Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Liban’

Miły Piotr Chełchowski z Wineonline przysłał mi do degustacji trzy butelki. Butelki z Libanu. Liban to mój winiarski jednorożec. Wina z tego kraju uwielbiam, fascynują mnie od pierwszego kieliszka. Nie byłem nigdy w Libanie i nawet nieszczególnie znam zdjęcia czy filmy z tamtejszych winnic. Hasłowo znam tamtejszą geografię, gleby i inne szczególiki. Lecz jest coś w smaku win libańskich, czego nie mogę zapomnieć. Może to, że przypominają moje ulubione wina rodańskie, ale brak im przy tym francuskiego ułożenia, podszyte są czymś mrocznym, egzotycznym, nieeuropejskim. Marek Bieńczyk w posmaku popiołu w winach izraelskich (w swej średniej mniej przecież inspirujących od libańskich) widzi “memento biblijne”; w winach z Libanu też odzywa się jakiś krwisto-ognisty głos z przeszłości.

Nie wspominam już nawet o Château Musar, kultowym winie wielu winomaniaków, w tym i mnie, ale nawet bardziej komercyjnie nastawione Château Ksara i Kefraya smakują mi nad wyraz i wydają mi się świetną propozycją nawet w dzisiejszym, bezlitośnie zglobalizowanym świecie wina. Massaya, głośny joint venture libańskiej rodziny Ghosni i możnych francuskich winiarzy m.in. z Vieux Télégraphe i D. Hébrard (dawniej Cheval Blanc), nie była dotąd winem z moich snów, choć zawsze ceniłem jej podstawowe czerwone Massaya Classic Red, bezbeczkowe, świetnie intensywne wino pełne śródziemnomorskiego owocu.

L_The Ghosn brothers hr5

Bracia Samuel i Daniel Ghosni. © Massaya.

W tle degustacji była niedawna recenzja tych win w Magazynie Wino, gdzie zebrały słabiuteńkie oceny. Classic Red 2008 wypadł zaledwie “prawie dobrze”, a dwa wina droższe relegowano bezlitośnie do kategorii “do przyjęcia”. Problemem był brett, czyli owe zapachy stajni, końskiej sierści i obornika, które kompleksowo wyjaśnił Andrzej Daszkiewicz. Ewa Wieleżyńska z Magazynu Wino przesłała mi robocze notki degustacyjne (nie były publikowane w MW, jak przy wszystkich winach “do przyjęcia”):

W swoim południowym stylu to wino byłoby niezłe, gdyby nie taki poziom stajennych aromatów wywołanych dzikimi drożdżami, potocznie zwanymi brettem, że nawet dla osób o dużej tolerancji dla tego zjawiska, próg jest nie do przejścia. [Silver Selection 2007]

Wakacyjne, wiejskie aromaty: borówki, jeżyny, kwaskowa żurawina i pojawiający się niestety we wszystkich degustowanych winach tego producenta: przytłaczający zapaszek stajni. Niedociągnięcia w higienie są tak ewidentne, że nawet słabość do win z tego regionu, do ich specyficznej południowej równowagi, nie zdoła przejść nad tym do porządku. [Gold Reserve 2000]

Otóż mnie te wina smakowały, i to bardzo. Classic Red 2008 to naprawdę fantastyczna butelka za 49 zł, pełna soczystego, radosnego owocu, po śródziemnomorsku bogata, ale też całkiem świeża, dynamiczna, z dobrym garbnikiem (wino nie zaznaje beczki). Silver Selection 2007 też uznałbym raczej za “bardzo dobre+” niż “do przyjęcia”. Tu mamy beczkę, więcej Grenache i Mourvèdre, nuty niemal konfiturowe, wino jest z pewnością ciężkie, ale nie oklapłe, a w dodatku ma bardzo ciekawy, unikatowy bukiet korzenno-pieprzny. Jest już trochę ewolucji, ale może jeszcze leżakować; za 75 zł nader dobra flaszka na niedziele i święta.

Massaya Classic Red 2008

Fantastycznie żywotne wino za 49 zł.

Nieco wątpliwości wywołuje, to prawda, Gold Reserve 2000, związanych jednak nie tyle z brettem, co dziwnym rodzajem ewolucji: zielone nuty Cabernet Sauvignon (dominuje tu w kupażu) wskutek wieku przemieniły się w dość dziwaczne zapachy kamfory, mentolu, ciało jest pełne, oleiste, owocu jest całkiem sporo, ale są też zdecydowanie ewoluowane nuty balsamiczne. Wino nieco bez oddechu, mniej przekonujące w pierwszym odruchu od dwu powyższych, choć nieźle rozwija się w kieliszku (175 zł). Był to trzeci rocznik Massai, wydaje mi się, że te niedawne są od tego wina wyraźnie lepsze.

L_Overlooking view-East Bekaa Valley HR

Winnice w dolinie Bekaa. © Massaya.

Ale co z tym brettem? W moim kieliszku była go szczypta, doprawdy nieprzeszkadzająca w niczym. Funkcjonowała właśnie jako przyprawa, czyli jako “dobry” brett, uważany za element złożoności wina, a nie dyktatorsko dominująca nad całą resztą wada. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Znam doskonale podniebienia Magazynu Wino i nie mogę podejrzewać, że redaktorzy pisma nie rozpoznają brettu. Próg wrażliwości na tę nutę zapachową u Ewy Wieleżyńskiej jest mniej więcej taki jak u mnie. Co się zatem stało? Różnica pomiędzy butelkami? Na 99% właśnie tak było. Czyli brett w Massai oscyluje od stanów akceptowalnie niskich do dyskwalifikujących.

I to jest prawdziwy problem nie tylko o winie piszących, ale też wino pijących i lubiących. Bo skąd wiedzieć, czy wada – nie musi to być brett, bo tak samo będzie z lekkim utlenieniem, innymi nieczystościami, nie mówiąc już o wadzie korka, pojawiającej się (niemal) zupełnie przypadkowo – jest immanentną cechą wina, czy przypadłością tylko jednej butelki? Trzeba naprawdę bardzo dobrze znać danego producenta, by to wiedzieć. (Np. niedawno degustowane wina Elisabetty Foradori z lat 2003 i 2004 atakowały lekką, przypominającą chorobę korka redukcją, która zawsze w nich tkwiła). Oceny wina – nie tylko te profesjonalne, gazetowe, ale i te całkiem luźne, codzienne, którymi dzielimy się na blogach, forach i klatkach schodowych – są czymś niezwykle kruchym nie tylko dlatego, że zależą od miliona czynników w czasie degustacji / picia, ale też dlatego, że każda butelka jest zupełnie, drastycznie, nieodwołalnie inna.

(więcej…)

Read Full Post »

Musaromania

Na zaproszenie swego importera Centrum Wina nawiedził Warszawę jeden z wielkich winiarzy tego świata, Serge Hochar. Serge Hochar, czyli Château Musar. Château Musar, czyli ukochane wino winomanów na całym świecie. Szalone, postrzelone, do niczego niepodobne wino postrzelonego winiarza. Cabernet Sauvignon z podgórskich glin w Libanie, powstający (co jakiś czas) pod ostrzałem izraelskich kartaczy, w kraju rządzonym (co jakiś czas) przez wojowniczą islamską juntę grożącą batami za picie alkoholu. Wino, które w pojedynkę stworzyło współczesną historię wina w Libanie; wino, które jako jedyne z całego wschodniego Śródziemnomorza na stałe zadomowiło się w światowych rankingach i przewodnikach.

Musar jest ostatnio na fali. Wiele niedawnych roczników już obrosło legendą – 1995, 2000, a zwłaszcza fenomenalny 1999 – a wprowadzenie „drugiej etykiety” Hochar Père & Fils okazało się wielkim komercyjnym sukcesem. Winifikacyjna obecność tego fils, czyli Gastona Hochara, też daje się odczuć w coraz lepszym dopracowaniu win. W Polsce Musar jest już znany koneserom, ale zasługuje na to, by jego sława zatoczyła szersze kręgi; szkoda więc, że styczniowa degustacja nie była lepiej rozreklamowana i że szansy spróbowania win nie dostała tzw. opinia publiczna.

Château Musar jest winem, które odwdzięcza się pijącemu wprost proporcjonalnie do wysiłku włożonego w jego zrozumienie. Degustacja z lotu ptaka jako przerywnik w diecie złożonej z supertoskanów i malbeków skończy się zapewne wzruszeniem ramion, natomiast kto Musara umie parę godzin zdekantować, wysupłać sumkę na starszy rocznik, upiec zwieziony z hali udziec barani, te smaki zapamięta na długo. Smaki dziwne – w bukiecie Musara pojawia się na przykład charakterystyczna nuta migdałowo-octowa, która dla niektórych jest zupełną anatemą (niektóre roczniki z uwagi na poziom kwasowości lotnej miały kłopot z dopuszczeniem do sprzedaży na niektórych rynkach), a usta często łączą żywioły całkiem wobec siebie przeciwne (i mało „współczesne”), jak leciutkie utlenienie, ostrą kwasowość, mocarne garbniki, ewoluowany, mało świeży owoc.

Te wszystkie niuanse, jako się rzekło, zasługują na degustacyjną staranność i cierpliwość, toteż z natury rzeczy godzinny przegląd sześciu win był cokolwiek hasłowy. Co z niego zapamiętałem? Serge Hochar jest być może największym bajarzem wśród winiarzy; restajling najtańszej etykiety przemianowanej na Musar Jeune okazał się operacją udaną (rocznik 2008 z dominantą Syrah jest świeższy i bardziej owocowy niż dawniej, ale zachowuje śródziemnomorsko-libański charakter i jest w swojej cenie świetną propozycją); Hochar Père & Fils w wieku lat sześciu to świetna butelka, którą niejedna winiarnia chciałaby mieć jako czołową etykietę (i tylko szkoda, że z europejskich 12€ robi się w Polsce 80 zł); białe Château (ale to już wiedzieliśmy) jeszcze bardziej niż czerwone potrzebuje czasu, by się otworzyć (2003 jest absolutnie niegotowy, za to 1999 daje już przedsmak swych możliwości); czerwone Château 2001 to rocznik „przejściowy”, dobry, ale na razie nieco suchy i toporny, bez większej głębi, choć i jemu czas będzie łaskawy; za to 2002 okazał się sensacją dnia, ze swą fenomenalną, przypominającą niemal Barolo malinową finezją. Musar do tej niewymownej jedwabistej elegancji dąży zawsze, lecz zwykle potrzebuje paru dekad, by ją osiągnąć (niezapomniana degustacja 1970 i 1978 w Bordeaux w 2007); tutaj mamy ten charakter podany od razu na tacy, w cenie młodego rocznika. Od razu kupiłem, ale szkoda, że z europejskich 25€ zrobiło się 174 zł. (Rocznik 2001 importowany jest także przez Wina.pl za 135 zł).

(więcej…)

Read Full Post »