Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Prosecco’

Wpadły mi ręce takie statystyki sprzedaży w restauracji. Lokal w centrum Warszawy na ok. 100 nakryć, kuchnia azjatycka. Wina w karcie od 85 zł za butelkę, 60 etykiet z czego aż 18 na kieliszki (sprzedaż na kieliszki wliczona do poniższych danych). Obsługa wielokrotnie szkolona itd. Dane za okres lipiec 2011 – marzec 2012.

Prosecco – 113 but.

Cava – 51 but.

Szampan (4 etykiety) – 47 but.

Pinot Grigio – 118 but.

Rueda – 17 but.

Chablis – 151 but.

Riesling mozelski – 69 but.

Grüner Veltliner – 58 but.

Gewürztraminer (3 etykiety) – 60 but.

Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii – 341 but.

Chardonnay z Nowego Świata (2 etykiety) – 137 but.

Mystery Warsaw restaurant sushi

Naród głosuje na Sauvignon Blanc.

Bordeaux czerwone – 43 but.

Rioja (4 etykiety, reserva i gran reserva) – 189 but.

Barolo – 5 but.

Amarone – 20 but.

Pinot Noir z Nowego Świata (2 etykiety) – 115 but.

Cabernet Sauvignon z Nowego Świata (2 etykiety) – 99 but.

Malbec – 63 but.

Ja do sushi i zupy kokosowej najchętniej piłbym Ruedę i Veltlinera. Jak widać moja partia nawet nie wchodzi do Sejmu.

Zapraszam do dyskusji.

Read Full Post »

Sensem tradycji jest powtarzalność. Co roku w Wigilię jemy te same pokarmy i co roku pasują do nich te same wina. Nie jest to dzień skłaniający do odważnych eksperymentów i wywracania wszystkiego do góry nogami. Być może do śledzia lepiej zagrałoby nowozelandzkie Sauvignon Blanc, a do makowca Zinfandel. Ja jednak podam jak zwykle alzackiego Rieslinga, lekkie Pinot Noir, a na koniec tokaj. Tego dnia wolę trzymać się tradycji, niż odkrywać nowe lądy.

śledź w oleju

Winiarska łamigłówka. © Kuchnia.o2.pl.

Propozycje win do polskich potraw świątecznych wykuwały się przez lata cierpliwych eksperymentów. W tandemie z Tadeuszem Pióro pochłonąłem tysiące pierogów i wypiłem hektolitry barszczu. Narodziły się z tego połączenia często logiczne i historyczne (tokaj do ciasta, Furmint lub Veltliner do karpia), a niekiedy zaskakujące (wino musujące do śledzia). W tym roku miałem okazję kilka razy w ramach różnych warsztatów i pokazów zrewidować te już sprzed kilku sezonów pochodzące pomysły. Głosy słuchaczy najczęściej wspierały Furminta i białego burgunda. (Powrót Chardonnay do kulinarnych łask jest ewidentny). Mam wrażenie, że mniejsze niż parę lat temu jest zapotrzebowanie na wino czerwone. Dobrej klasy Bourgogne Pinot Noir, proponowane do kapusty, pierogów i karpia, nie budziły entuzjazmu.

Natomiast jedno nieoczywiste połączenie sprawdza się zawsze. Bąbelki do śledzia to strzał w dziesiątkę. Smakuje nawet największym sceptykom. Doskonała alternatywa dla wódki: wino musujące można podać niemal równie zmrożone, zamiast ekspresowego rauszu dostaniemy bąbelkowe poczucie euforii, a dalszy przebieg Wigilii tylko na tym zyska. Rok temu polecałem Państwu do śledzia szampana, lecz w okresie zaciskania pasa możemy go łatwo zastąpić tańszym winem musującym typu crémant (ogromny wybór np. w niedawno opisywanym Leclerku) czy Cava (im poważniejsza, tym lepiej – z ostatnich odkryć polecam usilnie Raventós i Blanc L’Hereu, importer: Złoto Hiszpanii).

Col Vetoraz Valdobbiadene Prosecco Brut 2010

Bąbelki do śledzia - to zawsze działa.

Ja z lubością piję ostatnio do śledzia Prosecco. Łagodniejsze musowanie tego typu win, cytrusowy owoc, podwyższona zawartość cukru i niska cena sprawiają, że to wybór pod każdym względem szczęśliwy. Ów cukier potrzebny jest do zrównoważenia słoności śledzia – zapewniam, że nawet „extra dry” (czyli półwytrawny, wedle pokrętnej nomenklatury win musujących) wyda się całkiem wytrawny. Ja w tym roku po pierwszej gwiazdce otworzę Col Vetoraz Valdobbiadene Prosecco Brut. Obok Nino Franco to obecnie najpoważniejsze Prosecco, zwiewne i radosne, ale głębsze i soczystsze od innych. Kosztuje połowę tego, co przyzwoity szampan – 60–65 zł, importowane przez Rubikon, dostępne w Warszawie także w Wine Corner przy Polu Mokotowskim i w Międzywinami w Podkowie Leśnej. Wesołych Świąt!

(więcej…)

Read Full Post »

Ofensywa marketingowa sklepów wielkopowierzchniowych trwa. Mniej więcej w tym samym czasie, co karton win z Biedronki, otrzymałem miłą przesyłkę z Makro. W tym ni to dyskoncie, ni to hurtowni zaopatruje się wielu właścicieli małych kawiarń, barów i restauracji, zatem tutejsze wina możemy spotkać w wielu sytuacjach – poza najprostszą, czyli wejścia z ulicy do sklepu i nabycia butelki, bo jak wiadomo, w Makro mogą robić zakupy tylko firmy. (Chociaż prawie każdy ma przysłowiowego wujka, który posiada kartę do Makro i w razie czego „pożyczy”).

Makro od dawna stara się zaoferować szeroki wachlarz win w różnych cenach. Ok. 25% zaopatrzenia pochodzi z własnego importu, reszta z krajowej dystrybucji. W wybranych sklepach istnieją „wine humidory”, w których znajdziemy butelki z wyższej, najwyższej i jeszcze wyższej półki. (O tym wynalazku poczytacie tu). Makro organizuje też szkolenia winiarskie dla swoich odbiorców. Stara się zagospodarować niszę, o której mało kto w Polsce myśli – dotrzeć do tej rzeszy pośredników, małych winiarskich podmiotów, którzy gdzieś giną w cieniu ilościowych i jakościowych kolosów takich jak Centrum Wina czy Mielżyński, a przecież w dużym stopniu kształtują nasz winiarski pejzaż.

Valmarone Prosecco z Makro

Prosecco z Makro w najlepszym dla siebie towarzystwie.

Odwiedzając dział winiarski w Makro, mam zwykle mieszane uczucia. Wybór etykiet jest bardzo duży, lecz dominują brandy z niskiej półki, te wszystkie nowoświatowe etykiety z hipopotamem i żyrafą, te IGT Sicilia i stołowe półsłodkie z rozmaitych krajów OECD. Jeśli znane apelacje, to tylko w najtańszej wersji no-name. Mało jest win, które przyciągałyby uwagę winomana na pierwszy rzut oka, brak w zasadzie dobrych nazwisk, apelacji wysoko notowanych na aktualnej giełdzie. Ale przecież nie o to chodzi. W Makro nie liczy się impulsowy zakup zdeterminowany przez psychologię i marketing, lecz sprawdzony stosunek jakości do ceny, powtarzalność, bezpieczny, „statystyczny” smak. 90% tutejszych win będzie odsprzedanych dalej w innym kontekście.

Nederburg Rose 2010

Nic nie poradzę, smakowało mi.

Muszę zresztą przyznać, że nawet wina nieszczególnie wyglądające potrafią tu być całkiem smaczne. Takie na przykład Nederburg Rosé 2010 z RPA to solidna propozycja, zwłaszcza za 24,99 zł (podaję ceny detaliczne brutto). Oznakowane jako półsłodkie, wino jest w istocie półwytrawne, a do tego czyste, świeże i owocowe, czyli takie, jakie powinno być tanie wino różowe. Dobre pierwsze wrażenie robi też Prosecco Valmarone. W cenie 19,99 zł gra niemal w kategorii Dorato – ma zresztą podobny plastikowy korek, ale o wiele lepszy smak. Umiarkowany cukier resztkowy, całkiem wystarczający owoc (jabłka), bąbelki toporne, ale nie wulgarne… Po paru godzinach byłbym już mniej entuzjastyczny i nie użyłbym słowa, które nasunęło się po pierwszym kieliszku – „hit”. Słabszym winem jest Moscato d’Asti Alte Rocche Bianche (pod tym „brandem” można też nabyć tanie Barolo i Barbaresco po ok. 70 zł). Kosztuje co prawda tylko 34 zł, ale emocji żadnych nie dostarcza. Jest miodowo, lepko słodkie bez wystarczającej kwasowości, a do czystości aromatów też można by mieć różne zastrzeżenia. Mogłoby być gorzej, ale też dużo lepiej.

Pasquier Desvignes Chablis Emile Durand 2010

Woda czy minerały, to zależy od humoru.

Makro nadesłało mnie i innym blogerom (m.in. Czerwone czy Białe, Białe nad Czerwonym, Do Trzech Dych, Środkowa Półka, Viniculture, Kontretykieta) trzy wina sezonowe. Akcja ma być powtarzana cyklicznie. Na wybór win nie miałem wpływu, wybrałem się więc do sklepu, by zobaczyć, co w trawie piszczy poza różowym RPA. Jak na dział winiarski projektowany przez Francuza przystało, najlepszy jest wybór win francuskich – jest m.in. bardzo dużo tanich Bordeaux, Côtes du Rhône (o jednym już pisałem). Z pewnością lepiej kupić tu wino z Francji niż z Włoch, które są generalnie słabo reprezentowane. Jeśli chodzi o najbardziej znane apelacje, na przykład Chablis można kupić w Makro za 39 zł. Wino Émile Durand 2010 smakuje jak Chablis pół na pół z wodą, ale jest typowe, z przyzwoitą mineralnością; na pewno lepsze od Chablis z Biedronki za 29 zł i o wiele słabsze niż Petit Chablis Dampta z Enoteki Polskiej za 45 zł.

Barton & Guestier PInot Noir Ile de Beaute 2010

Absurdalne, ale smaczne.

Oprócz znanych nazw na półkach Makro można znaleźć prawdziwe kurioza. Jak inaczej nazwać Pinot Noir z Korsyki, butelkowane przez dużego hurtownika z Bordeaux? Barton & Guestier Pinot Noir Réserve 2010 (30 zł) smakuje jak Pinot z Argentyny. Słodki i gęsty jak czekoladowe brownie. Po godzinie w lodówce można się doszukać wiśniowego charakteru Pinota. Polecam na prima aprilis i przebierankowe flashmoby. C.d.n.

(więcej…)

Read Full Post »

Najmodniejszym winem tego sezonu we Włoszech jest bełt. Już widzę Państwa rozpromienione twarze: swojski Sen Sołtysa i Ewa w Truskawkach nareszcie docenione za granicą! Spieszę sprostować, że chodzi o bełt jakościowy. Italia zrobiła kolejny krok na drodze ku autentyzmowi i niczym nieskrępowanej ekspresji swych lokalnych specjalności i obaliła jeden z najsilniejszych mitów związanych z winem: klarowność.

Wino klarowne, przejrzyste, przezroczyste, połyskliwe, krystaliczne to znaczy wino dobre. Jesteśmy tego uczeni od przedszkola: każdy kurs degustacji rozpoczyna się od „etapu oka”, każdy wykład z enologii podkreśla zalety klarowania i filtracji, każda fiszka do oceniania win na konkursach daje 5 pkt. za limpidité/limpidity. Wino ma co prawda głównie smakować i pachnieć, ale jeśli jest w poplamionej koszuli i/lub bez makijażu, nie ma szansy na jakikolwiek angaż.

Kieliszek z góry butelki...

Chyba że jest czerwone. Czerwonym możemy wiele wybaczyć. Wino czerwone ma prawo być ciemne jak noc, o barwie głębokiej jak Rów Mariański; ma prawo, a dziś nawet powinno być niefiltrowane. Orgazm osiągnąć wypada nawet przy takim rocznikowym porto, które nie przechodzi żadnego klarowania i jest mętne jak bouillabaisse. Ale wino białe musi być czyste. Przecież inaczej nie ma szans być wspaniale świeże, napięte, wibrujące i głęboko mineralne, jak powinny być dobre wina białe.

Otóż ma. I to nawet większe szanse. Ten stereotyp bardzo trudno przełamać, bo naszą percepcję wina determinują pierwsze wrażenia wzrokowe w o wiele większym stopniu, niż jesteśmy gotowi przyznać. Podpatrzona etykieta z ładnym bordoskim zamkiem od razu sprawia, że wino nam będzie bardziej smakować; głęboka, nasycona purpurowa barwa to pięć dodatkowych podświadomych punktów.

...i z dna butelki.

Ale warto się przemóc. W zamian dostaniemy intensywność, głębię i treściwość, których się nie spodziewaliśmy. A mówię konkretnie o winie najbardziej niekonkretnym i mdłym ze wszystkich (pisałem o tym już tu): Prosecco. Te włoskie bąbelki łatwo wchodzą, świetnie odświeżają, znakomicie relaksują i… To wszystko. Przemysłowa fermentacja najbardziej neutralnego szczepu we wszechświecie daje wina o „smaku zero” (spróbujcie Prosecco bez bąbelków i cukru, np. oznaczonego jako IGT Marca Trevigiana, żeby się o tym przekonać). Też tak myślałem i generalnie zdania nie zmieniam, ale Malibràn Sottoriva 2009 okazało się wielką niespodzianką. Wino produkowane jest metodą szampańską (a nie jak lwia część Prosecco – tańszą kadziową Charmata): wino bazowe z drożdżami i cukrem zamyka się w butelce korkiem, drożdże zjadają cukier produkując bąbelki, po czym w postaci martwego osadu zostają w winie. Tyle że z szampana ten osad się przed sprzedażą usuwa, a w Sottoriva – pozostawia. Wino jest wiec zupełnie mętne.

Odstręczające? Porzućcie stereotypy, wino jest świetne.

Za to jest fenomenalnie wprost pieniste i intensywne. Usuwanie osadu w kąpieli lodowej wiąże się ze stratą ok. 1,5 atm ciśnienia, ale tak naprawdę straty nie da się skwantyfikować. W każdym razie w życiu nie widziałem w winie musującym tak trwałej, gęstej i obfitej piany. Przypomina ona tę, nomen omen, z niefiltrowanych, butelkowanych z osadem piw. Smak Sottorivy również nieuchwytnie, ale namacalnie jest intensywniejszy od innych Prosecco o jakieś 5000%. Wszystkiego jest tu więcej – owocu, świeżości, mineralności, końcówka jest dłuższa. W polskim internecie odbywają się dziwaczne dyskusje o tym, że rożne rzeczy nie mają smaku: wapień, piasek, chlorofil, beczka. W opinii językowych purystów smaku nie maja też drożdże. Otóż mają. Moim zdaniem jest to smak gruszkowo-grejpfrutowy. Wystarczy za 55 45 zł nabyć flaszkę Sottorivy, żeby się przekonać. Importer i pewien sklep, gdzie w wino się zaopatrzyłem, doradzali, by to Prosecco zdekantować. (To motyw powracający przy innych tego typu winach butelkowanych z osadem). Jasne, wtedy mamy szanse w kieliszku na krystaliczną przejrzystość, ale wydało mi się to ciut mieszczańskim oszukiwaniem samego siebie. Ten trębacz właśnie dlatego tak dobrze jazzuje, że chodzi w brudnej koszuli. Ja wolę Sottorivę przed nalaniem do kieliszka zamieszać.

Pijąc to Prosecco, ale też na fali niedawnych doświadczeń z porto czy Rieslingiem dochodzę do wniosku, ze filtracja jest jedną z plag współczesnego winiarstwa. Z coraz większym trudem i milimetrową dokładnością produkujemy wina po to, by zaraz pozbawić je 30% osobowości przez jeden bezsensowny zabieg mający na celu wyłącznie stworzenie iluzji higieny. Nie tylko wina musujące maja wiele do zyskania na odrzuceniu tego kłamstwa. Obowiązkowo wprost z drożdżowego osadu bez filtracji butelkowane jest francuskie Muscadet, które już Państwo ongiś polecałem jako najbardziej niedoceniane wino na kontynencie.

Rifermentazione in bottiglia: moda na bełta.

Akceptujemy mętne piwo, świeżo wyciskany sok z „całej pomarańczy”, przystańmy więc na to, że dobre wino też powinno być bełtem.

(więcej…)

Read Full Post »

W ostatnią środę winomani cierpliwie przedzierali się przez śniegowe zaspy jak XIX-wieczni eksploratorzy Arktyki, by dotrzeć na latający cyrk zwany pieszczotliwie Gambero Rosso Top Italian Wines Roadshow. Dzięki zmianie terminu tego „pokazu drogowego” z wiosny na jesień już drugi raz w tym roku mieliśmy zaszczyt znaleźć się pomiędzy Moskwą a Pragą na liście miast kolonizowanych przez słynne wina włoskie i ich najsłynniejszego sprzymierzeńca, przewodnik „Czerwona Krewetka”. (O poprzedniej wizycie cyrku pisałem tu).

Kolonizacja na miękkiej wykładzinie. © Thompson Intl Wine Mktg.

Kolonizacja trwa dalej, trafiając na podatny grunt (warszawska frekwencja przekroczyła oczekiwania i trzykrotnie przebiła londyńską), lecz odbyła się tym razem w ponurej atmosferze. Nie tylko z powodu śniegu i spowodowanych przezeń opóźnień lotniczych, lecz coraz gorszego klimatu zarówno dla drogich win włoskich, jak i dla smakowego stylu, jaki reprezentują. O merlocie i nowej beczce już nikt poza Polską nie chce słuchać, blogo- i smakosfera rozbrzmiewają od nawoływań do nowej prostoty i nowego entuzjazmu dla Gamay, Frappato, Grignolino, Castelão, Trollingera (niepotrzebne skreślić).

Kryzys wielkiej burżuazji w świecie wina stał się tak dojmujący, że w ciągu ośmiu miesięcy z udziału w objazdowym cyrku Gambero Rosso zrezygnowała blisko 1/3 producentów. Tym razem nie powitaliśmy w Warszawie nawet wiernych od lat przyjaciół „Krewetki”, jak Allegrini, Folonari, Fontanafredda, Lungarotti, Mastroberardino, La Spinetta, Umani Ronchi i Volpe Pasini. Trudno było w sali warszawskiego Sheratona oprzeć się wrażeniu szczurów uciekających z tonącego statku. (A szczurom trudno się dziwić, bo jak ćwierkają ptaszki, za angaż do cyrku trzeba zapłacić w euro nie mniej niż pięć zer).

Na ich miejsce co prawda znaleźli się nowi – firmy szacowne o niekwestionowanych zasługach, jak Ruggeri z Valdobbiàdene i Saiagricola z Toskanii/Umbrii, lecz w większości byty całkiem dla winiarskiego italofila drugoligowe: Tolaini, Principe Corsini, Il Pollenza, których obecność w tym towarzystwie to albo wynik łapanki, albo nagroda pocieszenia za tragiczną miłość do nowej baryłki. Jeszcze parę lat temu obecność wśród „54 najlepszych włoskich producentów wina” twórców Lambrusco czy wieloryba Zonina byłaby nie do pomyślenia. Top Italian Wines Roadshow balansuje na granicy powagi.

Nie ma jednak degustacji tak złej, by nie dało się na niej dobrze napić. Uciekając daleko od supertoskanów i przebeczkowanych Barolo trafić można było na przykład do wspomnianego Lambrusco, którego przydałoby się mieć w Polsce więcej (w wersji wytrawnej) do naszych wędlin i serów, albo do Prosecco, najlepszego włoskiego lekarstwa na depresję. Z przyjemnością wróciłem do chwalonych już win Nino Franco, w tym zdumiewająco mocarnego i mięsistego Grave di Stecca 2008 o konstrukcji dobrego szampana, lecz tym razem me serce skradło Giustino B. 2009 od Ruggerich (w Polsce dostępne tu, ale w przeterminowanym roczniku), jedno z lepszych Prosecco, jakie kiedykolwiek piłem, mineralne i skoncentrowane (23g ekstraktu!), zarazem zachowujące ulotność i radość życia, bez których nie ma sensu pić Prosecco.

Z niekłamaną przyjemnością próbowałem win sardyńskich, które przy gamberorossoizacji i umiędzynarodowieniu swych smaków potrafią zachować fascynującą autentyczność. W czterech Vermentino ze spółdzielni Cantina di Gallura nie było beczki, było za to mnóstwo nut rozmarynu, szałwii, granitu i morskiej soli (w Polsce dostępne szczątkowo tu). Słynna Turriga 2005 od Argiolasa mimo młodego wieku (i zatrważającej polskiej ceny) zapowiada wielkie rzeczy w przyszłości.

Spotkało mnie też parę zdziwień. Zwykle niezachwycony winami San Patrignano z Romanii, ze zdumieniem wąchałem bezbeczkowe, mineralne, pięknie soczyste Sangiovese Aulente 2008 czy oryginalne, bez cienia międzynarodowości (nie poznaje w ogóle baryłki) Sangiovese Riserva Avi 2006. W kadziach nadal miesza tu słynny enolog (i ulubieniec Gambero Rosso) Riccardo Cotarella, lecz nigdy nie piłem win tak mało smakujących jego waniliowym stylem. Ptaszki ćwierkają, że będzie można napić się ich wkrótce w Polsce, a to zakup podwójnie dobry, gdyż wina San Patrignano w ramach terapii i resocjalizacji produkują byli narkomani.

© San Patrignano.

PS 5.12.2010 20:55 Okazuje się że wina San Patrignano dostępne są  już w kilku miejscach w Poznaniu m.in. tu. Oby ich sława zataczała coraz szersze kręgi. Ptaszki ćwierkają o ich przybyciu z Włoch (nie przez Poznań) do Warszawy i innych aglomeracji.

(więcej…)

Read Full Post »

Winiarska Warszawa (Polska?) żyje jutrzejszą degustacją Gambero Rosso (dla chętnych – od godz. 16 w Sheratonie). Niby takie tłoczne degustacje, gdzie o kieliszek Sassicai walczy się na łokcie, wywołują słuszny sceptycyzm znawców, niby gwiazda przewodnika „Gambero Rosso” z różnych, polityczno-biznesowych względów nieco dziś przygasła, a najwyższa przezeń przyznawana nota Trzech Kieliszków nie jest, jak dekadę temu, uniwersalną wyrocznią A jednak na degustację Gambero Rosso czeka się z podnieceniem właściwym wydarzeniom dużej rangi.

Jutro będzie walka na łokcie o Sassicaię, sprinterskie seminaria z dwudziestoma amarone w godzinę, stres niemożności zdegustowania wszystkiego. Dziś natomiast jest dzień zrelaksowanych spotkań z producentami i przedpremierowego kosztowania różnych flaszek. Wypełniłem go umbryjskim Sangiovese i tyrolskim Chardonnay, a zakończyłem Prosecco, winem, którym za mało się w Polsce interesujemy i zbyt rzadko świętujemy jego beztroskimi bąbelkami codzienne sukcesy. Może snobujemy się sądząc, że to cienkusz i balon, a nam ułańska fantazja pozwala pić tylko szampana? Życie bez Prosecco jest wszak uboższe, nawet jeśli mamy w lodówce dużo Clos des Goisses. Pokazał to wieczór z producentem Nino Franco, udowadniający, że Prosecco nie musi być balonowym cienkuszem, a może być winem o cudnej finezji i niespodziewanej mineralności. Nie dizajnerskiej finezji paryskiej ulicy, tylko finezji weneckiego śniadania u Floriana, powietrza pełnego zapachu kawy, kwiatów i cukru pudru.

Winnice firmy Nino Franco. © Nino Franco.

Naprawdę dobre Prosecco bodaj trudniej zrobić niż dobrego szampana czy burgunda. Trzeba bowiem immanentną nicość odmiany i gatunku przekuć w elegancką metaforę, półcień, niedopowiedzenie; jak wielki scenograf czy operator zasugerować, wyrazić czymś, czego na scenie nie ma. Rodzina Franco dobrze opanowała tę sztukę magicznych sztuczek, drobnych gestów, takich jak selekcja absolutnie nietkniętych, chirurgicznie wręcz czystych gron czy siarkowanie moszczu dokładnie w tej minucie tego dnia fermentacji, kiedy trzeba.
Piliśmy trzy różne Prosecco, z których Rustico 2009 wystarczyło w pełni do szczęścia, a Brut 2009 podniecająco wypełniało podniebienie swą pienistą materią i gruszkowym woalem; niby się pamiętało, że to wszystko bańka mydlana, winiarskie trompe l’oeil, a wszak w tej winiarskiej choreografii czy lepiej: prestidigitatorstwie było coś do cna przekonującego; iluzja na chwilę stawała się prawdziwym życiem.

© Nino Franco.

A potem do fletów nalano nam Grave di Stecca 2008, bańka mydlana pękła i odsłoniła mineralność. Spojrzeliśmy po sobie zdumieni. Czarodziej wyciągnął z kapelusza prawdziwego gołębia pokoju. Za magiczną sztuczką stał morał. Prosecco to błyskotka, ale i w świecie błyskotek szczerość ma moc przemiany miedziaka w złoto, pozoru w uczucie, wody w wino.

Read Full Post »