Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Burgundia’

Dyskusja na kanwie mego niedawnego wpisu u burgundach 2009 skręciła w nieoczekiwanym kierunku. Jeden z miłych Czytelników wypomniał, że nie pisze o winach z Leclerka. Ma rację. Przez wiele lat nie było bowiem o czym. A mówię to jako weteran Leclerka. Pamiętam bohaterskie lata dziewięćdziesiąte, gdy można było nawet obejrzeć sobie Château Margaux (przez szybkę w ryglowanej gablocie). Hiciorami tamtego czasu były Cava Louis de Vernier z niemożliwą do zdjęcia klamrą na korku i Château Slavyantsi Special Reserve 1993 (jak głosiła fama, otrzymane w rozliczeniu za zboże wysłane Bułgarom w potrzebie przez Wałęsę).

W sumie warto.

Potem w Leclerku zapanowała jesień średniowiecza. Gablotę zlikwidowano, a na półkach zapanowały hurtowe zlewki typu Castel i Cambras. Im dalej, tym gorzej, aż zupełnie przestałem tam cokolwiek kupować. Okresowe rekonesanse w końcu też zarzuciłem. Po półrocznej może nieobecności do pionu przywołał mnie głos Czytelnika. W Leclerku nastąpił bowiem jakościowy przełom. Późną jesienią 2010 w odnowione stoisko alkoholowe wpompowano dziesiątki nowych etykiet. I to nawet tych najambitniejszych. Kupimy tu m.in. klasyfikowane Margaux za 127 zł i słynny Madiran Château Montus 2007 za 100 zł.

Warto.

W ofercie supermarketu nie diamenty są jednak ważne, lecz tania codzienność. Wybór jest ogromny – naliczyłem 20 Bordeaux poniżej 50 zł, do wyboru jest kilkadziesiąt win francuskich po 20–25 zł. (Inne kraje Leclerc ściąga z rynku od różnych importerów i z wyjątkiem Portugalii – tuzina dobrych etykiet z Atlantiki w dobrych cenach, np. słodki Moscatel Ermelinda Freitas za 40 zł – znajdziemy tu tylko banalną sieczkę).

Bardzo warto.

Francja za 25 zł w Leclerku to żadna nowość, tyle że przed reinkarnacją działu winnego były to ponure cienkusze niewarte nawet polowy swej ceny. Jak jest teraz? Wybrałem na półchybił-trafił 6 butelek. Biały Muscadet Clos Galardon 2009 (z niezłej małej posiadłości Huteau Hallereau) jest prosty, lekki, smaczny, bezproblemowy, ale ma wyraźną nutę mineralną i okazał się znakomity do kilku morskich stworzeń, które ugotowałem w zeszły weekend. Za 22,15 zł na mocną czwórkę. Côtes du Jura Chardonnay 2008 ze spółdzielni w Voiteur to zaskakująca pozycja – wina z Jury (a kupimy nawet z Sabaudii!), malutkiego, sennego i niezbyt taniego regionu, raczej nie zapuszczają się w takie wielkopowierzchniowe miejsca. To najdroższe wino z mojego kartonu (30,45 zł). Ładnie wyważone, niewymuszone, bez wyraźniejszego charakteru Jury, ale za to zupełnie niesmakujące komercyjnym, cukierkowym szardonejem z Australii czy inne Kalifornii (3+).

Nie warto.

Z win czerwonych rozpoznałem bojem sygnalizowane przez Czytelnika Côtes du Marmandais La Vieille Église 2008 (24,19 zł). Marmandais to bardzo dalekie zaplecze Bordeaux, okolica rozpaczliwie prowincjonalna i znana dotąd z jednego dobre winiarza Eliana Da Rosa. Tutejsza spółdzielnia walczy o przetrwanie całej apelacji, formatując pod supermarket różne tanie etykiety. Vieille Église nie jest złe, ma dobrą soczystość, ale też przeraźliwą chudość starej szkapy i suche jak kredowy pył garbniki. Nie czynię z tego zarzutu – bo tak smakują wszystkie wina z Marmandais – ale pijmy to wyłącznie do mocnego mięsnego jedzenia (3-). Rozczarowaniem okazało się wybrane przypadkowo z szerokiej oferty Médoc Château Mareil 2008. Wino ma charakter bordoski, jest czyste i uczciwe ale bardzo lekkie i nawet za 26,19 zł nie budzi entuzjazmu (3=). W tej samej cenie zdecydowanie lepiej kupić Côtes du Rhône Valréas Domaine de la Vallée des Grives 2008. Znajdziemy tu wszystko, czego można oczekiwać po tanim Rodanie: mocny, dojrzały owoc, świeżość, dynamizm, pocałunek garbników. Wino jest naprawdę smaczne (4). Na koniec flaszka kontrowersyjna. Château de Berzé Mâcon 2008 to czerwony burgund, ale zrobiony jak Beaujolais ze szczepu Gamay. Idealny dla tych, którzy lubią w kieliszku swojski smrodek, tzw. nuty wiejskiego podwórka czy stajni. Piłem tę butelkę przez parę godzin, nuty smrodliwe nie uleciały. Jeśli przejść przez tę początkową nutę, wino jest soczyste, pełne owocu, na poziomie dobrego Beaujolais-Villages; ma mnóstwo tego, co w winie nazywam rzutkością (mocne 4).

Warto.

Leclerc robi dobrą robotę. Zmienił podejście do polskiego klienta i zaproponował bardzo dobry wybór win francuskich w przyzwoitych cenach. To nie są jakieś niezapomniane okazje – Leclerc wyraźnie celuje w inny segment cenowy niż tzw. dyskonty typu Biedronka, gdzie akcja toczy się głównie na granicy 9,99 zł. A dla każdego z opisanych przeze mnie po 25–30 zł dałoby się znaleźć równie dobry odpowiednik w małych sklepach winiarskich i na www. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że można wejść do Leclerka nie mając pojęcia o notowaniach roczników w Bordeaux i nawet na chybił trafił kupić dobrą butelkę wina za 25 zł.

Bardzo warto.

(więcej…)

Read Full Post »

Witam Państwa z Londynu, gdzie spędzam pracowity tydzień, degustując próbki beczkowe białych i czerwonych burgundów z okrzyczanego rocznika 2009.

Rocznika wielkiego, historycznego. Gdy winogrona spadały pod cięciem sekatora, miał być lepszy od 2005. W czasie fermentacji wyprzedził 1999. Gdy nadeszła pora ustalania cenników, okazał się najlepszy od 1990. A w tej chwili padają już porównania do 1959. Fantazja producentów i niektórych dziennikarzy nie zna granic. Trzeba jakoś uzasadnić podwyżkę cen, nie tak co prawda drastyczną jak w przypadku opisywanego przeze mnie Bordeaux, ale i Burgundia usiłuje wskoczyć do chińskiego TGV. Siła nabywcza juana już o sobie dała znać na tegorocznej aukcji Hospices de Beaune. Paradoksem rocznika jest, że co prawda wina są bardzo drogie, ale to być może ostatnia okazja do kupienia ich tak tanio.

Kupować z pewnością warto. Znakomitość rocznika nie ulega kwestii. Czy 2009 jest lepszy od innych wielkich? W porównaniu do 2005, który i w Polsce mamy okazję wlać do kieliszka, 2009 ma więcej owocu, ale i mniej świeżości. Co kto lubi. Mnie kwasowości i naturalności w wielu winach brakuje, sporo białych jest na tyle bogatych, miodowo-brzoskwiniowych, że szczyt formy osiągną dość szybko, za 4–5 lat, co jak na takie nazwy jak Meursault i Puligny i jak na takie ceny nie jest wybitnym osiągnięciem. Ale też długowieczność nie musi być wyznacznikiem jakości; w kategorii tzw. natychmiastowej przyjemności 2009 jest istotnie wielkim sukcesem.

Degustuję w Państwa imieniu blisko tysiąc burgundów. W ciągu 10 dni swoje burgundzkie portfolio prezentują wszyscy liczący się londyńscy importerzy i handlarze: działający od XVII wieku Berry Bros. i od XVIII Justerini & Brooks, napakowany klejnotami jak korona Elżbiety Windsor Charles Taylor, niszowcy tacy tak Howard Ripley.

Wszystko jest świetnie zorganizowane, odbywa się z dużą dyscypliną (u Goedhuisa dwudziestka dziennikarzy przez dwie godziny degustowała nie mówiąc ani jednego słowa! Tu się pracuje, a nie traci czas na ploty), toteż okazja byłaby przednia dla naszych importerów, by w krótkim czasie dokonać znakomitej selekcji bez potrzeby kosztownej podroży do Burgundii.

Burgundy dostępne dziś w Polsce to bowiem peleton superligi. Z rodzynków Mielżyńskiego w Londynie błyszczy jedynie Jean Chartron, a dawniej znakomity  katalog 101win.pl jest już bardzo przetrzebiony i nie dostaniemy już tu moich gwiazd rocznika 2009 takich jak Domaine de la Vougeraie, Clos des Lambrays, Marquis d’Angerville. Nie mówiąc o Anne Gros, Méo-Camuzet, Ghislaine Barthod, Sylvain Cathiard, Olivier Leflaive, Confuron-Cotetidot (pojedyncza flaszka ongiś do dostania w Wina.pl). Tych nad Wisłą nie ma nawet we wspomnieniach, chyba że przyjadą w bagażniku. Z czołówką win białych jest jeszcze gorzej. Francuzi się temu dziwią, bo od paru lat sprzedają te flaszki w Pradze, Wilnie i Rydze. Czy nikt u nas nie pokusi się o stworzenie katalogu superburgundów choćby dla tych kilkuset polskich winomanów, którym na tym zależy?

Najlepsze wino z 800, jakich spróbowałem.

(więcej…)

Read Full Post »

Burgundzka migrena

Energooszczędne chłodzenie burgundów.

Energooszczędne chłodzenie burgundów.

Czwarty, ostatni dzień panelu Magazynu WINO poświęciliśmy czerwonym burgundom (Pinot Noir będzie tematem numeru 5/2009 Magazynu). Region to w Polsce obecny słabo, ale i tak o niebo lepiej niż parę lat temu. Wtedy mogliśmy napić się kilkunastu dosłownie etykiet od burgundzkich wielorybów, samowładczych négociants skupujących winogrona i wina z tego mierzącego 100 km długości regionie.

Dziś możemy już hmm, przebierać wśród stu parudziesięciu win od burgundzkiego żłobka (Bourgogne Passetoutgrains) aż po doktoraty honoris causa (grands crus w rodzaju Bonnes-Mares). Roczniki, style, parcelki, fermentacje na zimno lub na ciepło, beczki z Nevers lub Tronçais – polski winoman mniej więcej już może te idee poznać. Normalniejemy.

Od normalnienia do normalności droga jednak daleka. Nasz obraz najbogatszego w małe rodzinne majątki regionu winiarskiego na świecie wciąż bowiem określają wielcy hurtownicy: Drouhin, Jadot, Bouchard, Chanson, Faiveley, Bichot stanowią (zgaduję) 90% sprzedaży win burgundzkich w Polsce (a jeśli odliczyć Chablis, jeszcze więcej). Dobrych małych domaines prawie u nas nie ma, bo w Burgundii bardziej niż gdzie indziej trzeba je wyszukać, wypatrzeć, wyniuchać, wysłyszeć w morzu miernoty i średniawki, a na to naszym importerom nie starczy animuszu i wiedzy. Gdyby nie 101win.pl, Mielżyński i Wina.pl, na polskim rynku egzystowałyby pojedyncze rodzynki z drugiej czy wręcz czwartej burgundzkiej ligi.

Trzeba jednak powiedzieć, że i po drugiej stronie barykady – nas, pijących – nie jest zbyt wesoło. O Burgundii nie wiemy prawie nic i stojąc przed wejściem do tej nieprzebranej puszczy apelacji, nazw, niuansów mineralnego sandwicza, milimetrowych szczególików geolokalizacji, mamy prawo czuć się onieśmieleni. Byłaby już pora zapamiętać różnicę pomiędzy Chambolle a Nuits-Saint-Georges, ale na interpretację różnic w bukiecie pomiędzy parcelami Les Saint-Georges a Pruliers w tym ostatnim jest za wcześnie.

To zdjęcie kosztuje 416 zł.

To zdjęcie kosztuje 416 zł.

Trudno oczekiwać, by ten stan się prędko zmienił, jeśli spojrzy się na ceny win przedstawionych do naszego panelu. Siedem prostych Bourgogne Pinot Noir zmieściło się w przedziale 62–86 zł. O cenach najdroższych win nie ma w ogóle co mówić – grand cru Latricières-Chambertin 2007 od Nicolasa Potela kosztuje w 101win.pl aż 501 zł. Lecz to ostatnie mniej mnie boli – wino jest rzeczywiście nadzwyczajne, a Latricières to parcelka wielkości chusteczki do nosa (6,94 ha), w dodatku podzielona pomiędzy 9 właścicieli. Chcąc nie chcąc działają tu więc prawa popytu i podaży i kto akurat pragnie Pinota z chusteczki, jak sądzę bez wahania wyciągnie luidora.

Natomiast 62 zł za najprostsze i najtańsze wino, jakie ma do zaoferowania Burgundia na polskim rynku woła o pomstę do nieba. I nie jest to – jak często – wina naszych importerskich marż. Te wina są drogie również we Francji. W większości kosztują ok. 10–12€, a uznane nazwiska kasują nawet po 16€. Te ostatnie flaszki to często zdeklasowane wina village albo i wspanialsze, powstające z wydajności, od której w Bordeaux czy Chianti umarliby na zawał serca (25–40 hl). Tyle że taką polityką cenową Burgundia sama się katapultuje poza zasięg normalnego miłośnika win. Polskiego z pewnością. Szkoda. Tęsknię za niewymiennym smakiem burgundzkiego Pinot Noir, tą zaświatową czereśnią, tym ostrym jak skorpion garbnikiem, zimną jak lód kwasowością. Ale sam burgundów nie kupuję i po tym panelu nie zacznę.

Jedno z najlepszych win panelu - i najtańsze z najlepszych (206 zł)

Jedno z najlepszych win panelu - i najtańsze z najlepszych (206 zł)

Read Full Post »

« Newer Posts