Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Médoc’

Niedawno narzekałem Państwu (tu i tu) na rocznik 2009 w Bordeaux. Miał być planetarny i niezapomniany, a na razie okazuje się kluchowaty i męczący jak winiarski film klasy B. Za moją krytykę zostałem co prawda skrytykowany, że nie doceniam nowoczesnego stylu w Bordeaux i że wina na pewno się rozwiną. Oby. Na razie nie mam ochoty ich pić.

Co jednak robić, jeśli ma się ochotę na Bordeaux, a niekoniecznie na kluchy? Przyznam szczerze, że jestem wybredny – nie pasują mi zupełnie wina z 2006, płaskie i bez nerwu, nie pałam też miłością do 2007. Świetnie się zapowiada 2008, pełen rasy i świeżości, za to pozbawiony emfazy i konfitury. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać wina z rocznika 2005 i to dopiero jest ciekawe porównanie z 2009.

2005 też swego czasu był obwołany „rocznikiem stulecia”, a ceny poszybowały na niespotykane dotąd poziomy (dziś, z perspektywy 2009 i 2010, wydają się wręcz okazyjne). Jak przeczytałem dziś na Twitterze:

We are very happy in Bordeaux to have a ‘vintage of the century’ every two years and a vintage of the millennium every ten.

Bordeaux 2005 to zatem dobry test również dla naszych nadziei związanych z 2009. Traf chciał, że tę oto butelkę znalazłem na półce w ursynowskim Leclerku:

Chateau Tours des Bons Haut-Medoc 2005

Kolejny rocznik stulecia, ale tym razem dobry.

Haut-Médoc z „rocznika stulecia” za 43 zł to dobra okazja. Zwłaszcza, że wino jest pyszne. Soczyste, czereśniowe, świeże, lekko mięsiste, w punkt wytrawne, z owymi kredowymi, ale finezyjnymi garbnikami, których nie da się pomylić z niczym innym. Wzór umiaru i kultury, wino w żadnym punkcie nieprzesadzone, choć zdominowane smakowo przez Merlota. Bardzo dobra butelka i dla zupełnych bordoskich nowicjuszy w charakterze pedagogicznym, i dla już obytych w temacie, bo wino jest arcy„typowe”.

No właśnie, ma to, czego brakuje tak wielu winom z 2009. Poza alkoholem (tu na etykiecie tylko 12,5%) największa różnica pomiędzy obu rocznikami polega na świeżości, naturalnej równowadze. Bordeaux z 2005 są dojrzałe, pełne, bogate, ale nie przestają być sobą, nie buchają rodańskim ogniem, które dziś psuje urok wielu 2009. 2005 swym połączeniem siły i klasyczności nawiązywał do największych roczników w historii Bordeaux, jak 1990 i 1982, które też były bardziej napakowane od sąsiadów, ale miały ową nienaganną równowagę, a upływ czasu potwierdził ich klasę. 2009 po pierwszych degustacjach wydaje się już rocznikiem nowej ery, gdy o klasyczny smak Bordeaux, ową dyskretną kwasowość, chłodzący smak garbnika, potoczystą pijalność będzie coraz trudniej, trzeba będzie przywyknąć do koniakowych końcówek, ugotowanego owocu, trudnej w piciu masy. Dlatego cieszmy się ostatnią chwilą wolności, pijmy 2005.

Źródło wina – własny zakup. Bordeaux z 2005 dostać można także w Wina.pl, u Roberta Mielżyńskiego, Winarium i La Vinothèque.

Read Full Post »

Spółdzielnia degustacyjna, której ekscesy opisywałem już tu, spotka się dziś znowu nad butelką. Butelką zbyt drogą, by ją obalić samemu. Została odkupiona za 900 zł (bez podatku) od jakiejś starszej pani. Ponoć leżała wcześniej w jakimś pałacu. Nie wiadomo, czy pani była do końca świadoma wartości butelki. Ktoś ponoć taką samą widział w sklepie za 1400 zł. Ale to raczej niemożliwe, bo w Hongkongu kosztuje 6 tys. juanów, a nie dalej jak wczoraj poszła w Sotheby’s po 6900 funtów za skrzynkę. Mniejsza o to, choć dziś wieczór wyjdzie (bez podatku) 130 zł za mały kieliszek.

Jeszcze przed istnieniem zamku. © Château M.

Etykieta będzie bardzo zabrudzona, kapsuła luźna, co wzbudzi wątpliwości co do autentyczności butelki; fakt ten można wszak sprawdzić na stronie internetowej producenta, dzięki czemu sprawę uda się wyjaśnić w ciągu paru chwil (stawiam 40%, że butelka będzie fałszywa). Będą kłopoty z wyjęciem korka. Prowodyr wieczoru Marek B. zawsze wyciąga korki z drogich butelek zbyt niecierpliwie, nie wkręcając korkociągu do końca. Jakoś się uda. Pierwszy nos będzie słaby. Mięsista redukcja, nutka brettu, sporo nut zielonych, beczka, beczka, beczka. Pojawi się pomysł dekantacji, jak zawsze, gdy wino nie dorasta do oczekiwań i szuka się na gwałt ratunku. Daję 50% szans, że zwycięży opcja dekantacyjna. Usta półpełne, żelaziste, jeszcze trochę garbnikowe, zielono-rosołowe, pietruszkowe, rozpaczliwie pozbawione słodyczy i jasności. W ogóle wino bez owocu, bez nadziei na owoc. Oczywiście dużej klasy, precyzyjnie zaplanowane, zbudowane, z ćwierćaromatycznym niuchem najdroższej na świecie dębiny (nie zapomnę reportażu w TV5, gdzie enolodzy z czołowych zamków walczyli na aukcji o dęby zasadzone przez Ludwika XIV jak gimnazjaliści o naklejki z kopaczami Barcelony). Zieloność bez świeżości, pełnia bez owocu, moc bez blasku. Luksus bez radości.

XVIII-wieczni amatorzy mojego wina. © Château M.

Marek B. będzie jak zawsze mówił o formie, o ziarnie, o dotknięciu garbników, o tradycji, czyli o powszechnikach, pojęciach tyleż słusznych, co nieuchwytnych i bez konkretnej w tym przypadku wartości. Nieraz wypowie słowo „wibrujący”, bez związku z tematem. Wiktor B. jak zawsze trzeźwo stąpający po ziemi napomknie coś o cenie; to będzie drażliwy temat, zwłaszcza w obliczu innych butelek tego wieczoru. Jak daleko fruwał będzie bowiem nasz bohater z 1996 od takiego zameczku piątej klasy ze słabiutkiego rocznika 1994? Daleko, ale nie aż tak; nie będzie miał zarazem tej pijalności, soczystości, jego masa okaże się cokolwiek męcząca (czy ktokolwiek to zauważy, sącząc nabożnie swoje 100 ml?) przy rozpuszczonej, obiadowej mięsistości Cos-Labory 1994. A już inne wino z 1996, które prowokacyjnie podam w ciemno, niedaleko upadnie od jabłoni krystalicznym ziarnem swych garbników i o wiele bardziej bezpośrednim posmakiem kamienistej ziemi. A kosztować będzie dokładnie 54 razy mniej.

Co cenniejsze: wino czy architektura? © Château M.

Pod koniec wieczoru resztki wina na dnie kieliszka otworzą się; garbniki się wygładzą, pietruszka rozpuści, czereśnie rozkwaśnią. Nad brzegiem pustego basenu będzie się można przez chwilę ogrzać w słońcu. U progu utlenionej śmierci nawet garbniki Cabernet Sauvignon, owo słynne kredowe ziarno opiewane przez Marka B., staną się mniej zimne i suche. Czy to jednak napełni mit treścią? Czy tchnie życie w puste sale klasycystycznego zamku, w tę dziwaczną mieszankę chciwości, handlowego geniuszu, protestanckiej sztywności, technologicznej obojętności, jaką są najdroższe wina z Bordeaux?

Już odgadliście wino w ciemno?

Moc bez blasku. Luksus bez radości. Teatr bez emocji, odgrywany zimnymi gestami przez pozbawionych złudzeń profesjonalistów. Majestat starych handlowych ksiąg; rodzinne uczucia w temperaturze drzewa genealogicznego. A może po prostu nie warto kroplami, łapczywie spijać ikony. Nawis oczekiwań jest tak ciężki, że nie pozwoli nigdy spojrzeć prawdzie w oczy. Degustacja w ciemno jest absurdem, bo ani rzeczywistości, ani nas samych nie da oczyścić z przypadku. Ale degustując w jasno, jesteśmy zaślepieni własnymi uprzedzeniami.

Nie łudzę się jednak, że ktoś pójdzie po rozum do głowy. W Bordeaux wyzbyci złudzeń profesjonaliści nadal będą oceniać wina ledwie co wlane do beczek, w Chinach menedżerowie nadal będą kupować butelki, by ich nie wypić, a nad Wisłą, choć dobrze wiemy, że nie warto, nadal będziemy płacić 150 zł za trzy łyki zielonego Cabernet Sauvignon. The show must go on.

Ikona. 50 zł za łyk (bez podatku).

*************************

[Dopisałem po wypiciu Ch Margaux 22.04 13:30]

Jak to było naprawdę

Korek wyszedł bez problemu. Marek Bieńczyk ani razu nie wypowiedział słowa „wibrujący” i – pomimo moich namów – nie starał się przekonywać obecnych o wielkości Château Margaux. Choć sam chyba w nią wierzył. Dekantacji nie było. Butelka była najprawdopodobniej autentyczna. Wobec mojej wyimaginowanej „degustacji w ciemno” wino okazało się młodsze i bardziej dynamiczne. Mniej zielone, niż się spodziewałem – w istocie nie miało śladu zieloności. Najlepsze było pierwsze wrażenie: wina pełnego, mocnego, świeżego, ze znakomitą beczką (to zgadłem). Bardzo dobra koncentracja. Z czasem nieco agresywniejsze garbniki i trochę przeszkadzający alkohol. Wina było mało, więc o ewolucji w kieliszku trudno coś wyrokować, ale w ciągu pół godziny nie nastąpiła znacząca zmiana na lepsze. Raczej ujawnił się fakt oczywisty: Margaux 1996 jest za młode. Ale też nie jest już tak bardzo młode, więc nie ma ani zalet młodości, ani zupełnej dojrzałości. To było wiadomo zawczasu, ale tak jak pisałem, the show must go on, w świadomości bezsensu butelkę osuszyliśmy.

Jest to wino dużej klasy, ale nie kupiłbym go ponownie, nawet bez podatku, nawet jednego kieliszka. Spośród ośmiu pozostałych butelek najlepszy był izraelski Domaine de Castel 2002 ($35 kilka lat temu). Najtańsza butelka – przyniesione przeze mnie Bernard Baudry Chinon Les Grézeaux 1996 za 12€ – obroniła się znakomicie. Dobrą niespodzianką był Smith Haut-Lafitte Blanc 2004, mniej beczkowy, bardziej mineralny niż się spodziewałem. Rieussec 1986 był korkowy. Wesołych Świąt!

0,018% ceny i 66% przyjemności Château Margaux 1996.

Read Full Post »

Dyskusja na kanwie mego niedawnego wpisu u burgundach 2009 skręciła w nieoczekiwanym kierunku. Jeden z miłych Czytelników wypomniał, że nie pisze o winach z Leclerka. Ma rację. Przez wiele lat nie było bowiem o czym. A mówię to jako weteran Leclerka. Pamiętam bohaterskie lata dziewięćdziesiąte, gdy można było nawet obejrzeć sobie Château Margaux (przez szybkę w ryglowanej gablocie). Hiciorami tamtego czasu były Cava Louis de Vernier z niemożliwą do zdjęcia klamrą na korku i Château Slavyantsi Special Reserve 1993 (jak głosiła fama, otrzymane w rozliczeniu za zboże wysłane Bułgarom w potrzebie przez Wałęsę).

W sumie warto.

Potem w Leclerku zapanowała jesień średniowiecza. Gablotę zlikwidowano, a na półkach zapanowały hurtowe zlewki typu Castel i Cambras. Im dalej, tym gorzej, aż zupełnie przestałem tam cokolwiek kupować. Okresowe rekonesanse w końcu też zarzuciłem. Po półrocznej może nieobecności do pionu przywołał mnie głos Czytelnika. W Leclerku nastąpił bowiem jakościowy przełom. Późną jesienią 2010 w odnowione stoisko alkoholowe wpompowano dziesiątki nowych etykiet. I to nawet tych najambitniejszych. Kupimy tu m.in. klasyfikowane Margaux za 127 zł i słynny Madiran Château Montus 2007 za 100 zł.

Warto.

W ofercie supermarketu nie diamenty są jednak ważne, lecz tania codzienność. Wybór jest ogromny – naliczyłem 20 Bordeaux poniżej 50 zł, do wyboru jest kilkadziesiąt win francuskich po 20–25 zł. (Inne kraje Leclerc ściąga z rynku od różnych importerów i z wyjątkiem Portugalii – tuzina dobrych etykiet z Atlantiki w dobrych cenach, np. słodki Moscatel Ermelinda Freitas za 40 zł – znajdziemy tu tylko banalną sieczkę).

Bardzo warto.

Francja za 25 zł w Leclerku to żadna nowość, tyle że przed reinkarnacją działu winnego były to ponure cienkusze niewarte nawet polowy swej ceny. Jak jest teraz? Wybrałem na półchybił-trafił 6 butelek. Biały Muscadet Clos Galardon 2009 (z niezłej małej posiadłości Huteau Hallereau) jest prosty, lekki, smaczny, bezproblemowy, ale ma wyraźną nutę mineralną i okazał się znakomity do kilku morskich stworzeń, które ugotowałem w zeszły weekend. Za 22,15 zł na mocną czwórkę. Côtes du Jura Chardonnay 2008 ze spółdzielni w Voiteur to zaskakująca pozycja – wina z Jury (a kupimy nawet z Sabaudii!), malutkiego, sennego i niezbyt taniego regionu, raczej nie zapuszczają się w takie wielkopowierzchniowe miejsca. To najdroższe wino z mojego kartonu (30,45 zł). Ładnie wyważone, niewymuszone, bez wyraźniejszego charakteru Jury, ale za to zupełnie niesmakujące komercyjnym, cukierkowym szardonejem z Australii czy inne Kalifornii (3+).

Nie warto.

Z win czerwonych rozpoznałem bojem sygnalizowane przez Czytelnika Côtes du Marmandais La Vieille Église 2008 (24,19 zł). Marmandais to bardzo dalekie zaplecze Bordeaux, okolica rozpaczliwie prowincjonalna i znana dotąd z jednego dobre winiarza Eliana Da Rosa. Tutejsza spółdzielnia walczy o przetrwanie całej apelacji, formatując pod supermarket różne tanie etykiety. Vieille Église nie jest złe, ma dobrą soczystość, ale też przeraźliwą chudość starej szkapy i suche jak kredowy pył garbniki. Nie czynię z tego zarzutu – bo tak smakują wszystkie wina z Marmandais – ale pijmy to wyłącznie do mocnego mięsnego jedzenia (3-). Rozczarowaniem okazało się wybrane przypadkowo z szerokiej oferty Médoc Château Mareil 2008. Wino ma charakter bordoski, jest czyste i uczciwe ale bardzo lekkie i nawet za 26,19 zł nie budzi entuzjazmu (3=). W tej samej cenie zdecydowanie lepiej kupić Côtes du Rhône Valréas Domaine de la Vallée des Grives 2008. Znajdziemy tu wszystko, czego można oczekiwać po tanim Rodanie: mocny, dojrzały owoc, świeżość, dynamizm, pocałunek garbników. Wino jest naprawdę smaczne (4). Na koniec flaszka kontrowersyjna. Château de Berzé Mâcon 2008 to czerwony burgund, ale zrobiony jak Beaujolais ze szczepu Gamay. Idealny dla tych, którzy lubią w kieliszku swojski smrodek, tzw. nuty wiejskiego podwórka czy stajni. Piłem tę butelkę przez parę godzin, nuty smrodliwe nie uleciały. Jeśli przejść przez tę początkową nutę, wino jest soczyste, pełne owocu, na poziomie dobrego Beaujolais-Villages; ma mnóstwo tego, co w winie nazywam rzutkością (mocne 4).

Warto.

Leclerc robi dobrą robotę. Zmienił podejście do polskiego klienta i zaproponował bardzo dobry wybór win francuskich w przyzwoitych cenach. To nie są jakieś niezapomniane okazje – Leclerc wyraźnie celuje w inny segment cenowy niż tzw. dyskonty typu Biedronka, gdzie akcja toczy się głównie na granicy 9,99 zł. A dla każdego z opisanych przeze mnie po 25–30 zł dałoby się znaleźć równie dobry odpowiednik w małych sklepach winiarskich i na www. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że można wejść do Leclerka nie mając pojęcia o notowaniach roczników w Bordeaux i nawet na chybił trafił kupić dobrą butelkę wina za 25 zł.

Bardzo warto.

(więcej…)

Read Full Post »