Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Barolo’

Dziś dopiero wtorek, ale wydarzeniem tygodnia, które na długo zapadnie w pamięci, jest z pewnością wczorajsza degustacja Barolo & Friends zorganizowana m.in. przez Strada del Barolo i Magazyn Wino. Nadzieje były wielkie, bo event reklamowany był od sześciu tygodni na niespotykaną skalę. Któż nie chciałby spróbować „legendarnego”, „monumentalnego Barolo”? Samo Barolo jest może legendarne, ale w Warszawie wczoraj grali (z całym szacunkiem) Ruch Radzionków z Gryfem Wejherowo. Bolesna prawda jest taka, że ci prawdziwie „monumentalni” producenci Barolo nie biorą udziału w tego typu degustacjach, a na polski rynek wkraczają innymi kanałami.

Barolo & Friends Warszawa 2012

Zapowiadało się świetnie.

Barolo & Friends okazało się jednak przydatne w tym sensie, że nawet ci winiarze drugoligowi, mniej znani, nieznani i poboczni zaprezentowali ciekawe wina. O wielkości Barolo świadczy właśnie jakość tego drugiego planu, który na okładki magazynów i listy „Trzech Kieliszków” się nie wybije nigdy lub rzadko, a jednak oferuje sensowne, typowe wina o dużej głębi i strukturze. Moje najlepsze typy z wczorajszej degustacji omówiłem już szerzej na Winicjatywie: pięknie klasyczna, głęboka Schiavenza (do kupienia na Konfederackiej 4 w Krakowie), ładnie zestarzona Bussia Soprana, arcypijalny, świeży i soczysty Scarzello, bardzo garbnikowe Le Strette dla cierpliwych (o tej winiarni pisałem już tu). A spoza Barolo – jego producentów wystąpiło wbrew zapowiedziom tylko 16 – na przykład moje ulubione Dolcetto di Dogliani od Quinto Chionettiego. Większość tych producentów dopiero szuka importerów w Polsce i po wczorajszym dniu jest nadzieja, że niektórzy ich znajdą, chociaż przecież Barolo dostępnych w Polsce jest już bardzo wiele i zbliżamy się do nasycenia rynku.

Nasycone były też sale warszawskiego Bristolu. Do miejsca, w którym prawie udusiliśmy się w czasie gali Magazynu Wino w 2009, nasze przodujące pismo winiarskie zaprosiło tym razem jeszcze więcej osób. W dążeniu do maksymalizacji frekwencji chyba jednak przeholowało. Niepokojące sygnały pojawiały się od kilku dni. Zapisani na seminarium na tydzień przed imprezą otrzymali z redakcji MW maile o następującej treści:

Szanowni Państwo,

Zarejestrowali się Państwo na degustację komentowaną win z Piemontu na godzinę 11;00 w dniu 10 września br.

Informujemy, że jesteście Państwo na liście rezerwowej, gdyż system rejestrujący uległ awarii i zarejestrował wielokrotnie więcej uczestników, niż było dostępnych miejsc.
Bardzo nam przykro informować o tym fakcie, tym bardziej, że usterka została odkryta przed dział IT dopiero wczorajszej nocy.

Wiele osób do sal seminaryjnych ostatecznie nie wpuszczono, a innym proponowano picie z tego samego kieliszka. Kroplą, która przelała dzban, okazała się sprzedaż biletów na degustację poprzez Grouponopodobny portal Mydeal.pl (po 19 zł zamiast 40 zł, które płacili „zwykli” czytelnicy MW). Czytając tę ofertę, przecierałem oczy ze zdumienia. Drogich przyjaciół z Magazynu Wino nie podejrzewam osobiście o tak fatalny copywriting, ale zapraszanie masowego odbiorcy na „rzeki wina, góry serów i trufli… Na imprezie nie ma żadnego limitu degustacji: po prostu podchodzisz i próbujesz wszystkiego, na co przyjdzie Ci ochota”, „nielimitowaną degustację legendarnych win i regionalnych specjałów” to było igranie z ogniem.

Barolo & Friends 2012 MyDeal (1)

Minus 53% – kryzysowa wyprzedaż? © Mydeal.pl.

No i faktycznie „niezapomniana randka” z legendarnymi winami i truflami z Piemontu zakończyła się ogromnym bałaganem. Kolejka chętnych sięgała ponoć aż na Krakowskie Przedmieście, części osób nie wpuszczono do sali i zapowiedziano zwrot pieniędzy. Zmierzch „nielimitowanych serów” ogłoszono przez megafon o godz. 18:11. Żadnych trufli nie stwierdziłem już wcześniej (była tylko oliwa truflowa). Producenci wina dzielnie próbowali sobie radzić z natłokiem pytań o półsłodkie. Trudno się dziwić, że dziś od rana Magazyn Wino otrzymuje niepochlebne komentarze od rozczarowanych użytkowników. (Choć ci, co wyszli przed 17, byli zadowoleni).

Barolo & Friends 2012 MyDeal (2)

Według chińskiego przysłowia… trufle nie pływają w rzece. © Mydeal.pl.

Hiperbola jest podstawą reklamy. Dlatego nie kruszyłbym kopii o sformułowania takie jak „najbardziej intrygujące wina świata”, „Warszawę odwiedzi ponad 30 topowych producentów win”. Truth in advertising powinno być jednak zasadą przyświecającą wszelkim dziedzinom komunikacji międzyludzkiej. Jeżeli się zaprasza na seminarium ze starymi rocznikami Barolo, wypadałoby, żeby sięgały dalej niż tylko rocznika 2008 i 2007. Nielimitowany ser nie może się skończyć po godzinie. A wypraszanie o tejże porze przez głośnik tych, którzy mieli szczęście wejść o godz. 17, „żeby zrobili miejsce dla kolejnych chętnych” każe się mocno zastanowić, dla kogo organizuje się tego typu imprezę? Dla konsumenta czy może dla siebie samych?

(więcej…)

Read Full Post »

Wpadły mi ręce takie statystyki sprzedaży w restauracji. Lokal w centrum Warszawy na ok. 100 nakryć, kuchnia azjatycka. Wina w karcie od 85 zł za butelkę, 60 etykiet z czego aż 18 na kieliszki (sprzedaż na kieliszki wliczona do poniższych danych). Obsługa wielokrotnie szkolona itd. Dane za okres lipiec 2011 – marzec 2012.

Prosecco – 113 but.

Cava – 51 but.

Szampan (4 etykiety) – 47 but.

Pinot Grigio – 118 but.

Rueda – 17 but.

Chablis – 151 but.

Riesling mozelski – 69 but.

Grüner Veltliner – 58 but.

Gewürztraminer (3 etykiety) – 60 but.

Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii – 341 but.

Chardonnay z Nowego Świata (2 etykiety) – 137 but.

Mystery Warsaw restaurant sushi

Naród głosuje na Sauvignon Blanc.

Bordeaux czerwone – 43 but.

Rioja (4 etykiety, reserva i gran reserva) – 189 but.

Barolo – 5 but.

Amarone – 20 but.

Pinot Noir z Nowego Świata (2 etykiety) – 115 but.

Cabernet Sauvignon z Nowego Świata (2 etykiety) – 99 but.

Malbec – 63 but.

Ja do sushi i zupy kokosowej najchętniej piłbym Ruedę i Veltlinera. Jak widać moja partia nawet nie wchodzi do Sejmu.

Zapraszam do dyskusji.

Read Full Post »

Jeśli chcesz kieliszek Égly 99 wpadaj natychmiast do Esencji.

Esemes od M. zabrzmiał jak Broniewskiego wezwanie do broni. Ubrałem się, popędziłem. Jakże odmówić najbardziej medialnego obecnie szampana, którym delektują się hipsterzy w Krakowie i który ani chybi zawita wkrótce w diapazonowe ściany opiewane na popularnym warszawskim blogu?

Mam bowiem taką katastroficzną wizję, taką senną marę, że docieram gdzieś spóźniony na degustację najlepszego wina świata i z dna butelki wysysam do kieliszka ostatnie krople nektaru. W moim koszmarze nektarem jest stary rocznik Château d’Yquem, mający mi wreszcie unaocznić wielkość tego wina, za którym nie przepadam i które uważam za przereklamowane. Na dnie kieliszka błyska płyn cenniejszy niż złoto, bukiet jest upajający, lecz wina tak mało, że smaku nie czuję. I koniec.

Wśród wielu grzechów degustatorom zarzuca się, że oceniają wino na podstawie mikroskopijnej próbki, poświęcają mu 45 sekund, „sip and spit”. Że to jest nienaturalne, bo normalny człowiek pije butelkę przez dwie godziny do befsztyka i wtedy wszystkie cechy wina mu się w pełni ujawniają. Być może. Sam miewam niekiedy iluminacje przy befsztyku albo wręcz na drugi dzień, gdy wino łyknie trochę tlenu. Częściej jednak kolejne łyki albo utwierdzają w pierwszej opinii, albo ją niesłusznie podważają, bo pod wpływem alkoholu, befsztyka i ożywionej konwersacji na inne tematy ostrość widzenia wina, nie oszukujmy się, nieco spada. Zresztą recenzent literacki doprawdy nie musi książki czytać od deski do deski, by ją krótko scharakteryzować. Od piłkarskiego skauta trudno oczekiwać, by trampkarza oglądał przez wiele tygodni po 90 minut; spojrzy dwa czy trzy razy, jak drybluje i to wystarczy. Oczywiście skaut może się pomylić; w górę udą ci, których intuicja nie zawodzi.

Égly-Ouriet Champagne Brut 1999

Przebłysk prawdy.

Nie inaczej jest chyba z winem. Kiedy próbuję sobie przypomnieć najbardziej wstrząsające butelki w moim życiu, są to zawsze krótkie chwile, pierwsze zetknięcia, uderzenia pioruna: Fontalloro 1997 próbowany na parapecie okiennym przed przyjściem gości na jedną z pierwszych „degustacji”; Vega Sicilia 1942 z 40-gramowej próbki na pionówce w Decanterze; Királyudvar Aszú 2000 oceniany na konkursie w Pannonhalmie, tak niebiański, że jeden z jurorów wstał i zaczął klaskać. Georg Breuer Berg Schlossberg 2007 atakujący podniebienie jedną, bezbarwną, niebywale przenikliwą nutą. Giuseppe Rinaldi Barolo Brunate 1990 na kursie Collegium Vini, zachwycający młodzieńczą energią – piłem przedtem i potem dobrych sześć butelek tego wina, w tym do befsztyka, i żadna nie osiągnęła szczytu tamtego kieliszka wysączonego na sztucznej wykładzinie w hotelu Westin.

W psychologii istnieje teoria gestaltu, mówiąca – w skrócie – że rzeczy poznajemy nie poprzez stopniowe zrozumienie ich cech składowych, lecz natychmiastowe, w pierwszym kontakcie objęcie ich ogólnego kształtu. Gdy wyciągamy korek, nalewamy wino do kieliszka, wkładamy nos, przez sekundę mamy dostęp właśnie do tego gestaltu. Potem zaczyna się analiza bukietu – czy tego się chce, czy to kontestuje – zaczyna się smażenie befsztyka i od gestaltu, tej cudownej chwili jedności, coraz bardziej się oddalamy.

W Esencji nie wiedząc o tym wtargnąłem – bez kwiatów – na urodziny. Na dnie Égly-Ouriet Brut 1999 zostało parę kropel, ale biesiadnicy oddali mi po trosze szampana ze swoich fletów. Koszmar prysł. W lekko starczym już bukiecie tańczyły orzechy, miód i pachnące lilie. W ustach hasała kwasowość, która już się chyba nie zintegruje. Wino było dojrzałe i za młode zarazem. Mineralne, jak rzadko zdarza się szampanom i zarazem burgundzko zmiodziałe. W swym gestalcie tworzyło niepojętą figurę: napiętego jak struna kamienia.

Read Full Post »

Wracam do tematu Grand Prix Magazynu Wino. Jak wiemy od miesiąca, najlepszym winem czerwonym 2011 roku zostało Barolo Oddero Mondoca di Bussia Soprana 2005. Po degustacji w ciemno pisałem Państwu, że to wino „niewybitne”. Co prawda sam dałem mu w głosowaniu złoty medal, lecz było to złoto na tle równie niewybitnej konkurencji i dlatego, że Barolo swą świeżością i perfumą wybijało się zdecydowanie spośród beczkowo-konfiturowych win w „stylu międzynarodowym”.

Oddero Barolo Mondoca di Bussia Soprana 2005

Czy zasłużyło na złoty medal?

Postanowiłem jednak zweryfikować werdykt – zarówno Magazynowej komisji, jak i swój własny. Wybrałem się do wine baru importera – Roberta Mielżyńskiego i spędziłem nad kieliszkiem Oddero półtorej godziny. Spróbowałem go przy tym do przednich ravioli z gęsiną i kasztanami. Test utrudniłem, degustując w drugim kieliszku Barolo Monfalletto 2007 od Cordero di Montezemolo, znakomitego producenta, którego chwaliłem już tu.

Monfalletto okazało się świetne. Pełne owocu, mocno korzenne (charakterystyczny bukiet tego producenta), ładnie narysowane, z odrobiną maślanej beczkowości z początku, lecz prędko ulatniającej się – zostają zdrowe garbniki z winogron i nienaganna świeżość.

oddero_cantina2

Piwnica Oddero – ostoja tradycji. © Oddero Poderi e Cantine.

Mondoca 2005 od Oddero z początku nie porażała. Ta winiarnia od lat pozostaje wierna swojemu stylowi, wina są oszczędne, nie mają zbyt rozłożystych bukietów, ogólna ekspresja jest poważna, wręcz wyniosła, ale mało przyjazna, ponadto w wielu winach można odczuć nieco suche garbniki, nieobudowane taką soczystością owocu, jak w najlepszych obecnie Barolo (Vajra, G. Rinaldi, Cappellano, G. Conterno).

Oddero Barolo Mondoca di Bussia Soprana 2005 cork

Wielkie wino, wielki korek.

Jednak Mondoca 2005 od razu zwraca ponadprzeciętną koncentracją i strukturą. O garbnikach powiedziałbym to samo co wyżej, ale wolumen owocu robi wrażenie. W ciągu dwudziestu minut w kieliszku jeszcze większa poprawa: pojawiają się nuty jagodowe, porzeczkowe, żelazna pięść garbników w jedwabnej rękawiczce owocu, paradoks tradycyjnego stylu Barolo. Potem wino na powrót się zamyka, co raczej dobrze świadczy o jego potencjale dojrzewania. Wielka pełnia. Fantastyczna butelka, której nie doceniłem w degustacji w ciemno. Za 238 zł idealna flaszka na winomańską Gwiazdkę.

Goose ravioli Warsaw Poland

Mój nowy konik: gęsina do Nebbiolo.

(więcej…)

Read Full Post »

Mój poprzedni wpis o degustacji Grand Prix Magazynu WINO wzbudził wiele emocji. Niektórzy poczuli się urażeni. Przeprosiny jestem winien przede wszystkim Katarzynie Niemyjskiej, sekretarz redakcji MW – mogło powstać wrażenie, że obarczam ją odpowiedzialnością za niefortunną kolejność degustowanych win, a w istocie tylko dzięki niej degustacja w ogóle się odbyła – w znakomicie komfortowych warunkach, dodajmy: w każdej kategorii mieliśmy szeroki przegląd win (w poprzednich latach o medale biło się niekiedy 5 butelek), tempo i dynamika serwisu były idealne, wina w dobrej temperaturze, nikt nie dowoził (jak choćby rok temu) wina taksówką, gdy już jury siedziało w fotelach. To są detale, ale detale ważne dla rzetelnej degustatorskiej pracy. A zadanie nie było łatwe, bo na przykład w „Decanterze” w organizacji podobnych paneli bierze udział 12 osób.

Magazyn WINO Grand Prix 2011 degustacja finałowa

Degustacja w ciemno musi odbywać się w dobrych warunkach.

Urazy niechaj nie żywi Tomasz Kurzeja, któremu przypisałem (nie była to wszak krytyka) nadmierny wpływ na selekcję win. Jak udało mi się dowiedzieć, wiele win, które jednoznacznie mi się kojarzyły z jego podniebieniem, jak Pierre Frick Sylvaner 2003 czy Lapierre Morgon 2010, do finału rekomendowali w istocie inni redaktorzy MW. Zwracam honor.

Usłyszałem też, że dezawuuję samą ideę Grand Prix Magazynu WINO. Absolutnie nie było to moją intencją. Uważam, że te nagrody są potrzebne. Polski rynek winiarski potrzebuje takiego konkursu i takich medali. Potrzebują ich importerzy, którzy w większości wykazują nimi bardzo duże zainteresowanie, potrzebują sklepy winiarskie, gdzie medale (takie czy inne) często są przydatnym wsparciem sprzedaży. Co najistotniejsze, potrzebują konsumenci. Bardzo wiele osób pyta mnie o rekomendacje najlepszych win dostępnych w różnych kategoriach cenowych. Medal MW ma realne przełożenie na lepszą sprzedaż. Nie ma miarodajniejszej degustacji najlepszych win na polskim rynku. Jakkolwiek by krytykować Grand Prix MW, jest to nadal punkt odniesienia. Prestiż tej nagrody powstawał przez lata sumiennej pracy i korekt. To jest niebagatelny potencjał, którego nie wolno zmarnować.

Magazyn WINO Grand Prix 2011

Grand Prix Magazynu WINO jest potrzebne.

Aby go nie marnować, trzeba jednak otwarcie rozmawiać o założeniach nagrody i kontekstach degustacji. Ewa Wieleżyńska w komentarzach do mojego tekstu poruszyła kilka ważnych tematów. Czy wina wyróżnione w Magazynie WINO mają wyrażać smak i estetyczne zapatrywania redakcji, czy wychodzić naprzeciw preferencjom szerszej publiczności (choćby tej aktywnie interesującej się winem)? Czy medale Grand Prix mają podsumowywać degustacje MW z całego roku, czy szukać ich rozszerzenia? Czy mają być przyznawane w gronie stałych paneli stów MW, czy oddawać również głos szerokiemu środowisku wino pisarzy? W jakim należy realizować „parytet” poszczególnych krajów, importerów i stylów wina w degustacji finałowej i składzie medalistów? To są ważne pytania.

Jest też oczywiście prawdą, że sam jako redaktor Magazynu WINO w poprzednich latach sam uczestniczyłem w kształtowaniu systemu, którego elementy teraz krytykuję. Tak, byłem odpowiedzialny za podanie półsłodkiego Pinot Gris Zind-Humbrechta obok (choć nie przed) wytrawnego Chablis. Tak, sam przyznawałem trzy medale trzem niemieckim Rieslingom, co nie miało nic wspólnego z parytetem. Naturalnie inną perspektywę ma się i inne stanowisko reprezentuje, będąc wewnątrz i na zewnątrz takiego organizmu jak Magazyn WINO. Lecz tutaj nie chodzi o osobiste zasługi czy odpowiedzialność konkretnych osób, rozliczanie czy lustrację. Chodzi o proces dążenia do właściwych standardów i rzetelnych rozwiązań. Kwestia legitymizacji takiego konkursu jak Grand Prix MW jest wciąż aktualna. Nic nie jest dane na zawsze; takie rzeczy jak ideologiczne przesłanki czy techniczna organizacja degustacji podlegają bezustannej weryfikacji i krytyce, tak jak każda działalność publiczna. Tak samo ma się rzecz w przypadku „Decantera” czy „Revue des Vins de France”.

Nie jest też prawdą, że niewiele zmieniło się od czasu, gdy ja uczestniczyłem w pracach nad Grand Prix MW. W tym roku zmieniły się trzy istotne rzeczy: kolejność podawania win, przedziały cenowe i „parytet”, co widać na poniższym obrazku:

Grand Prix Magazynu WINO 2009-2011 podział na kraje

Wina dopuszczone do finału Grand Prix Magazynu WINO w podziale na kraje.

Czy w krytyce pewnych elementów tegorocznego Grand Prix poszedłem zbyt daleko? Być może. Być może przesadziłem, używając słów takich jak „sekciarstwo” czy „kuriozum”. Ocenią to Czytelnicy, lecz tych, którzy poczuli się dotknięci i potraktowali krytykę jako personalny atak, przepraszam.

A na ten sam temat, oto wrażenia i wnioski z drugiego dnia degustacji Grand Prix MW:

Wina różowe

Mój faworyt: La Valentina Montepulciano d’Abruzzo Cerasuolo. Wszystkie próbowane w tym roku wina różowe pochodziły z rocznika 2010. (Brawo!). Nie wszystkie były jednak bardzo świeże. Montepulciano dało radę, było winne jak trzeba i ładnie rozwijało się w kieliszku. Takiego rosato napiłbym się nawet w zimie.

Rozczarowanie: Tamás Dúzsi Kékfrankos Rosé. Flaszki tego winiarza zachwycały w poprzednich latach relacją jakości do ceny. To wino jest jednak cienkie i utlenia się w kwadrans.

Thierry Germain Anjou Rouge 2008

Jedyny w swoim rodzaju smak Cabernet Franc: bezcenne.

Wina czerwone do 50 zł

Mój faworyt: Thierry Germain Anjou Rouge 2010 (Wineonline). Z aż trzech win tego winiarza na 88 ocenianych w finale (to chyba lekka przesada?) naprawdę podobało mi się to niedrogie i prawdziwie autentyczne, smakujące kredowym garbnikiem Cabernet Franc. To była w ogóle bardzo dobrze obsadzona kategoria – smakowało mi Côtes du Rhône z Domaine Rigot czy ciekawie eleganckie Sanguinhal Quinta de S. Francisco 2008. Zgrzytem była tylko utleniona Palmela ze spółdzielni.

Marcel Lapierre Morgon 2010

Niezapomniana lekkość.

Wina czerwone 50–100 zł

W tej kategorii było dużo emocji. Poruszyło mnie znowu loarskie Cabernet Franc – Les Picasses 2005 od Olgi Raffault, rozpoznawalne na odległość swoim niedzisiejszym stylem. Po raz pierwszy próbowałem Le Roc des Anges Segna de Cor 2009 i chciałbym jeszcze. Wszystko to byłojednak niczym przy Marcel Lapierre Morgon 2010. Wino wybitnie niekonkursowe i trwożę się, że jego kryształ zniknął gdzieś jurorom między Mencíą a Chianti Classico, ale dotknięcie tej czereśni było niezapomnianym momentem. Do finału nie wpuściłbym smakującej w ciemno jak banalny Cabernet Barbery Zio Nando 2008 od Rivetto.

Oddero Barolo Mondoca di Bussia Soprana 2005

Niewybitne, ale i tak najlepsze.

Wina czerwone powyżej 100 zł

Dziewięć win, trzy wyróżniające się – złoty medal przyznałem Oddero Mondoca di Bussia Soprana 2005, choć nie jest to wybitne Barolo, częściowo z powodu twardego rocznika. Srebro – najszczerzej The Signature 2005 od australijskiej Yalumby, świetnie zrównoważonej i soczystej kompozycji CabSauv–Shiraz.

Rozczarowań w tej kategorii było jednak sporo. Gdzieś ulotnił się dawny czar Sacrisassi (2008) od Le Due Terre, nie zasługiwał na miejsce w dziewiątce Weninger Kékfrankos Spern Steiner 2007 (Skład Win Sokołowski Interwin). Zachwycający na średniej półce Thierry Germain swą kosztowną La Marginale 2008 wzbudził uczucia co najwyżej letnie. Mógłbym psioczyć, że zabrakło bomby takiej jak w zeszłym roku Brunello Casanova di Neri czy dawniej – Vall-Llach, ale to była dobra degustacja, ciekawe porównanie, mocna konkurencja. A komu przypadną medale, okaże się 8 listopada.

(więcej…)

Read Full Post »

Wraz z Ewą Wieleżyńską z Magazynu WINO i setką innych winopisarzy spędziłem ubiegły tydzień w Barolo na imprezie Nebbiolo Prima 2011, degustując 170 win z rocznika 2007, drugie tyle starszych roczników, a ponadto nowe Barbaresco 2008 i wiele innych skarbów.

Barbaresco, słynna parcela Rabajà z balkonu winiarni Giuseppe Cortese.

O tej imprezie pisałem dokładnie rok temu (a w tym roku na żywo obcojęzycznie), a także w 2007 w jednym z moich ważniejszych tekstów. Pobyt w Piemoncie, na tej bodaj najlepszej ze wszystkich podobnej maści studyjnej degustacji, oprócz konkretnych efektów w postaci notek degustacyjnych, podsumowań rocznika, wywiadów z winiarzami, jest także – a może przede wszystkim – okazją do zanurzenia się w niepodrabialnych truskawkowych smakach Nebbiolo i wysłyszenia, co w trawie piszczy.

Truskawkowa szata tradycyjnego Barolo.

Nastały dobre czasy dla Barolo. Ostatnia dekada to bezprecedensowa seria dobrych roczników – nawet tak zmieszany zrazu z błotem 2002 okazuje się dziś pięknie elegancki i pijalny – a co najmniej 2001, 2004, 2006, 2009 i być może 2010 dołączą do tych największych. Piemont, gdzie jeszcze w latach 1960. szczęściem było wyprodukowanie trzech dobrych win w dekadzie, nigdy czegoś takiego nie przeżył. Zbiega się to z coraz większym szacunkiem dla odmiany winorośli, której Barolo zawdzięcza swą wielkość, czyli Nebbiolo. Niegdyś gwałtem reedukowany, by przypominał sławniejsze i milsze Parkerowi wina zza Alp, dziś winiarze wychowują go bezstresowo za pomocą długiej fermentacji i starzenia w beczkach. Przepisy wymagają dwóch lat snu w tej ostatniej, większość winiarzy wybiera trzy, ale rekordziści dochodzą do sześciu (Accomasso), a nawet siedmiu lat w bekach (Monfortino 2004 od Giacomo Conterno jeszcze w niej tkwi). A sam widok w piwnicy tego ostatniego stuletnich beczek przypominających ogromne, cierpliwe, wszechwiedzące słonie, reprezentujących wielowiekową tradycję Barolo w całej jej szlachetności, a przy tym wszystkim stanowiących po prostu piękne estetycznie przedmioty – ten widok sprawił, ze przez chwile miałem łzy wzruszenia w oczach.

Stuletnie beczki w piwnicy Giacomo Conterno.

Moderna jest w odwrocie, coraz bardziej wydaje się śmiechu wartą anomalią, a nie jak do niedawna – politycznie poprawną normą. Już tylko wioska La Morra, gdzie siedzibę ma m.in. słynny papież baryłki (który beki swego ojca rozwalał ongiś piłą mechaniczną) Elio Altare, upiera sie jeszcze przy stile americano. Co prawda i tu zmniejszono ilość nowej beczki i przestano zaczerniać Barolo nielegalną dolewką Barbery, ale nie pozbyto się obsesji zmiękczania jego rzekomo „twardych” garbników, używając bez opamiętania słynnej techniki mikroutlenienia, przez co Barolo z La Morry w wieku 4 lat wydaje sie juz winem starym, odleżałym i utleniającym się.

Jedno z tegorocznych odkryć.

Rocznik 2007 wypadł oprócz tych kilku nieśmiesznych żartów nader dobrze, wina są atrakcyjne, pełne owocu, zarazem świeże, napięte; na razie zamknięte, ale i tak będziemy je pic i kupować dopiero pod koniec tego roku. Rok temu pisałem Państwu o paru odkryciach, niektóre z nich potwierdziły się w tym roku (świetne Le Strette m.in. ze zdumiewającą Barberą 2009; Cascina Morassino wyrastający już na pewniaka), ale niespodzianek też nie brakowało – jedną z lepszych ocen w degustacji w ciemno przyznałem podstawowemu Barolo od doprawdy niekochanego przeze mnie Pio Cesare. Z nowych nazwisk podrzuciłbym Roccheviberti (eleganckie, nieprzesadzone wina), I Bastioni (mikroprojekt bardzo cenionego enologa Federico Oberto), Livia Fontana (również bardzo dobra Riserva 2005), Fratelli Casetta (ładne wina w starym stylu), Podere Ruggeri Corsini (dwa wina w czołówce degustacji w ciemno), a także bardzo ciekawego Olka Bondonio z Barbaresco. Wśród tych, którzy nigdy nie zawodzą i w tym roku też nie zawiedli byli m.in. Ettore Germano, Giacomo Fenocchio, Aurelio Settimo, Burlotto, Cavallotto, Marziano Abbona oraz Cordero di Montezemolo z fantastyczną serią win z 2007 – udowodnił nią, że zarzucany mu tu i ówdzie mdły modernizm jest zupełnie nietrafiony.

Alberto Cordero di Montezemolo, król tegorocznych degustacji. Do tego w meczu winiarzy z dziennikarzami wbił cztery gole.

Odwiedziliśmy także gigantów przeszłości i teraźniejszości – m.in. Giacoma Conterno, Marię Teresę Mascarello, Augusta Cappellano i tajemniczego Lorenza Accomasso. Lecz o tym i innych najciekawszych degustacjach opowiemy Państwu we wrześniowym numerze Magazynu WINO.

Burlotto Monvigliero 1988: najlepsze wino tygodnia. Być może niebawem w Polsce.

(więcej…)

Read Full Post »

Szeroko rozniosła się wieść gminna po stolicy, że jeden z supermarketów w ramach „promocji” win włoskich sprzedaje m.in. Barolo po 30 zł. Italianofil we mnie nie mógł zignorować tej sensacyjnej wieści. Na jeden dzień porzuciłem platynową kartę Almy i senatorski, 80-procentowy rabat w La Passion du Vin i wybrałem się na eksplorację winiarskich półek Biedronki.

Popularny sieciowy „Owad” cieszy się od paru lat wielkim powodzeniem wśród tych winomanów, którzy nade wszystko cenią sobie niskie ceny. Poza bliźniaczym Lidlem żaden sklep nie oferuje bowiem win gronowych z importu po 9,99 zł. W Biedronce są to przy tym nierzadko wina pijalne i przyzwoite, głównie dzięki zaopatrzeniu we flaszki iberyjskie (matką tej sieci jest portugalski gigant Jerónimo Martins) – a nie od dziś wiadomo, że w Europie to właśnie w Portugalii i gdzieniegdzie w Hiszpanii można wciąż kupić całkiem dobre wino po 2€ za butelkę.

Innym magnesem, który może do Biedronki przyciągać winomana, jest często zmieniający się asortyment w ramach miesięcznych promocji. Dzięki temu te cokolwiek przemysłowe flaszki znikają z oferty, zanim zdążą nam się znudzić. Do 27. lipca mamy czas zainteresować się winami włoskimi. Klasyki winnej Italii – od Valpolicelli i Soave po Chianti i Frascati – zachęcają oprócz swych znanych nazw cenami w zasadzie nieprzekraczającymi 15 zł. Nic, tylko brać skrzynkami.

Nie oczekujmy jednak smakowych iluminacji. Z jakością jest słabo, najwyżej przyzwoicie. Orvieto Borgo Cipressi 2009 (9,99 zł) jest skandalicznie niedobre, ma posmak wody z brudnego węża ogrodowego i nie powinno było nigdy otrzymać apelacji DOC Orvieto ani żadnej innej. Soave Corte Viola (9,99 zł, rocznika brak) nie budzi skojarzeń z wężem, ale też z niczym innym; składa się z wody, alkoholu, kwasu i mglistych nut owocowych, tak perfekcyjnie żadnawych, że w angielszczyźnie ukuto na nie świetny termin white-winey. To jednak niezła propozycja, gdy wina potrzebujemy do sosu marengo, a nie mamy pod ręką otwartej flaszki Montrachet.

Primitivo di Manduria Colle al Vento 2007 (14,99 zł) jest w zasadzie typowe dla swojej apelacji, pełne nut powidłowych, czekoladowych z dobrą intensywnością, lecz na tyle ugotowane w smaku i gorzko-alkoholowe, że picie przestaje być przyjemnością. Nie wykluczam jednak, że co bardziej przyzwyczajeni do smaków nowoświatowych konsumenci zaakceptują to wino. Ja zaakceptowałem Barberę d’Asti Maestri Cantinieri 2008 (9,99 zł). Prosta, nieco cienka (normalka w tej cenie), kwaskowata (normalka dla tej apelacji), ale ma to coś, co nazywa się winnością; w smaku przypomniało mi wina, które dawniej we Francji i Włoszech kupowało się w kantorkach na baniaki jako „12%” i „12,5%”.

Dwa droższe wina z Biedronkowej gazetki okazały się niewarte swoich cen. Chianti Classico Borgo Cipressi 2008 (19,99 zł) jest przyzwoicie wiśniowe, nawet trochę garbnikowe, bez koncentracji, ale soczyste; nie jest to jednak żadne „Classico”, tylko cienkie zlewki z dna kadzi. Gdyby to było proste IGT Toscana Sangiovese i kosztowało te same 19,99 zł, pochwaliłbym je nawet jako przyzwoite. Sęk w tym, że wino swoją kartą przetargową usiłuje uczynić znaną na całym świecie nazwę. Jako Chianti jest po prostu słabe.

Jeszcze słabsze jest Morando Barolo 2005 (29,99 zł). Niby te nuty zwiędłych kwiatów i przeleżałego dzika są typowe dla Barolo, niby wysoka kwasowość i chropawe garbniki są godne ze wzorcem metra, ale całość skąpana jest w jakimś odstręczająco topornym, octowym sosie, a picie tej flaszki zamiast zmysłowego ma charakter wyłącznie sportowy: jest! Udało się wypić Barolo za jedyne 30 zł.

To wino jest emblematyczne dla „promocyjnej” oferty włoskiej Biedronki. Sprzedawane za bezcen klejnoty to po prostu spady produkcyjne. Do rzeczonego Barolo przyznaje się Casa Vinicola Morando, duży przemysłowy producent z Asti, który w myśl przepisów w ogóle nie powinien mieć prawa butelkować DOCG Barolo. (Normą w Europie jest, że wina z apelacją kontrolowanego pochodzenia mogą być produkowane i butelkowane tylko w geograficznych granicach apelacji). Ale Włochy to Włochy i dlatego żadnym problemem nie jest uzyskanie specjalnego pozwolenia na butelkowanie Barolo nawet w Palermo. Piemonccy producenci, których poprosiłem o komentarz w sprawie Barolo Morando, ubolewali nad całą sytuacją, ale przyznawali, że jest ona normą. We Włoszech rekord taniochy za Barolo to dotąd 11,50€; w Niemczech w zeszłym roku „chodziło” po 7,99€. Udało nam się nad Wisłą pobić zatem kolejny rekord.

W czym problem? 30 zł za butelkę to nawet nie są koszty produkcji przyzwoitego Barolo. Uprawiane ręcznie winnice na wzgórzach, ręczny zbiór w wysokości 55 hl/ha (dla najlepszych win oczywiście sporo mniej), selekcja gron, obowiązkowe starzenie w beczkach przez dwa lata i jeszcze rok w butelce (wedle przepisów apelacji Barolo można wypuścić na rynek dopiero w czwartym roku po zbiorach) – to wszystko są wymierne sumy, które – by produkcja wina na tych wzgórzach nadal miała sens – muszą mieć odzwierciedlenie w cenie. Jasne, nie można przesadzać – nie akceptuję i nie polecam Barolo po 80 czy 100€, ale naprawdę nietrudno znaleźć świetne wino z tych okolic za 25–30€, a w Polsce za 130–160 zł.

Dzięki Biedronce dowiadujemy się etymologii szczepu Bambino Bianco.

Picie wina jest i powinno być frajdą. A dobrego taniego wina – frajdą nad frajdami. Dobrze jednak, żeby była to frajda rozumna. Finansowa rozkosz z picia Chianti za 20 zł czy Barolo za 30 zł to krótkowzroczny egoizm. Jutro czy pojutrze może się okazać, że chętnych do łażenia po stromym stoku i opiekowania się 5 tys. winorośli na hektar brak. Sięgając po flaszkę ze sklepowej półki warto zastanowić się, kto to wino produkuje i czy otrzymuje godziwe wynagrodzenie za swój trud. I lepiej dołożyć paręnaście złotych za uczciwe wino od małego producenta. Bo to winiarz i jego rodzina gwarantują nam, że Barolo, Chianti, Chablis, Somló – te największe wartości naszego europejskiego wina – będą nadal istniały.

Read Full Post »

Older Posts »