005

Kolejny rocznik stulecia, ale tym razem dobry.

Haut-Médoc z „rocznika stulecia” za 43 zł to dobra okazja. Zwłaszcza, że wino jest pyszne. Soczyste, czereśniowe, świeże, lekko mięsiste, w punkt wytrawne, z owymi kredowymi, ale finezyjnymi garbnikami, których nie da się pomylić z niczym innym. Wzór umiaru i kultury, wino w żadnym punkcie nieprzesadzone, choć zdominowane smakowo przez Merlota. Bardzo dobra butelka i dla zupełnych bordoskich nowicjuszy w charakterze pedagogicznym, i dla już obytych w temacie, bo wino jest arcy„typowe”.

No właśnie, ma to, czego brakuje tak wielu winom z 2009. Poza alkoholem (tu na etykiecie tylko 12,5%) największa różnica pomiędzy obu rocznikami polega na świeżości, naturalnej równowadze. Bordeaux z 2005 są dojrzałe, pełne, bogate, ale nie przestają być sobą, nie buchają rodańskim ogniem, które dziś psuje urok wielu 2009. 2005 swym połączeniem siły i klasyczności nawiązywał do największych roczników w historii Bordeaux, jak 1990 i 1982, które też były bardziej napakowane od sąsiadów, ale miały ową nienaganną równowagę, a upływ czasu potwierdził ich klasę. 2009 po pierwszych degustacjach wydaje się już rocznikiem nowej ery, gdy o klasyczny smak Bordeaux, ową dyskretną kwasowość, chłodzący smak garbnika, potoczystą pijalność będzie coraz trudniej, trzeba będzie przywyknąć do koniakowych końcówek, ugotowanego owocu, trudnej w piciu masy. Dlatego cieszmy się ostatnią chwilą wolności, pijmy 2005.

Źródło wina – własny zakup. Bordeaux z 2005 dostać można także w Wina.pl, u Roberta Mielżyńskiego, Winarium i La Vinothèque.

Read Full Post »

Château Poujeaux 2009
Darczyńcom dziękuję!

Rok 2011 skończy się za parę wystrzałów szampana. Dziękuję wszystkim z Państwa, którzy byli ze mną przez ostatnie miesiące i wiernie lub z rzadka, zgadzając się ze mną lub wręcz przeciwnie, odwiedzali skromny blog o winie.

Na blogu piszę w zasadzie o swoich subiektywnych odczuciach i kontrowersyjnych opiniach, lecz – zwłaszcza dzięki Państwa komentarzom, za które podwójnie dziękuję – udaje się tu niekiedy zdziałać coś w sferze publicznej, jak w sprawie polskiego wina.

Pozdrawiam wszystkich z Państwa, których udało mi się spotkać w realu. Dziękuję za słowa zachęty, solidarności, a także krytyki. Krytykowany krytyk uczy się empatii, a to bezcenna umiejętność.

Szczególnie chcę podziękować pewnej grupie winomanów, z którymi spotykam się co jakiś czas przy kieliszku i którzy w spontanicznym odruchu obdarowali mnie butelką Château Poujeaux 2009. Marzyłem o spróbowaniu tego wina i to marzenie gwiazdkowo się spełniło. Nie rozjaśniło ono co prawda wszystkich moich wątpliwości co do rocznika 2009 w Bordeaux (alkoholu jest dużo, dżemowy Merlot dominuje w zapachu i smaku i naprawdę zastanawiam się, jak te wina się zestarzeją), ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.

A jest to koń podwójnie darowany, gdyż butelkę Château Poujeaux 1987 dostałem bardzo dawno temu od pewnego Jacques’a w pięknym mieście Lyon. Wracając z winobrania w Beaujolais nie miałem co podarować memu gospodarzowi na kilka nocy. Ofiarowałem mu tedy karton Beaujolais, który zbieracze zwyczajowo dostają za swój trud oprócz dniówki. Prawdę mówiąc było to niezwykle podłe wino, o czym najlepiej świadczy fakt, że sam producent go nie pił, a robotnikom serwował zmieszane pół na pół z wodą. Jacques z pewnością to wiedział, lecz w spontanicznym odruchu ofiarował mi w zamian Poujeaux 1987. Było to pierwsze świetne wino, jakie piłem w życiu, a efekt był tak wstrząsający, że jego bukiet czarnej porzeczki wyrył mi się na zawsze w pamięć. Po szesnastu latach jeszcze raz dziękuję Jacques’owi oraz Paulinie, Ince, Karolinie, Łukaszowi, Arkowi i Tomkowi. Udanych bąbelków!

Read Full Post »

Coraz ciekawsze jest życie degustatora nad Wisłą. Dosłownie w chwili ich trafiania na rynek mamy okazję spróbować win Bordeaux z okrzyczanego rocznika 2009. Dlaczego okrzyczanego, pisałem już tu, tu i zwłaszcza tu. 2009 miał być pod każdym względem niezapomniany, „naj”. Na razie „naj” są ceny, absolutnie rekordowe.

Chateau d'Armailhac Pauillac 2009

Jedyne jak na razie wybitne Bordeaux 2009.

Co do smaku, pojawiają się wątpliwości. Już w poprzednim wpisie o niedrogich Bordeaux z Leclerka dzieliłem się z Państwem obawami co do ich przejrzałego owocu, nadmiernego alkoholu i generalnie płaskiego stylu. Na znakomitej degustacji zorganizowanej przez Centrum Wina spróbowałem 15 win tym razem z górnej półki i wątpliwości mam nadal. Gdzie ten cudownie wyrazisty owoc, którym 2009 miał przekonać dotąd nieprzekonanych do Bordeaux? Gdzie ta niesamowita pełnia bez ciężaru, intensywność bez emfazy, rozwiązanie paradoksu tak trudnego do zrównoważenia szczepu Cabernet Sauvignon? Na razie slogany o najlepszym roczniku w historii budzą politowanie.

I nie ma ratunku nawet w Cabernet Sauvignon. Zawierający go 53% Château Latour-Martillac był bardzo słaby i smakował jak smażone powidła z winogron (128 zł). Rozczarował Chevalier de Lascombes (48% Cabernet, 48% Merlot, 114 zł) i Pauillac piątej klasy Château Pédesclaux (50% CS, 121 zł). Bardzo średni jest Château Belgrave, zazwyczaj pewniak i w dodatku nie tak drogi (110 zł). Alkohol jednak ewidentnie wyłazi mu bokami.

Chateau L'Evangile Pomerol 2009

Witamy w krainie przesady.

No właśnie, alkohol. To drugi – obok ceny – rekord rocznika 2009. Tak ciepło Bordeaux jeszcze nigdy nie smakowało. Na degustacji w Centrum Wina pojawiły się dwa wina z niesłychanym w tych rejonach 15% na etykiecie: Fombrauge i L’Évangile. Dwa wina konkursowe, ulubieńce Parkera, robione przez multimilionowe holdingi zadomowione w wysokich ocenach (B. Magrez oraz Rotszyldowie od Lafite’a). Wypada mi zwrócić honor Markowi Bieńczykowi, któremu wyrzucałem wzniecanie paniki przez 15% alk., gdy większość win miała nie dochodzić do 14%. No więc niektóre doszły i do 15. I to na samym finiszu, bo Jean-Marc Quarin, Tim Atkin, Neal Martin dostali próbki tych win z adnotacją 14,5%. Nie pierwszy raz doszło więc do wielkiej ściemy. Najpierw przyznano punkty, ustalono ceny, zainkasowano euro, a potem do kupażu trafiło trochę więcej przejrzałego w afrykańskim słońcu Merlota. Fombrauge smakuje – znów – powidłami, ale i ładną porzeczką i za 121 zł nie jest w sumie złą butelką, choć zasługuje na 86–87 pkt., a nie 91–93, jakie dostał od wujka Boba. L’Évangile na uzasadnienie swojej czekoladowości nie ma nic, bo kosztuje… 1266 zł za butelkę.

Chateau Fombrauge Saint-Emilion Grand Cru 2009

15 wolt to chyba ciut za dużo, doktorze No?

Kilka win wypadło wszak całkiem dobrze. Na pewno polecam ludzki, wyważony i świeży Pessac Château La Garde (110 zł). Niezłą niespodzianką okazał się prosty, ale też całkiem rześki Château Le Boscq z Saint-Estèphe (101 zł to jednak trochę za dużo). W kategorii prostych win do picia w ciągu najbliższych dwóch lat przyzwoitym zakupem jest Château Reysson Haut-Médoc za 64 zł. Uczciwie wyceniony jest Margaux Marquis de Terme (159 zł). No i jedna naprawdę dużej klasy butelka: Château d’Armailhac, czystej krwi Pauillac z jansenistycznym, wstrzemięźliwym nosem i ową niepodrabialną fakturą kredowych garbników w ustach. Tutaj nie ma żadnej opasłości, Cabernet Sauvignon smakuje ziemią i deszczem, wino ma potęgę, ale też i umiar i jest tak bliskie klasyczności, jak się dało w roczniku 2009. Za 196 zł dobry zakup do picia i do trzymania na lata.

A dobra wiadomość jest taka, że tych samych Bordeaux już jutro (piątek 9 XII) w Centrum Wina na ul. Puławskiej 336 w godz. 18–21 może spróbować każdy, kto uiści 100 zł za wstęp (obowiązują rezerwacje, cena biletu odejmowana jest od każdego zamówienia na min. 12 butelek).

(więcej…)

Read Full Post »

Przypadki chodzą po ludziach. Zaalarmowany przez kilkoro miłych Czytelników o kolejnych zmianach w ursynowskim Leclerku w te pędy poleciałem sprawdzić na własne oczy. Natknąłem się na miłego p. Jean-Stéphane’a Robineta, od lat wprowadzającego na polski rynek dobre wina francuskie, a za jego pośrednictwem na Jean-Philippe’a Magré i Yanna Barreila, prezesa i dyrektora Leclerka. Od słowa do słowa urodziła się z tego degustacja dla dziennikarzy i blogerów, w której udział wzięli także Magazyn Wino, Sstarwines, Viniculture i Enomen.

Leclerc Ekskluzywne Targi Winiarskie

Leclerc wrzuca szósty bieg.

A naprawdę jest o czym pisać, bo 20 metrów obok swojego stałego – świetnego – stoiska z winem Leclerc otworzył „Ekskluzywne Targi Winiarskie”, czyli odpowiednik foire aux vins, kiermaszów wina organizowanych każdej jesieni przez francuskie supermarkety. Jak mówi J.-Ph. Magré:

Od lat próbujemy poszerzyć asortyment, naszym celem jest rozwój polskiego rynku nie tylko w wąskim segmencie eksperckim, lecz pokazanie, że i tańsze, masowe produkty mogą być naprawdę dobrej jakości. „Targi winiarskie” to dla nas wielka premiera, by po raz pierwszy pokazać kilka zupełnie nieznanych w Polsce regionów winiarskich Francji.

Spośród najpopularniejszych win we francuskich oddziałach Leclerka wybrano ok. 200 etykiet, załadowano na TIR-a i rzucono na ursynowskie półki. W ten sposób powstał najszerszy w Polsce wybór Bordeaux – od prostych AOC i Supérieur poniżej 20 zł aż po grands crus classés w niezłych cenach. W tej ostatniej kategorii zwracam uwagę m.in. na Château La Louvière (117 zł) i Smith-Haut-Lafitte (299 zł) oraz magnum Château Gloria i La Tour Carnet (oba <400 zł) – wszystkie z rocznika 2008 uchodzącego za najlepszy obecnie zakup bordoski do picia dziś i za dekadę. Pojawiło się także kilka głośnych win z medialnego 2009, m.in. Château Poujeaux, pewniak za 146 zł.

Leclerc Ekskluzywne Targi Winiarskie Bordeaux grands crus

Grand cru w supermarkecie... O tempora o mores!

Równie ciekawe są jednak wina w cenach „codziennych”. Np. spory wybór musujących crémants z Alzacji, Loary, Burgundii, a nawet Bordeaux od 32 zł, duży wybór Alzacji (ponoć świetnie się sprzedającej) czy odważny desant półkowy z Sabaudii – pięć etykiet z tego kompletnie nieznanego w Polsce regionu to istne trzęsienie ziemi, zwłaszcza że ceny przyjazne (od 32 zł), a wina, jak wiadomo, wymarzone do jedzenia.

Domaine Bertrand Beaujolais-Villages Nouveau 2011

Nigdy bym nie zgadł, że tak pyszne.

18 win odkorkowanych dla blogerskiej braci przez Leclerka wypadło bardzo dobrze. Właściwie tylko jedno – przebeczkowane i gorzkie Coteaux du Languedoc Devois des Agneaux d’Aumelasze stajni Jeanjean – nie zasługiwało na polecenie. Mam wątpliwości co do niektórych tanich Bordeaux z rocznika 2009, nazbyt dla mnie płaskich, przegrzanych i mało typowych (zwłaszcza 100% Merlot Château Cantelaudette), ale te same cechy mogą je uczynić strawniejszymi dla konsumentów wychowanych na Chile i nieobeznanych z chropawym garbnikiem klasyczniejszego Bordeaux.

Château des Adouzes Faugères 2009

Hicior.

Łatwiej byłoby wskazać wina bardzo przekonujące. Hitem cenowym jest z pewnością Château des Adouzes Faugères 2009 – kawał śródziemnomorskiego owocu i pieprznego autentyzmu za jedyne 28 zł. Czystością, dynamizmem i pełnią owocu urzekło mnie Domaine Bertrand Beaujolais-Villages Nouveau 2011 – takie nouveau chętnie piłbym co rok i nie musiałbym odgrzebywać z archiwum starych dowcipasów o tym, że w święto Beaujolais najlepiej pić wino z poprzedniego roku (19 zł). Za 28,39 zł z pewnością nowych konsumentów dla Burgundii zjedna Maurice Michel Bourgogne 2009, Pinot Noir co prawda nieco ciepły i bogaty, no ale gorący rocznik 2009 to 2009, a wino jest owocowe, atrakcyjne, krągłe i smaczne.

Maurice Michel Bourgogne Pinot Noir 2009

Grand Prix za popularyzację Burgundii w Polsce.

Najlepszym z próbowanych przez nas win białych było Domaine de l’Angelier Muscadet sur-lie 2010, dowód (jeśli go kto potrzebował), że Muscadet to najbardziej niedoceniana apelacja i źródło fantastycznie pijalnych, idealnych do jedzenia win po 24 zł. Pozytywnie zaskoczyło mnie Albert Schoech Alsace Riesling 2009. Supermarketowej Alzacji zwykle unikam – jest albo mdła i żadnawa, albo za droga. To wino (tu z kolei 2009 zaważył na plus) jest bogate, kwiatowe, typowe dla regionu, ale też zdrowo kwasowe i mineralne. Za 32 zł to naprawdę świetna butelka. Wyróżniło się także Domaine La Cabanette Tavel 2010, wino różowe wystarczająco pełne i mocne, by je podać do polskiej Wigilii. 36 zł za Tavel to naprawdę okazja.

Domaine de l’Angelier Muscadet Sèvre-et-Maine-sur-lie 2010

Najbardziej niedoceniane wino Europy.

Spróbowaliśmy tylko małego wycinka oferty Leclerka, a sądząc po wynikach, lwia część z 200 etykiet jest godna polecenia. „Targi winiarskie” w Leclerku na Ursynowie będą trwały do Świąt. W dodatku na miejscu jest „sommelier”, czyli winiarski doradca, który wyjaśni różnice między Montravel i Haut-Montravel albo do czego pić Bonnezeaux. No i co na to Biedronka?

(więcej…)

Read Full Post »

Witam Państwa z Londynu, gdzie spędzam pracowity tydzień, degustując próbki beczkowe białych i czerwonych burgundów z okrzyczanego rocznika 2009.

Rocznika wielkiego, historycznego. Gdy winogrona spadały pod cięciem sekatora, miał być lepszy od 2005. W czasie fermentacji wyprzedził 1999. Gdy nadeszła pora ustalania cenników, okazał się najlepszy od 1990. A w tej chwili padają już porównania do 1959. Fantazja producentów i niektórych dziennikarzy nie zna granic. Trzeba jakoś uzasadnić podwyżkę cen, nie tak co prawda drastyczną jak w przypadku opisywanego przeze mnie Bordeaux, ale i Burgundia usiłuje wskoczyć do chińskiego TGV. Siła nabywcza juana już o sobie dała znać na tegorocznej aukcji Hospices de Beaune. Paradoksem rocznika jest, że co prawda wina są bardzo drogie, ale to być może ostatnia okazja do kupienia ich tak tanio.

Kupować z pewnością warto. Znakomitość rocznika nie ulega kwestii. Czy 2009 jest lepszy od innych wielkich? W porównaniu do 2005, który i w Polsce mamy okazję wlać do kieliszka, 2009 ma więcej owocu, ale i mniej świeżości. Co kto lubi. Mnie kwasowości i naturalności w wielu winach brakuje, sporo białych jest na tyle bogatych, miodowo-brzoskwiniowych, że szczyt formy osiągną dość szybko, za 4–5 lat, co jak na takie nazwy jak Meursault i Puligny i jak na takie ceny nie jest wybitnym osiągnięciem. Ale też długowieczność nie musi być wyznacznikiem jakości; w kategorii tzw. natychmiastowej przyjemności 2009 jest istotnie wielkim sukcesem.

Degustuję w Państwa imieniu blisko tysiąc burgundów. W ciągu 10 dni swoje burgundzkie portfolio prezentują wszyscy liczący się londyńscy importerzy i handlarze: działający od XVII wieku Berry Bros. i od XVIII Justerini & Brooks, napakowany klejnotami jak korona Elżbiety Windsor Charles Taylor, niszowcy tacy tak Howard Ripley.

Wszystko jest świetnie zorganizowane, odbywa się z dużą dyscypliną (u Goedhuisa dwudziestka dziennikarzy przez dwie godziny degustowała nie mówiąc ani jednego słowa! Tu się pracuje, a nie traci czas na ploty), toteż okazja byłaby przednia dla naszych importerów, by w krótkim czasie dokonać znakomitej selekcji bez potrzeby kosztownej podroży do Burgundii.

Burgundy dostępne dziś w Polsce to bowiem peleton superligi. Z rodzynków Mielżyńskiego w Londynie błyszczy jedynie Jean Chartron, a dawniej znakomity  katalog 101win.pl jest już bardzo przetrzebiony i nie dostaniemy już tu moich gwiazd rocznika 2009 takich jak Domaine de la Vougeraie, Clos des Lambrays, Marquis d’Angerville. Nie mówiąc o Anne Gros, Méo-Camuzet, Ghislaine Barthod, Sylvain Cathiard, Olivier Leflaive, Confuron-Cotetidot (pojedyncza flaszka ongiś do dostania w Wina.pl). Tych nad Wisłą nie ma nawet we wspomnieniach, chyba że przyjadą w bagażniku. Z czołówką win białych jest jeszcze gorzej. Francuzi się temu dziwią, bo od paru lat sprzedają te flaszki w Pradze, Wilnie i Rydze. Czy nikt u nas nie pokusi się o stworzenie katalogu superburgundów choćby dla tych kilkuset polskich winomanów, którym na tym zależy?

Najlepsze wino z 800, jakich spróbowałem.

(więcej…)

Read Full Post »

Horyzont Johannesa

Któż nie zna winiarni Selbach-Oster? Ten mozelski arcyklasyk dostarcza solidnej jakości Rieslingów już jedenastemu pokoleniu winomanów. Butelki wysyłane w świat dawniej przez Hansa Selbacha, a obecnie jego syna Johannesa to mozelski wzór metra, szczególnie w wersjach słodkich od codziennych Kabinettów aż po Auslese. Od zawsze należą do win nad Mozelą nie tylko najbardziej pijalnych, ale i najtańszych i zapewne nie jestem odosobniony w fakcie kupowania ich od lat kartonami.

Hans Selbach zmarł w 2005 r. Choć Johannes zarządza winiarnią już od 1993 r., w ostatnich latach obserwuję subtelne, ale wyraźne zmiany na jeszcze lepsze. Proste Rieslingi QbA i Kabinetty mają więcej charakteru; na poziom win słodkich wskoczyły także wytrawne (to akurat zjawisko panmozelskie); wszystkie wina wydają się obecnie bardziej dopracowane i równe. W starych rocznikach – które można tu wciąż kupić za śmiesznie niskie pieniądze – znakomity był co drugi, a reszta pomimo ogólnie wysokiego poziomu bywała zbyt zielona. W zeszłym tygodniu Johannes Selbach otworzył dla mnie Zeltinger Himmelreich Spätlese 1994, Zeltinger Sonnenuhr Riesling Spätlese 1990 i Zeltinger Himmelreich Riesling Auslese 1995 – wybitne było tylko to ostatnie, pierwsze dwa ładnie się zestarzały, ale były zdominowane przez niezbyt dojrzałą kwasowość; nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w ostatnich rocznikach Selbach już sobie nie pozwala na robienie tak niezrównoważonych win.

Wierna klientela, niezmiennie wysokie oceny prasy, ciąg niezwykle udanych roczników (od 1994 nie było nad Mozelą nieudanego sezonu!)… A jednak Johannesowi było mało. Inspiracją do skoku naprzód stały się słowa ojca, który powiedział mu kiedyś: Ciągle mówisz o wierności terroir. A jednak chodzisz do winnicy i kilkakrotnie wybierasz zbotrytyzowane grona. To nie jest żadna ekspresja terroir, tylko twojej koncepcji wina. W poszukiwaniu tej ekspresji Johannes zawędrował w krainę, gdzie stopa mozelskiego winiarza dotąd nie stanęła. Odrzucił fundamentalną zasadę niemieckiego wina – selektywny zbiór – i w 2009 r. zebrał za jednym razem wszystkie rosnące w winnicy grona. Zielone i złote, niedojrzałe, dojrzałe i przejrzałe, zdrowe i zbotrytyzowane pospołu. Wszystkie trafiły do tej samej kadzi i wydały jednego Rieslinga.

Dwie etykiety tego samego wina; tę po lewej władze winiarskie odrzuciły, bo "Schmitt" nie jest zarejestrowaną nazwą parceli i nie może pojawiać się na etykiecie "w sposób sugerujący, iż jest to nazwa winnicy"...!

Polakowi to brzmi znajomo – tak się robi tokaj samorodny, czyli najbardziej „nasze” wino – ale w Niemczech to jest intelektualna rewolucja. Od 50 lat robienie dobrego Rieslinga polegało na ciągłym wybieraniu najlepszych gron i pozostawianiu innych na krzaku. W ten sposób budowało się koncentrację Auslese, BA i TBA, a zbierane na samym końcu sezonu winogrona bez szlachetnej pleśni dawały wina wytrawne i półwytrawne.

Selbach do swojego eksperymentu wybrał trzy najlepsze parcele w obrębie słynnych winnic Zeltinger Schloss i Himmelreich: Schmitt, Anrecht i Roth Lay. Powstały cztery wina – jedno wytrawne i trzy o różnym stopniu słodyczy (coś w rodzaju alternatywnego Spätlese i Auslese). Lecz rejestr smakowy tych win jest niezwykły. W wytrawnym Schmitt 2009 jest dużo minerału i cytryny zwyczajowych w mozelskich trocken, ale też ciało i głębia owocu, jakie Rieslingowi zapewnić może tylko szlachetna pleśń. W słodkim Anrecht jest aż 70 g cukru, a wino smakuje jak półwytrawne, bo dynamiczna kwasowość zielonych gron percepcyjnie zjada prawie cały cukier. W słodkim Schmitt nie ma co się zastanawiać nad poziomem cukru; potężna owocowa materia osadzona jest na skalnym smaku jak krakowski sernik na dobrze wypieczonym spodzie. W ustach te wina wydają się wykute z jednego bloku, bardziej na podobieństwo dobrego Savennières czy wina alzackiego w rodzaju Marcela Deissa aniżeli znanych nam dotąd win mozelskich. Nowe wina Selbacha są żywsze, bardziej napięte od klasycznych (wyższą kwasowość zapewnia im użycie nie do końca dojrzałych gron, które w selektywnym zbiorze zostałyby odrzucone), większą złożoność aromatyczną (grona zielona, złote i zrodzynkowane dają inne aromaty), ale wbrew intuicji są też słodsze i bogatsze: na podobieństwo wzmocnienia akustycznego nuty słodkie są tu subtelnie podkreślone przez świeżość owocu właśnie. Czy to dla Mozeli nowa jutrzenka, którą podążą inni winiarze? W dziedzinie win wytrawnych od starego podejścia „auslesowego” już właściwie całkiem w Niemczech zrezygnowano.

Wina Selbach-Oster kupimy w Polsce w 101win.pl. Na razie dostępny jest rocznik 2007 i 2008, które również usilnie polecam (otwarty wczoraj Himmelreich Kabinett trocken 2007 był świetny). Oby za parę miesięcy trafiły do nas też Selbachowskie „samorodne”.

(więcej…)

Read Full Post »

Róg obfitości

Dwa dni spędzone nad Mozelą w poszukiwaniu dobrych Rieslingów „na lata” minęły szybko i skończyły się dla mnie sporym debetem. Wysoka jakość rocznika 2009 znajdowała potwierdzenie na każdym kroku. Świetny owoc, dobra koncentracja, wyrazista mineralność, a przede wszystkim wspaniale smakowita, w punkt dojrzała, ananasem perfumowana kwasowość sprawiały, ze wina chciało się pić szklankami i kupować wszystko od prostej „litrówki” aż po aukcyjne Auslese.

Numer 1 to u Zillikena zawsze najsłodsze wino: w 2009 r. 360g cukru...

Tych ostatnich nie będzie tak dużo. Pod jednym względem rocznik 2009 nie rozpieścił – szlachetnej pleśni nie było tak dużo i udało się przede wszystkim jej tzw. pierwsze pokolenie, jeszcze z wrześniowych zbiorów. Wybór nie będzie tak duży, butelek będzie mało, a co za tym idzie ceny wyższe niż zwykle. Mistrz rozmaitych microcuvées Hans-Joachim Zilliken znad Saary w tym roku zrobił tylko trzy numery likierowych Rieslingów, w tym niezapomnianie mineralne Auslese Goldkapsel i TBA na poziomie dobrej eszencii. W Selbach–Oster nie będzie przy Auslese 2009 żadnych zwyczajowych gwiazdek, a wspinaczkę na szczyt cukru trzeba zakończyć na Zeltinger Schlossberg Auslese oraz ciekawych winach Schmitt i Roth Lay, produkowanych jak tokajski samorodny.

Genialne Spätlese za 13€.

Na mozelskie aukcje zapraszam 23 i 24 września do Trewiru (za parę złotych można tam spróbować win, które potem pójdą pod młotek po 2000€) – w tym roku będą zresztą wyjątkowo huczne z uwagi na setny jubileusz organizacji VDP.

Win aukcyjnych na razie kupić nie można. To, czego nieoficjalnie próbowałem nad Mozelą było niezapomniane, ale spore emocje i bardzo dobrze wydane pieniądze czekają też w „prostych” Auslese. U Joh. Jos. Christoffela to zaledwie 18,60€ za butelke 750ml, u Fritza Haaga 24€ za Auslese z niekwestionowanego grand cru, jakim jest Brauneberger Juffer-Sonnenuhr. U skromnie wspinającej sie na szczyt rodziny Kneblów nad Dolną Mozelą Auslese robi się jak Beerenauslese, maja ponad 150 g cukru. Za półflaszę tutejszego Röttgen zapłaciłem niecałe 100 zł – to dużo za wino, które może leżakować 30 lat?

Rekordowe wina Kneblów. 90 kg rodzynek na 5 litrów BA!

Lecz najwięcej miejsca w piwnicach radziłbym poświęcić Kabinettom. Te lekkie półsłodkie Rieslingi są w Polsce zdecydowanie zbyt mało uważane. A to wszak największy dar narodu niemieckiego dla świata. Niezwykle pijalne – często mają 7,5–8% alk. – lekkie i soczyste – w tym roku to nie żadne zdeklasowane Spätlese – czarują świetnymi bukietami, a przy tym maja całkiem dobra kwasowo-mineralną strukturę, żeby poleżeć w piwnicy paręnaście lat. W zeszłym tygodniu piłem Johannishof Hölle 1989 i Selbach–Oster 1990 i oba trzymały się nader dobrze, prosząc o kurę w śmietanie, turbota na maśle albo choćby dobrego oscypka. Za te wina zapłacimy śmieszne pieniądze: 10–12€, a niekiedy nawet 8 (na razie zakupy konieczne w Niemczech, bo 2009 jeszcze do nas nie zawitał). Gorąco namawiam, w końcu nie ma nic przyjemniejszego, niż dzielić turbota z własnym dzieckiem.

Read Full Post »

Older Posts »