Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘biodynamika’

Spędziłem dwa dni w Zurychu na konferencji i degustacji winnaturalnych”, organizowanej przez Vinnatur. To obecnie jeden z modniejszych tematów. Czy słusznie?

Jestem przekonany, że tak. Spróbowałem wielu świetnych win. Głębokich, zrównoważonych, wielowymiarowych, czystych, mineralnych i fascynujących. Z Włoch, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Austrii, a nawet Serbii. Ich twórcy są niezwykle świadomymi ludźmi. Tworzeniu dobrych win z szacunkiem dla środowiska, tradycji i terroir poświęcili całe jestestwo. Zaś ich sukces bezpośrednio wynika z wyboru „naturalnej” winiarskiej drogi. Sceptykom, którzy od lat powtarzają, że wina ekologiczne, biodynamiczne, naturalne są dobre „przypadkiem”, bez związku z metodą produkcji, zaczynają zaprzeczać wyniki naukowych badań. Z ciekawej konferencji w Zurychu podrzucam niedowiarkom kilka danych: aktywność biologiczna gleby w winnicy biodynamicznej jest przeszło 30% wyższa od normy, zawartość przyswajalnego żelaza, cynku i magnezu 4-krotnie wyższa, potasu, fluoru – aż 10-krotnie. Uprawiana metodą biodynamiczną i naturalną winorośl jest zdrowsza, odporniejsza na choroby, lepiej fotosyntetyzuje (lepsza równowaga między tzw. dojrzałością fenoliczną a zawartością cukru, czyli lepszy balans alkoholu i kwasowości w winie). Wina naturalne są zdrowsze – nie ma w nich nawet śladowych ilości pestycydów i metali ciężkich. Wina bezsiarkowe wedle stereotypu delikatne jak płatek śniegu – w rzeczywistości są bardziej stabilne i lepiej się przechowują niż konwencjonalne.

Barranco Oscuro Borgońón Granate

Największe zaskoczenie degustacji: Pinot Noir z Andaluzji.

Co to właściwie są wina „naturalne”? Cudzysłów jest uzasadniony, gdyż brak jednolitej definicji. Isabelle Legeron, francuska master of wine i uznana ekspertka w tej dziedzinie, określa je jako wina nieinterwencyjne: winiarz poszukuje najnaturalniejszych metod produkcji i najbardziej bezpośredniego smaku owocu (a więc i siedliska). Określa się je też jako wina „bez dodatków” i „bez ujmowania niczego”. Czyli nie dodaje się nawozów, odżywek, enzymów, drożdży (spontaniczna fermentacja to jeden z ważniejszych wyróżników), cukru, kwasu, garbników, barwników (wbrew pozorom te dodatki są na porządku dziennym w winach „konwencjonalnych”, nawet tych drogich i prestiżowych). Nie dodaje się też lub dodaje bardzo mało siarki – wina bezsiarkowe stanowiły większość wśród prezentowanych w Zurychu i brak SO2 to druga naczelna cecha win „naturalnych”. Nie odejmuje się koloru (stąd ciemniejsza barwa win, szczególnie białych, wpadających często w pomarańcz i bursztyn), osadu (wina mętne), kwasu, alkoholu, garbników, nie ma mowy o żadnej osmozie, klarowaniu, filtracji. W najprostszej wersji, jak tej uprawianej przez Franka Cornelissena na stokach Etny, do kadzi wrzuca się zmiażdżone winogrona, po fermentacji oddziela skórki i szypułki, przelewa do butelek – i już.

La Biancara Angiolino Maule Recioto di Gambellara 1997

Najlepsze wino degustacji.

Wina „naturalne” nie są jednolite. Jest wśród nich niemało win niedobrych – utlenionych, kwaśnych, octowych (choć można się spierać, czy więcej niż wśród win „technicznych”). Przyzwolenie na błędy techniczne było do tej pory jednym z problemów nurtu naturalnego. „Śmierdzi, bo jest naturalne” – to wytłumaczenie musi odejść do lamusa. Ważniejszy wydaje mi się jednak inny problem. Wino naturalne nie powinno być winem freakowym. W przeszłości zbytnia ortodoksja w naturalnej produkcji (będąca reakcją, dodajmy, na technologiczno-chemiczne ekscesy w rodzaju fabrykowania win za pomocą np. drożdży aromatyzujących) alienowała „konwencjonalnych” konsumentów i ustanawiała producentów w roli zamkniętej na zewnętrzny świat sekty. To podejście nadal zresztą pokutuje. Jonathan Nossiter, reżyser słynnego filmu Mondovino, w czasie konferencji perorował o konieczności zwarcia szeregów i walki z „ajatollahami” przemysłu winiarskiego. To niemądra retoryka. Potrzebny jest dialog i budowanie mostów.

Elisabetta Foradori

Wina Elisabetty Foradori są lepsze niż kiedykolwiek.

Trudno bowiem oczekiwać, by konsumenci, których chlebem powszednim (z konieczności) jest Yellow Tail i Cloudy Bay, nagle przerzucili się na bursztynowe wina pachnące jabłecznikiem i smakujące solą. Jakiś kompromis stylistyczny jest potrzebny i możliwy. Pokazały to najlepsze wina degustacji w Zurychu. Podobały mi się wina bezkompromisowego Angiolino Maulego (posiadłość La Biancara), weterana i przywódcy ruchu Vinnatur. Jego Recioto 1997 to z pewnością wielka butelka. Lecz jeszcze bardziej ujęły mnie wina jego ucznia i sąsiada Daniele Piccinina, który też nie dodaje siarki, a jednak jego wina (bezczelnie w dodatku oparte na Chardonnay i Cabernet Sauvignon obok rdzennych Durelli i Corviny) wydały się mi elegantsze, gładsze, świetnie wyraziste.

Nicoletta Bocca San Fereolo Dogliani

Nicoletta Bocca z posiadłości San Fereolo.

Sébastien Riffault robi Sancerre o znakomitej głębi i mineralności, ale trudno wytłumaczyć je komuś nieobeznanemu, w ogóle bowiem nie przypominają ani w zapachu (brak nut „zielonych”), ani w smaku (brak mocniejszej kwasowości, bo przechodzą fermentację jabłkowo-mlekową, której w zasadzie w Sancerre się nie stosuje) Sauvignon Blanc, do którego chcąc nie chcąc jesteśmy przyzwyczajeni. Za to Dolcetto San Fereolo czy Teroldego Elisabetty Foradori, nawet bezsiarkowe i fermentowane w amforze, będą zrozumiałe dla każdego, smakują bowiem jak wino „normalne”, tyle że są intensywniejsze, głębsze, mają więcej barw, wymiaru, energii. Jak pisał trzy dni temu Tim Atkin, jeden z czołowych degustatorów anglosaskich:

Nawet jeśli nie wierzysz w biodynamikę – a nawet ludzie wierzący mają trudności z jej naukowym uzasadnieniem – najlepsze wina z winnic biodynamicznych często mają dodatkowy wymiar aromatu i smaku. Można go nazwać witalnością, prawdziwością, można nazwać (za przeproszeniem) siłą życiową. Ale ten wymiar jest w kieliszku.

Zszokowały mnie wina Barranco Oscuro z Andaluzji. (Za ich polecenie dziękuję Tomaszowi Kurzei). Niby pieprzno-leśnoowocowy smak dobrze znany z wielu innych win hiszpańskich, ale żadnych niepotrzebnych nut beczkowych, nadekstrakcji, 15% alkoholu perfekcyjnie wtopione. Zarazem hedonizm, przystępność, pełna zrozumiałość nawet dla miłośnika Chivite Crianza. To są właśnie wina przyszłości – „naturalne” swą filozofią i szacunkiem dla natury, ale otwarte też dla tych, którzy nie chcą aromatów krowiego rogu w kieliszku.

Lamoresca Sicilia Rosso

Najładniejsza etykieta degustacji.

(więcej…)

Read Full Post »

Cud sycylijski

COS Cerasuolo di Vittoria Classico 2007

O winach COSu opowiadałem już tu, ale o nich nigdy za wiele. To bodaj najbardziej indywidualistyczne wina Italii i nie tylko. I nie mówię nawet o czerwonym i białym Pithos starzonych w amforach. Tutejsze Frappato i Cerasuolo di Vittoria Classico to niezrównane klejnoty całego Śródziemnomorza. Wina pełne smakowej odwagi, o niezapomnianych bukietach, niepodrabialnej finezji, niesamowitej świeżości. To są butelki, które przywracają nadwątlona niekiedy (w moim przypadku wczorajszą serią hiszpańskich Tempranillo…) wiarę w wino i ludzkość.

Na parę miesięcy zapomniałem o tym magicznym działaniu COSu. Piłem z powodzeniem inne wina, zachwycałem się Mozelą i Alzacją, rozliczałem z Brunello, a w dodatku po zachwycającym Cerasuolo 2005 trafił się tu nieco mniej krystaliczny, gorętszy 2006, do którego nie miałem tak bardzo ochoty wracać. Lecz pierwszy niuch i łyk nowego rocznika były jak powiew nowej wiosny. Te przedziwne zapachy spod znaku owocu granatu, ceglanej mączki i purpurowej orchidei. Cerasuolo COSu to płynna emocja. Jedno z niezastąpionych win tego świata.

I tylko pytanie do importera: czemu taka straszna podwyżka? Rocznik 2005 kosztował 58 zł, 2006 – 76 zł, a bieżący 91 zł. To boli!

Read Full Post »

W czasie żałoby wino schodzi na dalszy plan. Nie pora na beztroskie rozkoszowanie się nutami tulipanów w Beaujolais ani na krytykowanie kosmicznych cen Barbaresco Angelo Gai. W czasie żałoby wino winno spełniać swą odwieczną sakralną rolę: duchowego pokarmu łączącego nas z tym, co ponad nami. Od dawien dawna wino (lub alkohol zastępczy) we wszystkich kulturach, od Traków i Celtów po Irlandczyków i Romów, jest żelaznym elementem styp i innych zwyczajów pogrzebowych.

Niestety, dionizyjskiej wspólnoty nie będzie jutro i pojutrze w czasie uroczystości żałobnych. W Warszawie i Krakowie zgodnie z niefortunną tradycją wprowadzono zakaz sprzedaży alkoholu. Smutne i nierozumne jest zrównywanie alkoholu z noszeniem broni (którego zakazano równolegle). Nierozumna jest ta logika „wychowania w trzeźwości” i „rozwiązywania problemów alkoholowych”, które samemu się tworzyło.

Wszak o tych, którzy żałobę przeżywają autentycznie i nie życzą sobie na placu przed ołtarzem zapachu tulipanów z Beaujolais w papierowym kubku ani widoku anty-żałobników dywagujących nad Gają w kawiarnianym ogródku – o tych myślę z szacunkiem i empatią. Aby temu szacunkowi dać wyraz, dionizjakiem pożegnać umarłych i zarazem nie stracić łączności z tym, co nas, winomanów, żywotnie interesuje – czyli z jakością, terroir, poszanowaniem Ziemi – proponuję Wam dziś

Meinklang Sok Winogronowy Grüner Veltliner

Tłoczony sok z winogron veltlinera produkowany przez od paru lat dostępnego w Polsce, chwalonego już w Magazynie WINO producenta Meinklang. Sok biodynamiczny, tak jak nieco szalone, ciekawe wina tego winiarza (wina i sok sprowadza do Polski Austrovin). Nadzwyczaj dobra rzecz. Tak w bukiecie, jak w smaku wyraźny jest charakter veltlinera: spod wyraźnie zaznaczonej słodyczy wychodzą nuty zielonkawe, pieprzne, szypułkowe; kwasowości jest niby niewiele, całość jest okrągła, bardzo owocowa, słodka, ale długość jest zupełnie niezła i w końcówce jest sporo świeżości.

Po chwili – bo to sok, który „rozwija się w kieliszku” – w bukiecie pojawiają się jabłeczne, ciepłe, korzenne aromaty kojarzące się w winami biodynamicznymi. Sporo treści – także i duchowej – w tym soku i odważyłbym się stwierdzić, że warto zań zapłacić 17,99 zł (Piotr i Paweł). Wedle starogreckiego zwyczaju parę kropel trzeba uronić na mogiłę, by zmarłemu nie zabrakło napitków na drugim brzegu.

Więcej tu kamienia winnego niż w większości win!

Read Full Post »

Pijemy coraz więcej win austriackich. Wedle statystyk za 2009 w kryzysowym roku sprzedaż win znad Dunaju wzrosła u nas o blisko 60% (wartościowo). Dlaczego warto podtrzymać tę passę, można się było przekonać 18 marca na corocznej degustacji win austriackich organizowanej przez Austrian Wine Marketing Board, którego prężne działania powinny stać się wzorcem dla innych tego typu agend.

W ostatnich latach miałem wrażenie, że ta klasycza wiosenna polska degustacja nieco się „przerzedziła”: dawniej brał w nich udział kwiat austriackiego winiarstwa, szukając wejście na polski rynek, rok czy dwa lata temu zaś tych wielkich nazwisk było jakby mniej. W 2010 r. nie można się jednak było uskarżać: Bründlmayer, Schloss Gobelsburg, Wieninger, Tement, Gernot & Heike Heinrich to jest absolutna austriacka czołówka. Zabrakło tylko dobrej reprezentacji z Wachau.

Degustacyjną werwę skierowałem przede wszystkim na eksplorowanie rocznika 2009 pod kątem przyszłych zakupów (więcej o tym w naszym materiale Wina na lata). Lecz najciekawszą półgodziną okazała się ta spędzona nad winami Weingut Muhr–van der Niepoort. Winami dziwnymi, zbijającymi z tropu swą nieaustriackością lub zgoła antyaustriackością. Bo też jest coś intelektualnie prowokującego w tym, że dyrektorka najprężniejszej agencji winiarskiego PR Dorli Muhr oraz jej (dziś już eks) mąż, wybitny portugalski winiarz Dirk van den Niepoort swą 3,5-hektarową posiadłość objęli właśnie tu, w Carnuntum, czyli winiarskim middle of nowhere. A właściwie gorzej, w winiarskim czyśćcu, do którego trafia się na ciężką pokutę za ukochanie „stylu nowoczesnego”, czyli beczki i ekstraktu. Picie tutejszych win czerwonych, nawet tych najbardziej udanych, jak Walter Glatzer, Gerhard Markowitsch, Franz Netzl czy Hans Pitnauer, jawi mi się zawsze jako najsroższa tortura, cięższa od australijskich shirazów i chilijskich karmener. Cięższa, bo karmener najczęściej nie stać na nic lepszego od siebie samych, zaś w Carnuntum najbardziej męcząca jest świadomość, że ta waniliowo-maślano-sztachetowa kakofonia jest sprzeniewierzaniem się własnej tradycji i terroir.

Co to terroir potrafi, w parę lat pokazali Muhr i Niepoort. A szczególnie swym najprostszym, najtańszym winem – Carnuntum Blaufränkisch, którego krystaliczna czystość i niesłychany czereśniowy bukiet robią na pijącym takie wrażenie, jakby wśród baryłek Carnuntum nagle wylądowało jasnorubinowe UFO. To wino swą odmową nadmiernej koncentracji i zarazem mineralną powagą świetnie streszcza tutejszy styl: ma mało alkoholu (w dojrzałym roczniku 2007 – 13%), przeźroczysty kolor, wysoką kwasowość, zero gliceryny, garbniki orzeźwiające jak tonik.

Spitzerberg: nie wygląda, ale powstaje tu jedno z najlepszych win austriackich. / fot. Carnuntum / Wine&Partners

Tę pozorną prostolinijność uzyskuje się tu mętlikiem cokolwiek szalonych technik: np. winogrona wyciskane są nogami podobnie jak w portugalskim Douro (jeśli kojarzy Wam się to z rustykalnym utlenieniem, jesteście w błędzie, bo to najłagodniejsza forma ekstrakcji garbników z gron, której nie dorówna żadna maszyna), a wina starzone są w starannie wypracowanym miksie beczek nowych i używanych.

Flagową etykietą jest Blaufränkisch Spitzerberg z pojedynczej winnicy. Blaufränkisch, ta typowa odmiana wschodniej Austrii i północnych Węgier, która przeżyła już wszystkie możliwe wulgaryzacje i kakofonie, tutaj odzywa się tonem czystym jak najlepsze skrzypce, czystą wibracją swoich nut porzeczkowo-wiśniowych, na antypodach tego, do czego przyzwyczaiło nas Carnuntum (gdzie notabene Blaufränkisch nigdy nie poważano, a w najlepszych winach ścigały się Zweigelt z Merlotem).

Sygnalizuję jeszcze dwa wina czerwone: dynamiczne, choć mniej osobne od innych Syrah, Rote Erde – niezwykle ciekawy, harmonijny czerwony gemischter Satz, w którego skład wchodzą nawet Petit Verdot i Tempranillo! (Lecz od rocznika 2007 będzie to klasyczny kupaż bordoski). No i wino najbardziej postrzelone ze wszystkich, czyli białe Prellenkirchen, czyli Riesling i Veltliner wyciskane nogami tak jak wina białe z częściowym starzeniem w beczkach, łączące żywioły: grejpfrutową kwasowość Veltlinera z grzybową dzikością białych win macerowanych, wulkaniczny gorąc i mineralną elegancję. Dorli Muhr określa swój zamiar przymiotnikami kremig & frisch i ich wzajemna sprzeczność dobrze oddaje smak tego, co dostajemy w kieliszku.

Sioło Prellenkirchen. / fot. Photographie Helmreich / Wine&Partners

Sioło Prellenkirchen. / fot. Photographie Helmreich / Wine&Partners

Dziwne pomysły, dziwne wina, trudne warunki i charaktery, a wina o rzadkiej czystości i świeżości, w stylu, który spotyka się rzadko – choć coraz częściej, bo jest to mineralny, terroirystyczny, eufoniczny styl przyszłości.

(więcej…)

Read Full Post »

Winiarski zen

Patrick Meyer. © Pierre Hybre.

Tegoroczne idy marcowe, zarówno historycznie, jak i biodynamicznie (od godz. 14 „dzień liścia”) zapowiadały się markotnie, a okazały się dniem pamiętnym. O degustacji win loarskich w 101win.pl powiem parę słów jutro, lecz sprawiedliwość muszę oddać przede wszystkim degustacji dziesięciu butelek od Alzatczyka Juliena Meyera. Cztery lata po zarzuceniu dyskretnej przynęty (patrz moja notka w Magazynie WINO 1/2006, a później w Winach Europy 2009) wina tego nadzwyczajnego winiarza wreszcie pojawiły się w Polsce, w Enotece Polskiej, i to po nader atrakcyjnych cenach (od 42 zł do 127 zł za grand cru).

A są zaiste niezwykłe. Próbowaliśmy przede wszystkim rocznika 2008. Różne szczepy, różne siedliska, różne pomysły na wina – pomysły Natury, dodajmy, gdyż Patrick Meyer należy do winiarzy usuwających się w cień i podporządkowujących się wyrokom przyrody; nieprzypadkowo na jego etykietach słowo Nature wybite jest większą czcionką niż Meyer. Piliśmy zatem przedziwnie mineralnego i niesłodkiego Pinot Gris (ewenement w Alzacji, gdzie szczep ten dusi się pod coraz większą górą cukru resztkowego), oleisto-kwiatowy, wybitnie stylowy Muscat Petite Fleur, o zachwycającej głębi i mineralności Pinot Blanc Les Pierres Chaudes (takiego Pinot Blanc ze świecą szukać), Rieslinga Zellberg o słono-pieprznej ekspresji, jakby był bez mała przyprawą kuchenną, oraz jeszcze bardziej niesłychanego Sylvanera Zellberg, gdzie ciepła parcela i szlachetna pleśń nadają tej cienkiej, kwaśnej zwykle w Alzacji odmianie zupełnie nowy wymiar.

© Pierre Hybre.

Przedziwny był krajobraz, jaki te wina przed nami rozpostarły. Patrick Meyer stroni od cukru, ale też od alkoholu, zbiera winogrona najwcześniej ze wszystkich, nawet jego Gewurztraminery mają zaledwie 13%! Cechą wybijającą się wszystkich win jest wysoka kwasowość, całkowita wytrawność, szczupłość, strzelistość i swoiście zabarwiona odcieniami bieli i szarości mineralność. Meyer hołduje zasadom biodynamiki, w bukietach pojawiają się różne nuty – jabłkowe, jabłeczne, octowe, kiszone, fermentacyjne – które moi współtowarzysze kojarzyli z tą szeroko omawianą już przeze mnie i innych filozofią – lecz wszak nie mówi to wszystkiego, bowiem biodynamiczność win Meyera jest od innych biodynamiczności o wiele delikatniejsza, dyskretna, niedopowiedziana, a zarazem mniej przypadkowa, mniej żywiołowa i dzika.

Dziwny krajobraz otworzył się przed nami z tych kieliszków, płaski, bezkresny, bezczasowy; jesienne koleje winobrania i fermentacji przykryła w nich zobojętniejąca warstwa zimowego śniegu; barwy u zarania ciemnozłote rozświetliły się białym światłem. Wiązką obojętnego ciepła wydaje się w ustach ich kwasowość, a mineralność – jak prowokacyjnie, lecz w końcu trafnie podsunął jeden ze współtowarzyszy – polegała na braku owocu. Są to w ogóle wina osobliwego braku różnych rzeczy: owocu, alkoholu, słodyczy, ewolucji, pozorów, ambicji. Podobnie jak obsesyjnie puste są tutejsze etykiety i hipnotyzująco puste wewnętrznym spokojem jest najtańsze wino Meyera, Nature, w którym nie ma nic poza tautologiczną obecnością białego mineralnego wina z alzackich piasków.

Poza 2008 próbowaliśmy dwóch win ze znacznie cieplejszego rocznika 2007: Gewurztraminera Heissenberg i najbardziej prestiżowej etykiety Meyera, Rieslinga grand cru Muenchberg. Oba w swoich szczepowych ramach zadziwiały bukietami kwiatowymi zarazem bujnymi i niedopowiedzianymi, delikatnymi smakami, które przy dojrzalszej niż w 2008 kwasowości były tak samo bezkompromisowo (lub lepiej: naturalnie) wytrawne. Oba świetne i warte swoich umiarkowanych cen.

A jednak nie mogły zamazać wspomnienia białej pustki win z 2008. Inny współdegustator wspomniał w prywatnej rozmowie: „mam wrażenie, że ten rocznik się Meyerowi bardzo udał”. W rzeczy samej. Wina mają mniej wszystkiego niż w 2007. Są bardziej zen. Pogodzone, bez pragnień, niezmienne, białe jak śnieg, który pada pospołu na wieczne alzackie piaski i chwilowe zbytki winiarskiego światka.

© Pierre Hybre.

Read Full Post »

Kalendarzowa jesień

Spotkałem się w warszawskim lokalu Żużu z grupą winomanów na tzw. mistrzowskim poniedziałku – jednej z poniedziałkowych degustacji organizowanych przez importera 101win.pl, prezentujących wina z górnej półki z różnych krajów. Na wokandzie stanęły flaszki niemieckie, a towarzystwo było istotnie mistrzowskie – rzadko ma się okazję jednego wieczoru próbować win od największych germańskich sław: Manfreda Prüma, Egona Müllera i Reinharda Löwensteina.

Heyman-Löwenstein Riesling EL Röttgen 2005

Heymann-Löwenstein Röttgen Erste Lage Riesling 2005 to moje kolejne w ciągu tygodnia spotkanie z tym wybitnym winiarzem z Dolnej Mozeli (poprzednie tu). Wino zachowujące wszystkie cechy stylu Löwensteina: słone nuty mineralne, drobniutkie, krystaliczne ziarno, delikatne nuty owocowe w tle, a do tego mało alkoholu (ważna to rzecz w topowym Rieslingu), umiarkowaną kwasowość i wyczuwalny cukier resztkowy. Ten ostatni często się Löwensteinowi wytyka twierdząc, że wino prawdziwie terroirystyczne powinno być do szpiku wytrawne. Winiarz odpiera, że na ok. 12g cukru fermentację zatrzymują przez nikogo nieprzymuszane do dalszej pracy, biodynamiczne drożdże. Ja zwróciłbym dodatkowo uwagę na fakt niższej dzięki temu zawartości alkoholu. Zebrani w Żużu winomani wątpliwości nie mieli i wino (wraz z jego cukrem) w pełni poparli.

Le Gallais Riesling Wiltinger Braune Kupp Spätlese 2002

Poparli też kolejne dwa wina, czemu już się trochę dziwiłem. Le Gallais (druga posiadłość Egona Müllera) Wiltinger Braune Kupp Riesling Spätlese 2002 to była dobra butelka, ale bez większego bogactwa, trochę płaska, wpadająca w tę przedziwną niemiecką szczelinę pomiędzy wytrawnością a słodyczą, gdy wino trudno zakwalifikować i trudno coś z nim zrobić, poza popijaniem w zadziwieniu tą anomalią natury. Jest tu mineralność, ale też ewidentna zieloność i chudość. Kto nie pił butelki od Müllera u szczytu możliwości, ten mógł być tą kosztowną wszak flaszką zbity z tropu.

Joh. Jos. Prüm Graacher Himmelreich Riesling 2002

A Joh. Jos. Prüm Graacher Himmelreich Riesling Auslese 1996 to już był książkowy przykład bardzo sławnego wina wypadającego słabo – lub też, by sprawę odwrócić, niemożliwego do degustatorskiej analizy, które trzeba było brać tym, czym jest – zachwyt albo nic. Co prawda poziom wyczuwalnej siarki był jak na możliwości Prüma wyjątkowo niski – winiarz ten nazwał kiedyś siarkowy smrodek „elementem symfonii zapachów Rieslinga” – ale w zamian nie otrzymujemy właściwie niczego – ani bogactwa, ani złożoności i ewolucji, ani owocu, ani mineralności. Gdyby podano mi to wino jako Spätlese od nieznanego producenta, uwierzyłbym. Marnym pocieszeniem na koniec wieczoru był przyzwoicie słodki i strzelisty Schloss Lieser Niederberg Helden Riesling Auslese Goldkapsel 2007, choć i on cierpiał w moim odczuciu na brak ekspresji.

Schloss Lieser Niederberg Helden Riesling Auslese GK 2007

Być może jestem zblazowanym malkontentem – uczestnicy degustacji byli zadowoleni, niektórzy nawet bardzo – lecz nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wina nie wypadają tak dobrze, jak powinny. Matowe aromaty, jakby wąchane zza szyby; brak ekspresji owocu na poniebieniu; stonowana kwasowość, nieożywiająca struktury wina tak mocno, jak ma to w zwyczaju w Rieslingu; skrócone końcówki. To wszystko objawy tej samej choroby, której na imię… dzień korzenia. W kalendarzu biodynamicznym (czy po prostu rolniczym, księżycowym, „działkowca”) dni naszego i roślinnego żywota dzieli się na dni owocu, kwiatu, liścia i korzenia. Ich nazwy streszczają jednocześnie prace, które powinno się w tych dniach wykonywać przy uprawach, oraz zapowiadają rodzaj aromatów, który będzie dominował w degustowanych akurat winach. Nietrudno się domyśleć, że wina najlepiej wypadają w dzień kwiatu i owocu, a najgorzej – korzenia.

Już widzę na Państwa twarzach ironiczne uśmiechy lub palce wskazujące pukające lekceważąco w skroń. Tak, wpływ ruchu ciał niebieskich na smak wina w hipernowoczesnym kieliszku Riedla to absolutne szaleństwo – tyle, że sprawdzające się w stu procentach. Sprawdziłem, jak w kalendarzu zaklasyfikowano ów „mistrzowski” poniedziałek 28. września, choć sprawa była oczywista. Rieslingi Müllera i Prüma wpadły w środek najdłuższego okresu korzenia w tej połowie roku. Następnym razem, gdy będą Państwo przymierzać się do otwarcia wymarzonej flaszki, proszę na wszelki wypadek sprawdzić w kalendarzu, czy gwiazdy sprzyjają dobrej degustacji. Ja sprawdzam.

Kalendarz biodynamiczny

Kalendarz biodynamiczny 2009. © Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 2008

Read Full Post »

Heymann-Löwenstein Schieferterrassen 2004 (1)

Tematu biodynamiki ciąg dalszy. Gościłem niedawno niewinomana, który o tym pojęciu nie miał pojęcia i spytał, co zacz. Chcąc objaśnienie zilustrować butelką sięgnąłem w odmęty piwnicy – i wydobyłem tego oto

Heymann-Löwenstein
Riesling Schieferterrassen 2004

Tego winiarza (podobnie jak jego bezkompromisowe polityczne poglądy) się kocha lub nienawidzi. Ja kocham. Od pierwszego wejrzenia, które było od razu wejrzeniem w głąb degustacji poziomej win z rocznika 2003, jakże innego tutaj od przeładowanych cukrem, beznerwowych Rieslingów 2003 od innych winiarzy mozelskich. Od razu uwierzyłem, że za artystowską, dla niektórych kabotyńską fasadą – wśród wielu biodynamicznych szaleństw tu mamy na przykład energetyzującą piszczałkę organową wśród beczek oraz runiczne napisy mające chronić wino przed złym promieniowaniem – kryje się wielka samowiedza i szacunek dla Ziemi. Jakże inaczej wytłumaczyć fakt, że Reinhardowi Löwensteinowi oddaje ona w zamian tak wiele?

W tym Rieslingu z nieco już dziś zapomnianego (po fenomenalnych 2005 i 2007) rocznika 2004 dała niezwykłe, przedziwne nuty mineralne, przypominające nieco greckie Santorini (słoność bez kwasowości), ale z bogatszym, niemal miodowym, rodzynkowym odcieniem. Coś jakby Chablis na upalnych wakacjach, koktajl Bellini z trylobitów zamiast brzoskwiń. Innym dziwem jest niski alkohol (12,5% przy sporej dojrzałości, bo to wino pachnie niemal jak Auslese), typowy zresztą dla Löwensteina i stanowiący bezpośredni rezultat biodynamicznej uprawy (choć malkontenci utyskują, że to po prostu sprawka cukru resztkowego).

Schieferterrassen to podstawowa etykieta producenta (obok ciut droższego Riesling vom Blauen Schiefer wszystkie pozostałe wina pochodzącą z pojedynczych, klasyfikowanych winnic), toteż próżno tu szukać jakiś głębin smaku czy niezapomnianych architektur, ale równowaga, delikatność rozegranej w pianissimo mineralnej cavatiny ma w sobie coś iście królewskiego. No i nie można pomylić tego wina z żadnym innym. Żadne niemieckie Rieslingi nie smakują tak jak wina Reinharda Löwensteina. Jego styl jest jak głos śpiewaka, który rozpoznaje się w milisekundę. Jest mniej gwałtowny niż Petera-Jakoba Kühna, mniej ostry niż sąsiada i ucznia Löwensteina – Clemensa Buscha z Dolnej Mozeli, ale obfitszy, bardziej barokowy niż heskiego Kellera. Ma w sobie zarazem racjonalność i wirtuozerię, staranność i pełnię. Bieżący rocznik tego wina (2007) dostępny jest w 101win.pl za 107 zł. Trochę drogo, ale w sumie warto, bo tego smaku się nie zapomina.

Read Full Post »

Older Posts »