Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Hiszpania’

Pół roku temu sygnalizowałem mocne wejście Roberta Mielżyńskiego z ofertą sherry, porto i madery i degustowałem jedno z win słynnego domu Lustau. Tym razem Ignacio López de Carrizosa z Jerez przedstawił aż osiem win z tej bodegi, od szklistej jak marmurowa płyta Manzanilla Papirusa po gwałtowne jak 8 w skali Richtera 30-letnie Palo Cortado VORS.

Lustau Sherry Palo Cortado VORS 30 Years Old

Smakowe trzęsienie ziemi.

Styl Lustau i tak wydał mi się stosunkowo elegancki i dopieszczony w porównaniu do innych czołowych sherry takich jak Vinícola Hidalgo czy Valdespino. Oloroso del Puerto José Luis González Obregón mimo brunatnej barwy i pełnego utlenienia jest winem niemal delikatnym, wciąż pełnym owocu, soczystym, zniuansowanym, na pewno nie krzykliwym w swych nutach starej politury i prażonych orzechów (82 zł / 500 ml). Amontillado Escuadrilla (82 zł / 750 ml) to wino o fantastycznej długości i soczystej konsystencji, ale przecież czyste i mineralne niemal jak sherry fino, którym było kilkanaście lat wcześniej, zanim pozwolono mu się utlenić. W kategorii superciężkiej Pedro Ximénez San Emilio (49 zł / 750 ml) i PX VORS 30-letni (244 zł / 50 ml) zamiast zamulać podniebienie gęstością oleju silnikowego, zaskakiwały dobrą świeżością owocu i subtelnymi nutami korzennymi. Po obiedzie z innymi sherry padłbym pod stół i obudził się nazajutrz; po spotkaniu z Lustau poszedłem na długi spacer tylko trochę zawiany (wina dochodzą do 21% alkoholu).

Lustau Sherry Oloroso Almacenista Jose Luis Gonzalez Obregón

Finezyjne oloroso – sprzeczność?

Dziwne są to wina, wymagające przestawienia nie tylko kubków smakowych na tę wysoką kwasowość, mocne nuty słone, kwasowość lotną, utlenienie, lecz również przestawienia głowy na ich bardzo dużą złożoność, aromatyczną moc (bukiet można analizować z cudzego kieliszka stojącego w drugim końcu sali), gwałtowność smaków. Przyzwyczajeni do win maksymalnie wyczyszczonych, wypolerowanych, tropiący najmniejsze oznaki brettu czy niedojrzałych pirazyn w naszych Sauvignonach i Merlotach, wpadamy tutaj w obszar dużego mikrobiologicznego rażenia. Takiej octowej mocy i zjełczałych nut oleisto-kamforowych jak w Palo Cortado VORS nie przepuściłaby nawet najbardziej łaskawa komisja apelacyjna na świecie. Sherry jest winem zepsutym na podobnej zasadzie, jak zepsutym mlekiem jest roczny niepasteryzowany Camembert; trzeba to zaakceptować. A nie jest to łatwe; parę miesięcy temu podałem grupie niekoniecznie opętanych winem przyjaciół butelkę Lustau Puerto Fino (to i tak najbardziej zbliżone do „normalnego” wino tego producenta) i ich gwałtowne „nie” zaskoczyło mnie. Delikatna nuta jodowa skojarzyła się z myciem naczyń i wypicie kieliszka nie wchodziło w grę.

Lustau Sherry Puerto Fino

Hit czy kit?

Piszę o tym z bólem, ale i zrozumieniem; do świata sherry nie da się wpaść jak po ogień na chwilkę przyjemności. W większym stopniu niż do porto i podobnie jak do madery trzeba się do nich przyzwyczaić. Mają w sobie coś podobnego do bardzo dobrych whisky albo bardzo wyszukanych herbat: spowalniają czas. Ich smak ciągnie się długie minuty, więc nie ma sensu brać od razu drugiego łyka; samo opisanie koloru to często dłuższa chwila, bo jak uchwycić tę współgrę złota, żółci, pomarańczu, brązu, beżu, brunatności, a wręcz i zieleni? Zaś analiza bukietu trwa czasami kwadrans i nie wyczerpuje tematu. Parę lat temu wyprodukowałem taki na przykład opis nad kieliszkiem Amontillado Fontádez Florido:

Średnio brązowe z odcieniami czerwonymi, bardzo ciemny kolor jak na amontillado. Pierwszy nos: karmel, stare drewno, lakier, prażone migdały, a także fascynujące nuty malin, płatków różanych, owocowej ratafii, wręcz perfum. Otwiera się bardziej w kierunku nut aptecznych, znów lakier, głóg, siarkowodór, trochę spirytusu, świeżo pieczony chleb, nuty mięsiste (pieczona wieprzowina albo kaczka), olej słonecznikowy. A także nuta likieru z pigwy. W ustach bardzo wytrawne, o swoistej, „bawełnianej” fakturze. Smaki głównie cytrusowe, mirabelka, surowa pigwa, intensywność rośnie w końcówce. Całkiem długie i bardzo słone. Bardzo wysoka kwasowość. Z czasem staje się mniej masywne, bardziej balsamiczne, rozwija nuty prażonych orzechów laskowych, oleju piniowego, a w końcówce znów pigwowa kwasowość i lakierowa gorycz. (itp., itd.).

Nie chodzi o ćwiczenie literackie, lecz próbę oddania niebywałej złożoności zwłaszcza tych lepszych sherry. Jednak pomimo swej wspaniałości wina te mają dziś trudności ze znalezieniem nabywców. Trudno się dziwić – tak są dziwne. Kiedyś przysłowiowa ciocia (zwłaszcza na Wyspach) trzymała otwartą butelkę w kredensie i raczyła wnuki przy każdej okazji. Dominacja słodkich sherry (stanowiących w istocie eksportowe erzace sherry „prawdziwego”, które jest zawsze wytrawne) nadal stanowi zresztą problem na wielu rynkach. Najtęższe głowy zastanawiają się, jak uatrakcyjnić sherry dla młodego konsumenta. Było już amontillado on the rocks, wczoraj usłyszeliśmy, że najlepsze jest jako digestif. Zgadzam się, ale ile tych digestifów się pije w ciągu miesiąca? Wspaniale byłoby wylansować sherry jako wino gastronomiczne, bo w istocie sprawdza się tam, gdzie nie pasuje żadne inne wino (odkryciem wczorajszej degustacji był orientalny królik słodko-kwaśny ze słonym oloroso: genialne!), no ale i to będzie wymagało przełamania smakowych lodów.

królik w sosie słodko-kwaśnym

Sos słodko-kwaśny i słone wino: genialne.

Przyjemność z picia tych win ma więc dodatkowy wymiar obcowania z czymś trudnym i rzadkim. I całe szczęście, bo po latach pisania, że sherry to najlepsza cenowa okazja wśród wielkich win tego świata, muszę nieco zrewidować ten pogląd. Co prawda podstawowa gama win Lustau dostępna jest u Mielżyńskiego po 50 parę złotych i zasługuje na ten wydatek choćby ze względu na osobowość, ale najciekawsze tutaj wina almacenista (króciutkie serie po paręset butelek) kosztują już 80 zł za mniejszą flaszkę (500 ml). Za wino starzone kilkanaście lat w beczce nie jest to cena wygórowana, ale wbudza należny respekt i sprawia, że do kieliszka nalewa się je mniejszymi kroplami.

(więcej…)

Read Full Post »

Wpadły mi ręce takie statystyki sprzedaży w restauracji. Lokal w centrum Warszawy na ok. 100 nakryć, kuchnia azjatycka. Wina w karcie od 85 zł za butelkę, 60 etykiet z czego aż 18 na kieliszki (sprzedaż na kieliszki wliczona do poniższych danych). Obsługa wielokrotnie szkolona itd. Dane za okres lipiec 2011 – marzec 2012.

Prosecco – 113 but.

Cava – 51 but.

Szampan (4 etykiety) – 47 but.

Pinot Grigio – 118 but.

Rueda – 17 but.

Chablis – 151 but.

Riesling mozelski – 69 but.

Grüner Veltliner – 58 but.

Gewürztraminer (3 etykiety) – 60 but.

Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii – 341 but.

Chardonnay z Nowego Świata (2 etykiety) – 137 but.

Mystery Warsaw restaurant sushi

Naród głosuje na Sauvignon Blanc.

Bordeaux czerwone – 43 but.

Rioja (4 etykiety, reserva i gran reserva) – 189 but.

Barolo – 5 but.

Amarone – 20 but.

Pinot Noir z Nowego Świata (2 etykiety) – 115 but.

Cabernet Sauvignon z Nowego Świata (2 etykiety) – 99 but.

Malbec – 63 but.

Ja do sushi i zupy kokosowej najchętniej piłbym Ruedę i Veltlinera. Jak widać moja partia nawet nie wchodzi do Sejmu.

Zapraszam do dyskusji.

Read Full Post »

Jeśli chcesz kieliszek Égly 99 wpadaj natychmiast do Esencji.

Esemes od M. zabrzmiał jak Broniewskiego wezwanie do broni. Ubrałem się, popędziłem. Jakże odmówić najbardziej medialnego obecnie szampana, którym delektują się hipsterzy w Krakowie i który ani chybi zawita wkrótce w diapazonowe ściany opiewane na popularnym warszawskim blogu?

Mam bowiem taką katastroficzną wizję, taką senną marę, że docieram gdzieś spóźniony na degustację najlepszego wina świata i z dna butelki wysysam do kieliszka ostatnie krople nektaru. W moim koszmarze nektarem jest stary rocznik Château d’Yquem, mający mi wreszcie unaocznić wielkość tego wina, za którym nie przepadam i które uważam za przereklamowane. Na dnie kieliszka błyska płyn cenniejszy niż złoto, bukiet jest upajający, lecz wina tak mało, że smaku nie czuję. I koniec.

Wśród wielu grzechów degustatorom zarzuca się, że oceniają wino na podstawie mikroskopijnej próbki, poświęcają mu 45 sekund, „sip and spit”. Że to jest nienaturalne, bo normalny człowiek pije butelkę przez dwie godziny do befsztyka i wtedy wszystkie cechy wina mu się w pełni ujawniają. Być może. Sam miewam niekiedy iluminacje przy befsztyku albo wręcz na drugi dzień, gdy wino łyknie trochę tlenu. Częściej jednak kolejne łyki albo utwierdzają w pierwszej opinii, albo ją niesłusznie podważają, bo pod wpływem alkoholu, befsztyka i ożywionej konwersacji na inne tematy ostrość widzenia wina, nie oszukujmy się, nieco spada. Zresztą recenzent literacki doprawdy nie musi książki czytać od deski do deski, by ją krótko scharakteryzować. Od piłkarskiego skauta trudno oczekiwać, by trampkarza oglądał przez wiele tygodni po 90 minut; spojrzy dwa czy trzy razy, jak drybluje i to wystarczy. Oczywiście skaut może się pomylić; w górę udą ci, których intuicja nie zawodzi.

Égly-Ouriet Champagne Brut 1999

Przebłysk prawdy.

Nie inaczej jest chyba z winem. Kiedy próbuję sobie przypomnieć najbardziej wstrząsające butelki w moim życiu, są to zawsze krótkie chwile, pierwsze zetknięcia, uderzenia pioruna: Fontalloro 1997 próbowany na parapecie okiennym przed przyjściem gości na jedną z pierwszych „degustacji”; Vega Sicilia 1942 z 40-gramowej próbki na pionówce w Decanterze; Királyudvar Aszú 2000 oceniany na konkursie w Pannonhalmie, tak niebiański, że jeden z jurorów wstał i zaczął klaskać. Georg Breuer Berg Schlossberg 2007 atakujący podniebienie jedną, bezbarwną, niebywale przenikliwą nutą. Giuseppe Rinaldi Barolo Brunate 1990 na kursie Collegium Vini, zachwycający młodzieńczą energią – piłem przedtem i potem dobrych sześć butelek tego wina, w tym do befsztyka, i żadna nie osiągnęła szczytu tamtego kieliszka wysączonego na sztucznej wykładzinie w hotelu Westin.

W psychologii istnieje teoria gestaltu, mówiąca – w skrócie – że rzeczy poznajemy nie poprzez stopniowe zrozumienie ich cech składowych, lecz natychmiastowe, w pierwszym kontakcie objęcie ich ogólnego kształtu. Gdy wyciągamy korek, nalewamy wino do kieliszka, wkładamy nos, przez sekundę mamy dostęp właśnie do tego gestaltu. Potem zaczyna się analiza bukietu – czy tego się chce, czy to kontestuje – zaczyna się smażenie befsztyka i od gestaltu, tej cudownej chwili jedności, coraz bardziej się oddalamy.

W Esencji nie wiedząc o tym wtargnąłem – bez kwiatów – na urodziny. Na dnie Égly-Ouriet Brut 1999 zostało parę kropel, ale biesiadnicy oddali mi po trosze szampana ze swoich fletów. Koszmar prysł. W lekko starczym już bukiecie tańczyły orzechy, miód i pachnące lilie. W ustach hasała kwasowość, która już się chyba nie zintegruje. Wino było dojrzałe i za młode zarazem. Mineralne, jak rzadko zdarza się szampanom i zarazem burgundzko zmiodziałe. W swym gestalcie tworzyło niepojętą figurę: napiętego jak struna kamienia.

Read Full Post »

Bez przebaczenia

Piątkową degustację win Valserrano sprawozdawaliśmy już szeroko na Winicjatywie (m.in. ciekawe wideo), lecz chcę podzielić się z Państwem jeszcze kilkoma refleksjami na kanwie tego wydarzenia.

Nie byłem nigdy wielkim amatorem Riojy, jak i w ogóle win hiszpańskich na bazie Tempranillo, a teraz straciłem już całkiem nadzieję na zmianę tego duchowego stanu rzeczy. Właśnie degustując całkiem przecież dobre Riojy Valserrano utwierdziłem się w przekonaniu, że są to wina w istocie monotonne i nieoferujące tego, czego najbardziej w winie szukam – wielowymiarowości. Deklinują przez wszystkie przypadki owoc – którego mają mnóstwo i czym zjednują sobie szerokie rzesze konsumentów – oraz beczkę – kiedy jest źle użyta, rujnuje Tempranillo, ale w Valserrano nie miałem żadnych zastrzeżeń – co jest jednak połączeniem dość banalnym, natomiast brakuje im elementu decydującego – coraz bardziej się o tym przekonuję – o osobowości wina i jego rysie terroir: kwasowości. Nowoczesne Riojy są gęste, tłuste, obfite, sycące, natomiast nie mają nerwu, świeżości i z tego względu prędko upodabniają się do siebie i zaczynają po Rubensowsku przytłaczać i nużyć.

Valserrano Rioja Reserva 2006

To naprawdę dobra Rioja, ale...

Degustowaliśmy sześć roczników Valserrano Reserva, z których żaden nie okazał się kwasowy. Nawet niezbyt gorący 2005, nawet deszczowy 1998. Różniły się stopniem ewolucji, stopniem zintegrowania beczki, obecnością bądź brakiem nut zwierzęcych, lecz wlewały się w usta tak samo szerokim, leniwym, malarycznym strumieniem. Valserrano Reserva i tak dobrze wypadło do jedzenia – katastrofą w tym kontekście okazała się budyniowo-nalewkowa Finca Valserrano i niechaj zakończy to wreszcie uparte dysputy o tym, że wina supernowoczesne ze swym przerostem alkoholu, beczki i ekstraktu „prawdziwą twarz ukazują przy suto zastawionym stole” – lecz było to jedzenie spod jednej sztancy, prezentujące właściwie tylko smaki tłuste i umami (szynka, ziemniaczana tortilla, krewetki, ziemniaki z kiełbasą, grillowana jagnięcina) – bałbym się położyć tu na talerzu pomidora, miętę, łososia.

Tym bardziej tęskniłem za taką Rioją, która właśnie na świeżości buduje swoją melodię – żeby wspomnieć sakramentalnego López de Heredia, zestarzonego La Rioja Alta czy piękne roczniko Castillo de Ygay z lat 1990., stare gran reservy od Marqués de Riscal czy Campillo, jeszcze tu i ówdzie do dostania w Polsce. Tęskniłem za Rioją z 12,5, a nie 14,9% alkoholu, o jasnej szacie, malinowych smakach, rześkiej kwasowości, Rioją która się nie nudzi i która za każdym razem ukazuje inne kolory smakowej tęczy, a nie tylko siny fiolet. Lecz tej Riojy, jak wiadomo, już nie ma, dogorywa jeszcze tylko w paru muzealnych winiarniach i być może za naszego życia nie będzie już żadnego wyjątku od zasady, że Tempranillo mieści się stylistycznie gdzieś między Malbekiem a Tannatem.

Pablo de Simón Rioja Valserrano

Pablo de Simón, właściciel winiarni Valserrano.

Owszem, smakowały mi wina Valserrano, szaleńczo wprost zasmakowała mi Reserva 2004 z buteki 3-litrowej – tak fantastycznie zintegrowana i harmonijna, tak przez moment cudownie owocowa i bezpośrednia, że z politowaniem pomyślałem o tym samym winie z butelki 750 ml – ściśniętym, matowym, suchym i zupełnie pozbawionym czaru. Lecz wyznam Państwu, że po powrocie do domu otworzyłem butelkę Sangiovese i z wielkim zadowoleniem napawałem się jego ożywczą kwasowością do pomidora z miętą.

(więcej…)

Read Full Post »

Spędziłem dwa dni w Zurychu na konferencji i degustacji winnaturalnych”, organizowanej przez Vinnatur. To obecnie jeden z modniejszych tematów. Czy słusznie?

Jestem przekonany, że tak. Spróbowałem wielu świetnych win. Głębokich, zrównoważonych, wielowymiarowych, czystych, mineralnych i fascynujących. Z Włoch, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Austrii, a nawet Serbii. Ich twórcy są niezwykle świadomymi ludźmi. Tworzeniu dobrych win z szacunkiem dla środowiska, tradycji i terroir poświęcili całe jestestwo. Zaś ich sukces bezpośrednio wynika z wyboru „naturalnej” winiarskiej drogi. Sceptykom, którzy od lat powtarzają, że wina ekologiczne, biodynamiczne, naturalne są dobre „przypadkiem”, bez związku z metodą produkcji, zaczynają zaprzeczać wyniki naukowych badań. Z ciekawej konferencji w Zurychu podrzucam niedowiarkom kilka danych: aktywność biologiczna gleby w winnicy biodynamicznej jest przeszło 30% wyższa od normy, zawartość przyswajalnego żelaza, cynku i magnezu 4-krotnie wyższa, potasu, fluoru – aż 10-krotnie. Uprawiana metodą biodynamiczną i naturalną winorośl jest zdrowsza, odporniejsza na choroby, lepiej fotosyntetyzuje (lepsza równowaga między tzw. dojrzałością fenoliczną a zawartością cukru, czyli lepszy balans alkoholu i kwasowości w winie). Wina naturalne są zdrowsze – nie ma w nich nawet śladowych ilości pestycydów i metali ciężkich. Wina bezsiarkowe wedle stereotypu delikatne jak płatek śniegu – w rzeczywistości są bardziej stabilne i lepiej się przechowują niż konwencjonalne.

Barranco Oscuro Borgońón Granate

Największe zaskoczenie degustacji: Pinot Noir z Andaluzji.

Co to właściwie są wina „naturalne”? Cudzysłów jest uzasadniony, gdyż brak jednolitej definicji. Isabelle Legeron, francuska master of wine i uznana ekspertka w tej dziedzinie, określa je jako wina nieinterwencyjne: winiarz poszukuje najnaturalniejszych metod produkcji i najbardziej bezpośredniego smaku owocu (a więc i siedliska). Określa się je też jako wina „bez dodatków” i „bez ujmowania niczego”. Czyli nie dodaje się nawozów, odżywek, enzymów, drożdży (spontaniczna fermentacja to jeden z ważniejszych wyróżników), cukru, kwasu, garbników, barwników (wbrew pozorom te dodatki są na porządku dziennym w winach „konwencjonalnych”, nawet tych drogich i prestiżowych). Nie dodaje się też lub dodaje bardzo mało siarki – wina bezsiarkowe stanowiły większość wśród prezentowanych w Zurychu i brak SO2 to druga naczelna cecha win „naturalnych”. Nie odejmuje się koloru (stąd ciemniejsza barwa win, szczególnie białych, wpadających często w pomarańcz i bursztyn), osadu (wina mętne), kwasu, alkoholu, garbników, nie ma mowy o żadnej osmozie, klarowaniu, filtracji. W najprostszej wersji, jak tej uprawianej przez Franka Cornelissena na stokach Etny, do kadzi wrzuca się zmiażdżone winogrona, po fermentacji oddziela skórki i szypułki, przelewa do butelek – i już.

La Biancara Angiolino Maule Recioto di Gambellara 1997

Najlepsze wino degustacji.

Wina „naturalne” nie są jednolite. Jest wśród nich niemało win niedobrych – utlenionych, kwaśnych, octowych (choć można się spierać, czy więcej niż wśród win „technicznych”). Przyzwolenie na błędy techniczne było do tej pory jednym z problemów nurtu naturalnego. „Śmierdzi, bo jest naturalne” – to wytłumaczenie musi odejść do lamusa. Ważniejszy wydaje mi się jednak inny problem. Wino naturalne nie powinno być winem freakowym. W przeszłości zbytnia ortodoksja w naturalnej produkcji (będąca reakcją, dodajmy, na technologiczno-chemiczne ekscesy w rodzaju fabrykowania win za pomocą np. drożdży aromatyzujących) alienowała „konwencjonalnych” konsumentów i ustanawiała producentów w roli zamkniętej na zewnętrzny świat sekty. To podejście nadal zresztą pokutuje. Jonathan Nossiter, reżyser słynnego filmu Mondovino, w czasie konferencji perorował o konieczności zwarcia szeregów i walki z „ajatollahami” przemysłu winiarskiego. To niemądra retoryka. Potrzebny jest dialog i budowanie mostów.

Elisabetta Foradori

Wina Elisabetty Foradori są lepsze niż kiedykolwiek.

Trudno bowiem oczekiwać, by konsumenci, których chlebem powszednim (z konieczności) jest Yellow Tail i Cloudy Bay, nagle przerzucili się na bursztynowe wina pachnące jabłecznikiem i smakujące solą. Jakiś kompromis stylistyczny jest potrzebny i możliwy. Pokazały to najlepsze wina degustacji w Zurychu. Podobały mi się wina bezkompromisowego Angiolino Maulego (posiadłość La Biancara), weterana i przywódcy ruchu Vinnatur. Jego Recioto 1997 to z pewnością wielka butelka. Lecz jeszcze bardziej ujęły mnie wina jego ucznia i sąsiada Daniele Piccinina, który też nie dodaje siarki, a jednak jego wina (bezczelnie w dodatku oparte na Chardonnay i Cabernet Sauvignon obok rdzennych Durelli i Corviny) wydały się mi elegantsze, gładsze, świetnie wyraziste.

Nicoletta Bocca San Fereolo Dogliani

Nicoletta Bocca z posiadłości San Fereolo.

Sébastien Riffault robi Sancerre o znakomitej głębi i mineralności, ale trudno wytłumaczyć je komuś nieobeznanemu, w ogóle bowiem nie przypominają ani w zapachu (brak nut „zielonych”), ani w smaku (brak mocniejszej kwasowości, bo przechodzą fermentację jabłkowo-mlekową, której w zasadzie w Sancerre się nie stosuje) Sauvignon Blanc, do którego chcąc nie chcąc jesteśmy przyzwyczajeni. Za to Dolcetto San Fereolo czy Teroldego Elisabetty Foradori, nawet bezsiarkowe i fermentowane w amforze, będą zrozumiałe dla każdego, smakują bowiem jak wino „normalne”, tyle że są intensywniejsze, głębsze, mają więcej barw, wymiaru, energii. Jak pisał trzy dni temu Tim Atkin, jeden z czołowych degustatorów anglosaskich:

Nawet jeśli nie wierzysz w biodynamikę – a nawet ludzie wierzący mają trudności z jej naukowym uzasadnieniem – najlepsze wina z winnic biodynamicznych często mają dodatkowy wymiar aromatu i smaku. Można go nazwać witalnością, prawdziwością, można nazwać (za przeproszeniem) siłą życiową. Ale ten wymiar jest w kieliszku.

Zszokowały mnie wina Barranco Oscuro z Andaluzji. (Za ich polecenie dziękuję Tomaszowi Kurzei). Niby pieprzno-leśnoowocowy smak dobrze znany z wielu innych win hiszpańskich, ale żadnych niepotrzebnych nut beczkowych, nadekstrakcji, 15% alkoholu perfekcyjnie wtopione. Zarazem hedonizm, przystępność, pełna zrozumiałość nawet dla miłośnika Chivite Crianza. To są właśnie wina przyszłości – „naturalne” swą filozofią i szacunkiem dla natury, ale otwarte też dla tych, którzy nie chcą aromatów krowiego rogu w kieliszku.

Lamoresca Sicilia Rosso

Najładniejsza etykieta degustacji.

(więcej…)

Read Full Post »

Nie mogłem niestety uczestniczyć w prezentacji nowej oferty Biedronki, która odbyła się w poniedziałek. Od dziś do 22 listopada w sklepach tej sieci kupimy 19 nowych win hiszpańskich. Siedem z nich w Fabryce Trzciny zaprezentował Tomasz Kolecki-Majewicz, a wieczór okrasił „pokaz kulinarny”.

Biedronka wina hiszpańskie oferta listopad 2011

Jesienią beczkowe Tempranillo... logiczne.

Nie mogłem uczestniczyć, ale Biedronka ponownie przysłała mi wino do degustacji. Wrażenia mam w sumie pozytywne. Jesteśmy daleko od smutków recenzowanego ongiś zestawu win włoskich czy niedawnej promocji nowoświatowej. Oferta hiszpańska nie jest może tak różnorodna i bogata, jak niedawne zestawy z Portugalii i Francji, ale trzyma poziom.

Rey Santo 2010 od znanego winiarza z RuedyJaviera Sanza to przyzwoite, typowe, dobrze zarysowane Verdejo, nieco wodniste, ale świeże – solidna codzienność bez emocji, lecz któż ich szuka za 17,99 zł. Nie wiem jednak, czy lepszym zakupem w bieli nie jest Camparrón 2010 – białe Toro z odmiany Malvasía, ładnie zrobione, intensywne bez oklapłości straszącej w wielu białych winach hiszpańskich (14,99 zł).

Wśród win czerwonych Biedronka wystarała się o kilka znanych nazwisk. Z pewnością jest takim Enate – jedna z gwiazd winiarskiej Iberii. Podstawowe Somontano Tinto 2010 to młodziutkie wino z Tempranillo i Caberneta, banalne w zapachu (hasłowe owoce leśne i trochę masła – leżakowano je miesiąc w beczkach, doprawdy nie wiem po co), natomiast lepsze w smaku, z sekundą naprawdę smacznej wiśni w końcówce. Brakuje koncentracji i tego, co nazywamy „obecnością” wina, ale całość w swej cenie (19,99 zł) jest dobra. Wysoko notowaną winiarnią jest również Rejadorada, której Toro Roble 2009 jest najdroższym winem w listopadowym zestawie (29,99 zł). Może i nawet najlepszym, jeśli chodzi o jakość owocu, pełnię i koncentrację, a także jedynym z próbowanych przeze mnie win, które przez 2–3 lata można z korzyścią leżakować. Mam jednak poważne zastrzeżenia do wysokiego alkoholu w tym winie (14,5% na etykiecie), który sprawia, że całość smakuje jak zupa z przejrzałych owoców i bardzo szybko męczy.

This slideshow requires JavaScript.

Wśród 19 win znalazły się cztery z Riojy, z czego trzy crianzy. Regalía de Ollauri Ollamendi Crianza 2007 (24,99 zł) zaczyna się nieźle – soczystym owocem (wiśnie, porzeczki) ukazującym ludzką twarz Tempranillo. W końcówce jednak o wiele za dużo mleka i wanilii i wszystko tonie w beczkowej bylejakości. W sumie lepiej wypada Marqués del Puerto Crianza 2008, zrazu mniej wyraziste, nierozpoznawalne jak na Rioję, dusznymi nutami jeżyn przypominające raczej Malbeka, ale o wiele lepsze po przewietrzeniu, mocne, intensywne (19,99 zł).

Villa de la Musas Reserva 2005 ze spółdzielni San Salvador w Nawarze to niebrzydki w sumie przykład wina nieco podstarzałego, z nutami skóry, grzybów, w sumie jednak płytkie, proste, raczej economy niż reserva. Powiedzmy sobie szczerze, że 6-letnia Nawarra ze spółdzielni za 12,99 zł to jest po prostu zrzutka wina niesprzedanego gdzie indziej, ale pieniądze nie są w sumie źle wydane.

Zdecydowanie dobre wrażenie zrobiły na mnie w sumie dwa wina. Jumilla Monastrell 2010 z Castillo de Jumilla (13,99 zł; nie znalazło się w przesłanym mi zestawie, próbowałem na własną rękę) ma naprawdę świetny owoc i ładną równowagę, a do tego szokująco niską cenę, jeśli się pomyśli, że parę lat temu Parker dawał temu winu 90 punktów [zob. wyjaśnienie w komentarzu]. Monteabellón Ribera del Duero 5 Meses en Barrica 2009 to też wino w typie południowym, „na bogato”, soczyste, intensywne, bez nadmiernych win beczkowych, dobrze zrobione i autentycznie smaczne (24,99 zł).

Biedronka wina hiszpańskie promocja listopad 2011

Wszystko smakowało trochę tak samo.

Listopadowy zestaw hiszpański nie jest zły – ale też nie przynosi takich emocji ani poczucia świetnie wydanych pieniędzy, co wiosenna Portugalia czy wrześniowa Francja. Czy to moje subiektywne uprzedzenie do win hiszpańskich, czy istotnie te wina wszystkie smakowały trochę tak samo – ciut krótko, sucho, matowo, z wyczuwalnymi nutami taniej dębiny, za to bez świeżości, nerwu, radości życia. Oczywiście po winie kosztującym 13–24 zł nie oczekuję wielowymiarowości, lecz w tym zestawie zabrakło mi pozytywnej energii. A także różnorodności – znalazły się w nim tylko cztery białe, a aż jedenaście opartych jest na szczepie Tempranillo. Jeden dobry Monastrell z Jumilli to za mało. Zdecydowanie zabrakło win na bazie Garnachy z takich apelacji jak Cariñena czy Campo do Borja, wszakże nieustraszonych dostawców do supermarketów i dyskontów właśnie.

W próbowanym przeze mnie zestawie najciekawszy okazał się kontekst. Pokaz prasowy nowej oferty w modnej Fabryce Trzciny prowadzi wykwalifikowany sommelier. Biedronka rozsyła wina do degustacji w drewnianej skrzynce. W odróżnieniu od poprzednich promocji zabrakło tym razem win naprawdę tanich – za 9,99 zł jest tylko stołowe półsłodkie, nacisk przesunął się na wina po 20–25 zł, „szczególnie polecane” jest Rejadorada za 30.

To wszystko przy akompaniamencie dużego zainteresowania medialnego Biedronkowymi winami. Na portalu Gazeta.pl ukazał się poczytny artykuł (niskich zresztą lotów, przytaczający księżycowe dane, jak choćby te o 5% marży Biedronki, gdyż już w dawno temu okazało się, że jest ona najprawdopodobniej bliższa 30–40%). Ci sami autorzy sugerowali niedawno, że Biedronka usiłuje wskoczyć jedną półkę wyżej. W komentarzach do mojego wpisu o Magazynie WINO roztrząsali Państwo, do kogo właściwie Biedronka i inne dyskonty kierują swoje winne oferty. Pojawiły się głosy, że masy kupujące Camparrón za 15 zł nie interesują się i nie będą interesowały winami droższymi z tzw. sklepów specjalistycznych. Mnie się wydaje, że obie te grupy – bo fakt podziału rynku winiarskiego na wina supermarketowe i „fine wine” nie ulega kwestii – są wciąż dość płynne i wciąż się przenikają. Możliwe są całkiem duże „przepływy elektoratu”. Sam znam mnóstwo osób, które cenią dobre wino i świetnie wyczuwają różnicę pomiędzy Carlo Rossi a Percarlo, a jednak na co dzień zaopatrują się w Biedronce czy innym Leclerku, poruszając się w wydawałoby się obciachowym dla winomana przedziale 13–20 zł.

Biedronka wina hiszpańskie promocja listopad 2011

Szczególnie polecamy, żebyś wydał(a) u nas trochę więcej.

Biedronka o tym wie i dlatego robi co może, żeby zagospodarować tę trochę ambitniejszą publiczność. Dlaczego? Bo droższe wino daje możliwość wyższej marży. Bo „Owad” dostrzega słabość innych graczy na tej średnioniskiej półce – innych supermarketów, które globalnie rzecz biorąc nie wykorzystują swoich szans. A może też dlatego, że dotychczasowe wyniki sprzedaży win nie były aż tak satysfakcjonujące? Z jednej strony Biedronka przejęła już kilkanaście procent polskiego rynku winiarskiego, sprzedaje dziesiątki tysięcy butelek każdej etykiety. Z drugiej – dzieje się tak z powodu ogromnych rozmiarów samej sieci. Należy do niej już 1,7 tys. sklepów. To sprawia, że 50 tys. sprzedanych butelek jednego z cenowych bestsellerów nie robi aż takiego wrażenia. Po każdej okresowej promocji na półkach zostaje sporo niesprzedanych win, szczególnie w wyższych przedziałach cenowych 20–25 zł. Wyprzedawane są one potem z ok. 30% zniżką. Nie wydaje mi się to oznaką wybitnie udanego handlu. Aby przekonać do siebie klientów poszukujących nieco droższe wina, Biedronka musi jednak poprawić serwis. Stąd ci sommelierzy, Chablis i Châteauneuf na półce. Co będzie dalej?

(więcej…)

Read Full Post »

Ostatnio pisałem Państwu często o winach z szeroko pojętych supermarketów: Leclerka, Biedronki i Makro. Z moich odczuć i Państwa komentarzy wynika, że polskie supermarkety coraz bardziej starają się o dobry wybór win i stosunek jakości do ceny. To dobrze. Nie chciałbym jednak, by utrwaliło się wrażenie, że dobre tanie wino można kupić tylko w supermarkecie. Wielu małych importerów robi w przedziale cenowym 20–30 zł świetną robotę i oferuje wina nieraz ciekawsze i smaczniejsze, niż sklepy wielkopowierzchniowe.

Na słotną polską jesień proponuję Państwu dziesięć win czerwonych, kosztujących mniej niż 30 zł brutto, które można kupić w specjalistycznych sklepach winiarskich od ich bezpośrednich importerów. Wybór oparłem na szerokiej degustacji ok. 50 różnych win. wybrałem butelki z różnych krajów i w różnych stylach, których wspólnym mianownikiem są typowość, świetna intensywność i „pijalność”. Dobre wino nie musi kosztować dużo (nawet przy wysokim kursie €) i nie trzeba po nie iść do supermarketu! Wspierajmy małych importerów, bo to oni w największym stopniu gwarantują różnorodność naszej winiarskiej sceny.

Chateau Les Ollieux Romanis Capucine 2008

Francja - koncentracja. Dla lubiących wina „konkretne”.

Château Ollieux Romanis Capucine 2008

Francja nie ma nic do zaproponowania na dolnej półce? Wolne żarty. Spróbujcie tego gęstego, mięsistego, „konkretnego” wina w rekordowej cenie. Do tego świetna kwasowość. (Nieprzepadającym za mięskiem w kieliszku polecam użycie karafki). Fantastyczny zakup. (27 zł, Mielżyński)

Carlo Romana Dolcetto di Dogliani 2009

Pijemy za mało Dolcetto! To odświeżające, pachnące wino można pić zarówno solo, jak i do jedzenia – od przysłowiowych makaronów do polskiej wieprzowiny. Nutka goryczki w końcówce wzmaga apetyt i zapobiega nudzie. (29 zł, Winarium)

Torreguaceto Salento Negroamaro Pietraluna 2009

Najlepsze wino do 30 zł spoza supermarketu.

Torreguaceto Negroamaro Pietraluna 2009

Południowe, śródziemnomorskie, słodkie (wiśnie, truskawki) w zapachu; usta ładnie ułożone, z odrobiną struktury, autentycznie smaczne. Bardzo włoskie to wino – pełne hedonistycznej słodyczy owocu, zarazem świeże, napięte. Jak na mój smak najlepsze, najpoważniejsze wino zestawu. (29,50 zł, Enoteka Polska)

Albet i Noya Petit Albet Negre 2010

Wybrałem dla Państwa aż trzy wina hiszpańskie. Ten kraj bowiem fantastycznie nas rozpieszcza w przedziale do 30 zł, kiedy w ustach nie grozi nam atak mulistej hiszpańskiej beczki. Zamykane zakrętką wino od katalońskiego biodynamika zaleca się pięknie intensywnym owocem, jest świeże, soczyste, naturalne, autentycznie „wibrujące”. (27,50 zł, Enoteka Polska)

Albet i Noya Petit Albet Blanc + Negre

Małe jest wielkie.

Castaño Yecla Monastrell 2010

Znana bodega Castaño dostępna ongiś w sieci Wine House obecnie współpracuje z Robertem Mielżyńskim. Południe Hiszpanii pokazuje tu wszystkie swe podręcznikowe zalety: superintensywny owoc, pełnię doznań, sporo powagi, trochę garbnika. A do tego wino świetnie sformatowane pod codziennego konsumenta. (30 zł, Mielżyński)

Finca Lasierpe Tempranillo–Garnacha 2010

Proste, ale wyważone wino ze smacznymi nutami malin. Kwasowości niezbyt wiele, garbnika tylko ślad, nic nie będzie przeszkadzało w radosnym powszednim piciu. Końcówka słodsza, całkiem gęsta jak za tę cenę. Nawarra bez beczki i bez Caberneta to jest to! (28 zł, Winarium)

Castańo Yecla Monastrell 2010

Jak przetłumaczyć na polski „overperformer”?

Caves Velhas Dão Reserva Catedral 2007

Proste i soczyste wino z ostrężynowo-pieprzowym smakiem, który wydaje mi się bardzo „portugalski”. Świetne nawet na drugi i trzeci dzień. Więcej struktury od innych win z tego zestawu. (25 zł, Winestory)

Vale da Mina 2008

Niedrogie wino z Alentejo podpisane przez słynnego Cristiano Van Zellera. Kosztuje 27 zł, a smakuje na 40. Gęste, niemal smoliste, na pograniczu starej dobrej Europy i Nowego Świata. Pełna satysfakcja. (27 zł, Mielżyński)

Ticket to Chile Cabernet 2010

Nowy Świat w całej krasie – intensywny, skoncentrowany, wszystkiego trochę więcej, niżby się spodziewać za 27 zł. Zalecam dekantację, gdyż zapachy po otwarciu butelki są tzw. stajenne. (27 zł, Winestory)

Deicas Don Pascual Tannat–Merlot 2010

Świetne wybrane wino z Urugwaju, zalecające się nieprzeciętną świeżością, pijalnością (tylko 12% alk.), dużą winiarską kulturą, a do tego kosztujące zaledwie 24 zł, czyli mniej niż popularne marki win supermarketowych takie jak C.R. czy C. del D. (24 zł, Winarium)

This slideshow requires JavaScript.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »