Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Blaufränkisch’

Wspaniałe wina przysłano mi z Weingut Pichler-Krutzler. Ta młoda posiadłość, o której pisałem słówko już tu, to obecnie jedno z gorętszych nazwisk na austriackiej scenie winiarskiej. Cóż się dziwić zresztą, skoro Elisabeth Pichler jest spadkobierczynią najsłynniejszej w Wachau rodziny F. X. Pichler, a jej mąż Erich Krutzler – autorem wybitnego Blaufränkisch z Burgenlandu, m.in. słynnego Perwolff. (Był także enologiem ciekawych projektów w Słowenii – Dveri-Pax i Marof).

elisabeth-erich-krutzler-pichler

Elisabeth Pichler i Erich Krutzler. © Weingut Pichler-Krutzler / Markus Rössle.

Zaczynali od zera (skupowania winogron i dzierżawy małych parcelek) w 2007 roku, pięli się konsekwentnie w górę, lecz dopiero z rocznikiem 2010 (wcale w Wachau niełatwym, który zrodził wina bardzo zamknięte, szczupłe, z rekordową kwasowością) przebili większość sławnych sąsiadów i dołączyli do absolutnej elity regionu. Próbowana przeze mnie seria Veltlinerów i Rieslingów była istotnie wspaniała: prawdziwie mineralne, głębokie, kompletne, fascynujące wina.

W chłodnych, kwasowych rocznikach Veltliner wypada zwykle lepiej niż Riesling i Supperin GV 2010 zdawał się potwierdzać. Wino pochodzące z leżącej tuż nad Dunajem, płaskiej parcelki zwykle przeznaczanej na proste wina Federspiel do szybkiego wypicia zdumiało mnie intensywnością i wielowymiarowością. Wunderburg Veltliner to rzecz o wiele poważniejsza, bardzo skoncentrowana – koncentracja to zresztą główna cecha stylu Pichler-Krutzler; stare krzewy i niska wydajność dają tu wina o ogromnym ekstrakcie, w gruncie rzeczy bliższe winom czerwonym niż tradycyjnym białym.

Wachau Supperin vineyard from Durnstein castle

Parcela Supperin w Wachau. Wielkie wino z płaskiej winnicy…?

Lecz jeszcze większe wrażenie robią tutejsze Rieslingi. Loibenberg to cru, które rozsławili (z wzajemnością) ojciec i brat Elisabeth, jedno z najbardziej poszukiwanych win austriackich. Interpretacja Pichler-Krutzler jest mniej barokowa i zmysłowa niż F.X. Pichler, za to odsłania pokłady chłodnej mineralności, których próżno by się spodziewać po tej gorącej, na loessowej glebie leżącej winnicy. Wunderburg Riesling 2010 jest bardziej napięty i cytrusowy. Rothenberg Reserve to wino bogatsze, utrzymane w stylu niemieckiego Spätlese (20 g cukru przy 13% alk.), świetnie zrównoważone: nie wydaje się nazbyt słodkie, wybija się tą samą mineralnością, co inne tutejsze butelki, lecz w bardziej owocowym, aromatycznym stylu.

Styl to ważna tutaj kwestia. Wina Pichler-Krutzler są nowoczesne i tradycyjne zarazem. Stanowią odwrót od egzotycznego, przejrzałego, orgiastycznego stylu pierwszej fali moderny w Wachau, która w ostatniej dekadzie rozsławiła ten nieznany dotąd region w świecie (i której czołowym przedstawicielem była właśnie winiarnia F.X. Pichler). Elisabeth i Erich „fenoliczną dojrzałość” zastępują przejrzystą mineralnością. Zarazem nie są to wina chude, ostro kwasowe, bezowocowe jak trzydzieści lat temu. Wręcz przeciwnie, uderzają niezwykłą intensywnością i koncentracją; mają jedne z bodaj najdłuższych posmaków, jakich ostatnio doświadczyłem w białych winach.

Pichler-Krutzler Riesling Wunderburg 2010

Mineralność ostra jak brzytwa.

Ciekawym przypisem okazało się wino czerwone z odmiany Blaufränkisch, produkowane przez Ericha w Burgenlandzie. Wino to zwróciło moją uwagę już w pierwszym roczniku – 2007 – lecz trzeba powiedzieć, że jego rozwój w butelce jest wspaniały. Po czterech latach wino to pokazuje najlepsze cechy popularnej (i rzadko wybitnej) „Frankovki”: subtelne aromaty, wyraźny kwasowy kościec, mineralność, wyraźne pokrewieństwo z dobrym Pinot Noir. Styl tego wina znów stanowi reinterpretację najnowszej historii austriackiego winiarstwa. Erich Krutzler używa tu beczki znacznie subtelniej, niż w dawniejszych winach, stawia na świeżość, przejrzystość. Próbowałem też rocznika 2008 (z pewnością prostszego) oraz 2009 (bardzo obiecujący, ale dajmy mu pięć lat). Wraz z winami Moric i Dorli Muhr to obecnie jedna z najciekawszych butelek austriackich w czerwieni.

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

Austria znów nawiedziła Polskę. Doroczna prezentacja win naszego południowego sąsiada to tradycja sięgająca jeszcze XX wieku, to już prawdziwa polska degustacyjna instytucja. (To tam, dawno temu, poznałem na przykład Marka Bieńczyka).

W ramach seminarium komentowanego wespół z Josefem Schullerem z wiedeńskiej Akademii Wina (organizującej od tego sezonu winiarskie kursy po angielsku, a Polakom przyznającej nawet stypendia) miałem szczęście przedstawić kilka znakomitych butelek, m.in. Sauvignon Zieregg 2008 Manfreda Tementa (kto to pisał kiedyś, że Sauvignon nie potrafi dać wielkich win?), arcysłodki Ruster Ausbruch Pinot Cuvée 2008 od Feiler-Artingera czy Riesling Heiligenstein 2009 z zasłużonej posiadłości Schloss Gobelsburg (rocznik 2009 udał się tu być może najlepiej w Austrii; ma być dostępny w Polsce ponoć w połowie roku).

Wapień muszlowy = kwasowe wina. © Steve Haider / Verein Leithaberg.

Podobnie jak rok temu najciekawszą chwilę spędziłem jednak przy winach czerwonych. Swe walory zaprezentowała nowa, ustanowiona we wrześniu 2010 apelacja DAC Leithaberg. Leży ona w Burgenlandzie, który przyzwyczaił nas (obok znakomitych słodkich) do win ciężkich, potężnych i słonecznych, tymczasem Góry Litawskie stanowią dla winorośli siedlisko całkiem chłodne, a ten chłód i świeżość wzmagają jeszcze w winach tutejsze gleby: wapień muszlowy i łupek. Zważywszy na uprawiane tu odmiany: Pinot Noir, Chardonnay, Pinot Blanc i swojski Blaufränkisch, obecność łupków stanowi ewenement na skalę światową.

Zagadka dla gleboznawców: w jakim kolorze łupek, a w jakim wapień? © Verein Leithaberg.

W Warszawie próbowaliśmy tuzina win białych z rocznika 2009 i tuzina czerwonych z 2008 – te ostatnie powstają z min. 85% Blaufränkisch. (O degustacji pisała już m.in. Ewa Rybak). Trzeba przyznać, że smak tych ostatnich był zdumiewający. Jeśli się pamięta smakową matrycę austriackiego wina czerwonego sprzed paru lat, ten owoc gęsty jak klej, alkohol jak w Coonawarrze, beczkę jak w rocznym Bordeaux, duchotę panońskiego stepu, litawskie Blaufränkische z 2008 (prawda, że to chłodniejszy rocznik niż 2009, 2007 czy 2006) wydawały się tworami z innej planety: świeże, rześkie, cytrusowe, kwaskowate jak polskie wiśnie, mineralne jak Chablis, napięte jak skrzypcowe struny, jak chce kolejna w polskim języczku winiarskim kalka – „wibrujące”.

Hans Nittnaus, pionier winiarskiego Leithaberg. © Weingut Nittnaus.

Dziwny był ten młody, świeży, zimny, kamienny smak w czerwonym winie z kraju, który jeszcze pięć lat temu upierał się, by wypuszczać na rynek starzone w baryłkach konfitury. Idzie nowe. O tej już nie modzie, lecz długookresowej reorientacji w stronę win świeższych i bardziej pijalnych pisałem już wielokrotnie. Austriaccy winiarze w swym geniuszu nowoczesności wzięli sprawy w swoje ręce i warunki pod takie odświeżające wina stworzyli sobie sami. Dziesięć lat temu nie było bowiem w Leithaberg niemal żadnych winnic. Sadzili je najpierw w terroirystycznym śnie indywidualiści tacy jak Anita & Hans Nittnaus i Silvia Prieler, a dziś producentów w tym cokolwiek jeszcze dzikim, leśnym rejonie na stromych stokach jest już 62, w tym restauratorzy (Braunstein), biodynamicy (Hartl), a nawet rekordziści Europy w użyciu beczki (Hillinger). Jest więc nadzieja dla świata.

Najgorętsze logo austriackiej sceny winiarskiej.

(więcej…)

Read Full Post »

Dwa pierwsze dni tego tygodnia spędziłem przy degustacyjnym stole Magazynu WINO, szukając perełek wśród 70 nadesłanych win z RPA i Sauvignon Blanc do 60 zł. Jak zwykle w takich sytuacjach nie brakowało win zarówno dobrych, jak i przeraźliwie nudnej komercji, ale zdarzały się takie strzały w dziesiątkę jak Cabernet Sauvignon Villiersdorp Kelder 2004, bezczelnie dobre, buchające intensywnym owocem wina za 28 zł, albo taki Sauvignon Mock 2008 ze spółdzielni w tyrolskim Bolzano, krystaliczne, odświeżające, mineralne tak, jak potrafi być tylko europejskie wino (45 zł). Wieczorem dopijałem pyszny węgierski kupaż Lányvár 246 od Tamása Dúzsiego, świetnego winiarza z Szekszárdu, którego od niedawna sprowadza do Polski dynamiczny importer Winoman.pl. Piłem to z rzadką przyjemnością i bez cienia tęsknoty za czymkolwiek ambitniejszym i medialniejszym. Musiałem upewnić się, czy importer nie pomylił się w cenie: 28 zł.

Październikowy widok z Quinta Nova da Nossa Senhora de Carmo.

Wczoraj Dom Wina, jeden z większych polskich importerów, w ramach corocznej prezentacji swego katalogu w kilku polskich miastach (w tym roku oprócz Warszawy i Krakowa także w Gdańsku) zaprosił w osobie własnej dobrej klasy winiarzy z Alzacji, Portugalii, Balatonu, Urugwaju i Marlborough. Nie podobały mi się wina toskańskie i ich ceny, ale bardzo mi się podobały cavy Agustiego Torelló i zabójczo zmysłowe Douro z Quinta Nova. A nie próbowałem nowych win australijskich Thorn-Clarke ani Riojy od Ramona Bilbao, które zapewne podobały się innym, nader licznym uczestnikom degustacji.

Na prezentacji Domu Wina trzeba było się spieszyć, żeby zaraz zdążyć na imprezę Winkolekcji. Jej gwoździem była prezentacja portalu „społecznościowego” Wingrono, ale lano też wybitnej urody Priorat Embruix 2005 od Vall-Llach, nowe Minervois z Château Villerambert Julien oraz gorące, prosto wyjęte z importerskiego pieca Rieslingi mozelskie Markusa Molitora. A ich debiut w Polsce jest naprawdę wydarzeniem dużej rangi, bo to obecnie jedne z najgłośniejszych i najciekawszych win naszych zachodnich sąsiadów.

Dziś, jak co roku w maju, swe nowalijki przedstawił z kolei Robert Mielżyński. Po siedmiu latach od pewnej kolacji z Rolandem Velichem w nieistniejącej już restauracji Biblioteka mamy wreszcie na półkach wybitne wina z Weingut Velich i Weingut Moric w Burgenlandii. Słowa nie opiszą słonego śladu ślimaka w tajemniczym białym OT ani Blaufränkisch 2008 o mineralności tak malinowo finezyjnej, jakby mineralność wymyśliły kobiety w perfumerii, a nie mężczyźni przy zimnym stole degustacyjnym. Mamy też rozchwytywane Sauvignon ze styryjskiego Weingut Gross i (od paru już lat) nadzwyczajnie eleganckie Blaufränkisch od Gesellmannów. W nowych importerskich barwach (dotąd Austrovin) zadebiutował też Wiedeńczyk Franz Wieninger. Jego Gemischter Satz 2009, lekkie, kwaskowate, jeszcze ciut drożdżowe wino z mieszanej uprawy było we wtorek tak pyszne do duszonych szparagów, że zapomniałem sporządzić notki degustacyjnej.

Roland Velich, wielki człowiek austriackiego wina. © Steve.haider.com

To tylko jeden tydzień z życia winomana. Gdy dekadę temu rozpoczynałem moje życie z winem, nie było czegoś takiego jak degustacje konsumenckie. Wydarzeniem było otwarcie przez importera na targach branżowych butelki kalifornijskiego Chardonnay za 60 zł. Gdy w 2000 r. Robert Sołtyk w hotelu Sheraton organizował test w ciemno siedmiu win różowych, mieliśmy poczucie, że odkrywamy Amerykę. A z przywiezioną nocnym pociągiem z Kolonii flaszką Molitora obnosiliśmy się jak z jajem Fabergé. Gdy w Londynie chodziłem z kieliszkiem w ręku Strandem od jednej degustacji na drugą, wydawało mi się, że jestem na innej planecie.

Dziś bloger, sommelier, sklepikarz i pasjonat mogą w tydzień poznać tyle win, ile dawniej piło się w pół roku. A już w środę Chablis od Williama Fèvre’a i pozioma degustacja Ballantinesa. A za tydzień Święto Wina na zamku w Janowcu nad Wisłą…

Read Full Post »

Pijemy coraz więcej win austriackich. Wedle statystyk za 2009 w kryzysowym roku sprzedaż win znad Dunaju wzrosła u nas o blisko 60% (wartościowo). Dlaczego warto podtrzymać tę passę, można się było przekonać 18 marca na corocznej degustacji win austriackich organizowanej przez Austrian Wine Marketing Board, którego prężne działania powinny stać się wzorcem dla innych tego typu agend.

W ostatnich latach miałem wrażenie, że ta klasycza wiosenna polska degustacja nieco się „przerzedziła”: dawniej brał w nich udział kwiat austriackiego winiarstwa, szukając wejście na polski rynek, rok czy dwa lata temu zaś tych wielkich nazwisk było jakby mniej. W 2010 r. nie można się jednak było uskarżać: Bründlmayer, Schloss Gobelsburg, Wieninger, Tement, Gernot & Heike Heinrich to jest absolutna austriacka czołówka. Zabrakło tylko dobrej reprezentacji z Wachau.

Degustacyjną werwę skierowałem przede wszystkim na eksplorowanie rocznika 2009 pod kątem przyszłych zakupów (więcej o tym w naszym materiale Wina na lata). Lecz najciekawszą półgodziną okazała się ta spędzona nad winami Weingut Muhr–van der Niepoort. Winami dziwnymi, zbijającymi z tropu swą nieaustriackością lub zgoła antyaustriackością. Bo też jest coś intelektualnie prowokującego w tym, że dyrektorka najprężniejszej agencji winiarskiego PR Dorli Muhr oraz jej (dziś już eks) mąż, wybitny portugalski winiarz Dirk van den Niepoort swą 3,5-hektarową posiadłość objęli właśnie tu, w Carnuntum, czyli winiarskim middle of nowhere. A właściwie gorzej, w winiarskim czyśćcu, do którego trafia się na ciężką pokutę za ukochanie „stylu nowoczesnego”, czyli beczki i ekstraktu. Picie tutejszych win czerwonych, nawet tych najbardziej udanych, jak Walter Glatzer, Gerhard Markowitsch, Franz Netzl czy Hans Pitnauer, jawi mi się zawsze jako najsroższa tortura, cięższa od australijskich shirazów i chilijskich karmener. Cięższa, bo karmener najczęściej nie stać na nic lepszego od siebie samych, zaś w Carnuntum najbardziej męcząca jest świadomość, że ta waniliowo-maślano-sztachetowa kakofonia jest sprzeniewierzaniem się własnej tradycji i terroir.

Co to terroir potrafi, w parę lat pokazali Muhr i Niepoort. A szczególnie swym najprostszym, najtańszym winem – Carnuntum Blaufränkisch, którego krystaliczna czystość i niesłychany czereśniowy bukiet robią na pijącym takie wrażenie, jakby wśród baryłek Carnuntum nagle wylądowało jasnorubinowe UFO. To wino swą odmową nadmiernej koncentracji i zarazem mineralną powagą świetnie streszcza tutejszy styl: ma mało alkoholu (w dojrzałym roczniku 2007 – 13%), przeźroczysty kolor, wysoką kwasowość, zero gliceryny, garbniki orzeźwiające jak tonik.

Spitzerberg: nie wygląda, ale powstaje tu jedno z najlepszych win austriackich. / fot. Carnuntum / Wine&Partners

Tę pozorną prostolinijność uzyskuje się tu mętlikiem cokolwiek szalonych technik: np. winogrona wyciskane są nogami podobnie jak w portugalskim Douro (jeśli kojarzy Wam się to z rustykalnym utlenieniem, jesteście w błędzie, bo to najłagodniejsza forma ekstrakcji garbników z gron, której nie dorówna żadna maszyna), a wina starzone są w starannie wypracowanym miksie beczek nowych i używanych.

Flagową etykietą jest Blaufränkisch Spitzerberg z pojedynczej winnicy. Blaufränkisch, ta typowa odmiana wschodniej Austrii i północnych Węgier, która przeżyła już wszystkie możliwe wulgaryzacje i kakofonie, tutaj odzywa się tonem czystym jak najlepsze skrzypce, czystą wibracją swoich nut porzeczkowo-wiśniowych, na antypodach tego, do czego przyzwyczaiło nas Carnuntum (gdzie notabene Blaufränkisch nigdy nie poważano, a w najlepszych winach ścigały się Zweigelt z Merlotem).

Sygnalizuję jeszcze dwa wina czerwone: dynamiczne, choć mniej osobne od innych Syrah, Rote Erde – niezwykle ciekawy, harmonijny czerwony gemischter Satz, w którego skład wchodzą nawet Petit Verdot i Tempranillo! (Lecz od rocznika 2007 będzie to klasyczny kupaż bordoski). No i wino najbardziej postrzelone ze wszystkich, czyli białe Prellenkirchen, czyli Riesling i Veltliner wyciskane nogami tak jak wina białe z częściowym starzeniem w beczkach, łączące żywioły: grejpfrutową kwasowość Veltlinera z grzybową dzikością białych win macerowanych, wulkaniczny gorąc i mineralną elegancję. Dorli Muhr określa swój zamiar przymiotnikami kremig & frisch i ich wzajemna sprzeczność dobrze oddaje smak tego, co dostajemy w kieliszku.

Sioło Prellenkirchen. / fot. Photographie Helmreich / Wine&Partners

Sioło Prellenkirchen. / fot. Photographie Helmreich / Wine&Partners

Dziwne pomysły, dziwne wina, trudne warunki i charaktery, a wina o rzadkiej czystości i świeżości, w stylu, który spotyka się rzadko – choć coraz częściej, bo jest to mineralny, terroirystyczny, eufoniczny styl przyszłości.

(więcej…)

Read Full Post »