Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Chianti’

Spędziłem tydzień w Toskanii, intensywne degustacje nowych roczników (650 win) na bieżąco relacjonowałem Państwu na Winicjatywie. Spróbowałem wielu świetnych Chianti, Brunello i białych Vernacci, trafiło mi się kilka butelek poruszających, jak Vernaccia Carato 2002 od Montenidoli, Chianti Classico 2008 Castell’in Villa czy genialne młode Chianti Vigna del Sorbo 2008 od Fontodi. Lecz najciekawsze okazały się wrażenia ogólne.

Castell’in Villa Chianti Classico 2008

Castell’in Villa Chianti Classico 2008.

Wina z Toskanii są coraz lżejsze. Chianti, Brunello, nawet Vino Nobile di Montepulciano tracą barwę, chudną w oczach, bokiem wychodzi im kwas i niewygładzone beczką garbniki; konfitura cofa się do stadium świeżego owocu. Oglądamy jakby w zwolnionym tempie film o ewolucji wina, puszczony do tyłu. Wiele win toskańskich smakuje dziś tak, jakby nigdy nie wymyślono francuskiej baryłki i Parkera. Gdyby ktoś trafił tu po dziesięciu latach przerwy, przeżyłby szok.

Na moim blogu angielskim, gdzie podzieliłem się tą myślą kilka dni temu, padło arcyciekawe pytanie: czy ta zmiana stylu – tak ewidentna, że już nikt jej nie przeczy – jest wynikiem zmiany smaku po stronie konsumentów, czy też jest wymysłem krytyków winiarskich i wpatrzonych w nich producentów? Ta druga możliwość nie jest wykluczona – wszak o ancien régimie spod znaku beczki i ekstraktu często mówiono, że robiony jest pod gust Parkera, Wine Spectatora, Gambero Rosso i innych mediów „opiniotwórczych”.

Castello di Cacchiano Chianti Classico 2007

Castello di Cacchiano Chianti Classico 2007.

Czy zatem winiarze, zdejmując nogę z beczkowego gazu, wsłuchują się bardziej w vox populi, czy vox Dei? Prawda leży gdzieś pośrodku; na wina lżejsze, bardziej eleganckie, świeże na pewno zapanowała obecnie moda, dyskurs o winach bardziej „pijalnych” stał się ideologią miłościwie panującą i doprawdy trudno znaleźć liczącego się krytyka, który domagałby się dziś win potężniejszych i bardziej masywnych. Z drugiej jednak strony nie można zaprzeczyć, że konsumenci też głosują nogami na wina lżejsze. We Włoszech tendencja jest wyraźna: właściciel jednej z najlepszych winotek w Sienie mówił mi, że masywne wina z 14,5% alk. kupują już tylko Amerykanie, typowy winopijca włoski sięga po wina bezbeczkowe, sprawdza dokładnie alkohol na etykiecie, coraz częściej pije do posiłku wina różowe i białe.

Franco Pacenti Brunello di Montalcino 2007

Franco Pacenti Brunello di Montalcino 2007.

W każdym razie wydaje mi się to celniejszym wyjaśnieniem zjawiska, niż śmiała teza Wojciecha Gogolińskiego, wedle której toskańscy winiarze przestali używać nowych beczek, bo… ich nie stać. Zwłaszcza kiedy mówimy o takiej na przykład Querciabelli, gdzie proporcję nowej beczki zmniejszono z 50 do 25%, a przecież ta winiarnia bez trudu sprzedaje na całym świecie swe bardzo drogie wina, a w ogóle należy do multimilionera i beczki wymienia się tu jak żarówki. W dodatku w 2011 roku sprzedaż win toskańskich wzrosła o kilkanaście procent, a ceny hurtowe poszły w górę. Na beczki nie stać być może anonimowych winiarzy w DOCG Chianti, ale przecież stylistyczna rewolucja najbardziej jest widoczna właśnie w drogich winach z prestiżowych winiarni.

Castello di San Sano Chianti Classico 2009

Castello di San Sano Chianti Classico 2009.

Nie ukrywam swej radości z tego faktu. Z kilku względów. Małpowanie win kalifornijskich i bordoskich w Toskanii okazało się ślepą uliczką i przyszły sukces komercyjny tego ważnego regionu w dużej mierzy zależy od tego, czym się wyróżni na tle innych. A tak naprawdę wyróżnia się szczepem Sangiovese i wysoką kwasowością swoich win. Powrót do win mniej beczkowych, bardziej eleganckich, świeżoowocowych pozwala lepiej ukazać typowość Sangiovese. Sangiovese zabeczkowane na amen zbliżało się do zabeczkowanego Tempranillo, Malbeka i Merlota (ten ostatni zresztą w dużej proporcji wpadał do kadzi). Sangiovese niebeczkowe swym smakiem nie przypomina żadnego innego wina na tym świecie. Tendencja do oczyszczania Sangiovese widoczna jest też w kompozycjach: tutaj przytaczałem dane pokazujące, że stanowi on obecnie ponad 92% statystycznego Chianti. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu przepisy wymagały, by było to najwyżej 70%.

Tiezzi Brunello di Montalcino 2007

Tiezzi Brunello di Montalcino 2007.

No i zyskujemy coś jeszcze, czego wcześniej nie mieliśmy. Kolor. Oszałamiającą paletę rozświetlonych, ciepłych barw wiśniowych, karminowych, amarantowych, ceglastych. Przez lata, zanurzeni w matowej półczerni, byliśmy pozbawieni tej radości. Teraz prawdziwy rubin Sangiovese eksploduje właściwie z każdego kieliszka. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie mogę się napatrzeć.

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

Dyskalkulia

Tegoroczna degustacja młodych Chianti we Florencji oprócz notek degustacyjnych. potwierdzeń i zaprzeczeń przyniosła mi poczucie konfuzji i konsternacji. Jestem tylko człowiekiem i rzecz jasna zdarza mi się na jakimś winie nie poznać – ocenić nisko niekwestionowaną gwiazdę lub w ciemno postawić pięć serduszek jakiejś beczkowej ropusze – lecz jednak rzadko zdarza mi się zaprzeczyć diametralnie własnym wnioskom i – jak to się dziś mówi – narracji.

Jedno z nielicznych pijalnych Chianti z 2007.

Rok temu przekonywałem Państwa o zaletach rocznika 2007 w Chianti i teraz, degustując 60 win z tego właśnie roku, przecierałem oczy ze zdumienia. Gdzie się podziała ta świeżość, kwasowa rezerwa, klasyczna równowaga? Wina były w większości trudne w piciu, ciężkie, pełne, sycące, suche jak szczapa i przede wszystkich alkoholowe jak diabli. Rok temu degustowałem zwykłe Chianti Classico, dziś – ukazujące się właśnie na rynku riservy – lecz przecież nie mogło to być jedyną przyczyną diametralnej zmiany odczuć.

Często zarzuca się degustatorom, że piją wina zbyt wcześnie, zanim ukażą one wszystkie swe zalety. Czy tym razem jednak nie stało się dokładnie odwrotnie? W pierwszej młodości te Chianti Classico ledwie zlane z kadzi – niewiele z nich dojrzewa w nowym dębie – mogły pochwalić się jeszcze elementarną świeżością. Rok później pierwszy owoc w nich zmierzcha i już nic nie przykryje cokolwiek zduszonego charakteru. To szczególnie prawdziwe w przypadku win bardzo alkoholowych. A w 2007 niektóre Chianti przebiły szklany sufit 15% alk.

Koszmar z ulicy jarzębów.

Niezwykły jest przypadek Vigna del Sorbo od Fontodi. To sławne i dawniej ulubione przeze mnie wino miałem już okazję kosztować zeszłej jesieni na panelu Magazynu WINO. Napisałem wówczas:

Wino robi duże wrażenie koncentracją i ekstraktem i tym, jak dobrze są one zrównoważone. Nuty czereśniowe i ciekawie korzenne. Usta są po prostu świetne, bardzo pełne, garbnikowe, ale nieagresywne, przy tym szczodre; od słodyczy owocu do wytrawnej słoności terroir jest tylko krok. Astronomiczny alkohol w zasadzie nie przeszkadza.

Po pół roku to Chianti pije się – czy raczej sączy – już nie tak entuzjastycznie. Świetnej jakości owocu nie da się zaprzeczyć; beczka – dobrej klasy – jest ładnie wtopiona; pełnia i rozwój wina w ustach są znakomite. Lecz od tego alkoholu nie da się uciec. Zapycha nozdrza, rozwałkowuje atak, pali gardło w końcówce. I skąd go aż tyle? W najupalniejszym i najsuchszym w historii 2003 było 14,5%. Tu – ponad 15 (a w bratnim Flaccianello jest ponad 15,5%). Czy to – myśl straszliwa – krzewy przywykają powoli do zmiany klimatu i produkują z rozpędu jeszcze więcej cukru? Czy alkohol do salto mortale wypchnęła ręka winiarza? Pewien ptaszek ćwierknął mi, ze w Fontodi użyto w 2007 koncentratora, osmozy i innych diabelskich maszyn. Ale po co? Punkty Parkera, kliniczna schizofrenia?

Castello della Paneretta to jedno z moich ulubionych Chianti w 2007 i 2008. © Valentina Klasen / Paneretta.

Dość, ze degustacja Chianti Riserva 2007 okazała się drogą przez mękę. Miałbym dla Państwa dobrą wiadomość – Chianti z 2008 są pyszne, lekuchne, zwiewne, kwaskowate, wytworne, odświeżające bodaj najbardziej od 1998. Ale teraz boje się chwalić, bo a nuż za rok okażą się przeekstrahowanymi ropuchami.

(więcej…)

Read Full Post »

Podrzucam Państwu ostatnie już rodzynki z niedawnego panelu Magazynu WINO (nowy numer u prenumeratorów już od poniedziałku). Tym razem wino, które my, Polacy, ukochaliśmy ponad wszystkie inne, czyli Chianti. Na naszych półkach mamy jego doprawdy bardzo dobry przekrój i z 20 czołowych producentów opisanych w naszym niedawnym materiale aż 17 jest obecnych w Polsce.

Chianti w styczniu.

W czym zatem problem? W cenach. Chianti Classico to w gruncie rzeczy obiadowe wino codzienne, a my, Polacy, musimy za nie płacić (z nielicznymi wyjątkami) 60 zł i więcej. Niewielkim pocieszeniem jest fakt, że również we Włoszech od paru dobrych lat ceny Classico wspinają się coraz wyżej. A już zupełnie bulwersujące jest żądanie 102 zł za podstawowe Chianti od Fontodi czy 89 zł za doprawdy prościutkie Pèppoli od Antinorich. Ratunek można znaleźć w mniej prestiżowych i tańszych Chianti spoza strefy Classico, lecz tu problemem jest bardzo nierówna jakość: nawet w najlepszych z tych siedmiu „satelitów” – Rúfina i Colli Senesi – nie tak łatwo jest znaleźć regularnie dobre wino za rozsądne pieniądze.

Z tym większym uznaniem powitałem debiut nowego importera SEI Group (strona www nazywa się Chianti Vini). Właściciele świetnie wykonali swą pracę i skomponowali imponujący katalog, na który składają się mniej znane posiadłości z Chianti – zarówno Classico (polecam surowe, garbnikowe wina od Mannucci Droandi), jak i „satelitów” właśnie.

Z sześciu nadesłanych na nasz panel win niespodzianką nie była bardzo dobra klasa dwóch Chianti Rúfina: Marchesi Gondi Riserva Villa Bossi 2005 (57 zł) i Fattoria di Grignano Riserva Poggio Gualtieri 2000 (66 zł): obie posiadłości od lat plasują się w czołówce swojej apelacji, a to drugie wino w świetnej jak na polskie warunki cenie daje nam okazję zapoznania się z nieźle zestarzonym winem z Toskanii. Niespodzianką dobrą (49 zł) okazało się Fattoria di Gratena Riserva Rapozzo da Maiano 2005 – to proste DOCG jest zaskakująco poważne, pełne, umiejętnie zabeczkowane, ładnie dojrzewające; trudno byłoby mi wskazać na polskich półkach lepszej jakości wino toskańskie w tej cenie.

Chyba że byłyby to kolejne dwa wina z oferty tegoż importera. Sorelle Palazzi Riserva 2006 (46 zł) to oldskulowe wino pełne zapachów obory i podwórka o październikowym zmierzchu – nie każdemu te nuty wiejskie i słone się spodobają, ale całość ma mnóstwo charakteru. Castello Sonnino Castello di Montespertoli 2007 (45 zł) jest utrzymane z kolei w stylu nowoczesnym, z wyraźnymi nutami beczkowymi; stylistycznie jest mi mniej bliskie, ale z pewnością świetne w swej cenie. Te dwa ostatnie wina poza stosunkiem jakości do ceny łączy jeszcze jedno. Oba pochodzą z niewartych funta kłaków apelacji Chianti Colline Pisane i Chianti Montespertoli. To „Italia B”, zapadła prowincja, gdzie w sensie degustacyjnym strach się zapuszczać. Trzeba mieć dużo samozaparcia (i wyobraźni), żeby w takich miejscach szukać dobrych win do importu.

Wśród polskich importerów w zasadzie nie ma degustatorów. Nie występuje u nas anglosaskie zjawisko tzw. buyera, czyli wykwalifikowanego eksperta winiarskiego, który dla importera przemierza winnice i wyszukuje hity niskiej i średniej półki. Nie raz obserwowałem naszych handlarzy winem, którzy w degustacji porównawczej nie tylko nie są w stanie poznać własnego wina, ale w ogóle poznać czegokolwiek. Portfolia naszych importerów podzielić można obrazowo na trzy grupy: gazetki wyprzedażowe („wezmę to białe z La Manchy, jeśli Pan obniży z 1,30€ na 1,25€”), foldery turystyczne (gromadzimy wina od Chile po Australię z najbardziej popularnych regionów) oraz wypisy z przewodników. (Pewien importer win włoskich inspiruje się na przykład humorystyczno-dadaistyczną twórczością Luki Maroniego). Ta ostatnia metoda mimo ewidentnych zalet skutecznie psuje stosunek jakości do ceny – najważniejszy wszak warunek sukcesu na polskim rynku – albowiem nagradzane w przewodnikach z natury rzeczy są droższe od tych mniej znanych.

Jakość spróbowanych przeze mnie Chianti z SEI Group nie pozostawia wątpliwości, że ktoś odwalił tu kawał profesjonalnej roboty. Degustował Colline Pisane tak długo, aż znalazł coś nadającego się do miłego picia. W dodatku dał w swoim katalogu stylistyczny przekrój od toskańskiej ortodoksji do moderny, z udziałem wielu win ekologicznych. Czuję wobec tej pracy autentyczny „szacun”.

(więcej…)

Read Full Post »

Szeroko rozniosła się wieść gminna po stolicy, że jeden z supermarketów w ramach „promocji” win włoskich sprzedaje m.in. Barolo po 30 zł. Italianofil we mnie nie mógł zignorować tej sensacyjnej wieści. Na jeden dzień porzuciłem platynową kartę Almy i senatorski, 80-procentowy rabat w La Passion du Vin i wybrałem się na eksplorację winiarskich półek Biedronki.

Popularny sieciowy „Owad” cieszy się od paru lat wielkim powodzeniem wśród tych winomanów, którzy nade wszystko cenią sobie niskie ceny. Poza bliźniaczym Lidlem żaden sklep nie oferuje bowiem win gronowych z importu po 9,99 zł. W Biedronce są to przy tym nierzadko wina pijalne i przyzwoite, głównie dzięki zaopatrzeniu we flaszki iberyjskie (matką tej sieci jest portugalski gigant Jerónimo Martins) – a nie od dziś wiadomo, że w Europie to właśnie w Portugalii i gdzieniegdzie w Hiszpanii można wciąż kupić całkiem dobre wino po 2€ za butelkę.

Innym magnesem, który może do Biedronki przyciągać winomana, jest często zmieniający się asortyment w ramach miesięcznych promocji. Dzięki temu te cokolwiek przemysłowe flaszki znikają z oferty, zanim zdążą nam się znudzić. Do 27. lipca mamy czas zainteresować się winami włoskimi. Klasyki winnej Italii – od Valpolicelli i Soave po Chianti i Frascati – zachęcają oprócz swych znanych nazw cenami w zasadzie nieprzekraczającymi 15 zł. Nic, tylko brać skrzynkami.

Nie oczekujmy jednak smakowych iluminacji. Z jakością jest słabo, najwyżej przyzwoicie. Orvieto Borgo Cipressi 2009 (9,99 zł) jest skandalicznie niedobre, ma posmak wody z brudnego węża ogrodowego i nie powinno było nigdy otrzymać apelacji DOC Orvieto ani żadnej innej. Soave Corte Viola (9,99 zł, rocznika brak) nie budzi skojarzeń z wężem, ale też z niczym innym; składa się z wody, alkoholu, kwasu i mglistych nut owocowych, tak perfekcyjnie żadnawych, że w angielszczyźnie ukuto na nie świetny termin white-winey. To jednak niezła propozycja, gdy wina potrzebujemy do sosu marengo, a nie mamy pod ręką otwartej flaszki Montrachet.

Primitivo di Manduria Colle al Vento 2007 (14,99 zł) jest w zasadzie typowe dla swojej apelacji, pełne nut powidłowych, czekoladowych z dobrą intensywnością, lecz na tyle ugotowane w smaku i gorzko-alkoholowe, że picie przestaje być przyjemnością. Nie wykluczam jednak, że co bardziej przyzwyczajeni do smaków nowoświatowych konsumenci zaakceptują to wino. Ja zaakceptowałem Barberę d’Asti Maestri Cantinieri 2008 (9,99 zł). Prosta, nieco cienka (normalka w tej cenie), kwaskowata (normalka dla tej apelacji), ale ma to coś, co nazywa się winnością; w smaku przypomniało mi wina, które dawniej we Francji i Włoszech kupowało się w kantorkach na baniaki jako „12%” i „12,5%”.

Dwa droższe wina z Biedronkowej gazetki okazały się niewarte swoich cen. Chianti Classico Borgo Cipressi 2008 (19,99 zł) jest przyzwoicie wiśniowe, nawet trochę garbnikowe, bez koncentracji, ale soczyste; nie jest to jednak żadne „Classico”, tylko cienkie zlewki z dna kadzi. Gdyby to było proste IGT Toscana Sangiovese i kosztowało te same 19,99 zł, pochwaliłbym je nawet jako przyzwoite. Sęk w tym, że wino swoją kartą przetargową usiłuje uczynić znaną na całym świecie nazwę. Jako Chianti jest po prostu słabe.

Jeszcze słabsze jest Morando Barolo 2005 (29,99 zł). Niby te nuty zwiędłych kwiatów i przeleżałego dzika są typowe dla Barolo, niby wysoka kwasowość i chropawe garbniki są godne ze wzorcem metra, ale całość skąpana jest w jakimś odstręczająco topornym, octowym sosie, a picie tej flaszki zamiast zmysłowego ma charakter wyłącznie sportowy: jest! Udało się wypić Barolo za jedyne 30 zł.

To wino jest emblematyczne dla „promocyjnej” oferty włoskiej Biedronki. Sprzedawane za bezcen klejnoty to po prostu spady produkcyjne. Do rzeczonego Barolo przyznaje się Casa Vinicola Morando, duży przemysłowy producent z Asti, który w myśl przepisów w ogóle nie powinien mieć prawa butelkować DOCG Barolo. (Normą w Europie jest, że wina z apelacją kontrolowanego pochodzenia mogą być produkowane i butelkowane tylko w geograficznych granicach apelacji). Ale Włochy to Włochy i dlatego żadnym problemem nie jest uzyskanie specjalnego pozwolenia na butelkowanie Barolo nawet w Palermo. Piemonccy producenci, których poprosiłem o komentarz w sprawie Barolo Morando, ubolewali nad całą sytuacją, ale przyznawali, że jest ona normą. We Włoszech rekord taniochy za Barolo to dotąd 11,50€; w Niemczech w zeszłym roku „chodziło” po 7,99€. Udało nam się nad Wisłą pobić zatem kolejny rekord.

W czym problem? 30 zł za butelkę to nawet nie są koszty produkcji przyzwoitego Barolo. Uprawiane ręcznie winnice na wzgórzach, ręczny zbiór w wysokości 55 hl/ha (dla najlepszych win oczywiście sporo mniej), selekcja gron, obowiązkowe starzenie w beczkach przez dwa lata i jeszcze rok w butelce (wedle przepisów apelacji Barolo można wypuścić na rynek dopiero w czwartym roku po zbiorach) – to wszystko są wymierne sumy, które – by produkcja wina na tych wzgórzach nadal miała sens – muszą mieć odzwierciedlenie w cenie. Jasne, nie można przesadzać – nie akceptuję i nie polecam Barolo po 80 czy 100€, ale naprawdę nietrudno znaleźć świetne wino z tych okolic za 25–30€, a w Polsce za 130–160 zł.

Dzięki Biedronce dowiadujemy się etymologii szczepu Bambino Bianco.

Picie wina jest i powinno być frajdą. A dobrego taniego wina – frajdą nad frajdami. Dobrze jednak, żeby była to frajda rozumna. Finansowa rozkosz z picia Chianti za 20 zł czy Barolo za 30 zł to krótkowzroczny egoizm. Jutro czy pojutrze może się okazać, że chętnych do łażenia po stromym stoku i opiekowania się 5 tys. winorośli na hektar brak. Sięgając po flaszkę ze sklepowej półki warto zastanowić się, kto to wino produkuje i czy otrzymuje godziwe wynagrodzenie za swój trud. I lepiej dołożyć paręnaście złotych za uczciwe wino od małego producenta. Bo to winiarz i jego rodzina gwarantują nam, że Barolo, Chianti, Chablis, Somló – te największe wartości naszego europejskiego wina – będą nadal istniały.

Read Full Post »

Stałą datą w kalendarzu degustatora są toskańskie Anteprimy, czyli prezentacje nowego rocznika przez triumwirat apelacji Chianti, Vino Nobile di Montepulciano i Brunello di Montalcino. Coś, co brzmi jak niezłe wakacje, jest w istocie wymagającym solidnego treningu biegiem przez kwasowo-garbnikowe przeszkody. Czasu jest mało, win do degustacji – sporo (w Chianti – 359 sztuk), a okazja do spróbowania tych mniej znanych już się nie powtórzy. Trzeba więc nie zważając na urazy zacisnąć zęby i biec.

W odróżnieniu od Montepulciano i Montalcino we Florencji prezentowane są różne roczniki w zależności od tego, kto kiedy butelkuje i wypuszcza swoje Chianti normale, półriservę, riservę i superriservę. Ja wziąłem na warsztat roczniki najstarsze z szerzej dostępnych – Chianti Classico 2007 i Riservę 2006. Trudno o większy kontrast. 2006 to rocznik upalnego lata, szczodrego owocu, miękkich garbników, śródziemnomorskiej radości życia; rocznik Sangiovese, które zapomina o swych traumach i zaczyna nowe życie z przystojną/ym Latynoską/em. 2007 to zimna jesień, kwasowa dyscyplina, karcąca obecność ojca i zaaranżowany ślub z nieciekawą(ym) kuzynką(em).

Gdy dwa lata temu na rynku ukazywały się proste Chianti z 2006, nie mogłem wyjść z zachwytu nad tą ekspresją owocu i bogactwem materii; wydawało się, że udało się wreszcie rozwiązać paradoks Sangiovese i z tego niewdzięcznego szczepu zrobić wreszcie baterię win królewsko zmysłowych i widowiskowych, bez jednak poświęcania jego typowości (mój pean na temat Rosso di Montalcino można przeczytać tu). Dziś, gdy Chianti Riserva odleżały się kolejny rok w butelkach, ten entuzjazm trzeba nieco zweryfikować. Romans z Latynoską(em) był inspirujący i ognisty, ale płytki i prędko się skończył. Sporo win razi dziś niejaką pustką, a te pięknie zaokrąglone kształty wydają się dziś zbyt opasłe. Wiele win przywdziało już bukiety cokolwiek zestarzone, zamieniając słodkie czereśnie i jeżyny na stajnię i sztukamięs; można odnieść wrażenie, że niektóre będą miały kłopot z przeżyciem w pełni sił kolejnych czterech lat.

Wśród rozczarowań i połowicznych sukcesów znalazł się wszakże jeden brylant – znany Państwu doskonale Isole e Olena Chianti Classico 2006. To wino, słabo zwykle wypadające w degustacjach porównawczych (np. tu), okazało się najlżejszym i najmniej „ambitnym” z serii 108 degustowanych Chianti 2006, a zarazem najdłuższym. Tak jakby jego materię rozwałkować z rubensowskiej krągłości w strzelistą postać Giacomettiego. Ta rozmyślnie lekka, antypokazowa butelka nie daje o sobie zapomnieć przez długie godziny.

Degustacja rocznika 2007 nie była łatwa z uwagi na bardzo mocne garbniki i ostrą kwasowość, lecz nie po raz pierwszy okazało się, że to nie ognisty latynoski romans, lecz właśnie ślub z nudną kuzynką(em) jest najlepszą drogą do umocnienia pozycji rodu i rozwoju rodzinnego przedsiębiorstwa. Superstrukturalny 2007 rozwinął więc prawo trzyletniej serii, przynosząc wina podobnie jak w 1995, 1998, 2001 i 2004 klasyczne, wyważone, skoncentrowane, wycofane, z pewnym przerostem kwasowości, która zapewni mu długi żywot. Dziś jest o wiele za wcześnie, by te Chianti pić, lecz będą wynagradzały naszą cierpliwość co najmniej do 2015.

Win do degustacji we Florencji jest tyle, że zwykle robi się preselekcję na papierze i potem prosi sommelierów o te najsławniejsze, najlepiej wypadające z roku na rok, najlepiej reprezentowane na naszym rynku, najbardziej ukochane, najbardziej polecane przez ciocie i wujka (niepotrzebne skreślić). Robiłem tak w przeszłości i ja, przyznaję. W tym roku za cenę niedegustowania rocznika 2008 postanowiłem nie odpuścić żadnemu 2007. Dzięki temu oprócz potwierdzeń (znakomite Riecine, mocne Fontodi, pięknie owocowe Castello della Paneretta, proste, ale jak zwykle soczyste i autentyczne Castello di Verrazzano, supersolidne Il Colombaio di Cencio) zdarzyło mi się parę niespodzianek. Zainteresowanym podrzucam parę dynamicznych nowych nazwisk: Tenuta di Lilliano, Castello Il Palagio (nie mylić z Il Palagio tout court), Castagnoli (nie mylić z solidnym, ale niewyróżniającym się Rocca di Castagnoli), Fattoria di Cinciano, Castello di San Sano, Il Poggiolino.

Czarny koń rocznika 2007.

Read Full Post »

Sława najnowszego numeru Magazynu WINO poświęconego Chianti (cała zawartość do przeczytania online wkrótce) zatacza coraz szersze kręgi. Pisze do mnie producent Tenute Ambrogio e Giovanni Folonari, prosząc o dołączenie ich win do rzeczonego materiału. Parę dni później dostaję butelki od polskiego importera Domu Wina – czemu przypisuję parę starszych roczników, we Włoszech już niefunkcjonujących. Dzięki temu możemy się przekonać, jak smakuje dojrzałe Sangiovese.

Folonari La Fuga Brunello 2001

Jednym słowem – ciekawie. W Vino Nobile di Montepulciano Torcalvano 2001 (w Polsce 122 zł) mamy nuty jesiennych liści, migdałów, suszonych ziół, wschodnich korzeni z anyżem na czele, bażanciego mięsa, wiśni w alkoholu. W znakomitym Tenuta La Fuga Brunello di Montalcino 2001  (278 zł) dochodzi do tego solidna architektura garbników, świetna faktura i mnóstwo zdrowego wigoru. To są smaki jesienne, wzgórzowe, gdy człowiek i jego pies wyruszają na poszukiwanie dzikiej zwierzyny i w mglistym popołudniu raczą się szklaneczką takiego konkretnego, cierpkiego wina.

Pan i jego pies w Montalcino

Pan i jego pies w Montalcino. © S.

Dodajmy, że Folonari wszystkie swoje wina z klasycznych toskańskich apelacji – Chianti, Brunello, Vino Nobile – starzą na tradycyjną modłę w wielkich drewnianych bekach. I to starzą cierpliwie – takie Brunello Riserva Le Due Sorelle 2001 (309 zł) siedzi w tej beczce aż pięć lat. To trudne wino – wycofane, nie uderza mocną materią, chwilami wydaje się dość chude, ponadto tak długie starzenie skutkuje mocnymi smakami drewnianymi – nie waniliowym tłuszczykiem od nowej baryłki francuskiej, lecz ziołowym, suchawym, ściągającym posmakiem wina cokolwiek w beczce przetrzymanego. To jest smak starego stylu Brunello, starej piemonckiej Gattinary, dawnej Riojy czy niektórych win portugalskich, niezbyt zgodny z dzisiejszą estetyką i psychiką. Anglosasi o takich winach piszą, że nie mają owocu, lecz zapominają o tym, że często po dwóch lub trzech dekadach owoc ten ponownie się pojawia, gdy beczkowa patyna się złuszczy; pijąc takie wino w wieku pięciu czy dziesięciu lat trzeba wiedzieć, że jest ono jeszcze za młode. Ta Riserva jest.

Winem o wiele bardziej przystępnym od trzech wymienionych jest Tenuta di Nozzole Chianti Classico 2006 (106 zł) z bardzo dobrego, bieżącego rocznika. Choć styl jest ten sam (czyste Sangiovese starzone w botti), rejestr jest bardziej owocowy, ciało średnie, garbniki w sam raz do mięsnej potrawy (choćby pasta al ragú). Nie ma tu kosmicznych ambicji, ale jest solidność i stałość – wszystko to, co powinno się znaleźć w Chianti z dobrej tenuty z tradycjami.

Winnice pod Greve in Chianti

Zupełnie innym winem jest Cabreo Il Borgo 2006 (216 zł), mieszanka Sangiovese z 30% Cabernet Sauvignon starzona we francuskim dębie i klasyfikowana jako IGT Toscana. Czyli klasyczny supertoskan, włosko-francuski Concorde, który miał wysforować Italię do światowej superligi i wraz ze swym rodzeństwem w rodzaju Sassicai, Tignanello i Camartiny faktycznie przez całe lata 1980. i połowę 90. to czynił. Dziś ten styl się przejadł (pisałem już o tym tu), a mariaż Sangiovese z Cabernecikiem ujawnił swoją wewnętrzną pustkę. Jego problemem jest to, że w towarzystwie poukładanego francuskiego kancelisty w wykrochmalonym garbnikowym kołnierzyku kapryśny, niepewny siebie, cierpiący na lekkie ADHD Sangiovese po prostu daje się zahukać i traci swe walory: elegancję, soczystość, świeżość. Zdarzają się wyjątki (genialna Camartina od Querciabelli), ale cały ten ruch wytracił impet. Cabreo 2006 to nie jest wcale złe wino – ze świetną jakością owocu (jagody i jeżyny – ale przecież to nie są smaki Sangiovese), ładnym kwiatowym bukietem, dobrą koncentracją. Tyle że końcówka ciut sucha od beczkowych garbników i brakuje tej wiśniowej świeżości, tak przekonującej w czterech poprzednich winach.

Folonari

W artykule podlinkowałem sklep Domu Wina, gdzie można wspomniane wina nabyć, ale uczyniłem to ze smutkiem. W odróżnieniu od Rzeczpospolitej we Włoszech wina Folonari mają całkiem dobrą relację ceny do jakości (Brunello La Fuga kosztuje 30€ np. tu, a Nobile w niezbyt tanim sklepie 14€). Kurs 10 zł za 1 euro w pewnych kręgach, jak widać, obowiązuje nadal.

Read Full Post »