Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Australia’

Mój poprzedni wpis o degustacji Grand Prix Magazynu WINO wzbudził wiele emocji. Niektórzy poczuli się urażeni. Przeprosiny jestem winien przede wszystkim Katarzynie Niemyjskiej, sekretarz redakcji MW – mogło powstać wrażenie, że obarczam ją odpowiedzialnością za niefortunną kolejność degustowanych win, a w istocie tylko dzięki niej degustacja w ogóle się odbyła – w znakomicie komfortowych warunkach, dodajmy: w każdej kategorii mieliśmy szeroki przegląd win (w poprzednich latach o medale biło się niekiedy 5 butelek), tempo i dynamika serwisu były idealne, wina w dobrej temperaturze, nikt nie dowoził (jak choćby rok temu) wina taksówką, gdy już jury siedziało w fotelach. To są detale, ale detale ważne dla rzetelnej degustatorskiej pracy. A zadanie nie było łatwe, bo na przykład w „Decanterze” w organizacji podobnych paneli bierze udział 12 osób.

Magazyn WINO Grand Prix 2011 degustacja finałowa

Degustacja w ciemno musi odbywać się w dobrych warunkach.

Urazy niechaj nie żywi Tomasz Kurzeja, któremu przypisałem (nie była to wszak krytyka) nadmierny wpływ na selekcję win. Jak udało mi się dowiedzieć, wiele win, które jednoznacznie mi się kojarzyły z jego podniebieniem, jak Pierre Frick Sylvaner 2003 czy Lapierre Morgon 2010, do finału rekomendowali w istocie inni redaktorzy MW. Zwracam honor.

Usłyszałem też, że dezawuuję samą ideę Grand Prix Magazynu WINO. Absolutnie nie było to moją intencją. Uważam, że te nagrody są potrzebne. Polski rynek winiarski potrzebuje takiego konkursu i takich medali. Potrzebują ich importerzy, którzy w większości wykazują nimi bardzo duże zainteresowanie, potrzebują sklepy winiarskie, gdzie medale (takie czy inne) często są przydatnym wsparciem sprzedaży. Co najistotniejsze, potrzebują konsumenci. Bardzo wiele osób pyta mnie o rekomendacje najlepszych win dostępnych w różnych kategoriach cenowych. Medal MW ma realne przełożenie na lepszą sprzedaż. Nie ma miarodajniejszej degustacji najlepszych win na polskim rynku. Jakkolwiek by krytykować Grand Prix MW, jest to nadal punkt odniesienia. Prestiż tej nagrody powstawał przez lata sumiennej pracy i korekt. To jest niebagatelny potencjał, którego nie wolno zmarnować.

Magazyn WINO Grand Prix 2011

Grand Prix Magazynu WINO jest potrzebne.

Aby go nie marnować, trzeba jednak otwarcie rozmawiać o założeniach nagrody i kontekstach degustacji. Ewa Wieleżyńska w komentarzach do mojego tekstu poruszyła kilka ważnych tematów. Czy wina wyróżnione w Magazynie WINO mają wyrażać smak i estetyczne zapatrywania redakcji, czy wychodzić naprzeciw preferencjom szerszej publiczności (choćby tej aktywnie interesującej się winem)? Czy medale Grand Prix mają podsumowywać degustacje MW z całego roku, czy szukać ich rozszerzenia? Czy mają być przyznawane w gronie stałych paneli stów MW, czy oddawać również głos szerokiemu środowisku wino pisarzy? W jakim należy realizować „parytet” poszczególnych krajów, importerów i stylów wina w degustacji finałowej i składzie medalistów? To są ważne pytania.

Jest też oczywiście prawdą, że sam jako redaktor Magazynu WINO w poprzednich latach sam uczestniczyłem w kształtowaniu systemu, którego elementy teraz krytykuję. Tak, byłem odpowiedzialny za podanie półsłodkiego Pinot Gris Zind-Humbrechta obok (choć nie przed) wytrawnego Chablis. Tak, sam przyznawałem trzy medale trzem niemieckim Rieslingom, co nie miało nic wspólnego z parytetem. Naturalnie inną perspektywę ma się i inne stanowisko reprezentuje, będąc wewnątrz i na zewnątrz takiego organizmu jak Magazyn WINO. Lecz tutaj nie chodzi o osobiste zasługi czy odpowiedzialność konkretnych osób, rozliczanie czy lustrację. Chodzi o proces dążenia do właściwych standardów i rzetelnych rozwiązań. Kwestia legitymizacji takiego konkursu jak Grand Prix MW jest wciąż aktualna. Nic nie jest dane na zawsze; takie rzeczy jak ideologiczne przesłanki czy techniczna organizacja degustacji podlegają bezustannej weryfikacji i krytyce, tak jak każda działalność publiczna. Tak samo ma się rzecz w przypadku „Decantera” czy „Revue des Vins de France”.

Nie jest też prawdą, że niewiele zmieniło się od czasu, gdy ja uczestniczyłem w pracach nad Grand Prix MW. W tym roku zmieniły się trzy istotne rzeczy: kolejność podawania win, przedziały cenowe i „parytet”, co widać na poniższym obrazku:

Grand Prix Magazynu WINO 2009-2011 podział na kraje

Wina dopuszczone do finału Grand Prix Magazynu WINO w podziale na kraje.

Czy w krytyce pewnych elementów tegorocznego Grand Prix poszedłem zbyt daleko? Być może. Być może przesadziłem, używając słów takich jak „sekciarstwo” czy „kuriozum”. Ocenią to Czytelnicy, lecz tych, którzy poczuli się dotknięci i potraktowali krytykę jako personalny atak, przepraszam.

A na ten sam temat, oto wrażenia i wnioski z drugiego dnia degustacji Grand Prix MW:

Wina różowe

Mój faworyt: La Valentina Montepulciano d’Abruzzo Cerasuolo. Wszystkie próbowane w tym roku wina różowe pochodziły z rocznika 2010. (Brawo!). Nie wszystkie były jednak bardzo świeże. Montepulciano dało radę, było winne jak trzeba i ładnie rozwijało się w kieliszku. Takiego rosato napiłbym się nawet w zimie.

Rozczarowanie: Tamás Dúzsi Kékfrankos Rosé. Flaszki tego winiarza zachwycały w poprzednich latach relacją jakości do ceny. To wino jest jednak cienkie i utlenia się w kwadrans.

Thierry Germain Anjou Rouge 2008

Jedyny w swoim rodzaju smak Cabernet Franc: bezcenne.

Wina czerwone do 50 zł

Mój faworyt: Thierry Germain Anjou Rouge 2010 (Wineonline). Z aż trzech win tego winiarza na 88 ocenianych w finale (to chyba lekka przesada?) naprawdę podobało mi się to niedrogie i prawdziwie autentyczne, smakujące kredowym garbnikiem Cabernet Franc. To była w ogóle bardzo dobrze obsadzona kategoria – smakowało mi Côtes du Rhône z Domaine Rigot czy ciekawie eleganckie Sanguinhal Quinta de S. Francisco 2008. Zgrzytem była tylko utleniona Palmela ze spółdzielni.

Marcel Lapierre Morgon 2010

Niezapomniana lekkość.

Wina czerwone 50–100 zł

W tej kategorii było dużo emocji. Poruszyło mnie znowu loarskie Cabernet Franc – Les Picasses 2005 od Olgi Raffault, rozpoznawalne na odległość swoim niedzisiejszym stylem. Po raz pierwszy próbowałem Le Roc des Anges Segna de Cor 2009 i chciałbym jeszcze. Wszystko to byłojednak niczym przy Marcel Lapierre Morgon 2010. Wino wybitnie niekonkursowe i trwożę się, że jego kryształ zniknął gdzieś jurorom między Mencíą a Chianti Classico, ale dotknięcie tej czereśni było niezapomnianym momentem. Do finału nie wpuściłbym smakującej w ciemno jak banalny Cabernet Barbery Zio Nando 2008 od Rivetto.

Oddero Barolo Mondoca di Bussia Soprana 2005

Niewybitne, ale i tak najlepsze.

Wina czerwone powyżej 100 zł

Dziewięć win, trzy wyróżniające się – złoty medal przyznałem Oddero Mondoca di Bussia Soprana 2005, choć nie jest to wybitne Barolo, częściowo z powodu twardego rocznika. Srebro – najszczerzej The Signature 2005 od australijskiej Yalumby, świetnie zrównoważonej i soczystej kompozycji CabSauv–Shiraz.

Rozczarowań w tej kategorii było jednak sporo. Gdzieś ulotnił się dawny czar Sacrisassi (2008) od Le Due Terre, nie zasługiwał na miejsce w dziewiątce Weninger Kékfrankos Spern Steiner 2007 (Skład Win Sokołowski Interwin). Zachwycający na średniej półce Thierry Germain swą kosztowną La Marginale 2008 wzbudził uczucia co najwyżej letnie. Mógłbym psioczyć, że zabrakło bomby takiej jak w zeszłym roku Brunello Casanova di Neri czy dawniej – Vall-Llach, ale to była dobra degustacja, ciekawe porównanie, mocna konkurencja. A komu przypadną medale, okaże się 8 listopada.

(więcej…)

Read Full Post »

Po sukcesie wizyty w Leclerku poszedłem za ciosem i w poszukiwaniu przyzwoitych flaszek obiadowych odwiedziłem ursynowski Real (d. Géant). Po kwadransie przeglądania półek zrezygnowałem. Jasne, znalazło się parę przyzwoitych etykiet – Portugalczyków sprowadzanych przez AN.KA i Bordeaux z niskiej półki, ale ogólne wrażenie jest słabiutkie. Wina przypadkowe, ani ciekawe, ani szczególnie tanie. Nie widzę powodu, aby tu zostawiać ciężko zarobione winiarskie pieniądze.

Herbata z prądem – zimna i z cukrem. Kto reflektuje?

A jedna rzecz jest w Realu bulwersująca. Jest nią ambitnie zakrojony regał z winami różowymi. Polacy chyba aż tyle rosé nie piją, by uzasadniać te trzydzieści etykiet z sześciu krajów. Podejrzenie, że ten różowy zawrót głowy jest zupełnie od czapy, znajduje potwierdzenie w proponowanych rocznikach. Z nielicznymi wyjątkami wino różowe pije się młode – tej prawdy powinno się nauczać w szkołach ogólnokształcących. Młode to znaczy aktualnie z rocznika 2010. (Za dwa–trzy tygodnie na półki zaczną trafiać róże nowoświatowe z 2011). 2009 to już jest rosé stare i w przypadku taniego wina z supermarketu – prawdopodobnie marne. W Realu butelki z 2009 to luksus. Dominuje 2008, nie brakuje… 2007! To zupełnie nie do przyjęcia – jawne nabijanie konsumenta w butelkę. A niestety Real nie jest wyjątkiem. W wolskim Auchan rosé z 2007 stoją od podłogi do nieba w gorącym świetle żarówek, a ich herbaciany kolor nie daje nadziei na nic pijalnego.

Z kronikarskiego obowiązku zakupiłem w Realu za 28 złotych polskich australijskie Jacob’s Creek Shiraz Rosé 2007. Smak zgodny z przewidywaniami. Najbliższe skojarzenie: zimna herbata z prądem. Gdy szanujący się sklep sprzedaje jogurt dwa tygodnie po terminie przydatności do spożycia, obniża cenę o połowę i wystawia go w specjalnym kartonie ze spadami. Dlaczego tak się nie dzieje z winami?

Jacob’s Creek ma nawet swój skromny showroom. © Jacob’s Creek.

Jacob’s Creek to jedna z największych marek na świecie, najlepiej sprzedające się wino m.in. w Wielkiej Brytanii. Supermarketowa masówka, do której jednak nie jestem nastawiony źle. Tutejszy Shiraz Cabernet jest całkiem przyzwoitym winem codziennym (choć nie tak tanim – ok. 29 zł). A już zupełnie przekonujący jest Jacob’s Creek Sparkling, solidne wino musujące (metoda klasyczna z Chardonnay i Pinot Noir, częściowo produkowana na Tasmanii, ziemi obiecanej winiarstwa na antypodach) które bez przykrości prezentowałem przy kilku okazjach, m.in. warsztatów serowych w La Fromagerie – całkiem dobre połączenie z camembertem.

Jacob’s Creek jest więc przyjacielem początkującego winomana, pod warunkiem, że oferowane są aktualne roczniki. Rosé z 2009 to już ostatni gwizdek, a 2007 – absolutnie poniżej krytyki. Podobnie jak stare Beaujolais Nouveau, to wino jest po prostu przeterminowane i w ogóle nie powinno być sprzedawane. No ale może być jeszcze gorzej.

W innym supermarkecie na L nawet czerwone Bordeaux sprzedają z 2009. (Bardzo je polecam za 16 zł).

(więcej…)

Read Full Post »

Krążąc po warszawskim C.H. Arkadia zajrzałem do sklepu sieci Marks & Spencer, a tam miła niespodzianka: obok sweterków i słynnych marksowskich majtek dział z artykułami spożywczymi. Ładnie opakowane słoiczki i pudełka zachęcają do eksploracji kulinarnego świata równie egzotycznego, jakby w Arkadii pojawiły znienacka delikatesy z Singapuru.

Marks & Spencer (4)Marks & Spencer (1)

Marks & Spencer (3)Marks & Spencer (5)

O ile w polskich supermarketach królują podróbki („masło roślinne”, polski ser Fetiko i szynka parmeńska z Westfalii, czyli z Morlin), a uwaga kupujących skupia się na cenowych promocjach, w M&S rządzą kosmopolityzm (wybór od swojskich angielskich mielonek przez włoskie makarony po kanadyjskiego łososia, malezyjskie sosy i nowozelandzki miód wrzosowy), ekologia, zdrowotność (większość produktów bez konserwantów i barwników), moralizm (niemal u nas nieznany program Fairtrade), praktycyzm (duży wybór dań gotowych), ale też sporo kulinarnej wyobraźni i różnorodności. Zamiast dziesiątek identycznych ciasteczek „jeżyków” mamy wybór cookies z migdałami i pistacjami, z jagodami i płatkami owsianymi, z dwoma rodzajami czekolady. Ryż biały, dziki, pełnoziarnisty, półpełnoziarnisty, włoski, indyjski, tajski. Sól morska, ale też wędzona; gotowe buliony – kurczęcy i ziołowy (całkiem przyzwoite) – w torebkach, butelkach i koncentraty w puszce. Sosy i przyprawy w stylu marokańskim, syryjskim, pakistańskim, malezyjskim, syczuańskim. Można by z tego sporządzić kartę dań ciekawszą niż w wielu „etnicznych” restauracjach w Warszawie.

Trudno czasem oprzeć się wrażeniu pewnej sztuczności i myślowych kolein (jak ryż, to basmati, jak czekolada, to z Belgii, jak suszone pomidory, to southern Italian), lecz jakość tych parunastu produktów, których spróbowałem, jest zdecydowanie wyższa od porównywalnych w polskim sklepie, a ceny tylko trochę wyższe. A poza tym są znakomicie oznakowane: zawartość wszystkiego od kalorii po tłuszcze nasycone wraz z procentem zalecanego dziennego spożycia i ostrzeżeniem przed wszelkimi możliwymi alergiami.

Marks & Spencer (6)

No i jest dział winiarski. On także wygląda jak twór z innej planety. Polski konsument, gdy tu zawita, niewiele z tego w pierwszej chwili zrozumie. Nie znamy wszak różnicy między Hunter Valley a Barossą ani nie mamy pojęcia cóż to za zwierzę – australijskie Semillon. Nie wpadliśmy (jeszcze?) w szalejącą na Wyspach Brytyjskich obsesję win różowych (to duża część oferty Marks & Spencer) ani nie pragniemy o każdej porze dnia i nocy Pinot Grigio. Przez to całkowite oderwanie od naszej rynkowej rzeczywistości trudno wróżyć winom M&S wielką przyszłość.

A szkoda. Taki dział winiarski i taki serwis internetowy jak M&S byłby chlubą nie tylko polskiego supermarketu, lecz i importera z górnej półki. Logiczny układ win na półkach i znakomite oznakowanie na kontretykietach (kiedy i do czego wypić, z jakich szczepów zrobione i po co) z pewnością pozwolą tu uniknąć standardowego obrazka z polskich sklepów, czyli konsumenta stojącego przed półką pełną identycznie wyglądających etykiet z miną zagubionego dziecka. Jasne, że to sformatowanie oferty pod masowe gusta konesera może zirytować – nie szukajmy tu znanych winiarzy, apelacji-ciekawostek i w ogóle nie oczekujmy zbyt wiele terroir – lecz przecież nie do koneserów wina te są kierowane.

Oferta Marks & Spencer winomanów zachęci jednak dwojako. Po pierwsze – cenami. Większość win kosztuje 20–45 zł, ale są i po 12 zł. W tej lidlowo-biedronkowej konkurencji M&S proponuje zresztą przyzwoicie wyglądające hiszpany m.in. z apelacji Utiel-Requena, a nie żadne vino de mesa. Za 18 zł nader pijalne langwedockie vin de pays, od którego spąsowieć ze wstydu powinny francuskie wynalazki od lat wciskane nam przez Carrefoury i ś.p. Géanty. Za 28 zł wytrawne i słodkie sherry, za 45 zł butelki z uznanych apelacji od Chablis do australijskiej Barossy. Wiele win sytuuje się zresztą na rekordowo niskich w polskim kontekście poziomach: mamy np. porto late bottled vintage za jedyne 43 zł (do tej pory za takie wino trzeba było u nas płacić co najmniej 60 zł). Etykiety nie wyglądają znajomo, gdyż są to wszystko tzw. BOB (Buyer’s Own Brand), wina sprzedawane pod nazwą Marks & Spencer. Wystarczą jednak dobre okulary, by doczytać się drobnym drukiem prawdziwego autora. Nierzadko są to całkiem uznane winiarnie, jak Jean-Marc Brocard.

Marks & Spencer Jerez Fino

Spróbowałem takiego właśnie BOB Sherry Fino (autorstwa przyzwoitej bodegi Williams & Humbert). Nie dałoby się chyba wyprodukować wina bardziej komercyjnego i zrozumiałego dla nic niewiedzącego o sherry konsumenta, które jednocześnie pozostaje całkiem typowe i reprezentatywne. Są nuty drożdżowe, jabłeczne, migdałowe jak Bóg przykazał, nie ma specjalnie dużo morskiej słoności ani cechującej wybitne sherry kwasowości, dziwność smaków ugrzeczniono cukrem resztkowym, ale za 28 zł jest to wino zasługujące na polecenie zawsze wtedy, gdy potrzebujemy niedrogiego sherry do obiadu (czyli często).

Marks & Spencer Pinot Grigio Rosé 2007Marks & Spencer Pinot Grigio Rosé 2007 (2)

Dziwem na półkach M&S jest Pinot Grigio Rosé. Za jednym zamachem sprzedać dwa najpopularniejsze obecnie w Albionie typy win – to naprawdę sztuka. Co prawda Pinot Grigio (Pinot Gris), kojarzące się jednoznacznie z winem białym, faktycznie ma ciemną, różową, niekiedy wręcz fioletową skórce, ale nie było nigdy używane do produkcji win różowych (do tradycji północnych Włoch należy jedynie ramato, czyli wino „miedziane”, morelowe z rdzawym odcieniem). Aby z Pinot Grigio uzyskać pełnokrwiste rosé¸ trzeba dodać czerwonych winogron – i stąd na niektórych etykietach M&S drobny dopisek, np. Rondinella na tego rodzaju winie z Veneto. Gdy dopisku nie ma, prawo UE zezwala na 15% domieszkę niewymienionych szczepów. Z ciekawością sięgnąłem po Pinot Grigio Rosé 2007 z węgierskiego regionu Neszmély, głowiąc się, czym sprytni Madziarzy dodali różu do Szürkebarátu – Kékfrankosem? Okazało się, że niczym, bo barwa wina to najczystszej krwi ramato, czyli „oko kuropatwy”; jeśli ktoś szuka majtkowego różu takiego jak na etykiecie, będzie pewnie rozczarowany; mnie ten kolor bardzo się podoba, no i jest uczciwy. Wino jest ewidentnie komercyjne, z umiejętnie dawkowanym cukrem resztkowym i różanymi aromatami, bez większej kwasowości, lecz cokolwiek by mówić – bardzo czyste, diablo smaczne i diablo niedrogie (21 zł).

Marks & Spencer Barossa Shiraz 2007

W wyższym przedziale cenowym też jest tu na czym zawiesić kieliszek. Takie Barossa Shiraz 2004 to przykład tego, co sieci typu Marks & Spencer mogą robić dobrze. Wino sprzedawane pod marką sklepu jest w istocie produkowane przez St. Hallett, dobrze notowanego producenta australijskiego. Jak na prestiżową apelację, jaką jest Barossa, cena jest przebojowa – 43 zł. Za tę kwotę bije na głowę wszystkie australijskie wina dostępne w Polsce. Jest absolutnie zgodne ze wzorcem swojego szczepu i apelacji, a zarazem zachęcająco świeże, przy całej swej koncentracji, pieprzowej korzenności, czekoladowej gęstości nie jest w sumie męczące (warto jednak trochę je ochłodzić).

Marks & Spencer to winiarska nisza w niszy – zajrzy tu może w skali roku kilkuset klientów i trudno wierzyć, by do szpiku kości przemyślana i profesjonalnie sformatowana przez angielskie mózgi degustatorskie oferta mogła jakoś wpłynąć na działania konkurencji. Carrefoury i Leclerki mogą więc nadal windować marże i sprzedawać swe – w znakomitej większości – rozpaczliwe badziewie. Ja na pewno wrócę do M&S po jakąś winiarską ciekawostkę – i po tanie sherry.

(więcej…)

Read Full Post »