Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Chardonnay’

Sensem tradycji jest powtarzalność. Co roku w Wigilię jemy te same pokarmy i co roku pasują do nich te same wina. Nie jest to dzień skłaniający do odważnych eksperymentów i wywracania wszystkiego do góry nogami. Być może do śledzia lepiej zagrałoby nowozelandzkie Sauvignon Blanc, a do makowca Zinfandel. Ja jednak podam jak zwykle alzackiego Rieslinga, lekkie Pinot Noir, a na koniec tokaj. Tego dnia wolę trzymać się tradycji, niż odkrywać nowe lądy.

śledź w oleju

Winiarska łamigłówka. © Kuchnia.o2.pl.

Propozycje win do polskich potraw świątecznych wykuwały się przez lata cierpliwych eksperymentów. W tandemie z Tadeuszem Pióro pochłonąłem tysiące pierogów i wypiłem hektolitry barszczu. Narodziły się z tego połączenia często logiczne i historyczne (tokaj do ciasta, Furmint lub Veltliner do karpia), a niekiedy zaskakujące (wino musujące do śledzia). W tym roku miałem okazję kilka razy w ramach różnych warsztatów i pokazów zrewidować te już sprzed kilku sezonów pochodzące pomysły. Głosy słuchaczy najczęściej wspierały Furminta i białego burgunda. (Powrót Chardonnay do kulinarnych łask jest ewidentny). Mam wrażenie, że mniejsze niż parę lat temu jest zapotrzebowanie na wino czerwone. Dobrej klasy Bourgogne Pinot Noir, proponowane do kapusty, pierogów i karpia, nie budziły entuzjazmu.

Natomiast jedno nieoczywiste połączenie sprawdza się zawsze. Bąbelki do śledzia to strzał w dziesiątkę. Smakuje nawet największym sceptykom. Doskonała alternatywa dla wódki: wino musujące można podać niemal równie zmrożone, zamiast ekspresowego rauszu dostaniemy bąbelkowe poczucie euforii, a dalszy przebieg Wigilii tylko na tym zyska. Rok temu polecałem Państwu do śledzia szampana, lecz w okresie zaciskania pasa możemy go łatwo zastąpić tańszym winem musującym typu crémant (ogromny wybór np. w niedawno opisywanym Leclerku) czy Cava (im poważniejsza, tym lepiej – z ostatnich odkryć polecam usilnie Raventós i Blanc L’Hereu, importer: Złoto Hiszpanii).

Col Vetoraz Valdobbiadene Prosecco Brut 2010

Bąbelki do śledzia - to zawsze działa.

Ja z lubością piję ostatnio do śledzia Prosecco. Łagodniejsze musowanie tego typu win, cytrusowy owoc, podwyższona zawartość cukru i niska cena sprawiają, że to wybór pod każdym względem szczęśliwy. Ów cukier potrzebny jest do zrównoważenia słoności śledzia – zapewniam, że nawet „extra dry” (czyli półwytrawny, wedle pokrętnej nomenklatury win musujących) wyda się całkiem wytrawny. Ja w tym roku po pierwszej gwiazdce otworzę Col Vetoraz Valdobbiadene Prosecco Brut. Obok Nino Franco to obecnie najpoważniejsze Prosecco, zwiewne i radosne, ale głębsze i soczystsze od innych. Kosztuje połowę tego, co przyzwoity szampan – 60–65 zł, importowane przez Rubikon, dostępne w Warszawie także w Wine Corner przy Polu Mokotowskim i w Międzywinami w Podkowie Leśnej. Wesołych Świąt!

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

Echa opisanej tu i tu Gali Magazynu WINO trwały jeszcze parę dni. Kilku importerów zorganizowało w kolejnych dniach serię ciekawych degustacji. Miałem szczęście być na dwóch i wyszedłem zbudowany. Skończyły się czasy, gdy wystarczyło otworzyć Chardonnay za 40 zł, by klienci zlatywali się jak ćmy. Dziś degustuje już całkiem przekrojowo i poważnie, a konkretnie – pionowo.

Montmains premier cru vineyard Chablis

Montmains, Chablis (na dalszym planie).

Pionowo, czyli kilka roczników tego samego wina lub producenta, co daje najlepsze wyobrażenie o jego dorobku i możliwościach. Chablis Jean-Marka Brocarda (importer: opisywany już DELiWINA) samo w sobie jest smaczne i ciekawe, lecz dopiero pijąc kilka różnych premiers crus nabiera się większej ochoty, by z tymi winami spędzić trochę czasu. Świetne wrażenie zrobiło na mnie np. Vau de Vey 2010 i 2009, chłodne, prawdziwie mineralne wino z niedocenianej winnicy. Za 115 zł to bodaj najlepszy tu obecnie zakup (nie licząc świetnego Petit Chablis, lepszego od wielu „grands”). Montmains – to inne cru, o którym rzadko się kto rozpływa w superlatywach – w roczniku 1998 dał pokaz tego, co znaczy harmonijne starzenie: wino wciąż pełne wigoru, żywe, kwasowe, ale obudowane już ładną panoramą smaków jesiennych, tostowych, ziemistych. (Te wina degustowaliśmy z lepiej starzejących się butelek magnum). Wypadło zdecydowanie lepiej niż dość w sumie zwyczajne biodynamiczne Domaine de la Boissonneuse 2004. Nowe roczniki tego ostatniego odstraszają zresztą ceną – ponad 100 zł za butelkę „prostego” Chablis to zdecydowanie za dużo. Ptaszki ćwierkają, że DELiWINA zaproponuje w cenniku inne stare roczniki Brocarda, np. grand cru Bougros 1998, za które absolutnie ręczę.

Jean-Marc Brocard Chablis Grand Cru Bougros 1998

Być może wkrótce dostępne w Polsce.

Nazajutrz gościem Roberta Mielżyńskiego był Lamberto Frescobaldi, wielki pan włoskiego wina, nie tylko dyrektor ogromnej winiarni Frescobaldi, lecz także małej posiadłości Collazzi, którą odziedziczył po babce. Powstaje tu podręcznikowy supertoskan – Cabernet Sauvignon z domieszką Merlota, Franc i Petit Verdot („tylko 3 procent!”, zarzekał się autor) starzona w nowych beczkach. Ten styl wina od paru lat jest już nieodwołalnie passé i goście przystępowali do próby bez większych nadziei. Obawy się potwierdziły, a zarazem wina się obroniły.

Lamberto Frescobaldi

Lamberto Frescobaldi. © Frescobaldi.

Paradoks? Degustowaliśmy wszystkie wina kiedykolwiek tu wytworzone, czyli roczniki od 1999 do 2008. (To pierwsza taka prezentacja w historii Collazzi, dodajmy – to też pokazuje, jak polski rynek się zmienia). Wszystkie roczniki cierpiały na naczelną wadę supertoskanów: były nadekstraktywne i trudne w piciu. Lecz na przykład taki 2001 dojrzał w sumie całkiem ładnie i do antrykotu ta jego suchość nie przeszkadzała. A już absolutnie wszystkie roczniki przebił, o dziwo, 2003. Afrykańskie lato popchnęło bodaj winiarza do ciut wcześniejszego winobrania, przez co wino miało świeżości np. od całkiem zaustralopitekowałego 2005. Naprawdę pyszna butelka.

Frescobaldi Collazzi Toscana 2003

Chchot historii: 2003 przebił 2001 i 2007.

Ta degustacja była ciekawa z innego jeszcze względu. Lamberto Frescobaldi wprost przyznawał:

W pierwszych rocznikach robiliśmy błędy. Poszukiwaliśmy przesadnego ekstraktu. Teraz ekstrahujemy bardzo ostrożnie.

O powrocie do win lżejszych, elegantszych, bardziej „pijalnych” mówie się od dawna. Jeśli przyznaje to wprost producent z jądra ciemności, czyli superbeczkowych win toskańskich, sprawa jest przesądzona. Zmiana stylu Collazzi jest subtelna, ale ewidentna. Rocznik 2000 mimo zestarzonych już aromatów smakuje jak nieheblowana deska. 2007 jest wciąż zbyt masywny (i szczerze mówiąc niewart swoich 175 zł), ale po dłuższej chwili w kieliszku harmonizuje się i mięknie. Tempora mutantur.
(więcej…)

Read Full Post »

Ofensywa marketingowa sklepów wielkopowierzchniowych trwa. Mniej więcej w tym samym czasie, co karton win z Biedronki, otrzymałem miłą przesyłkę z Makro. W tym ni to dyskoncie, ni to hurtowni zaopatruje się wielu właścicieli małych kawiarń, barów i restauracji, zatem tutejsze wina możemy spotkać w wielu sytuacjach – poza najprostszą, czyli wejścia z ulicy do sklepu i nabycia butelki, bo jak wiadomo, w Makro mogą robić zakupy tylko firmy. (Chociaż prawie każdy ma przysłowiowego wujka, który posiada kartę do Makro i w razie czego „pożyczy”).

Makro od dawna stara się zaoferować szeroki wachlarz win w różnych cenach. Ok. 25% zaopatrzenia pochodzi z własnego importu, reszta z krajowej dystrybucji. W wybranych sklepach istnieją „wine humidory”, w których znajdziemy butelki z wyższej, najwyższej i jeszcze wyższej półki. (O tym wynalazku poczytacie tu). Makro organizuje też szkolenia winiarskie dla swoich odbiorców. Stara się zagospodarować niszę, o której mało kto w Polsce myśli – dotrzeć do tej rzeszy pośredników, małych winiarskich podmiotów, którzy gdzieś giną w cieniu ilościowych i jakościowych kolosów takich jak Centrum Wina czy Mielżyński, a przecież w dużym stopniu kształtują nasz winiarski pejzaż.

Valmarone Prosecco z Makro

Prosecco z Makro w najlepszym dla siebie towarzystwie.

Odwiedzając dział winiarski w Makro, mam zwykle mieszane uczucia. Wybór etykiet jest bardzo duży, lecz dominują brandy z niskiej półki, te wszystkie nowoświatowe etykiety z hipopotamem i żyrafą, te IGT Sicilia i stołowe półsłodkie z rozmaitych krajów OECD. Jeśli znane apelacje, to tylko w najtańszej wersji no-name. Mało jest win, które przyciągałyby uwagę winomana na pierwszy rzut oka, brak w zasadzie dobrych nazwisk, apelacji wysoko notowanych na aktualnej giełdzie. Ale przecież nie o to chodzi. W Makro nie liczy się impulsowy zakup zdeterminowany przez psychologię i marketing, lecz sprawdzony stosunek jakości do ceny, powtarzalność, bezpieczny, „statystyczny” smak. 90% tutejszych win będzie odsprzedanych dalej w innym kontekście.

Nederburg Rose 2010

Nic nie poradzę, smakowało mi.

Muszę zresztą przyznać, że nawet wina nieszczególnie wyglądające potrafią tu być całkiem smaczne. Takie na przykład Nederburg Rosé 2010 z RPA to solidna propozycja, zwłaszcza za 24,99 zł (podaję ceny detaliczne brutto). Oznakowane jako półsłodkie, wino jest w istocie półwytrawne, a do tego czyste, świeże i owocowe, czyli takie, jakie powinno być tanie wino różowe. Dobre pierwsze wrażenie robi też Prosecco Valmarone. W cenie 19,99 zł gra niemal w kategorii Dorato – ma zresztą podobny plastikowy korek, ale o wiele lepszy smak. Umiarkowany cukier resztkowy, całkiem wystarczający owoc (jabłka), bąbelki toporne, ale nie wulgarne… Po paru godzinach byłbym już mniej entuzjastyczny i nie użyłbym słowa, które nasunęło się po pierwszym kieliszku – „hit”. Słabszym winem jest Moscato d’Asti Alte Rocche Bianche (pod tym „brandem” można też nabyć tanie Barolo i Barbaresco po ok. 70 zł). Kosztuje co prawda tylko 34 zł, ale emocji żadnych nie dostarcza. Jest miodowo, lepko słodkie bez wystarczającej kwasowości, a do czystości aromatów też można by mieć różne zastrzeżenia. Mogłoby być gorzej, ale też dużo lepiej.

Pasquier Desvignes Chablis Emile Durand 2010

Woda czy minerały, to zależy od humoru.

Makro nadesłało mnie i innym blogerom (m.in. Czerwone czy Białe, Białe nad Czerwonym, Do Trzech Dych, Środkowa Półka, Viniculture, Kontretykieta) trzy wina sezonowe. Akcja ma być powtarzana cyklicznie. Na wybór win nie miałem wpływu, wybrałem się więc do sklepu, by zobaczyć, co w trawie piszczy poza różowym RPA. Jak na dział winiarski projektowany przez Francuza przystało, najlepszy jest wybór win francuskich – jest m.in. bardzo dużo tanich Bordeaux, Côtes du Rhône (o jednym już pisałem). Z pewnością lepiej kupić tu wino z Francji niż z Włoch, które są generalnie słabo reprezentowane. Jeśli chodzi o najbardziej znane apelacje, na przykład Chablis można kupić w Makro za 39 zł. Wino Émile Durand 2010 smakuje jak Chablis pół na pół z wodą, ale jest typowe, z przyzwoitą mineralnością; na pewno lepsze od Chablis z Biedronki za 29 zł i o wiele słabsze niż Petit Chablis Dampta z Enoteki Polskiej za 45 zł.

Barton & Guestier PInot Noir Ile de Beaute 2010

Absurdalne, ale smaczne.

Oprócz znanych nazw na półkach Makro można znaleźć prawdziwe kurioza. Jak inaczej nazwać Pinot Noir z Korsyki, butelkowane przez dużego hurtownika z Bordeaux? Barton & Guestier Pinot Noir Réserve 2010 (30 zł) smakuje jak Pinot z Argentyny. Słodki i gęsty jak czekoladowe brownie. Po godzinie w lodówce można się doszukać wiśniowego charakteru Pinota. Polecam na prima aprilis i przebierankowe flashmoby. C.d.n.

(więcej…)

Read Full Post »

Pamiętają Państwo ABC? Ten nieformalny klub, a tak naprawdę ideowe bractwo bezlitosnych zwalczaczy najpowszechniejszej odmiany winogron na świecie, czyli Chardonnay? Ileż było frajdy w tym publicznym mieszaniu z błotem króla supermarketowych półek, w nazywaniu jego wytworów produktami winopodobnymi, że to nieledwie płaska herbatka z karmelem, soczki gronowe bez żadnego „winnego” charakteru (w domyśle: te miliony, które się nim rozkoszowały, nie miały wstępu nawet do winiarskiej podstawówki).

Nie dajcie się zwieść słowem Puligny na etykiecie i takimże smakiem. To jest prosty burgund za 15€.

Dziś Anything But Chardonnay jest passé. Dziś modnie i uczciwie jest powiedzieć: Chardonnay, why not? Hasło, że Chardonnay jest najgorszym, co może nam się przydarzyć, zaczęło boleśnie uwierać swą nieprawdą. Albowiem Chardonnay zastąpić się nie da. I nie mam na myśli tych diamentów rozsypanych na szczycie piramidy, jak jednoodmianowe szampany czy inne Montrachet (o tym ostatnim, magicznym winie pisałem tu). Nie da się zastąpić także tych Chardonnay codziennych i niedzielnych. Długo sobie wmawialiśmy, że przecież jest Pinot Gris, Veltliner, Grenache Blanc, że dyktaturze karmelu przeciwstawi się młodość i wigor Sauvignon Blanc, a w desperacji lepiej już pić swojskie i autentyczne Trebbiano czy inne Airén.

Przyznaję, wojowałem i ja. W Chardonnay i ja widziałem ideologicznego wroga, którego należało wyplenić. Z perspektywy czasu ta krucjata przyniosła wiele dobrego. Przede wszystkim system jednopartyjny zastąpiła prawdziwym pluralizmem. Rzeczony Veltliner czy inne Albariño ze statusu etnociekawostek stały się pełnoprawnymi uczestnikami winiarskiego rynku. Dziś jest nie do pomyślenia, żeby w szanującej się restauracji podawano tylko Chardonnay – a piętnaście lat temu było to normą. Drugim wielkim sukcesem tej debaty jest zmiana samego Chardonnay. Bowiem jego ekscesom w dekadzie lat 1990. nie można zaprzeczyć. Nowoświatowe jogurty bananowe z zerową kwasowością, atak karmelkowych klonów z Sycylii, Langwedocji i Nawarry, a nawet poważne wypaczenia w najwyższej świątyni Chardonnay – w Burgundii w poszukiwaniu parkerowskiego tłuszczyku maniakalnie starzono wina na osadzie, co skończyło się epidemią utlenienia nawet najdroższych win z roczników 1996–2002 (szczegóły tu i tu; nauka do końca nie wyjaśniła tej sprawy, lecz wielu ekspertów zgadza się, ze destabilizację win wywołało nadmierne bâtonnage, czyli mieszanie osadu w beczce z dojrzewającym winem).

O Chablis już nie nawet nie mówmy.

Lecz jak to w świecie wina, wszystko płynie, zmienia się z rocznika na rocznik, producenci dostrzeli błędy, konsumenci zapragnęli win świeższych, marketingowcy wysłali sygnał do winemakerów i Chardonnay 2.0 stało się faktem. Kilka dni temu na degustacji win argentyńskich średniopółkowe Chardonnay z Mendozy nie dało się poznać w stosunku do samego siebie sprzed pięciu lat. Soczysty owoc, zero karmelu, beczka w dalekim tle, nutki mineralne i przede wszystkim kwasowość, której Chardonnay ongiś zawsze brakło. Nie łudzę się, że był to kwas naturalny, ale wino dokwaszone okazało się o wiele lepiej zrównoważone, więc niech dokwaszają.

Bez tej Mendozy mógłbym żyć, lecz przyznaje przed samym sobą i Państwem, ze coraz trudniej mi żyć bez białych burgundów. Pomijam Chablis – wino w swej mineralności niezastępowalne – lecz nie mogę żyć bez Chardonnay fermentowanego w beczce z Mâcon, Marsannay, Saint-Aubin i daj Boże z Puligny i Meursault. Na styczniowych degustacjach rocznika 2009 te wina ujmowały naturalnym balansem w tym trudnym, gorącym roczniku, a spijając obecnie nad Wisłą niedobitki z 2007 i 2008 roku nie mogę się nadziwić własnej przyjemności. Bowiem Chardonnay swoją gęstą materią, mocna strukturą, oleistą, dotykalną fakturą, zawsze obecną mineralnością, oczywistym znamieniem terroir jest królem win osobnych, głębokich, wielowymiarowych. Przez wiele lat nie dostrzegaliśmy – ja, my, wy, oni – tej prawdy, lecz w nowej rzeczywistości ABC czas zastąpić CMOK – Chardonnay mega OK.

Kto sprowadzi do wino do Polski?

(więcej…)

Read Full Post »

Awantura o polskie wino – którą szeroko referowałem Państwu tu – zakończona. Nastąpiły zmiany na lepsze. Ministerstwo Spraw Zagranicznych – którego decyzja o podawaniu w czasie polskiej prezydencji w UE win węgierskich oraz źle odebrana wypowiedź min. Radosława Sikorskiego o jakości polskich win zapoczątkowały całą sprawę – doprecyzowało swoje stanowisko. Wina węgierskie – tak, ale podczas szczytu Partnerstwa Wschodniego w październiku. Przeniesienie tej prestiżowej imprezy z Budapesztu do Warszawy jest dużym dyplomatycznym sukcesem Polski, który zostanie oblany winem madziarskim (jako pierwszy o tym aspekcie sprawy pisał w komentarzu do mojego wpisu Piotr Wołkowski).

W paczce z Budapesztu otrzymaliśmy prezydencję, szczyt Partnerstwa Wschodniego i parę flaszek. © PAP/Radek Pietruszka.

Natomiast w czasie innych imprez organizowanych w ramach polskiej prezydencji wina inne niż węgierskie – w tym również polskie – będą jak najbardziej podawane. Ich wybór należy do tzw. katererów, czyli firm, które wygrywać będą miniprzetargi na obsługę poszczególnych przyjęć, ale w tym wyborze kierować się mogą sugestiami MSZ. Ministerstwo posiada ekspertyzę doboru win na poszczególne okazje, o której pisałem już tu. A we wtorek odbyła się degustacja wybranych polskich win, w której uczestniczyli Minister Radosław Sikorski, Rzecznik MSZ Marcin Bosacki oraz kilkoro innych urzędników z kierownictwa MSZ.

Dzięki temu spotkaniu udało się zmienić percepcję polskich win, choć nie odbyło się to automatycznie. Winomanom, interesującym się od lat losami polskiego winiarstwa, nie trzeba tłumaczyć takich rzeczy, jak trudne roczniki, mała skala produkcji, konieczność (w niektórych miejscach) uprawy szczepów hybrydowych – a polskie wina degustowane są w bogactwie właściwego dla nich kontekstu. W saloniku Ministra nie było miejsca na taryfę ulgową. Riesling 2010 Lecha Jaworka, ze swą wybujałą, nordycką kwasowością, był trudny w odbiorze i niczego nie zmieniał fakt, że wino zabutelkowano dwa tygodnie temu. Regent 2009 z tej samej winiarni (o którym pisałem przychylnie tu) swym roślinno-serowym bukietem, przypominającym wręcz Pinotage, nie zdobył uznania. Lepiej poradził sobie Chardonnay–Auxerrois 2008 Jaworka, który przekonał do siebie kilka osób słodkim bukietem i okrągłym smakiem. Ale jedna z pań porównała go do podróbki markowych perfum, która w pierwszej chwili uderza intensywnym, podobnym do pierwowzoru aromatem, lecz potem szybko ulatuje. Było to mało empatyczne, ale niepozbawione trafności podsumowanie ambitnie zabeczkowanego wina, któremu trochę do tej ambicji nie staje ciała i mocy (tylko 11% alk.).

To wino nikogo nie pozostawia obojętnym. Europejska klasa.

Były jednak i wina jednoznacznie docenione. Seyval Blanc 2009 Barbary i Marcina Płochockich zalecał się świetnie zrównoważonym owocem i nieagresywną kwasowością. Pinot Noir 2009 przy swej młodości (wyraźne nuty beczkowe) z pewnością był bez zarzutu, jeśli chodzi o czystość aromatów, a także mocne, intensywne ciało. Zaś Pinot Noir Prestige 2009 (mój pean tu) potwierdził swoją europejską klasę. Bez zdziwienia, choć z lekkim niepokojem powitałem fakt, że największe uznanie w ministerialnych kręgach zdobył świeżo zabutelkowany (i na razie nieprzeznaczony do sprzedaży) Miód pitny gronowy Lecha Jaworka. Polska dusza kocha cukier, co nie powinno przesłaniać jakości produktów wytrawnych. Ale ten miód jest rzeczywiście świetny.

Joanna Skoczek (dyr. Departamentu Koordynacji), Marcin Bosacki (Rzecznik Prasowy MSZ) i Adam Chrząstowski (doradca kulinarny prezydencji) na wczorajszej konferencji.

Za degustacją w małym gronie poszła wczorajsza prezentacja produktów regionalnych w słynnym pałacyku MSZ na ul. Foksal w Warszawie. Obok apelacyjnego chleba prądnickiego z krakowskiej piekarni Madej, wielkopolskich serów Marka Grądzkiego, miodów pitnych Macieja Jarosa, nalewek Karola Majewskiego na stole stanęły wina Płochockich i Jaworka. Reakcja dziennikarzy i innych próbujących gości była taka, jak zawsze – pozytywne zaskoczenie. „To polskie?”, „to już w Polsce można robić takie wina?”, „nie spodziewałem się takiego Pinot Noir”… Jakość polskich win, tych najlepszych, jest faktem. Wbrew sceptykom, ten fakt będzie coraz bardziej docierał do powszechnej świadomości. Przy okazji następnej polskiej prezydencji w 2025 roku sporów o to, czy warto podawać polskie wino, nie będzie w ogóle.

Po niefortunnych wypowiedziach publicznych i galimatiasie wyjaśnień mamy więc spójny komunikat: polskie wino jest OK i zostanie mu oddane to, co może nie cesarskie, ale przynajmniej hetmańskie.

[PS 23.07 Polecam materiał filmowy nakręcony na omówionej tu konferencji prasowej w MSZ przez Jurka Kruka z 4Senses.tv.]

(więcej…)

Read Full Post »

Gdy jakiś czas temu opowiadałem Państwu o najdroższych burgundach grand cru wywołujących, nolens volens, szybsze bicie serca winomanów i gdy niedawno prezentowałem kilka z nich w wąskim gronie osób nieskorych do wydawania 300 czy 500 zł na butelkę wina, usłyszałem kilkakrotnie coś w tym rodzaju:

No tak, grand cru, premier cru, ale to wszystko pic na wodę i golenie frajerów, przecież te wina nie mogą być 10 razy lepsze od zwykłego burgunda, jak na to wskazują ich ceny.

Mogą, nie mogą, to wieczyste pytanie często mnie nawiedza. Sam z powodu płytkiej sakiewki nie kupuję grands crus, a gdy je próbuję z cudzej flaszki, często rozczarowują mnie prostotą i tym, że faktycznie niewiele (lub nic) je odróżnia od premier. A ich ceny są co najmniej dwa razy wyższe i unoszą się już nawet nie w strato-, lecz wręcz termosferze. Na przykład u Roberta Mielżyńskiego Gevrey-Chambertin z Domaine Taupenot-Merme kosztuje 191 zł, a grand cru Mazoyères-Chambertin aż 456 zł. W 101win.pl Chablis Williama Fèvre’a kosztują 106–183 zł (premiers crus) i 250–328 zł (grands).

18 właścicieli na 7,99 ha. © Joseph Drouhin.

Czy jednak grand cru jest zupełnym picem? Życie dopisało do tej kwestii ciekawy akapit na degustacji win Joseph Drouhin zorganizowanej zeszłej zimy przez importera Centrum Wina. Drouhin to jeden z wielkich burgundzkich hurtowników (négociants), ze swoimi 3 mln butelek wszechobecny na wszystkich rynkach i budzący uczucia mniej więcej takie, jak niedawno opisany przeze mnie Masi. Stołując się w warszawskich restauracjach trudno nie wypić kilka razu do roku tutejszego Chablis albo prostego burgunda Laforêt, które nie są złymi winami, ale trudno poczuć przy nich dreszczyk emocji czy cieszyć się ze szczególnie dobrze wydanych (niemałych) pieniędzy.

Warszawskie spotkanie, będące częścią wspomnianej już przeze mnie degustacyjnej ofensywy Centrum Wina, skupiło się na czterech rocznikach najbardziej znanej etykiety Drouhina, czerwonego Beaune Clos des Mouches (klasyczny i przekonujący 2007 lepszy od prostego 2006, świetny, powyżej oczekiwań 2003, lekko zestarzony i poniżej oczekiwań 1996; 219 zł), lecz jest to ledwie premier cru, bez związku z naszym tematem. Dlatego ciekawsze okazało się crescendo win białych prowadzące m.in. przez świetne Chassagne-Montrachet Premier Cru Morgeot 2007 (niedostępne w Polsce, ok. 60€) aż do Montrachet Marquis de Laguiche 2006 (dziewięćset dziewięćdziesiątych złotych polskich za butelkę…).

Niby wapień jak gdzie indziej, a jednak... 990 zł za flaszkę. © Joseph Drouhin.

Montrachet to najbardziej legendarna parcela Chardonnay. Jedno z dziewięciu burgundzkich grand cru w bieli, którego jakość rozpoznali już cysterscy mnisi w Średniowieczu. Z 7,99 hektara powstaje rocznie tylko 40 tys. butelek białego wina uważanego za najlepsze na naszej planecie. Przechodzące mimo winnicy wojska napoleońskie miały obowiązek salutować, a za każdy tutejszy kamyk jurajskiego wapienia winiarze są gotowi niemal zabić (od 20 lat do sprzedaży nie trafiła nawet piędź ziemi z Montrachet; teoretyczna wartość hektara to co najmniej 10 mln €). Na półce wina ze słowem na M. kosztować mogą nawet 2000€. Drouhinowie mogą doprawdy mówić o szczęściu, gdyż dzięki owianej legendą umowie z markizem de Laguiche (którego ród jest właścicielem Montracheta od, bagatela, 1363 roku), dysponuje największą, bezcenną, 2,1-hektarową parcelą w obrębie grand cru.

Krótkie dotknięcie absolutu.

Piłem to wino z pomieszaniem sceptycyzmu i emocji. Nie miałbym żadnych skrupułów, aby orzec, że niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale się wyróżnia. Stonowany aromat, lekko miodowy, słoneczny, opowiada w kilku słowach historię ciepłego roku 2006. W ustach praktycznie nie zauważa się beczki; przy dużej koncentracji i mocnej strukturze całość jest niemal zwiewna. A przede wszystkim ma to krystaliczne „coś”, mineralny wziernik, hipnotyzującą czystość, jedwabiste dotknięcie winiarskiego absolutu, które znaczy przejście od premier do grand. Skłamałbym mówiąc, że za ten dotyk zapłaciłbym kilkaset złotych, ale to przeżycie z pewnością wyleczyło mnie ze sceptycyzmu wobec grands crus i legendarnego nimbu, jaki otacza garstkę najlepszych win w Burgundii.

650 lat w rękach jednej rodziny. © Joseph Drouhin.

(więcej…)

Read Full Post »

Dyskusja na kanwie mego niedawnego wpisu u burgundach 2009 skręciła w nieoczekiwanym kierunku. Jeden z miłych Czytelników wypomniał, że nie pisze o winach z Leclerka. Ma rację. Przez wiele lat nie było bowiem o czym. A mówię to jako weteran Leclerka. Pamiętam bohaterskie lata dziewięćdziesiąte, gdy można było nawet obejrzeć sobie Château Margaux (przez szybkę w ryglowanej gablocie). Hiciorami tamtego czasu były Cava Louis de Vernier z niemożliwą do zdjęcia klamrą na korku i Château Slavyantsi Special Reserve 1993 (jak głosiła fama, otrzymane w rozliczeniu za zboże wysłane Bułgarom w potrzebie przez Wałęsę).

W sumie warto.

Potem w Leclerku zapanowała jesień średniowiecza. Gablotę zlikwidowano, a na półkach zapanowały hurtowe zlewki typu Castel i Cambras. Im dalej, tym gorzej, aż zupełnie przestałem tam cokolwiek kupować. Okresowe rekonesanse w końcu też zarzuciłem. Po półrocznej może nieobecności do pionu przywołał mnie głos Czytelnika. W Leclerku nastąpił bowiem jakościowy przełom. Późną jesienią 2010 w odnowione stoisko alkoholowe wpompowano dziesiątki nowych etykiet. I to nawet tych najambitniejszych. Kupimy tu m.in. klasyfikowane Margaux za 127 zł i słynny Madiran Château Montus 2007 za 100 zł.

Warto.

W ofercie supermarketu nie diamenty są jednak ważne, lecz tania codzienność. Wybór jest ogromny – naliczyłem 20 Bordeaux poniżej 50 zł, do wyboru jest kilkadziesiąt win francuskich po 20–25 zł. (Inne kraje Leclerc ściąga z rynku od różnych importerów i z wyjątkiem Portugalii – tuzina dobrych etykiet z Atlantiki w dobrych cenach, np. słodki Moscatel Ermelinda Freitas za 40 zł – znajdziemy tu tylko banalną sieczkę).

Bardzo warto.

Francja za 25 zł w Leclerku to żadna nowość, tyle że przed reinkarnacją działu winnego były to ponure cienkusze niewarte nawet polowy swej ceny. Jak jest teraz? Wybrałem na półchybił-trafił 6 butelek. Biały Muscadet Clos Galardon 2009 (z niezłej małej posiadłości Huteau Hallereau) jest prosty, lekki, smaczny, bezproblemowy, ale ma wyraźną nutę mineralną i okazał się znakomity do kilku morskich stworzeń, które ugotowałem w zeszły weekend. Za 22,15 zł na mocną czwórkę. Côtes du Jura Chardonnay 2008 ze spółdzielni w Voiteur to zaskakująca pozycja – wina z Jury (a kupimy nawet z Sabaudii!), malutkiego, sennego i niezbyt taniego regionu, raczej nie zapuszczają się w takie wielkopowierzchniowe miejsca. To najdroższe wino z mojego kartonu (30,45 zł). Ładnie wyważone, niewymuszone, bez wyraźniejszego charakteru Jury, ale za to zupełnie niesmakujące komercyjnym, cukierkowym szardonejem z Australii czy inne Kalifornii (3+).

Nie warto.

Z win czerwonych rozpoznałem bojem sygnalizowane przez Czytelnika Côtes du Marmandais La Vieille Église 2008 (24,19 zł). Marmandais to bardzo dalekie zaplecze Bordeaux, okolica rozpaczliwie prowincjonalna i znana dotąd z jednego dobre winiarza Eliana Da Rosa. Tutejsza spółdzielnia walczy o przetrwanie całej apelacji, formatując pod supermarket różne tanie etykiety. Vieille Église nie jest złe, ma dobrą soczystość, ale też przeraźliwą chudość starej szkapy i suche jak kredowy pył garbniki. Nie czynię z tego zarzutu – bo tak smakują wszystkie wina z Marmandais – ale pijmy to wyłącznie do mocnego mięsnego jedzenia (3-). Rozczarowaniem okazało się wybrane przypadkowo z szerokiej oferty Médoc Château Mareil 2008. Wino ma charakter bordoski, jest czyste i uczciwe ale bardzo lekkie i nawet za 26,19 zł nie budzi entuzjazmu (3=). W tej samej cenie zdecydowanie lepiej kupić Côtes du Rhône Valréas Domaine de la Vallée des Grives 2008. Znajdziemy tu wszystko, czego można oczekiwać po tanim Rodanie: mocny, dojrzały owoc, świeżość, dynamizm, pocałunek garbników. Wino jest naprawdę smaczne (4). Na koniec flaszka kontrowersyjna. Château de Berzé Mâcon 2008 to czerwony burgund, ale zrobiony jak Beaujolais ze szczepu Gamay. Idealny dla tych, którzy lubią w kieliszku swojski smrodek, tzw. nuty wiejskiego podwórka czy stajni. Piłem tę butelkę przez parę godzin, nuty smrodliwe nie uleciały. Jeśli przejść przez tę początkową nutę, wino jest soczyste, pełne owocu, na poziomie dobrego Beaujolais-Villages; ma mnóstwo tego, co w winie nazywam rzutkością (mocne 4).

Warto.

Leclerc robi dobrą robotę. Zmienił podejście do polskiego klienta i zaproponował bardzo dobry wybór win francuskich w przyzwoitych cenach. To nie są jakieś niezapomniane okazje – Leclerc wyraźnie celuje w inny segment cenowy niż tzw. dyskonty typu Biedronka, gdzie akcja toczy się głównie na granicy 9,99 zł. A dla każdego z opisanych przeze mnie po 25–30 zł dałoby się znaleźć równie dobry odpowiednik w małych sklepach winiarskich i na www. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że można wejść do Leclerka nie mając pojęcia o notowaniach roczników w Bordeaux i nawet na chybił trafił kupić dobrą butelkę wina za 25 zł.

Bardzo warto.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »