Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Grenache’

Miły Piotr Chełchowski z Wineonline przysłał mi do degustacji trzy butelki. Butelki z Libanu. Liban to mój winiarski jednorożec. Wina z tego kraju uwielbiam, fascynują mnie od pierwszego kieliszka. Nie byłem nigdy w Libanie i nawet nieszczególnie znam zdjęcia czy filmy z tamtejszych winnic. Hasłowo znam tamtejszą geografię, gleby i inne szczególiki. Lecz jest coś w smaku win libańskich, czego nie mogę zapomnieć. Może to, że przypominają moje ulubione wina rodańskie, ale brak im przy tym francuskiego ułożenia, podszyte są czymś mrocznym, egzotycznym, nieeuropejskim. Marek Bieńczyk w posmaku popiołu w winach izraelskich (w swej średniej mniej przecież inspirujących od libańskich) widzi “memento biblijne”; w winach z Libanu też odzywa się jakiś krwisto-ognisty głos z przeszłości.

Nie wspominam już nawet o Château Musar, kultowym winie wielu winomaniaków, w tym i mnie, ale nawet bardziej komercyjnie nastawione Château Ksara i Kefraya smakują mi nad wyraz i wydają mi się świetną propozycją nawet w dzisiejszym, bezlitośnie zglobalizowanym świecie wina. Massaya, głośny joint venture libańskiej rodziny Ghosni i możnych francuskich winiarzy m.in. z Vieux Télégraphe i D. Hébrard (dawniej Cheval Blanc), nie była dotąd winem z moich snów, choć zawsze ceniłem jej podstawowe czerwone Massaya Classic Red, bezbeczkowe, świetnie intensywne wino pełne śródziemnomorskiego owocu.

L_The Ghosn brothers hr5

Bracia Samuel i Daniel Ghosni. © Massaya.

W tle degustacji była niedawna recenzja tych win w Magazynie Wino, gdzie zebrały słabiuteńkie oceny. Classic Red 2008 wypadł zaledwie “prawie dobrze”, a dwa wina droższe relegowano bezlitośnie do kategorii “do przyjęcia”. Problemem był brett, czyli owe zapachy stajni, końskiej sierści i obornika, które kompleksowo wyjaśnił Andrzej Daszkiewicz. Ewa Wieleżyńska z Magazynu Wino przesłała mi robocze notki degustacyjne (nie były publikowane w MW, jak przy wszystkich winach “do przyjęcia”):

W swoim południowym stylu to wino byłoby niezłe, gdyby nie taki poziom stajennych aromatów wywołanych dzikimi drożdżami, potocznie zwanymi brettem, że nawet dla osób o dużej tolerancji dla tego zjawiska, próg jest nie do przejścia. [Silver Selection 2007]

Wakacyjne, wiejskie aromaty: borówki, jeżyny, kwaskowa żurawina i pojawiający się niestety we wszystkich degustowanych winach tego producenta: przytłaczający zapaszek stajni. Niedociągnięcia w higienie są tak ewidentne, że nawet słabość do win z tego regionu, do ich specyficznej południowej równowagi, nie zdoła przejść nad tym do porządku. [Gold Reserve 2000]

Otóż mnie te wina smakowały, i to bardzo. Classic Red 2008 to naprawdę fantastyczna butelka za 49 zł, pełna soczystego, radosnego owocu, po śródziemnomorsku bogata, ale też całkiem świeża, dynamiczna, z dobrym garbnikiem (wino nie zaznaje beczki). Silver Selection 2007 też uznałbym raczej za “bardzo dobre+” niż “do przyjęcia”. Tu mamy beczkę, więcej Grenache i Mourvèdre, nuty niemal konfiturowe, wino jest z pewnością ciężkie, ale nie oklapłe, a w dodatku ma bardzo ciekawy, unikatowy bukiet korzenno-pieprzny. Jest już trochę ewolucji, ale może jeszcze leżakować; za 75 zł nader dobra flaszka na niedziele i święta.

Massaya Classic Red 2008

Fantastycznie żywotne wino za 49 zł.

Nieco wątpliwości wywołuje, to prawda, Gold Reserve 2000, związanych jednak nie tyle z brettem, co dziwnym rodzajem ewolucji: zielone nuty Cabernet Sauvignon (dominuje tu w kupażu) wskutek wieku przemieniły się w dość dziwaczne zapachy kamfory, mentolu, ciało jest pełne, oleiste, owocu jest całkiem sporo, ale są też zdecydowanie ewoluowane nuty balsamiczne. Wino nieco bez oddechu, mniej przekonujące w pierwszym odruchu od dwu powyższych, choć nieźle rozwija się w kieliszku (175 zł). Był to trzeci rocznik Massai, wydaje mi się, że te niedawne są od tego wina wyraźnie lepsze.

L_Overlooking view-East Bekaa Valley HR

Winnice w dolinie Bekaa. © Massaya.

Ale co z tym brettem? W moim kieliszku była go szczypta, doprawdy nieprzeszkadzająca w niczym. Funkcjonowała właśnie jako przyprawa, czyli jako “dobry” brett, uważany za element złożoności wina, a nie dyktatorsko dominująca nad całą resztą wada. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Znam doskonale podniebienia Magazynu Wino i nie mogę podejrzewać, że redaktorzy pisma nie rozpoznają brettu. Próg wrażliwości na tę nutę zapachową u Ewy Wieleżyńskiej jest mniej więcej taki jak u mnie. Co się zatem stało? Różnica pomiędzy butelkami? Na 99% właśnie tak było. Czyli brett w Massai oscyluje od stanów akceptowalnie niskich do dyskwalifikujących.

I to jest prawdziwy problem nie tylko o winie piszących, ale też wino pijących i lubiących. Bo skąd wiedzieć, czy wada – nie musi to być brett, bo tak samo będzie z lekkim utlenieniem, innymi nieczystościami, nie mówiąc już o wadzie korka, pojawiającej się (niemal) zupełnie przypadkowo – jest immanentną cechą wina, czy przypadłością tylko jednej butelki? Trzeba naprawdę bardzo dobrze znać danego producenta, by to wiedzieć. (Np. niedawno degustowane wina Elisabetty Foradori z lat 2003 i 2004 atakowały lekką, przypominającą chorobę korka redukcją, która zawsze w nich tkwiła). Oceny wina – nie tylko te profesjonalne, gazetowe, ale i te całkiem luźne, codzienne, którymi dzielimy się na blogach, forach i klatkach schodowych – są czymś niezwykle kruchym nie tylko dlatego, że zależą od miliona czynników w czasie degustacji / picia, ale też dlatego, że każda butelka jest zupełnie, drastycznie, nieodwołalnie inna.

(więcej…)

Read Full Post »

Październik miesiącem debiutów. Dziś do kieliszków poleje się topowa Portugalia z katalogu nowego importera, m.in. Quinta das Maias z Dão i Manuel Campolargo z Bairrady. W sobotę uraczono mnie wspaniałymi winami rodańskimi Marcela Richauda i François Villarda (ten projekt ruszy na przełomie roku). Lecz najgłośniejszym debiutem jest z pewnością ambitny katalog win z Doliny Rodanu zaprezentowany przez DELiWINA.

Clusel-Roch Cote-Rotie 2008

Witamy w Polsce.

Próbowaliśmy m.in. solidnego Côtes du Rhône i Châteauneuf 2009 z Domaine de la Solitude (słabo je oceniłem na degustacji w ciemno Magazynu WINO, ale to dobre wino), intensywnego jak lipiec w Prowansji Vacqueyras Doucinello 2008 z Domaine Le Sang des Cailloux (słynnej posiadłości „Krew Kamieni”, o której wzruszająco pisał kiedyś Jefford), prestiżowego Côte-Rôtie 2008 Clusel-Roch, Cornas Champelrose 2008 z Domaine Courbis, które z win z Północnego Rodanu zrobiło na mnie bodaj największe wrażenie. Do tego mineralne jak lód Pouilly-Fumé Mademoiselle de T 2009 z Château de Tracy. No i rzadki brylant: Gourt de Mautens 2006, jubilerskie Côtes du Rhône, produkowane bez mała jak DRC i smakujące jak francuskie amarone. (Pisałem o nim tu).

Gourt de Mautens Cotes du Rhone Rasteau 2006

Klejnot w koronie.

Zestaw piorunujący, bodaj najmocniejsze wejście na rynek nowego importera w tym sezonie. Tym bardziej, że w katalogu DELiWINA znajdziemy nie tylko Rodan, ale i prestiżowe Chablis Jean-Marc Brocard (9 XI odbędzie się w Warszawie degustacja starych roczników), Austria od Johanna Donabauma, Mozela Max Ferd. Richter, Nawarra z Tandemu, modne Médoc Clos du Jaugueyron.

Prestiż, brylanty, a gdzie wino dla ludzi? Też jest. Polecam świetne w swojej cenie Grenache–Syrah i Chardonnay–Viognier od Laurenta Miquela (świetnie wydane 37 zł) czy Corbières Hautes Terres z Domaine Les Auzines (48 zł), jedno z lepszych win z tej apelacji, jakie piłem od dawna.

Guillaume and Joanna Deliancourt

Joanna i Guillaume Deliancourtowie. © DELiWINA.

 Najciekawsze w DELiWINA jest jednak podejście do winnego interesu. Może dlatego, że właściciele Guillaume i Joanna Deliancourt szlify zdobywali na trudnym rynku londyńskim. Ona z Poznania, on z Niort, pracowali u znanego importera Hallgarten. Wiosną 2010 r. zadebiutowali na rynku polskim. Ze swojego sklepu w Poznaniu i strony www prowadzą co prawda sprzedaż detaliczną, lecz skupiają się na restauracjach. To nietypowa jak na polski rynek decyzja, która już zaczyna przynosić wymierne efekty – wina z katalogu DELiWINA można wypić m.in. w Butchery & Wine, Tamka43, Le Régina, warszawski Marriott, wrocławski Sofitel (w tej branży trzeba w dodatku konkurować ze słynną kopertą Centrum Wina i PWW). W takich miejscach łatwiej sprzedać wina drogie, prestiżowe, ale też zaprezentować butelki z Rodanu czy Wachau we właściwym im kontekście.

Do tego dochodzi niezwykła aktywność Guillaume’a Deliancourta w internecie. Nie ma dosłownie dnia, bym nie otrzymywał krótkich, inteligentnych niusów o działalności tego importera. Poza standardowym Facebookiem DELiWINA komunikuje się również m.in. przez LinkedIn, Foursquare, a także jest według mojej wiedzy pierwszym polskim importerem na Twitterze. Te błahe z pozoru okienka i kliknięcia składają się na wielokierunkowe „wsparcie sprzedaży”, pozwalają się wyróżnić na coraz ciaśniejszym rynku wina, a przede wszystkim budują relację z klientami.

Deliwina.pl website

Ikonki – przyszłość wina?

Deliancourtowie śmiało patrzą w przyszłość. Nie zatrzymują się na błędach, których, jak sami przyznają, w pierwszym roku importu popełnili niemało. Wprowadzają korekty, idą do przodu. Konsekwentnie budują obecność w liczących się winiarskich miejscach w Polsce. W 2012 r. do katalogu mają trafić ekscytujące nowości z Madiran i Mozeli. O tych młodych ludziach jeszcze nieraz usłyszymy.

(więcej…)

Read Full Post »

Jeśli środa, to Biedronka wprowadza nowe wina do oferty. Po obficie dyskutowanych (i pitych) winach portugalskich nastała promocja Nowego Świata, a od zeszłego tygodnia na półkach największej polskiej sieci rozsiadły się wina francuskie.

50 zł to mało, ale trochę za dużo.

Auguste Bessac Châteauneuf-du-Pape Cuvée Tradition 2009 to najdroższe wino w historii Biedronki, o czym z licealnym podnieceniem donosili już nawet niewiniarscy dziennikarze. (Cytat „dla przeciętnego klienta widok metki z ceną 49,99 zł może być sporym szokiem” z pewnością przejdzie do klasyki). Szatonef za pięć dych wpisuje się w wysiłki Biedronki, by w najniższych w Polsce cenach oferować wina z najbardziej znanych apelacji takich jak Barolo czy Chablis. No i co? Wino jest dobre. Z pewnością lepsze niż (nie)sławne Barolo Morando – bo nie ma w nim zlewkowego szlamu, smaku tandety. Jest dobry wiśniowy owoc i nieco struktury, mocne garbniki, powaga, trochę głębi. Na drugi dzień ciut lepsze, na trzeci dzień słabe (co jak na Châteauneuf nie jest wyczynem). Ogólnie rzecz biorąc jest to niezła rzecz, smakująca Rodanem, dająca jakieś tam pojęcie o swej apelacji – jednej z najsławniejszych nie tylko we Francji.

Nie jestem jednak pewien, czy wino jest godne polecenia za 49,99 zł. W sumie nie różni się od poważniejszych win oznaczonych skromniejszą apelacją Côtes du Rhône, o jakich pisałem tu, a które kosztują około 35–50 zł właśnie. Jest bowiem powszechnie znaną prawdą, że te same pieniądze o wiele lepiej wydać na wybitne wino ze słabszej apelacji niż na najtańsze ze sławnej. Jeśli chce się jednak „zaliczyć” Châteauneuf bez nadmiernej szkody dla portfela, Biedronka zrobiła niezłą robotę. (Z drugiej strony doświadczenie uczy, że za miesiąc to samo wino Biedronka będzie wyprzedawać po 35 albo nawet 30 zł).

Słodko i lekko, w sam raz dla przybywających z Chile.

Co poza tym? Oferta win francuskich u „Owada” nie jest szczególnie bogata (a do tego niektóre wina nie są dostępne we wszystkich sklepach – np. na zachód od Warszawy nie uświadczyłem nigdzie Chablis za 29,99 zł). Bardzo mało jest win białych (alzacki Pinot Blanc za 15 zł, ale z 2008 roku). Z czerwonych nęci Saint-Émilion Grand Cru za 36 zł, ale podejrzewam, że lepiej kupić dwa Fitou po 17. Ja zmierzyłem się z taniutkim Merlot XR 2010 z IGP Pays d’Oc. Sformatowane pod supermarketowy, nowoświatowy smak – jak na mój, trochę za dużo tu słodyczy, za mało prawdziwej treści. Za 12,99 zł jest to jednak niezły zakup – lepszy, niż cokolwiek chilijskiego czy kalifornijskiego, co próbowałem w tej cenie – aczkolwiek serdecznie doradzam dopłacenie 5 zł i nabycie poniższego Medoka.

Médoc Réserve 2009 to też Merlocik, ale z prestiżowego terroir. Za 19,99 zł możemy spróbować wina z serca francuskiego winiarstwa. Wytworzył go Dulong, jeden z większych bordoskich hurtowników. Wino miękkie i słodkie jak na Médoc, ale taka już uroda rocznika 2009. Nie jest to wino głębokie, ale fakt, że za 20 zł możemy spróbować owych słynnych bordoskich garbników o smaku kredowego pyłu, wart jest oblania wręcz lampką szampana. (Niestety Biedronka na razie szampana za 49,99 zł nie oferuje).

Za 20 zł jeden z lepszych zakupów nad Wisłą.

Francuska oferta „Owada” jest skromna, ale uczciwa – wina są smaczne, nieprzekłamane, a ceny takie, jakie na tym poziomie jakości powinny być. Ustawienie Châteauneuf na poziomie 50, a nie 30 zł jak ongiś z Barolo też jest w sumie aktem uczciwości (choć nie łudzę się, że stoi za nim cokolwiek innego poza realiami aktualnego rynku, czyli możliwą do wynegocjowania ceną zakupu). Jestem ciekaw powodzenia tego francuskiego miesiąca. Wszak stereotyp mówi, że klient supermarketu za winami z tego kraju nie przepada – a niechęć ta jest odwrotnie proporcjonalna do sumy, jaką chce wydać na wino. Poza langwedockim Merlotem pite przeze mnie wina wyraźnie jednak smakują Francją z jej oschłością i kartezjańskim racjonalizmem. Czy lud to kupi?

(więcej…)

Read Full Post »

Wkrótce po wpisie o Enotece Polskiej wracam do degustacji organizowanych przez tego prężnego importera. Wraz z Wein-rem ze Sstarwines.pl zostałem zaproszony do spróbowania kolejnych kandydatów do tutejszego katalogu. Na warsztacie jest Langwedocja; Maciej Bombol poszukuje win o dobrej relacji jakości do ceny, które na polce zmieszczą się ciut poniżej prestiżowego Domaine La Casenove z Roussillon.

Wzorzec metra.

Próbowaliśmy juz Domaine des Aires Hautes z Minervois, oferującego zaiste dobre ceny, np. 33 zł za podstawowe AOC 2009 oraz 49 zł za soczyste, mięsiste, charakterne i bardzo przekonujące Minervois La Livinière 2008 (podaje planowane ceny detaliczne, jeśli import sie ziści), a do tego przystępny, bogaty, czekoladowy styl akurat dla Polaka. W sobotę do kieliszków trafili dwaj kolejni producenci, tym razem z sąsiedniej apelacji Faugères. Minervois to piaskowce, Grenache i Cinsault, więc tamtejsze wina płyną wartką barokową harmonią konfiturowego concerto grosso. Faugères geologiczny pan Bóg obdarzył glebą łupkową, więc znajdziemy tu o wiele więcej świeżości, soczystości, owego pieprznego nerwu, który winom czerwonym dają gleby wulkaniczne. Wśród szczepów mocną pozycję zachował tu pogardzany Carignan (pisałem o nim tu), któremu wszystko można zarzucić, ale nie rozlazłość; ponadto sporo tu Mourvèdre, Syrah; ze wszystkich apelacji langwedockich Faugères bodaj najmniej władzy oddaje Grenache.

Cena jak z Leclerka, a ile emocji.

W Polsce mogliśmy dotąd kupić klasyczne i smaczne Faugères z Clos Fantine, przystępne nowoczesne La Côte des Pins z Domaines Lorgeril i, z rzadka, jakąś etykietę supermarketową. No i słynnego Léona Barrala, jednego z mistrzów Francji, zagorzałego biodynamika, kapryśnego artystę, niekiedy deklasującego swe flaszki do kategorii vin de table. Dziesięć lat temu wina Barrala to były wielkie emocje, jeśli butelka była dobra – wiele było zepsutych brettem lub utlenionych. Ostatnio stały się bardziej regularne. Maciej Bombol jako wzorzec metra otworzył ze swoich zbiorów Jadis 2001, wino w dobrej formie, wciąż bardzo młode, pieprzne, z dobrym owocem, ale może bez dreszczyku emocji. Pod koniec marca zaś piłem w restauracji La Rôtisserie fantastycznie napięty i mineralny rocznik 2005.

Dobrym producentem Faugères jest Domaine Saint-Antonin (obecne już w katalogu 101win.pl i niedawno opisanego Brix65). Les Jardins 2010 to codzienna Langwedocja, pełna owocu, ale odróżniająca się od kangurów i lam świetną kwasowością (ewentualna cena w Enotece 29 zł). Lou Cazalet 2010 to więcej Syrah i mięska; Magnoux 2009 (67 zł) to ukłon w stronę Parkera i innych powidłopijców, ale łupki wtrącają tu swój cytrynowy podpis i przy swej masie wino robi duże wrażenie.

Fantastyczna głębia i świeżość.

Saint-Antonin to wina proste w odbiorze, strawne, intensywne. Butelki z Domaine Ollier Taillefer mają inny wymiar. Mało tu Grenache, więcej napięcia, nuty mineralne nie są tylko metafora. Ich łupkowa świeżość jest przy tej intensywności owocu zadziwiająca; dostajemy i zmysłowość, i duchowość bez wyrzeczeń, jakby świat rzeczywiście mógł być doskonały. Faugères Les Collines 2009 (42 zł) to naprawdę w swej cenie jest głębokie wino, z mocnym, wymagającym pieczonej jagnięciny garbnikiem. Bezbeczkowe Grande Réserve 2008 (54 zł) gra na bogatszej nucie, ale nuty mięsiste od Syrah, Mourvèdre zapewniają temu winu równowagę i wielowymiarowość. Czołowe Castel Fossibus 2008 jest niby kolejną langwedocką etykietą z górnej polki, napakowaną, ekstraktywną, ale o ileż więcej tu głębi i świeżości niż w innych winach za 70 zł! Degustacja Ollier Taillefer to spotkanie z prawdziwą osobowością, winami, które nie idą na łatwy mainstream, lecz bezkompromisowo wyrażają swoje pochodzenie. Mam nadzieję, że wkrótce trafią na warszawskie półki.

(więcej…)

Read Full Post »

Jeden z wielkich cytatów mego winiarskiego życia spłynął spod pióra Andrew Jefforda: W dziedzinie prostych, nieozdobnych, przepysznych i w najwyższym stopniu pijalnych win czerwonych, właściwie żadne miejsce na świecie nie może równać się z Côtes du Rhône. Ten cytat chodzi za mną od lat i determinuje moje zakupy i oceny w większym stopniu niż smak jakiegokolwiek wina.

Obrazek rodański. Znana spółdzielnia A.D. 2004.

Podążam wciąż wzdłuż Jeffordowskiego Rodanu, bo coś w tym cytacie obudziło głęboko skrywaną tęsknotę nie tylko za winem „prostym, nieozdobnym”, ale przede wszystkim za smakowym światem Côtes du Rhône, owym dziwnym pomieszaniem owocu i mięsa, popołudnia i nocy, gorąca i świeżości. Od dawna odczuwam nienasycony apetyt na czołowy szczep Doliny Rodanu – Grenache, tego wioskowego głupka wyszydzanego na prawo i lewo, który z wszelkich opresji wychodzi nietknięty i swą wiarą i szczerością zaraża w końcu zepsute zbytkiem tłumy „konsumentów”.

Tęsknię nie tylko za Côtes du Rhône transcendentnymi w rodzaju Domaine de la Réméjeanne (to w fiszce tego producenta w Jeffordowskiej The New France pada przytoczony cytat), L’Oratoire Saint-Martin, La Soumade, Gourt de Mautens, Gramenon (które w Polsce i tak możemy sobie pooglądać przez szybę zagranicznej wycieczki lub internetu), lecz także za tymi prostymi, ozdobnymi tylko w smak świeżej maliny i śródziemnomorskiej garrigue, tymi zwyczajnie soczystymi, bez tzw. głębi i struktury, ale kryjącymi w sobie twardą pestkę garbnika i kwasu, na które we francuszczyźnie istnieje cudny i nie tak łatwy do przetłumaczenia epitet vineux.

Z tej tęsknoty wybrałem się po Warszawie szukać rodańskiego smaku. Zaoptarywany przez francuskiego buyera Makro Cash & Carry powinno opływać w tę najważniejszą francuską apelację, ale nie opływa. Z trzech dostępnych tu etykiet zmierzyłem się z najtańszą – po prostu Côtes du Rhône 2008 ze spółdzielni Union des Vignerons des Côtes du Rhône (znanej też jako Cellier des Dauphins, która w siermiężnych latach 1990. miała nawet swój kantorek w straszącej dziś blaszanym trupem ruderze w Pasażu Wiecha). To wino jest bledziutkie, ciut już zmęczone w wieku lat dwóch, chude, kościste, rozwodnione, kwaśnawe, ale styl apelacji jest zachowany i przy jedzeniu rzecz dostarcza minimalnej przyjemności – a przede wszystkim ma tę „winną” pestkę, która nas telepatycznie łączy z milionami bezrefleksyjnie pijących autochtonów. Za 16 zł to właściwie wystarczy.

29 zł trzeba zapłacić za Les Gardettes 2007 z miłego mikrosklepu Folky na ul. Długiej. To nie Côtes du Rhône, tylko vin de pays du Gard, czyli najprostsze, deklasowane wino całkiem dobrej posiadłości Château de Montfaucon. Spotkałem jej przemiłych właścicieli pewnego wieczoru w Awinionie w 2004 (ślad w Winach Europy 2005) i przez parę lat pamiętałem malinowo-garrigowy smak ich win, ale potem zapomniałem; za przypomnienie dziękuję miłym państwu z Folky. To udane wino, szczupłe, proste, zarazem ciepłe, ze szczodrym alkoholem prawdziwego Południa; w mięsisto-pieprznych smakach czuć od razu, że Grenache oddało tu pola innym szczepom z Syrah na czele.

W Grand Cru za 37 zł wyposażymy w Côtes du Rhône La Font Louisiane 2007 z Cave de Gigondas. Wydało mi się to dość dużo jak na taniutkie wino butelkowe ze spółdzielni (i cena francuska jest znacznie niższa), ale w naszych warunkach to pyszne wino jest warte swych pieniędzy. Fantastycznie szczere, intensywne, typowe smaki Grenache, dobrze obrazujące paradoks tego szczepu: są i gorące, śródziemnomorskie, i świeżo-malinowo-soczyste. Kwasowości i leciutkich bezbeczkowych garbników jest akurat tyle, co trzeba. Butelka na długo nie starcza. Jefford miał rację.

Ostatni przystanek na trasie mojego Rhône crawl zawiódł mnie do składu win 4 Senses na ul. Bema. Wśród wielu dobrych i dobrze znanych flaszek uwagę od razu zwróciły nieznane z Coteaux du Tricastin. Gdy dawno temu w XX wieku uczyłem się wina, ta leżąca w środku niczego apelacja była mocnym kandydatem do tytułu najgorszej we Francji. I choć wiele zrobiła dla poprawy jakości, do dziś nie może pozbyć się dolnopółkowego stygmatu, a na dodatek musiała zmienić nazwę. Na polskiej niwie usiłują ją wylansować tajemniczy winomani pod ksywą Winni Czarodzieje. Dzięki nim z zera etykiet Tricastin dostępnych w Polsce skoczyliśmy do 17! Z pewnością ciekawym winem jest Domaine des Rosier Rouge Plaisir 2007 (46 zł). Bezbeczkowy kupaż Grenache, Syrah i nawet Viognier jest ambitnie skrojony, intensywny, truskawkowy od Grenache, pieprzny od Syrah, ale też ciekawie lawendowe; usta mimo pozornej lekkości ciągną się w ustach długo i soczyście. Wino zachowuje beztroską, promienną estetykę Côtes du Rhône, przez co można mu wybaczyć spory alkohol i cokolwiek wysoką cenę (w Polsce).

Od organizowanego przez nas panelu win rodańskich minęły ponad dwa lata. W tamtej degustacji wygrał rodzynek od wybitnego producenta Châteauneuf. Dziś jest wyraźnie lepiej, choć jeszcze nie tak dobrze, byśmy bez żalu myśleli o Côtes du Rhône jako najlepszej apelacji na świecie dla swych przepysznych, arcypijalnych win.

(więcej…)

Read Full Post »

W gronie bratniej spółdzielni degustacyjnej zrzuciliśmy się na flaszkę. Niby nic takiego, Châteauneuf-du-Pape z 1998, dobry rocznik, no ale piło się tych szatonefów parę i ostatnie degustacje wskazywały, że przyszła już na 1998 kryska. Nie znałem tego producenta, nie tylko ja zresztą, odludek jakiś taki, w paru przewodnikach w ogóle nie występuje, Jefford się nie dostał, tylko Parker w 1987 r. chyba przez płot przeskoczył czy coś w tym rodzaju. Było nie było, podobno warto, Krzyś upatrzył flaszkę, wyszło po 40 na łebka, równowartość sushi czy bigosu w średniej klasy lokalu, jakoś przebolałem.

Krzyś wyciągnął korek w jednym kawałku, odetchnęliśmy, choć zaczęło się źle, od ewoluowanej niestabilnej barwy, starego nosa, skóry, mokrej ziemi, lakieru do paznokci. No i 14,5% alkoholu wyraźne. No trudno, bólu nie ma, za sushi i tak nie przepadam. Dobrze że to białe z Langwedocji przyniosłem, świeże, zielone, w sam raz do szparagów.

Jakieś pół godziny to trwało. Lepiej było, lepiej. Sycące się zrobiło, jak bigos, po ćwierć kieliszka mieliśmy nalane przez miarkę, a nie szło dopić. Garbnikowe, kamienne; mocarz straszny, ale owocowy. Zgodnie z czyjąś tam teorią, że wino jest jak człowiek, strasznie oschłe i nieprzyjemne, jak ponoć jego autor. Wydawało się za stare, a teraz za młode; może jednak nie trzeba było się tak spieszyć. Ale kto to mógł wiedzieć, skoro nigdy nie pił? Truskawki, maliny, wiśnie, Grenache jakie lubię.

Wino bez enologii, nie wiadomo jak je tam robią, bo nawet Parker zeskoczywszy z płotu wypił tylko trzy kieliszki, do saloniku go wpuścili i ani kroku dalej. Beczka, maceracja, odszypułkowanie – nic nie wiadomo, nie ma czego się zaczepić. Żadnej piwnicy nie czuć, za to ziemię, kamienie. Tam w Châteauneuf są takie wielkie otoczaki jak strusie jaja, ale Marek mówi, że tu może akurat piaski, bo w jednym miejscu w apelacji są odsłonięte i mniej tych kamieni jest. Mniej? Tu jest tyle, że więcej nie może, jak cukierek z kamienia w cienkiej polewie czereśniowej, zęby bolą, język boli, podniebienie boli od tego pieprzu kamiennego. Moc, bogactwo bez cukru, wytrawność do szpiku, wytrawność jako barok. Może trochę prosty ten smak. Prosty, jakby takie się urodziło i do zdjęcia nawet w koszulinę nie ubrali, takie zrodzone z niczego, zrodzone z siebie. Wino w stanie podstawowym. Neandertal taki, bezpojęciowy. Setki pitych dotąd Châteauneufs nie przygotowały na to wino. Dotknięcie, faktura. Świeże nie młode. Zachodzące słońce, żar w ciemności. Kamienny bezsłoneczny żar po zachodzie, żar z kamieni. Człowiek jest mały wobec wina.

Henri Bonneau Châteauneuf-du-Pape Réserve des Célestins 1998

Read Full Post »