Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Burgundia’

Sensem tradycji jest powtarzalność. Co roku w Wigilię jemy te same pokarmy i co roku pasują do nich te same wina. Nie jest to dzień skłaniający do odważnych eksperymentów i wywracania wszystkiego do góry nogami. Być może do śledzia lepiej zagrałoby nowozelandzkie Sauvignon Blanc, a do makowca Zinfandel. Ja jednak podam jak zwykle alzackiego Rieslinga, lekkie Pinot Noir, a na koniec tokaj. Tego dnia wolę trzymać się tradycji, niż odkrywać nowe lądy.

śledź w oleju

Winiarska łamigłówka. © Kuchnia.o2.pl.

Propozycje win do polskich potraw świątecznych wykuwały się przez lata cierpliwych eksperymentów. W tandemie z Tadeuszem Pióro pochłonąłem tysiące pierogów i wypiłem hektolitry barszczu. Narodziły się z tego połączenia często logiczne i historyczne (tokaj do ciasta, Furmint lub Veltliner do karpia), a niekiedy zaskakujące (wino musujące do śledzia). W tym roku miałem okazję kilka razy w ramach różnych warsztatów i pokazów zrewidować te już sprzed kilku sezonów pochodzące pomysły. Głosy słuchaczy najczęściej wspierały Furminta i białego burgunda. (Powrót Chardonnay do kulinarnych łask jest ewidentny). Mam wrażenie, że mniejsze niż parę lat temu jest zapotrzebowanie na wino czerwone. Dobrej klasy Bourgogne Pinot Noir, proponowane do kapusty, pierogów i karpia, nie budziły entuzjazmu.

Natomiast jedno nieoczywiste połączenie sprawdza się zawsze. Bąbelki do śledzia to strzał w dziesiątkę. Smakuje nawet największym sceptykom. Doskonała alternatywa dla wódki: wino musujące można podać niemal równie zmrożone, zamiast ekspresowego rauszu dostaniemy bąbelkowe poczucie euforii, a dalszy przebieg Wigilii tylko na tym zyska. Rok temu polecałem Państwu do śledzia szampana, lecz w okresie zaciskania pasa możemy go łatwo zastąpić tańszym winem musującym typu crémant (ogromny wybór np. w niedawno opisywanym Leclerku) czy Cava (im poważniejsza, tym lepiej – z ostatnich odkryć polecam usilnie Raventós i Blanc L’Hereu, importer: Złoto Hiszpanii).

Col Vetoraz Valdobbiadene Prosecco Brut 2010

Bąbelki do śledzia - to zawsze działa.

Ja z lubością piję ostatnio do śledzia Prosecco. Łagodniejsze musowanie tego typu win, cytrusowy owoc, podwyższona zawartość cukru i niska cena sprawiają, że to wybór pod każdym względem szczęśliwy. Ów cukier potrzebny jest do zrównoważenia słoności śledzia – zapewniam, że nawet „extra dry” (czyli półwytrawny, wedle pokrętnej nomenklatury win musujących) wyda się całkiem wytrawny. Ja w tym roku po pierwszej gwiazdce otworzę Col Vetoraz Valdobbiadene Prosecco Brut. Obok Nino Franco to obecnie najpoważniejsze Prosecco, zwiewne i radosne, ale głębsze i soczystsze od innych. Kosztuje połowę tego, co przyzwoity szampan – 60–65 zł, importowane przez Rubikon, dostępne w Warszawie także w Wine Corner przy Polu Mokotowskim i w Międzywinami w Podkowie Leśnej. Wesołych Świąt!

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

Przypadki chodzą po ludziach. Zaalarmowany przez kilkoro miłych Czytelników o kolejnych zmianach w ursynowskim Leclerku w te pędy poleciałem sprawdzić na własne oczy. Natknąłem się na miłego p. Jean-Stéphane’a Robineta, od lat wprowadzającego na polski rynek dobre wina francuskie, a za jego pośrednictwem na Jean-Philippe’a Magré i Yanna Barreila, prezesa i dyrektora Leclerka. Od słowa do słowa urodziła się z tego degustacja dla dziennikarzy i blogerów, w której udział wzięli także Magazyn Wino, Sstarwines, Viniculture i Enomen.

Leclerc Ekskluzywne Targi Winiarskie

Leclerc wrzuca szósty bieg.

A naprawdę jest o czym pisać, bo 20 metrów obok swojego stałego – świetnego – stoiska z winem Leclerc otworzył „Ekskluzywne Targi Winiarskie”, czyli odpowiednik foire aux vins, kiermaszów wina organizowanych każdej jesieni przez francuskie supermarkety. Jak mówi J.-Ph. Magré:

Od lat próbujemy poszerzyć asortyment, naszym celem jest rozwój polskiego rynku nie tylko w wąskim segmencie eksperckim, lecz pokazanie, że i tańsze, masowe produkty mogą być naprawdę dobrej jakości. „Targi winiarskie” to dla nas wielka premiera, by po raz pierwszy pokazać kilka zupełnie nieznanych w Polsce regionów winiarskich Francji.

Spośród najpopularniejszych win we francuskich oddziałach Leclerka wybrano ok. 200 etykiet, załadowano na TIR-a i rzucono na ursynowskie półki. W ten sposób powstał najszerszy w Polsce wybór Bordeaux – od prostych AOC i Supérieur poniżej 20 zł aż po grands crus classés w niezłych cenach. W tej ostatniej kategorii zwracam uwagę m.in. na Château La Louvière (117 zł) i Smith-Haut-Lafitte (299 zł) oraz magnum Château Gloria i La Tour Carnet (oba <400 zł) – wszystkie z rocznika 2008 uchodzącego za najlepszy obecnie zakup bordoski do picia dziś i za dekadę. Pojawiło się także kilka głośnych win z medialnego 2009, m.in. Château Poujeaux, pewniak za 146 zł.

Leclerc Ekskluzywne Targi Winiarskie Bordeaux grands crus

Grand cru w supermarkecie... O tempora o mores!

Równie ciekawe są jednak wina w cenach „codziennych”. Np. spory wybór musujących crémants z Alzacji, Loary, Burgundii, a nawet Bordeaux od 32 zł, duży wybór Alzacji (ponoć świetnie się sprzedającej) czy odważny desant półkowy z Sabaudii – pięć etykiet z tego kompletnie nieznanego w Polsce regionu to istne trzęsienie ziemi, zwłaszcza że ceny przyjazne (od 32 zł), a wina, jak wiadomo, wymarzone do jedzenia.

Domaine Bertrand Beaujolais-Villages Nouveau 2011

Nigdy bym nie zgadł, że tak pyszne.

18 win odkorkowanych dla blogerskiej braci przez Leclerka wypadło bardzo dobrze. Właściwie tylko jedno – przebeczkowane i gorzkie Coteaux du Languedoc Devois des Agneaux d’Aumelasze stajni Jeanjean – nie zasługiwało na polecenie. Mam wątpliwości co do niektórych tanich Bordeaux z rocznika 2009, nazbyt dla mnie płaskich, przegrzanych i mało typowych (zwłaszcza 100% Merlot Château Cantelaudette), ale te same cechy mogą je uczynić strawniejszymi dla konsumentów wychowanych na Chile i nieobeznanych z chropawym garbnikiem klasyczniejszego Bordeaux.

Château des Adouzes Faugères 2009

Hicior.

Łatwiej byłoby wskazać wina bardzo przekonujące. Hitem cenowym jest z pewnością Château des Adouzes Faugères 2009 – kawał śródziemnomorskiego owocu i pieprznego autentyzmu za jedyne 28 zł. Czystością, dynamizmem i pełnią owocu urzekło mnie Domaine Bertrand Beaujolais-Villages Nouveau 2011 – takie nouveau chętnie piłbym co rok i nie musiałbym odgrzebywać z archiwum starych dowcipasów o tym, że w święto Beaujolais najlepiej pić wino z poprzedniego roku (19 zł). Za 28,39 zł z pewnością nowych konsumentów dla Burgundii zjedna Maurice Michel Bourgogne 2009, Pinot Noir co prawda nieco ciepły i bogaty, no ale gorący rocznik 2009 to 2009, a wino jest owocowe, atrakcyjne, krągłe i smaczne.

Maurice Michel Bourgogne Pinot Noir 2009

Grand Prix za popularyzację Burgundii w Polsce.

Najlepszym z próbowanych przez nas win białych było Domaine de l’Angelier Muscadet sur-lie 2010, dowód (jeśli go kto potrzebował), że Muscadet to najbardziej niedoceniana apelacja i źródło fantastycznie pijalnych, idealnych do jedzenia win po 24 zł. Pozytywnie zaskoczyło mnie Albert Schoech Alsace Riesling 2009. Supermarketowej Alzacji zwykle unikam – jest albo mdła i żadnawa, albo za droga. To wino (tu z kolei 2009 zaważył na plus) jest bogate, kwiatowe, typowe dla regionu, ale też zdrowo kwasowe i mineralne. Za 32 zł to naprawdę świetna butelka. Wyróżniło się także Domaine La Cabanette Tavel 2010, wino różowe wystarczająco pełne i mocne, by je podać do polskiej Wigilii. 36 zł za Tavel to naprawdę okazja.

Domaine de l’Angelier Muscadet Sèvre-et-Maine-sur-lie 2010

Najbardziej niedoceniane wino Europy.

Spróbowaliśmy tylko małego wycinka oferty Leclerka, a sądząc po wynikach, lwia część z 200 etykiet jest godna polecenia. „Targi winiarskie” w Leclerku na Ursynowie będą trwały do Świąt. W dodatku na miejscu jest „sommelier”, czyli winiarski doradca, który wyjaśni różnice między Montravel i Haut-Montravel albo do czego pić Bonnezeaux. No i co na to Biedronka?

(więcej…)

Read Full Post »

Echa opisanej tu i tu Gali Magazynu WINO trwały jeszcze parę dni. Kilku importerów zorganizowało w kolejnych dniach serię ciekawych degustacji. Miałem szczęście być na dwóch i wyszedłem zbudowany. Skończyły się czasy, gdy wystarczyło otworzyć Chardonnay za 40 zł, by klienci zlatywali się jak ćmy. Dziś degustuje już całkiem przekrojowo i poważnie, a konkretnie – pionowo.

Montmains premier cru vineyard Chablis

Montmains, Chablis (na dalszym planie).

Pionowo, czyli kilka roczników tego samego wina lub producenta, co daje najlepsze wyobrażenie o jego dorobku i możliwościach. Chablis Jean-Marka Brocarda (importer: opisywany już DELiWINA) samo w sobie jest smaczne i ciekawe, lecz dopiero pijąc kilka różnych premiers crus nabiera się większej ochoty, by z tymi winami spędzić trochę czasu. Świetne wrażenie zrobiło na mnie np. Vau de Vey 2010 i 2009, chłodne, prawdziwie mineralne wino z niedocenianej winnicy. Za 115 zł to bodaj najlepszy tu obecnie zakup (nie licząc świetnego Petit Chablis, lepszego od wielu „grands”). Montmains – to inne cru, o którym rzadko się kto rozpływa w superlatywach – w roczniku 1998 dał pokaz tego, co znaczy harmonijne starzenie: wino wciąż pełne wigoru, żywe, kwasowe, ale obudowane już ładną panoramą smaków jesiennych, tostowych, ziemistych. (Te wina degustowaliśmy z lepiej starzejących się butelek magnum). Wypadło zdecydowanie lepiej niż dość w sumie zwyczajne biodynamiczne Domaine de la Boissonneuse 2004. Nowe roczniki tego ostatniego odstraszają zresztą ceną – ponad 100 zł za butelkę „prostego” Chablis to zdecydowanie za dużo. Ptaszki ćwierkają, że DELiWINA zaproponuje w cenniku inne stare roczniki Brocarda, np. grand cru Bougros 1998, za które absolutnie ręczę.

Jean-Marc Brocard Chablis Grand Cru Bougros 1998

Być może wkrótce dostępne w Polsce.

Nazajutrz gościem Roberta Mielżyńskiego był Lamberto Frescobaldi, wielki pan włoskiego wina, nie tylko dyrektor ogromnej winiarni Frescobaldi, lecz także małej posiadłości Collazzi, którą odziedziczył po babce. Powstaje tu podręcznikowy supertoskan – Cabernet Sauvignon z domieszką Merlota, Franc i Petit Verdot („tylko 3 procent!”, zarzekał się autor) starzona w nowych beczkach. Ten styl wina od paru lat jest już nieodwołalnie passé i goście przystępowali do próby bez większych nadziei. Obawy się potwierdziły, a zarazem wina się obroniły.

Lamberto Frescobaldi

Lamberto Frescobaldi. © Frescobaldi.

Paradoks? Degustowaliśmy wszystkie wina kiedykolwiek tu wytworzone, czyli roczniki od 1999 do 2008. (To pierwsza taka prezentacja w historii Collazzi, dodajmy – to też pokazuje, jak polski rynek się zmienia). Wszystkie roczniki cierpiały na naczelną wadę supertoskanów: były nadekstraktywne i trudne w piciu. Lecz na przykład taki 2001 dojrzał w sumie całkiem ładnie i do antrykotu ta jego suchość nie przeszkadzała. A już absolutnie wszystkie roczniki przebił, o dziwo, 2003. Afrykańskie lato popchnęło bodaj winiarza do ciut wcześniejszego winobrania, przez co wino miało świeżości np. od całkiem zaustralopitekowałego 2005. Naprawdę pyszna butelka.

Frescobaldi Collazzi Toscana 2003

Chchot historii: 2003 przebił 2001 i 2007.

Ta degustacja była ciekawa z innego jeszcze względu. Lamberto Frescobaldi wprost przyznawał:

W pierwszych rocznikach robiliśmy błędy. Poszukiwaliśmy przesadnego ekstraktu. Teraz ekstrahujemy bardzo ostrożnie.

O powrocie do win lżejszych, elegantszych, bardziej „pijalnych” mówie się od dawna. Jeśli przyznaje to wprost producent z jądra ciemności, czyli superbeczkowych win toskańskich, sprawa jest przesądzona. Zmiana stylu Collazzi jest subtelna, ale ewidentna. Rocznik 2000 mimo zestarzonych już aromatów smakuje jak nieheblowana deska. 2007 jest wciąż zbyt masywny (i szczerze mówiąc niewart swoich 175 zł), ale po dłuższej chwili w kieliszku harmonizuje się i mięknie. Tempora mutantur.
(więcej…)

Read Full Post »

51 win za nami. Minął pierwszy dzień finałowej degustacji Grand Prix Magazynu WINO. Po raz pierwszy w sześcioletniej historii tych nagród nie należałem do grona szortlistującego wina do ścisłego finału, nie musiałem błagać importerów o terminowe nadesłanie butelek, pakować ich w skarpety, doprowadzać do idealnej temperatury degustacyjnej – przyszedłem na gotowe, usiadłem, włożyłem nos w kieliszek i zacząłem degustować. Jak poszło?

1. Za nami pierwszy dzień degustacji – wina białe, musujące i słodkie. Jutro (wtorek) różowe i czerwone.

Majolini Saten Ante Omnia

Najlepszy z degustowanych dziś szampanów.

2. W stosunku do zeszłego roku komisja oceniająca wina została ograniczona. Dziś zasiadło w niej tylko 14 osób, w tym siedem z szeroko pojętego panelu degustacyjnego MW. To kompromis i wyciągnięcie wniosków z poprzednich lat, gdy do punktacji dopuszczeni byli importerzy ocenianych win (to na pewno nieszczęśliwa praktyka z uwagi na konflikt interesów) lub gdy reprezentacja głosów nieredakcyjnych – blogerów, sommelierów itp. – była dużo większa (w 2009 roku dla win czerwonych – 2/3). W tym roku większy wpływ na ostateczną punktację ma rdzeń programowy MW.

Magazyn WINO Grand Prix 2011

I o co tu chodzi?

3. W związku z powyższym nikt z redaktorów nie zrezygnował z przywileju oceniania win. Wszak ktoś musi nadzorować proces ich przygotowania do degustacji. Powierzony on został Katarzynie Niemyjskiej, sekretarz redakcji MW. Jednak sama kolejność win w degustacji była „całkowicie losowa”. I tu doszło do największego kuriozum. Nastąpiło zupełne pomieszanie z poplątaniem, gdy w kategorii „win białych powyżej 100 zł” w kieliszkach stały kolejno słodki Riesling Auslese, Chablis Grand Cru, Riesling alzacki, Sauvignon z Nowej Zelandii i półsłodki Gewurztraminer.

Magazyn Wino Grand Prix 2011

...wysoce niepewny.

Jaki to ma sens? Na to pytanie redaktorzy MW odpowiedzieli, że przecież to nie ma znaczenia, bo i tak wszystkie wina nalewane są w jednym czasie, więc każdy degustuje jak chce. Tyle że ja nie chcę pić Chablis po Auslese, a co jest co, wiedziałem dopiero po wzięciu do ust. Z jakichś powodów na całym świecie Sauvignon degustuje się przed Chardonnay, a Chardonnay przed słodkim Rieslingiem. Czy Magazyn WINO chciał ustanowić tu nowy światowy standard? Chyba nie chciał, tylko po prostu tak wyszło. Skutecznie pozbawiło to szans na dobry wynik wina na „niebiorących” pozycjach, np. Prosecco Cartizze Nino Franco degustowane po mocarnym szampanie Le Mesnil Grand Cru. A wszak nie od dziś wiadomo, że w obiektywnej degustacji w ciemno ogromny wpływ na rezultat mają takie czynniki, jak kolejność podawania win, ich temperatura itp.

4. Kuriozalny miszmasz słodkiego z wytrawnym wynikał też z rekordowej obecności w finale win słodkich i półsłodkich. Na 30 butelek (pomijam kategorie musujące i deserowe) aż sześć było win z cukrem resztkowym i kolejne dwa w stylu utlenionym. Do tego kolejnych pięć Rieslingów mniej lub bardziej wytrawnych. Za to tylko 4 Sauvignon Blanc, 3 Chardonnay i jedno (!) wino z Nowego Świata.

Tomasz Kurzeja Ewa Wieleżyńska Tomasz Prange Barczyński Magazyn WINO

Degustacja była w ciemno... ale tylko single blind.

Podobnie jak w poprzednich latach, wybór win do finału jest wypadkową paneli degustacyjnych z całego roku, uzupełnianą o propozycje redaktorów i współpracowników MW. Trudno nie dostrzegać w rekordowej reprezentacji Alzacji (8 win na 30! przy zaledwie 2 z Burgundii i 2 z Austrii) wpływu Tomasza Kurzei, który w 2011 r. dołączył do ścisłego grona współpracowników MW, a który biodynamiczne, cukrowe smaki alzackie ukochał ponad inne. Nie mam nic przeciwko krytyce autorskiej, lecz czym innym jest „Wybór Redaktora” w jednym z dwumiesięcznych paneli, a czym innym doroczne nagrody, mające (w teorii czy nawet nie w teorii?) odzwierciedlać najlepsze wina białe dostępne na polskim rynku. Sytuację, w której w kategorii „od 50 do 100 zł” wybierać trzeba między 11 winami, z których cztery są z Alzacji, kolejne trzy z Francji, dwa z Włoch, po jednym z Hiszpanii i Austrii (oba beczkowe) trudno określić inaczej niż sekciarstwem.

Cloudy Bay Sauvignon Blanc 2010

Najlepsze wino >100 zł... Signum temporis czy słabość konkurencji?

5. Jeszcze istotniejszą sprawą jest zupełna rewolucja kategorii cenowych, w których przyznawane są medale. W poprzednich latach wina białe i czerwone oceniano do 30 zł, do 60 zł oraz bez limitu. Obecnie najtańsza kategoria to wina do 50 zł! Jako uzasadnienie tej dziwnej decyzji redaktorzy MW podają, że wiele win dotąd podpadających pod najniższą kategorię podrożało powyżej 30 zł, a euro jest dziś drogie jak nigdy. To prawda, ale wystarczyło tę kategorię przemianować na „do 35 zł” albo w ostateczności „do 40 zł”. Albowiem „do 50 zł” nie ma już nic wspólnego z tym, co najbardziej interesuje większość konsumujących wino Polaków, czyli przystępną cenowo butelką do codziennego picia.

Codzienna butelka z pewnością nie powinna kosztować 50 ani nawet 40 zł i nieprzypadkowo o winach „do trzech dych” powstają nawet specjalne blogi. I jest zupełną nieprawdą, że z powodu kursu walut albo galopującej inflacji nie można kupić porządnego wina za mniej niż 30 zł. Można – zarówno w supermarkecie (Magazyn WINO tych win nie ocenia), ale też u małych importerów, z którymi MW stale współpracuje. Likwidacja kategorii „do 30 zł” wydaje się więc decyzją zupełnie nieprzemyślaną.

Kikelet tokaji Aszu 6P 2007

W czerwcu zloty medal w Budapeszcie, w listopadzie w Warszawie?

6. A jak było na degustacji? Słabiznę w kategorii (pożal się Boże) do 50 zł wynagrodziły fantastyczne wina słodkie – moim faworytem w ciemno okazał się Kikelet Tokaji Aszú 6P 2007 (to kolejny sukces tej skromnej posiadłości, o której pisałem już tu), który pobił Szamorodnego 2008 Istvána Szepsyego (dużo w tym tokaju Muszkatu, przez co charakter jest mniej klasyczny niż zwykle) i Vin Santo 2003 od Isole e Olena. Wśród win musujących rozbłysła pełnią blasku Franciacorta Satén Ante Omnia Majoliniego, bijąc w mej punktacji szampany Billecart-Salmon, Pierre Gimonnet i Le Mesnil. Choćby dla tej sensacji warto było wstać dzisiaj z łóżka.

(więcej…)

Read Full Post »

Kurier przywiózł mi z Biedronki pudło po bananach. W środku było wino. W miłym liście dyrektor ds. relacji zewnętrznych dyskontowej sieci p. Alfred Kubczak zachęca mnie do spróbowania win francuskich z najnowszej oferty, o których pisałem już wybiórczo tu. To miły, europejski gest. W zaciszu własnego laboratorium w idealnych warunkach degustacyjnych zapoznałem się więc z przesłanymi próbkami.

Kiechel & Cie Alsace Pinot Blanc 2010

To wino jest raczej dobrą niespodzianką. Supermarketowa Alzacja jest notorycznie słaba, Pinot Blanc to najsłabszy bodaj szczep alzacki, a tutaj dostajemy wino intensywnie cytrusowe, pełne wigoru, zarazem czyste, bez smaku gumowego węża. W dodatku kosztuje 14,99 zł, więc doprawdy zasługuje na polecenie.

Victor Bérard Chablis 2010

Z pewnością lepiej kupić dwie butelki Pinot Blanc niż jedną tego Chablis (29,99 zł). Po Chablis pozostała tu bowiem tylko nazwa oraz mdławo-słonawy smak, który w desperacji można nazwać mineralnym. Każde wino składa się w ponad 80% z wody, ale to wino szczególnie. Byłoby to słabe nawet jako Bourgogne Blanc za 20 zł, a sprzedawanie tego jako Chablis jest po prostu nabijaniem w butelkę, podobnym do tego, które już opisywałem w przypadku Barolo za 30 zł. (Czerwona lampka powinna zapalić się po sprawdzeniu, że Victor Bérard to hurtownik z Beaujolais. To tak jakby oscypki foliowała mleczarnia w Ełku).

Château de Campteloup Rosé d’Anjou 2010

Zgodnie z informacją na kontretykiecie oraz kultywowaną od lat specjalnością tej loarskiej apelacji wino jest półwytrawne. Mnie to nie przeszkadzało. Ma przyzwoity owoc, cukier jest wyraźnie wyczuwalny, ale nie jakoś bardzo dojmujący. To bardzo francuski styl rosé: „kwant smaku” czy też „smak zero”, jak to określałem przy innych okazjach. W związku z tym bodaj lepsze do jedzenia (może kuchnia wietnamska?). 14,99 zł.

Château de Fagnouse Saint-Émilion Grand Cru 2007

Jest to dobre Bordeaux. Dobre do picia już dziś i dobre do potrzymania 2–3 lata. Ma dość mocny garbnik, zarazem skoncentrowany, śliwkowy owoc Merlota. Przeszkadzał mi dość wyczuwalny alkohol. Na tle innych Saint-Émilionów dostępnych w Polsce jest to dobry zakup (34,99 zł), chociaż licząc się z każdym groszem, wolałbym chyba wydać 19,99 zł na recenzowany już, nieco surowszy w swej ekspresji Médoc 2009. (Pamiętajmy, że nazwa Saint-Émilion Grand Cru nie oznacza wcale nadzwyczajnego wina, jest to rozległa apelacja, produkująca dużo taniego wina bez szczególnych wymogów jakościowych).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Z siedmiu spróbowanych łącznie win z francuskiej oferty Biedronki proponuję trzy robocze wnioski:

1. Wina są w większości dobrze dobrane, smaczne i atrakcyjne w swych cenach. Punkt dla Biedronki.

2. Może pora przemyśleć pokutujący i u nas stereotyp, że Francja nie umie produkować tanich win. Że prestiżowe burgundy i Bordeaux są OK, natomiast na dolnej półce Francja daje się zjeść na śniadanie takiemu Chile czy Argentynie. To nieprawda – aktualna promocja w Biedronce pokazuje to dobitnie. Nawet za 15 zł Francja może zaproponować zupełnie dobre wino białe i czerwone, które w niczym nie ustępuje butelkom z Nowego Świata. Przy tym są to wina całkiem atrakcyjne, owocowe, a nie żadne surowe, wyniosłe kwasiory.

3. Czy Biedronka usiłuje zmienić swój imaż? Taka sugestia pojawiła się z ekonomicznego punktu widzenia. Wino za 50 zł, na półce Châteauneuf, Chablis, Saint-Émilion (następnym razem może Margaux, Volnay, Brunello), profesjonalna prezentacja win dla prasy z pokazem kulinarnym, drewniana skrzynka z przekazem „zechce Pan przyjąć”. Refleksję nad tą sprzecznością (a może to nie sprzeczność) – drewniane skrzynki vs. wino sprzedawane z kartonów na paletach, Margaux vs. dyskont – pozostawiam Państwu.

(więcej…)

Read Full Post »

Pamiętają Państwo ABC? Ten nieformalny klub, a tak naprawdę ideowe bractwo bezlitosnych zwalczaczy najpowszechniejszej odmiany winogron na świecie, czyli Chardonnay? Ileż było frajdy w tym publicznym mieszaniu z błotem króla supermarketowych półek, w nazywaniu jego wytworów produktami winopodobnymi, że to nieledwie płaska herbatka z karmelem, soczki gronowe bez żadnego „winnego” charakteru (w domyśle: te miliony, które się nim rozkoszowały, nie miały wstępu nawet do winiarskiej podstawówki).

Nie dajcie się zwieść słowem Puligny na etykiecie i takimże smakiem. To jest prosty burgund za 15€.

Dziś Anything But Chardonnay jest passé. Dziś modnie i uczciwie jest powiedzieć: Chardonnay, why not? Hasło, że Chardonnay jest najgorszym, co może nam się przydarzyć, zaczęło boleśnie uwierać swą nieprawdą. Albowiem Chardonnay zastąpić się nie da. I nie mam na myśli tych diamentów rozsypanych na szczycie piramidy, jak jednoodmianowe szampany czy inne Montrachet (o tym ostatnim, magicznym winie pisałem tu). Nie da się zastąpić także tych Chardonnay codziennych i niedzielnych. Długo sobie wmawialiśmy, że przecież jest Pinot Gris, Veltliner, Grenache Blanc, że dyktaturze karmelu przeciwstawi się młodość i wigor Sauvignon Blanc, a w desperacji lepiej już pić swojskie i autentyczne Trebbiano czy inne Airén.

Przyznaję, wojowałem i ja. W Chardonnay i ja widziałem ideologicznego wroga, którego należało wyplenić. Z perspektywy czasu ta krucjata przyniosła wiele dobrego. Przede wszystkim system jednopartyjny zastąpiła prawdziwym pluralizmem. Rzeczony Veltliner czy inne Albariño ze statusu etnociekawostek stały się pełnoprawnymi uczestnikami winiarskiego rynku. Dziś jest nie do pomyślenia, żeby w szanującej się restauracji podawano tylko Chardonnay – a piętnaście lat temu było to normą. Drugim wielkim sukcesem tej debaty jest zmiana samego Chardonnay. Bowiem jego ekscesom w dekadzie lat 1990. nie można zaprzeczyć. Nowoświatowe jogurty bananowe z zerową kwasowością, atak karmelkowych klonów z Sycylii, Langwedocji i Nawarry, a nawet poważne wypaczenia w najwyższej świątyni Chardonnay – w Burgundii w poszukiwaniu parkerowskiego tłuszczyku maniakalnie starzono wina na osadzie, co skończyło się epidemią utlenienia nawet najdroższych win z roczników 1996–2002 (szczegóły tu i tu; nauka do końca nie wyjaśniła tej sprawy, lecz wielu ekspertów zgadza się, ze destabilizację win wywołało nadmierne bâtonnage, czyli mieszanie osadu w beczce z dojrzewającym winem).

O Chablis już nie nawet nie mówmy.

Lecz jak to w świecie wina, wszystko płynie, zmienia się z rocznika na rocznik, producenci dostrzeli błędy, konsumenci zapragnęli win świeższych, marketingowcy wysłali sygnał do winemakerów i Chardonnay 2.0 stało się faktem. Kilka dni temu na degustacji win argentyńskich średniopółkowe Chardonnay z Mendozy nie dało się poznać w stosunku do samego siebie sprzed pięciu lat. Soczysty owoc, zero karmelu, beczka w dalekim tle, nutki mineralne i przede wszystkim kwasowość, której Chardonnay ongiś zawsze brakło. Nie łudzę się, że był to kwas naturalny, ale wino dokwaszone okazało się o wiele lepiej zrównoważone, więc niech dokwaszają.

Bez tej Mendozy mógłbym żyć, lecz przyznaje przed samym sobą i Państwem, ze coraz trudniej mi żyć bez białych burgundów. Pomijam Chablis – wino w swej mineralności niezastępowalne – lecz nie mogę żyć bez Chardonnay fermentowanego w beczce z Mâcon, Marsannay, Saint-Aubin i daj Boże z Puligny i Meursault. Na styczniowych degustacjach rocznika 2009 te wina ujmowały naturalnym balansem w tym trudnym, gorącym roczniku, a spijając obecnie nad Wisłą niedobitki z 2007 i 2008 roku nie mogę się nadziwić własnej przyjemności. Bowiem Chardonnay swoją gęstą materią, mocna strukturą, oleistą, dotykalną fakturą, zawsze obecną mineralnością, oczywistym znamieniem terroir jest królem win osobnych, głębokich, wielowymiarowych. Przez wiele lat nie dostrzegaliśmy – ja, my, wy, oni – tej prawdy, lecz w nowej rzeczywistości ABC czas zastąpić CMOK – Chardonnay mega OK.

Kto sprowadzi do wino do Polski?

(więcej…)

Read Full Post »

Gdy jakiś czas temu opowiadałem Państwu o najdroższych burgundach grand cru wywołujących, nolens volens, szybsze bicie serca winomanów i gdy niedawno prezentowałem kilka z nich w wąskim gronie osób nieskorych do wydawania 300 czy 500 zł na butelkę wina, usłyszałem kilkakrotnie coś w tym rodzaju:

No tak, grand cru, premier cru, ale to wszystko pic na wodę i golenie frajerów, przecież te wina nie mogą być 10 razy lepsze od zwykłego burgunda, jak na to wskazują ich ceny.

Mogą, nie mogą, to wieczyste pytanie często mnie nawiedza. Sam z powodu płytkiej sakiewki nie kupuję grands crus, a gdy je próbuję z cudzej flaszki, często rozczarowują mnie prostotą i tym, że faktycznie niewiele (lub nic) je odróżnia od premier. A ich ceny są co najmniej dwa razy wyższe i unoszą się już nawet nie w strato-, lecz wręcz termosferze. Na przykład u Roberta Mielżyńskiego Gevrey-Chambertin z Domaine Taupenot-Merme kosztuje 191 zł, a grand cru Mazoyères-Chambertin aż 456 zł. W 101win.pl Chablis Williama Fèvre’a kosztują 106–183 zł (premiers crus) i 250–328 zł (grands).

18 właścicieli na 7,99 ha. © Joseph Drouhin.

Czy jednak grand cru jest zupełnym picem? Życie dopisało do tej kwestii ciekawy akapit na degustacji win Joseph Drouhin zorganizowanej zeszłej zimy przez importera Centrum Wina. Drouhin to jeden z wielkich burgundzkich hurtowników (négociants), ze swoimi 3 mln butelek wszechobecny na wszystkich rynkach i budzący uczucia mniej więcej takie, jak niedawno opisany przeze mnie Masi. Stołując się w warszawskich restauracjach trudno nie wypić kilka razu do roku tutejszego Chablis albo prostego burgunda Laforêt, które nie są złymi winami, ale trudno poczuć przy nich dreszczyk emocji czy cieszyć się ze szczególnie dobrze wydanych (niemałych) pieniędzy.

Warszawskie spotkanie, będące częścią wspomnianej już przeze mnie degustacyjnej ofensywy Centrum Wina, skupiło się na czterech rocznikach najbardziej znanej etykiety Drouhina, czerwonego Beaune Clos des Mouches (klasyczny i przekonujący 2007 lepszy od prostego 2006, świetny, powyżej oczekiwań 2003, lekko zestarzony i poniżej oczekiwań 1996; 219 zł), lecz jest to ledwie premier cru, bez związku z naszym tematem. Dlatego ciekawsze okazało się crescendo win białych prowadzące m.in. przez świetne Chassagne-Montrachet Premier Cru Morgeot 2007 (niedostępne w Polsce, ok. 60€) aż do Montrachet Marquis de Laguiche 2006 (dziewięćset dziewięćdziesiątych złotych polskich za butelkę…).

Niby wapień jak gdzie indziej, a jednak... 990 zł za flaszkę. © Joseph Drouhin.

Montrachet to najbardziej legendarna parcela Chardonnay. Jedno z dziewięciu burgundzkich grand cru w bieli, którego jakość rozpoznali już cysterscy mnisi w Średniowieczu. Z 7,99 hektara powstaje rocznie tylko 40 tys. butelek białego wina uważanego za najlepsze na naszej planecie. Przechodzące mimo winnicy wojska napoleońskie miały obowiązek salutować, a za każdy tutejszy kamyk jurajskiego wapienia winiarze są gotowi niemal zabić (od 20 lat do sprzedaży nie trafiła nawet piędź ziemi z Montrachet; teoretyczna wartość hektara to co najmniej 10 mln €). Na półce wina ze słowem na M. kosztować mogą nawet 2000€. Drouhinowie mogą doprawdy mówić o szczęściu, gdyż dzięki owianej legendą umowie z markizem de Laguiche (którego ród jest właścicielem Montracheta od, bagatela, 1363 roku), dysponuje największą, bezcenną, 2,1-hektarową parcelą w obrębie grand cru.

Krótkie dotknięcie absolutu.

Piłem to wino z pomieszaniem sceptycyzmu i emocji. Nie miałbym żadnych skrupułów, aby orzec, że niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale się wyróżnia. Stonowany aromat, lekko miodowy, słoneczny, opowiada w kilku słowach historię ciepłego roku 2006. W ustach praktycznie nie zauważa się beczki; przy dużej koncentracji i mocnej strukturze całość jest niemal zwiewna. A przede wszystkim ma to krystaliczne „coś”, mineralny wziernik, hipnotyzującą czystość, jedwabiste dotknięcie winiarskiego absolutu, które znaczy przejście od premier do grand. Skłamałbym mówiąc, że za ten dotyk zapłaciłbym kilkaset złotych, ale to przeżycie z pewnością wyleczyło mnie ze sceptycyzmu wobec grands crus i legendarnego nimbu, jaki otacza garstkę najlepszych win w Burgundii.

650 lat w rękach jednej rodziny. © Joseph Drouhin.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »