Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Emilia-Romania’

Opublikowałem na Winicjatywie krótką recenzję win włoskich aktualnie promowanych przez Biedronkę. W telegraficznym skrócie na sześć butelek jedna – Primitivo Colle al Vento – okazała się dobra, dwie pijalne, trzy niesmaczne. Ot, wynik jak z dyskontu – na tejże Winicjatywie Ewa Rybak sprawozdaje podobny totolotkowy rezultat z Lidla.

Wniosek pierwszy – Biedronka we Włoszech kupuje słabe wina. Całkiem dobrze wychodzi jej to w Portugalii i Francji, w sumie nienajgorzej w Hiszpanii, natomiast poprzednia oferta win z Italii była porażką i teraz nie widać wielkiego postępu. Good buying to podstawa sukcesu każdego supermarketu i takie np. Tesco czy Waitrose w Anglii wydają na swoich buyerów miliony funtów rocznie (o kulisach pisała m.in. Jancis Robinson). W Portugalii Biedronka potrafiła dogadać się z niewątpliwymi gwiazdami winiarskiej sceny, jak Quinta do Côtto i Lavradores de Feitoria, we Francji – z négociants (hurtownikami) z ludzką twarzą, jak Dulong. Oferta włoska to natomiast same no-nejmy i zlewki butelkowane przez producentów oznaczonych jedynie kryptogramem literowo-cyfrowym (to zawsze powinno zapalać lampkę alarmową).

Biedronka Primitivo Colle al Vento

Jedyne smaczne wino z aktualnej Biedronki (na 6 próbowanych).

Choć więc wina podrożały (coraz więcej butelek w przedziale 20–35 zł, o którym Biedronka kiedyś nie śniła, no ale przecież teraz mamy rebranding), klasa win nadal dołuje lub wręcz pikuje i doprawdy mało ma to wspólnego z burżuazyjnym zawołaniem „Daj się zaskoczyć jakością Biedronki”. Nieświadomym aspirantom do świata luksusu wciska się kit w postaci Barolo albo Barbaresco za 29 zł, win, które w tej cenie nie mają szans smakować jak produkt oryginalny, lecz właśnie jak tanie podróbki. Tworzy się zarazem iluzję, że w tym całym wszystkim chodzi tylko o nazwy, obrazki i etykietki i że celem egzystencji jest złapanie za ogon sroki o nazwie Barbaresco. Nie o nazwę chodzi, droga Biedronko, tylko o to, że prawdziwe Barbaresco smakuje jak żadna inna rzecz na tym świecie. Przy okazji bezczelnie plecie się androny, tak jak na etykiecie Sangiovese 2011 z Romanii, rzekomo spędzającego w beczce 6 miesięcy i doprawionego Primitivo i Nero d’Avola – to pierwsze jest niemożliwe z powodu chronologii, a drugie – legislacji (Primitivo nie jest dozwoloną odmianą winorośli w Romanii). Ciemny lud i tak to kupi.

Biedronka Sangiovese Rubicone

Biedronka wciska kit.

W tle jest jeszcze inna subtelna manipulacja. Biedronka przysłała mi do degustacji sześć win, dwa białe – słodkie i półwytrawne – oraz cztery czerwone wytrawne. Tyle że te czerwone zawierają lekko licząc po 6–7 g cukru resztkowego i w sumie niedaleko padają od „Tempranillo semi-dulce” dostępnego w tym samym sklepie o półkę niżej. Coraz słodsze wina wytrawne to problem międzynarodowy, o którym pisał m.in. Tim Patterson. Akurat „polski gust”, jak wiadomo, bardzo takie wina hołubi i nie dziwi mnie specjalnie, że Biedronka ułatwia sobie sprzedaż kwaśnego Sangiovese i cierpkiego Nebbiolo za pomocą taniej buraczanej sztuczki. Czemu jednak to robi pod świętymi dla winomanów hasłami Barbaresco i Valpolicella? Niech sobie hula pod szyldem vino da tavola albo IGP. Kiedy cukrowym makijażem zakłamuje się prawdziwy charakter najistotniejszych europejskich win, zamiast budować mosty, pali się je. Zmanipulowany w ten sposób konsument sięgając po echt Barbaresco za 99 zł wykrzywi usta w rozczarowanym grymasie – przecież miało być łagodne…

(więcej…)

Read Full Post »

Mamy nowego importera. Po cichutku, bez fajerwerków ani nawet internetowych iskierek zadebiutowała Winna Spółdzielnia. Minikatalog mieści się na dwóch kartkach A4, ale aż kipi od cudów. Barbera d’Asti od modnego Iuli, gwiazdorska Słowenia od Sutora, naturalistyczna La Stoppa z Emilii, arcytradycyjna Gattinara of Travagliniego, koneserskie Barolo Giuseppe Rinaldiego i mineralna Lessona z Proprietà Sperino.

Najbardziej pijalne wina jakie próbowałem w 2011.

W tych ostatnich trzech nazwiskach rozpoznajemy rękę Bogdana Fałowskiego, winomana, właściciela kultowej kawiarni Kofeina w Suchej Beskidzkiej i człowieka, któremu zawdzięczamy wprowadzenie na polski rynek tak wybitnych winiarzy, jak Paolo De Marchi (Isole e Olena), Giuseppe Rinaldi, Marcel Lapierre, Josef Umathum. Pierwszy projekt Fałowskiego, Kawa–Wino–Czekolada, w krótkim czasie zdobył dużą popularność i zgarnął nagrody nieproporcjonalne do swoich rozmiarów (był to w zasadzie import jednoosobowy). W 2008 pozawiniarskie względy popchnęły Fałowskiego do przekształcenia KWC w nową firmę Enoteka Polska, we współpracy z Maciejem Bombolem i Tomaszem Koleckim-Majewiczem.

Ta współpraca już się zakończyła (Enotekę prowadzi dziś w pojedynkę i z sukcesami Maciej Bombol), ale Fałowski wraca na scenę z nowym, obiecującym projektem.W Krakowie na Konfederackiej 4 działa już nowa winiarnia z własnym importem. Znajdziemy w nim część nazwisk z dawnego katalogu oraz nowe z Włoch i Słowenii, a niedługo także z Francji. Podejście wciąż to samo – wina z małych, rodzinnych winiarni, terroirystyczne, autorskie, często ekologiczne i biodynamiczne (choć niekoniecznie z certyfikatem), zwykle od winiarzy–indywidualistów, cokolwiek postrzelonych, nieprzewidywalnych. Zachwyciły mnie dwa wina Edvarda i Mitji Lavrenčiciów ze słoweńskiej Vipawy. Ich winiarnia Sutor parę lat temu zwróciła moją uwagę jedną z absolutnie najciekawszych interpretacji odmiany Sauvignon Blanc. Wróciłem do tego wina po latach: rocznik 2008 (73 zł) jest zachwycający, pełen świeżości, czystego jak łza owocu, nut mineralnych, zarazem bez kwaśnej chamowatości, w jaką Sauvignon często popada. Kluczem do sukcesu jest zebranie winogron w idealnym punkcie: nuty owocowe są dojrzałe, ale nie ma tu cienia rozlazłości, a alkohol pozostaje na rozsądnym poziomie 13,5%. Sekundowym wręcz wyczuciem rytmu zachwyca też czerwona Burja 2007 (Merlot ze szczyptą dzikiego rdzennego Refoška; 105 zł). Piękny jest owoc tego wina i piękna jest jego mięsisto-soczysta pijalność, radosna lekkość Beethovenowskiego scherza, uwolnienie od parkerowskich ambicji, wino jako napój orzeźwiający i energetyzujący.

Edvard Lavrenčič. © Marijan Močivnik / Studio Ajd / Sutor.

Nie jest przypadkiem, że podobnie mógłbym określić dwa Verdicchio z Fattoria San Lorenzo. Proste Vigna di Gino 2009 (28 zł) to niby proste wino codzienne, ale ileż przyjemności w jego soczystej gruszkowości i budzącej apetyt goryczce w końcówce. Ambitniejsza Riserva Vigna delle Oche 2007 (66 zł), jak przystało na wino dojrzewające dwa lata tylko w kadzi stalowej, jest wzorem umiaru, odmierzonej przy ekierce mineralności, fascynującym miksem nut słodkich i słonych, jesiennych i świeżych zarazem, jak dym z ogniska unoszący się w majową noc. Dzielny Natalino Crognaletti z San Lorenzo proponuje nawet Verdicchio 13-letnie (Riserva Aziendale 1998 za 179 zł) i jestem dziwnie pewny, że będzie to butelka wybitna.

Cenowy i kulinarny hit.

Wina importowane przez Bogdana Fałowskiego mają swój wyrazisty styl. Są wyrazem prawdziwej filozofii wina – tak w robieniu go, jak i w piciu. Nawet jeśli nie ze wszystkimi się zgadzam – z wybitnymi butelkami z Borgo del Tiglio sam się psychicznie zmagam, butelka taniego La Stoppa Rosso zrefermentowało i poszło w tango – z pewnością nie są nudne czy banalne. A do tego oferowane są w najuczciwszych w Polsce cenach. Już za czasów Kawy–Wina–Czekolady Fałowski zdumiewał swoją wąską jak talia osy marżą. W 2007 r. sprzedawał Sacrisassi Rosso za 99 zł, Cepparello za 148 zł, czyli w cenach, po których nie tak łatwo kupić te wina w kraju produkcji. Po pięciu latach, huśtawce kursu złotego, bankructwie Lehman Brothers i łącznej inflacji 17% Winna Spółdzielnia oferuje Sacrisassi za 111 zł. To dodatkowy powód, by zawierzyć temu importerowi.

Mówiąc o winie, za rzadko mówimy o ludziach. Kwasowość, garbniki, alkohol, finezja, koncentracja, a w najlepszym razie terroir i antropomorfizowana winorośl, która „daje z siebie wszystko” i „przestawia się na tory jakości” we współpracy z człowiekiem. Ten ostatni w opowieści o winie pojawia się najczęściej tylko w postaci bohaterskiego winiarza albo diabelskiego enologa. A przecież wino to też agronomowie, hurtownicy, sklepikarze, importerzy. Na importerów najczęściej nad Wisłą psioczymy z powodu wygórowanych marż i marnej selekcji. Wszak są wśród nas postaci prawdziwie wielkiego formatu.

Bogdan Fałowski: skromny, wielki człowiek wina w Polsce.

(więcej…)

Read Full Post »

Kiedy ostatnio pili Państwo Sangiovese di Romagna? Zakładam, że dawno temu. Albo w ogóle. Ta duża apelacja swe 14 mln butelek potrafi bowiem sprzedać tylko w supermarkecie albo w swoich własnych wsiach i miasteczkach. Eksport, to koło zamachowe włoskiego winiarstwa, Romanii zupełnie nie idzie.

Stare dobre czasy w Romanii. © Enoteca Regionale Emilia-Romagna.

Czemu? Okolica to senna, wiejska, prowincjonalna, zacofana, bez tradycji wysokiej jakości. Historycznym winem Romanii jest dzban kwaśno-cierpkiego Sangiovese do popijania lazanii, gulaszu i sztukamięsu. Nic w tym złego, lecz na dzisiejsze czasy, gdy rynkiem wina rządzą sfejsbukowane rekiny marketingu, to nie wystarczy.

Romania postanowiła więc się zmodernizować. Przykład wzięła z Toskanii, której jest od zawsze brzydszą siostrą i z którą dzieli to nieszczęsne Sangiovese, szczep szlachetny, lecz uparty jak mul i rączy jak nieopierzony źrebak. (Na marginesie pozostawiam spory, kto od kogo Sangiovese zapożyczył, Romania od Toskanii czy na odwrót). W ślad za supertoskanami pojawiły się, jakkolwiek żałośnie to brzmi, superromańczyki, kwas i cierpkość zastąpiły słodycz i suchość, dzbanki i szklanki – dizajnerskie butelki (wymyślono tu nawet flaszę inkrustowaną kryształami Swarowskiego).

Romania w ten sposób chce podbić świat.

Nie wiedzieć czemu, konsumpcja spadała, sprzedaż nie rosła, eksport się nie pojawiał. Może przeektrahowanych i przebeczkowanych win było dosyć w Toskanii, by interesować się ich klonami z Romanii?

Obecnie jesteśmy świadkami drugiego etapu reformy. Nosi on umowną nazwę marketingu. Gdy w lutym odwiedzałem tę mglistą krainę, dziennikarzom przedstawiono projekt ambitnego rebrandingu Sangiovese di Romagna na… Romagna Sangiovese. Wszystko po to, by zgodnie z wytycznymi Brukseli wina pochodzące z jednego miejsca nosiły jedną nazwę (tu: Romagna). Z pewnością zachęci to konsumentów na całym świecie do zakupów, bo Trebbiano di Romagna to supermarketowe wino jeszcze gorsze od Sangiovese, a Albana di Romagna słynie tylko z tego, że krewni i znajomi przyznali jej status DOCG już w 1987 roku.

Degustacja w ciemno ma sens, gdy po niej zapala się światło.

Eksport, zwłaszcza na tzw. rynkach wschodzących, wspierać mają też inne działania. Na przykład taka degustacja w Warszawie, którą zaszczyciła śmietanka regionalnych funkcjonariuszy oraz dwie przemiłe sommelierki z włoskiego stowarzyszenia AIS. Sześć nalanych w ciemno Sangiovese di Romagna miało odpowiedzieć ustami gości na pytanie, czy wina z tego regionu mają szanse na polskim rynku. Były dobre, więc szanse miałyby, ale pewności nie ma, bo 1) nie wiadomo jakie wina piliśmy (nie dowiedziałem się nawet, śląc trzy maile już po imprezie), a wszak etykieta i marka to dość podstawowe elementy rynkowego sukcesu; 2) nie wiadomo ile wina kosztują; sommelierki podawały co prawda jakieś przedziały w rodzaju 7–10€, ale nie były pewne, czy netto, czy brutto; 3) na degustacji obecny był jeden dziennikarz oraz jeden importer (gospodarz spotkania Robert Mielżyński), który jednak z góry stwierdził, ze win z Romanii na razie nie sprowadzi. Pozostałych 17 osób związanych było z branżą winiarską w sobie (i organizatorom?) tylko znany sposób; 4) gdyby nawet importerzy byli obecni, w ramach instrumentów sprzedaży usłyszeliby, że „6 tys. lat temu, przed pojawieniem się człowieka, Romanię przykrywał ocean, po jego ustąpieniu pojawiły się żyły gipsowe” (cytat dosłowny).

Fantastycznie chwytliwe hasło na pewno otworzy na oścież drzwi do polskiego rynku.

Wina były dobrze dobrane, nie powiem, smakowały mi o wiele bardziej niż przeciętna tego, co spróbowałem w samej Romanii, biorąc udział w imprezie Vini ad Arte w Faenzy. W pięknych salach Muzeum Ceramiki wystawiało się 35 czołowych producentów regionu. Byłem wdzięczny losowi, że przy takich okazjach wypluwanie należy do dobrego tonu. Nie zniósłbym bowiem wypicia tych wysuszonych na wiór i palących swoimi 14–15,5% alk. wydmuszkami. Romania szczyci się wypuszczaniem Sangiovese Riserva w trzecim roku starzenia (obecnie – rocznik 2008), co jest o tyle śmieszne, że nawet wina z 1999 i 2001 nie są gotowe do picia.

Spuszczę zasłonę miłosierdzia na wina niedobre i polecę Państwu kilka wyjątków. Pisałem już o San Patrignano – wina poza Poznaniem dostępne są obecnie w Vini e Affini i zdumiewają tym wszystkim, czego innym Romańczykom nie staje – pijalnością, soczystością, równowagą i niewymuszonością. Klasą dla siebie od lat jest Fattoria Zerbina, choć jej flagowe Marzieno i Pietramora są bardzo masywne; na co dzień świetne Ceregio. Pozytywnie mnie zaskoczył Giovanni Madonia (niedostępny w Polsce). To są jednak perły wśród wieprzy i na razie nie widać szans, by Romania wykonała na naszym (i innych) rynku tygrysi skok.

Kamil Targosz mural Dozza

Winiarską stolicę Romanii – Dozzę – zdobią kolorowe murale. Autorem najpiękniejszego jest Krakowianin Kamil Targosz. © Kamil Targosz.

(więcej…)

Read Full Post »

W ostatnią środę winomani cierpliwie przedzierali się przez śniegowe zaspy jak XIX-wieczni eksploratorzy Arktyki, by dotrzeć na latający cyrk zwany pieszczotliwie Gambero Rosso Top Italian Wines Roadshow. Dzięki zmianie terminu tego „pokazu drogowego” z wiosny na jesień już drugi raz w tym roku mieliśmy zaszczyt znaleźć się pomiędzy Moskwą a Pragą na liście miast kolonizowanych przez słynne wina włoskie i ich najsłynniejszego sprzymierzeńca, przewodnik „Czerwona Krewetka”. (O poprzedniej wizycie cyrku pisałem tu).

Kolonizacja na miękkiej wykładzinie. © Thompson Intl Wine Mktg.

Kolonizacja trwa dalej, trafiając na podatny grunt (warszawska frekwencja przekroczyła oczekiwania i trzykrotnie przebiła londyńską), lecz odbyła się tym razem w ponurej atmosferze. Nie tylko z powodu śniegu i spowodowanych przezeń opóźnień lotniczych, lecz coraz gorszego klimatu zarówno dla drogich win włoskich, jak i dla smakowego stylu, jaki reprezentują. O merlocie i nowej beczce już nikt poza Polską nie chce słuchać, blogo- i smakosfera rozbrzmiewają od nawoływań do nowej prostoty i nowego entuzjazmu dla Gamay, Frappato, Grignolino, Castelão, Trollingera (niepotrzebne skreślić).

Kryzys wielkiej burżuazji w świecie wina stał się tak dojmujący, że w ciągu ośmiu miesięcy z udziału w objazdowym cyrku Gambero Rosso zrezygnowała blisko 1/3 producentów. Tym razem nie powitaliśmy w Warszawie nawet wiernych od lat przyjaciół „Krewetki”, jak Allegrini, Folonari, Fontanafredda, Lungarotti, Mastroberardino, La Spinetta, Umani Ronchi i Volpe Pasini. Trudno było w sali warszawskiego Sheratona oprzeć się wrażeniu szczurów uciekających z tonącego statku. (A szczurom trudno się dziwić, bo jak ćwierkają ptaszki, za angaż do cyrku trzeba zapłacić w euro nie mniej niż pięć zer).

Na ich miejsce co prawda znaleźli się nowi – firmy szacowne o niekwestionowanych zasługach, jak Ruggeri z Valdobbiàdene i Saiagricola z Toskanii/Umbrii, lecz w większości byty całkiem dla winiarskiego italofila drugoligowe: Tolaini, Principe Corsini, Il Pollenza, których obecność w tym towarzystwie to albo wynik łapanki, albo nagroda pocieszenia za tragiczną miłość do nowej baryłki. Jeszcze parę lat temu obecność wśród „54 najlepszych włoskich producentów wina” twórców Lambrusco czy wieloryba Zonina byłaby nie do pomyślenia. Top Italian Wines Roadshow balansuje na granicy powagi.

Nie ma jednak degustacji tak złej, by nie dało się na niej dobrze napić. Uciekając daleko od supertoskanów i przebeczkowanych Barolo trafić można było na przykład do wspomnianego Lambrusco, którego przydałoby się mieć w Polsce więcej (w wersji wytrawnej) do naszych wędlin i serów, albo do Prosecco, najlepszego włoskiego lekarstwa na depresję. Z przyjemnością wróciłem do chwalonych już win Nino Franco, w tym zdumiewająco mocarnego i mięsistego Grave di Stecca 2008 o konstrukcji dobrego szampana, lecz tym razem me serce skradło Giustino B. 2009 od Ruggerich (w Polsce dostępne tu, ale w przeterminowanym roczniku), jedno z lepszych Prosecco, jakie kiedykolwiek piłem, mineralne i skoncentrowane (23g ekstraktu!), zarazem zachowujące ulotność i radość życia, bez których nie ma sensu pić Prosecco.

Z niekłamaną przyjemnością próbowałem win sardyńskich, które przy gamberorossoizacji i umiędzynarodowieniu swych smaków potrafią zachować fascynującą autentyczność. W czterech Vermentino ze spółdzielni Cantina di Gallura nie było beczki, było za to mnóstwo nut rozmarynu, szałwii, granitu i morskiej soli (w Polsce dostępne szczątkowo tu). Słynna Turriga 2005 od Argiolasa mimo młodego wieku (i zatrważającej polskiej ceny) zapowiada wielkie rzeczy w przyszłości.

Spotkało mnie też parę zdziwień. Zwykle niezachwycony winami San Patrignano z Romanii, ze zdumieniem wąchałem bezbeczkowe, mineralne, pięknie soczyste Sangiovese Aulente 2008 czy oryginalne, bez cienia międzynarodowości (nie poznaje w ogóle baryłki) Sangiovese Riserva Avi 2006. W kadziach nadal miesza tu słynny enolog (i ulubieniec Gambero Rosso) Riccardo Cotarella, lecz nigdy nie piłem win tak mało smakujących jego waniliowym stylem. Ptaszki ćwierkają, że będzie można napić się ich wkrótce w Polsce, a to zakup podwójnie dobry, gdyż wina San Patrignano w ramach terapii i resocjalizacji produkują byli narkomani.

© San Patrignano.

PS 5.12.2010 20:55 Okazuje się że wina San Patrignano dostępne są  już w kilku miejscach w Poznaniu m.in. tu. Oby ich sława zataczała coraz szersze kręgi. Ptaszki ćwierkają o ich przybyciu z Włoch (nie przez Poznań) do Warszawy i innych aglomeracji.

(więcej…)

Read Full Post »