Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Rheingau’

Jeśli chcesz kieliszek Égly 99 wpadaj natychmiast do Esencji.

Esemes od M. zabrzmiał jak Broniewskiego wezwanie do broni. Ubrałem się, popędziłem. Jakże odmówić najbardziej medialnego obecnie szampana, którym delektują się hipsterzy w Krakowie i który ani chybi zawita wkrótce w diapazonowe ściany opiewane na popularnym warszawskim blogu?

Mam bowiem taką katastroficzną wizję, taką senną marę, że docieram gdzieś spóźniony na degustację najlepszego wina świata i z dna butelki wysysam do kieliszka ostatnie krople nektaru. W moim koszmarze nektarem jest stary rocznik Château d’Yquem, mający mi wreszcie unaocznić wielkość tego wina, za którym nie przepadam i które uważam za przereklamowane. Na dnie kieliszka błyska płyn cenniejszy niż złoto, bukiet jest upajający, lecz wina tak mało, że smaku nie czuję. I koniec.

Wśród wielu grzechów degustatorom zarzuca się, że oceniają wino na podstawie mikroskopijnej próbki, poświęcają mu 45 sekund, „sip and spit”. Że to jest nienaturalne, bo normalny człowiek pije butelkę przez dwie godziny do befsztyka i wtedy wszystkie cechy wina mu się w pełni ujawniają. Być może. Sam miewam niekiedy iluminacje przy befsztyku albo wręcz na drugi dzień, gdy wino łyknie trochę tlenu. Częściej jednak kolejne łyki albo utwierdzają w pierwszej opinii, albo ją niesłusznie podważają, bo pod wpływem alkoholu, befsztyka i ożywionej konwersacji na inne tematy ostrość widzenia wina, nie oszukujmy się, nieco spada. Zresztą recenzent literacki doprawdy nie musi książki czytać od deski do deski, by ją krótko scharakteryzować. Od piłkarskiego skauta trudno oczekiwać, by trampkarza oglądał przez wiele tygodni po 90 minut; spojrzy dwa czy trzy razy, jak drybluje i to wystarczy. Oczywiście skaut może się pomylić; w górę udą ci, których intuicja nie zawodzi.

Égly-Ouriet Champagne Brut 1999

Przebłysk prawdy.

Nie inaczej jest chyba z winem. Kiedy próbuję sobie przypomnieć najbardziej wstrząsające butelki w moim życiu, są to zawsze krótkie chwile, pierwsze zetknięcia, uderzenia pioruna: Fontalloro 1997 próbowany na parapecie okiennym przed przyjściem gości na jedną z pierwszych „degustacji”; Vega Sicilia 1942 z 40-gramowej próbki na pionówce w Decanterze; Királyudvar Aszú 2000 oceniany na konkursie w Pannonhalmie, tak niebiański, że jeden z jurorów wstał i zaczął klaskać. Georg Breuer Berg Schlossberg 2007 atakujący podniebienie jedną, bezbarwną, niebywale przenikliwą nutą. Giuseppe Rinaldi Barolo Brunate 1990 na kursie Collegium Vini, zachwycający młodzieńczą energią – piłem przedtem i potem dobrych sześć butelek tego wina, w tym do befsztyka, i żadna nie osiągnęła szczytu tamtego kieliszka wysączonego na sztucznej wykładzinie w hotelu Westin.

W psychologii istnieje teoria gestaltu, mówiąca – w skrócie – że rzeczy poznajemy nie poprzez stopniowe zrozumienie ich cech składowych, lecz natychmiastowe, w pierwszym kontakcie objęcie ich ogólnego kształtu. Gdy wyciągamy korek, nalewamy wino do kieliszka, wkładamy nos, przez sekundę mamy dostęp właśnie do tego gestaltu. Potem zaczyna się analiza bukietu – czy tego się chce, czy to kontestuje – zaczyna się smażenie befsztyka i od gestaltu, tej cudownej chwili jedności, coraz bardziej się oddalamy.

W Esencji nie wiedząc o tym wtargnąłem – bez kwiatów – na urodziny. Na dnie Égly-Ouriet Brut 1999 zostało parę kropel, ale biesiadnicy oddali mi po trosze szampana ze swoich fletów. Koszmar prysł. W lekko starczym już bukiecie tańczyły orzechy, miód i pachnące lilie. W ustach hasała kwasowość, która już się chyba nie zintegruje. Wino było dojrzałe i za młode zarazem. Mineralne, jak rzadko zdarza się szampanom i zarazem burgundzko zmiodziałe. W swym gestalcie tworzyło niepojętą figurę: napiętego jak struna kamienia.

Reklamy

Read Full Post »

Niemcy raz do roku zapraszają Warszawiaka na kieliszek Rieslinga. Dobre i to. Impreza ma długą tradycję i weterani mogą sobie powspominać, jak to korki z butelek wyciągali Theresa Breuer i Roman Niewodniczański. W tym roku drużyna niemiecka zagrała tzw. drugim składem. Dobre i to. Mozelskie Rieslingi Markusa Friesa były smaczne i soczyste, ale zapominało się o nich po sekundzie (może z wyjątkiem Wehlener Sonnenuhr Spätlese 2006). Korrell Johanneshof, dobrze notowana winiarnia z Nahe, rozczarowała prostym i kwaśnym Rieslingiem vom Tonmergel 2010, za to droższy Paradies 2009 to już była duża klasa: delikatny, kwiatowy, wyciągnięty; przypominał akwarelę wielkiego malarza, o której nie ma co pisać dysertacji, ale od razu znać rękę mistrza.

Riesling w stylu buduarowym.

Ci i inni producenci przyjechali do Warszawy szukać importerów. Najciekawsze były jednak wina, które już go znalazły. Wojciech Henszel kilka lat przepracował u Mielżyńskiego, w La Vinothèque i Vini e Affini, a wcześniej był sommelierem w dobrych niemieckich restauracjach; dobrze wie, co w trawie piszczy. Od pary tygodni sprzedaje wina z własnego katalogu Brix65. Selekcja powstała we współpracy z Holgerem Schwarzem z berlińskiego sklepu Viniculture, specjalizującego się w winach ekologicznych i naturalnych. Znajdziemy tu m.in. słynne biodynamiczne butelki z katalońskiej hacjendy Escoda-Sanahuja (99 zł za bardzo ciekawe Las Paradetes 2006), znane juz w Polsce Faugères Domaine Saint-Antonin, austriackiego Geyerhof, kultowe Pinot Noir Schuberta z Nowej Zelandii, a także fantastyczne Côtes du Rhône Le Clos du Caillou 2009 (39 zł), absolutnie najlepsze wino w tej cenie, jakie piłem tej wiosny. Okazuje się że wino kosztuje 59 zł; i tak warto. [10.06]

133 zł za wino klasy Grosses Gewächs. Rekord Polski?

Henszel jest jednak mocny przede wszystkim w winach niemieckich. Od codziennych z małego Weingut Seehof w Palatynacie po legendarne flaszki Petera Jakoba Kühna z Rheingau (obecnego też w portfolio 101win.pl). Po moim niedawnym artykule o Enotece Polskiej rozgorzała dyskusja, ile w Polsce powinien kosztować Riesling Grosses Gewächs, czyli najwyższa półka niemieckiego wina wytrawnego. Życzyłem sobie retorycznie, żeby tyle co Barbaresco w Enotece. I proszę: St. Nikolaus 2009, Kühnowski odpowiednik GG (choć z powodów politycznych o ten znak się nie ubiega) kupimy w Brix65 za 133 zł. Wiec jednak można.

Świetne nowe znalezisko w katalogu Brix65.

Najciekawszym odkryciem były wina z mało na razie znanej winiarni Jürgen Leiner w Palatynacie. Ekologiczna uprawa i stuprocentowe nakierowanie na jakość owocuje winami pełnymi charakteru, intensywnymi i głębokimi. Na co dzień polecam Riesling Handwerk 2010, na weekend Setzer 2008 (64 zł) i Kalmit 2009 (105 zł), wielowymiarowe Rieslingi warte więcej od swych cen.

6.50€ na półce w Niemczech. Dlaczego nie u nas?

Ceny to kluczowy element dla sukcesu Rieslinga w Polsce. Jestem przekonany, że Polacy chcą wina niemieckie pić – wytrawne i słodkie, reńskie i mozelskie. Lecz trzeba dać im szansę. Sytuacja, w której prosty Kabinett od słynnej z niskich cen winarni Selbach-Oster ksoztuje 78 zł, jest oburzająca. Żeby zabawa miała sens i żeby do krainy Rieslinga przybywali nowi konsumenci, podstawowa flaszka musi kosztować między 30 a 40 zł. Mam wrażenie, że wielu importerów nie chwyta tego ważnego price pointu. Niektórzy mówią wręcz, że dobrego wina niemieckiego w tej cenie zaoferować się nie da. Nie? Wczoraj w Warszawie pyszne Riesling trocken 2010 nalewał Johannes Geil. Flaszka ta kosztuje za naszą zachodnią granicą 6,50€, na półce, z VAT. Czy tak trudno zrobić z tego 39 zł?

(więcej…)

Read Full Post »

Po wczorajszych 130 Rieslingach przyszła pora na kolejne 100. Tak wczoraj przeze mnie skrytykowany rocznik 2008 kontynuował swą kwaśną passę winami z Rheingau. Ten region jest zwykle niemieckim prymusem, lecz w starciu z niedojrzałością roku 2008 poległ z kretesem. Nie pamiętam tak nieciekawej serii win z przeciekawych przecież tutejszych siedlisk. Rüdesheimer Berg Rottland i Schlossberg, Erbacher Siegelsberg, Hattenheimer Hassel okazały się marne nawet od tak solidnych zwykle winiarzy, jak August Kesseler czy Johannishof (po cudownych2005 i 2007 jego Berg Rottland 2008 jest niezły, ale bez magii). Wyjątek uczyniłbym dla dobrej serii win od Schloss Schönborn (ta spora posiadłość od paru lat ma wyraźną zwyżkę formy) i jak zawsze niepokonanego Georga Breuera, który w Wiesbaden jest nieobecny, lecz pielgrzymowaliśmy do niego tuż po degustacji i się nie zawiedliśmy: Berg Rottland i Berg Schlossberg 2008 to są, a zwłaszcza będą, wielkie butelki. Lepiej niż łupkowe siedliska nad Renem wypadły w Rheingau winnice meńskie takie jak Hochheimer Domdechaney czy Kirchenstück (margle i wapienie) – tu kwasowość była mniej ostra i np. Franzowi Künstlerowi udały się wina o naprawdę znakomitej fakturze i długości.

Hesja Nadreńska wypadła w sumie lepiej niż Rheingau – to ewenement. Tych parę kilometrów na południe oraz co prawda prostsze, ale wcześniej dojrzewające i nie tak kwasogenne gleby zrodziły wina w swoim ogóle sympatyczniejsze. Niekiedy poszukiwanie mocy posuwało się za daleko, jak w znanym Rothenberg od Gunderlocha (14% alk. – to najmocniejszy Riesling rocznika); ale już Pettenthal 2008 od tego producenta jest świetny, mineralny, pełny, pewny siebie. To siedlisko zaliczyło jeszcze jeden strzał w dziesiątkę – u Kühling-Gillota, producenta dostępnego u nas w katalogu Jung & Lecker, do tej pory niezachwycającego, a tu pokazującego sporo ambicji i ciekawy nuty mineralne, przywodzące na myśl wręcz Santorini. Nie było zaskoczeniem po prostu znakomite, o niezwyklej harmonii Kirchberg 2008 od Kellera (a kiedy tego winiarza ktoś sprowadzi do IV RP?), podobnie jak czysty, strzelisty, bardzo mineralny Morstein 2008 od Wittmanna.

Kiedy rocznik jest chłodny i w północnych regionach Riesling nie dojrzewa w pełni, wiadomo, że swoje pięć minut będzie mieć Palatynat. I to się sprawdziło, z zastrzeżeniem, że o ile kwasowość jest tu ogólnie dojrzalsza i uciecha zmysłowa jest na dobrym średnim poziomie, pereł wartych poszukiwań i zakupu nie ma tak znowu wiele. Zachwyciła mnie seria bez pudła przedstawiona przez znanego i lubianego Reichsrat von Buhl (Jung & Lecker) na czele z dwoma winnicami na glebie wulkanicznej – Ungeheuer i Pechstein. Pechstein w ogóle wyrósł na gwiazdę rocznika, świetne wersje przedstawili też Bürklin-Wolf i Georg Mosbacher. Entuzjazm wielu autorów wywołały wina Christmanna – czyste, strzeliste, dla mnie o nieco zredukowanych bukietach, a niektóre poszukujące nadmiernego bogactwa – bowiem Riesling o aromatach Viognier to w ogóle jest problem Palatynatu, nawet w roczniku, gdzie należało wszak szukać raczej podobieństw do Muscadeta. W tym pierwszym kluczu najciekawszy jest bodaj Kirschgarten 2008 od Philippa Kuhna; w drugim – Ungeheuer 2008 od wspomnianego Mosbachera i seria dobrych, choć chłodnych i mało czarownych od Rebholza.

2008 nie jest całkowitą klęską. Przykład takich winiarzy jak Breuer, von Buhl, Keller czy Ratzenberger pokazuje, ile dało się osiągnąć ciężką pracą, inteligencją, nie nazbyt późnym zbiorem i winifikacją pokorną wobec charakteru rocznika. Elegancja, kwiatowe niuanse, cicha mineralność, cierpliwość – to wszystko mogą być cechy dobrego Rieslinga z 2008. Nie da się zaprzeczyć, że czas będzie tym winom sprzyjał (już kwadrans w kieliszku robi wielką różnicę), że pasują do jedzenia, że są w sumie niezłą odtrutką na wina bombastyczne, jakie pamiętamy choćby z 2006 roku. Jeśli nie będziemy w nich szukać mineralnych otchłani i niezapomnianej równowagi 2007, mogą być w sumie całkiem satysfakcjonujące. Problemem będą ceny i – to dla mnie oczywiste, choć niemieccy dziennikarze i winiarze w rozmowach nie podzielali mej troski – zdecydowanie nadmierna podaż. W Wiesbaden spróbowaliśmy ponad 230 win klasy Grosses Gewächs. Połowa z nich powinna być zabutelkowana jako Spätlese trocken po 10–14€. Kosztować będą zaś w większości 16–30€. Lecz jeśli skupimy się na Spätlese właśnie, na żywych, elektrycznych, dobrych do stołu QbA trocken, a także lżejszych winach słodkich – będziemy mieli dobre niedrogie wina do picia w ciągu najbliższego roku. „Rocznik przejściowy” też ma przecież swój urok.

Read Full Post »

Pamiętnik zza grobu

Hans Lang Riesling Hassel Spatlese 2003 (1)

Hans Lang Hattenheimer Hassel Riesling Spätlese 2003

Taka oto butelczyna zbierała od 2004 roku kurz w kącie piwnicy. Odnalazłem ją przy sprzątaniu. Normalnie dawno bym ją wypił, bo 2003 to był przykry w całej Europie rocznik dla win białych. Afrykańskie upały wysuszyły winogrona na rodzynki, wywindowały alkohol i zabiły kwasowość (po raz pierwszy za ludzkiej pamięci niektórzy winiarze niemieccy musieli swe Rieslingi dokwaszać – ponoć niektórzy radzili się kolegów z Nowego Świata przez telefon, jak to robić).

Miałem sporo butelek z tego rocznika i przez kolejne lata otwierałem je z coraz większą przykrością. Zmęczone, spalone bukiety, na podniebieniu tępy alkohol i ani śladu świeżości… Ostatnie flaszki skończyłem tej zimy z westchnieniem ulgi. A tu niespodzianka – jeszcze kilka zapomnianych Rieslingów. Otworzyłem je „w celach edukacyjnych”, jak się mówi, gdy nie ma nadziei na jakąkolwiek przyjemność.

Niespodzianka tym większa, że wino jest świetne. Ani trochę zmęczone, ani trochę przypalone. Kwasowość – z pewnością w 100% naturalną, bo tego cytrynowego smaku nie da się podrobić – ma zdecydowanie wysoką, co pomogło w zakonserwowaniu wina; jedynym śladem ewolucji jest drobna nuta karmelowa. Ten Riesling ma świeżość, napięcie, elektryczność i to, co nazywamy rasą – trudne do zdefiniowania i niemożliwe do podrobienia poczucie finezji, szyku, polotu. Zapytana przeze mnie o ten rocznikowy cud właścicielka Gabriele Lang wyjaśnia, że reńskie miasteczko Hattenheim odznacza się wśród łupkowych gleb swego regionu dużą proporcją lessów, które zatrzymały w swych trzewiach obfite opady z zimy 2002/2003 roku i owego tropikalnego lata pozwoliły winorośli czerpać głęboko ukrytą wilgoć. Pani Lang uznaje wręcz rocznik 2003 za jeden z najlepszych w historii posiadłości.

Jak  zatem widać, uogólnienia i stereotypy dotyczące roczników okazują się niekiedy zupełnie chybione. Prawda zawsze tkwi w butelce. Doskonała okazała się też inna zapomniana flaszka tego samego producenta: Hattenheimer Wisselbrunnen Riesling Erste Lage 2003.

I jeszcze kamyczek do krajowego ogródka. Wina Hansa Langa są obecne w Polsce od wielu lat, ale nikt się nimi nie interesuje. U importera zalegają stare jak świat roczniki (w tym chyba i 2003). Kiedyś w rozmowie przedstawiciel firmy nazwał te Rieslingi sakramentalnym słowem „niesprzedawalne”. Może z powodu marży? Pity przeze mnie Hattenheimer Hassel kosztuje w Niemczech 13€, a za jego tańszą wersję mieszaną z różnych winnic kasują nad Wisłą 114 zł.

Read Full Post »

Riesling mon amour

Ostatni już wpis archeologiczny dotyczący wydarzenia z zamierzchłej przeszłości (21 maja). W warszawskiej Fortecy odbył się minifestiwal win niemieckich połączony z prelekcją Tomasza P.-B. oraz konsumpcją gargantuicznej ilości szparagów.

Georg Breuer Berg Rottland 2007

Ominęły mnie zarówno prelekcja, jak i szparagi, ale przyjrzałem się kilkudziesięciu prezentowanym rieslingom – co zgodnie z przewidywaniami dostarczyło duszy wielkiej uciechy, a ustom zdrową dawkę kwasowości. Nie był to dzień win słodkich – uwagę zwrócił tylko pyszny, hedonistyczny Selbach-Oster Zeltinger Sonnenuhr Auslese* 2006 (101win) oraz Kesselstatt Josephshöfer Spätlese 2006 (ciekawe Erste Lage ze sporym cukrem resztkowym, ale i mineralnością). Za to wśród wytrawnych sporo butelek najwyższej klasy.

Podobał mi się na przykład Domdechant Werner Kirchenstück Erstes Gewächs 2006 (Jung&Lecker) – choć uwielbiam słodkie Kabinetty i Spätlese z Domdechant, do ich EG nigdy się dotąd nie przekonałem, często zrażały swym ciężkim, cokolwiek utlenionym stylem. A tu – i to w niełatwym roczniku 2006 – wino z całkiem dobrą kwasowością i równowagą. Niespodzianką tej samej miary była świetna forma Schloss Vollrads Erstes Gewächs 2007 (Wineonline). Z tej zasłużonej dla niemieckiego winiarstwa posiadłości nie smakowało mi ostatnio nic, a tu proszę: bardzo udane wytrawne 2007, pełne, mocne, niemal rosołowo intensywne, a zarazem głębokie. To wino warto by mieć w piwnicy.

Winnica Berg Rottland widziana z drugiego brzegu Renu.

Winnica Berg Rottland widziana z drugiego brzegu Renu.

Wszystkie te przyjemności zbladły jednak śmiertelnie przy najlepszym winie tego dnia, tygodnia i miesiąca, jakim okazał się Georg Breuer Berg Rottland Riesling 2007 (Mielżyński). Głębia, ostrość i oczywistość tej butelki są niesamowite. Niesamowite jest też to, że degustując całą baterię rieslingów z rocznika 2007 u Breuer zeszłego lata akurat Rottland podobał mi się najmniej… Z pewnością przez tych 9 miesięcy się otworzył, ale bałbym się dziś spróbować genialnego już wtedy Berg Schlossberg. Od tego zachwytu nad Rottlandem zabolał mnie portfel, bo na pewno przy następnej wizycie u Mielżyńskiego nie oprę się pokusie nabycia paru flasz. Oby starczyło dla wszystkich.

von Racknitz Riesling Vulkangestein 2007

von Racknitz Riesling Schieferboden 2007

Na koniec chcę zasygnalizować bardzo dobrego producenta, który dopiero szuka polskiego importera. Weingut von Racknitz ze słabo u nas znanego regionu Nahe zaprezentowało cztery wysokiej klasy wina. Nahe Riesling trocken 2008 (ekologiczny, jak wszystkie tutaj) był ostry, wyprostowany, zielono-mineralny, z charakterem. Niederhäuser Klamm Riesling trocken 2007 czarował fantastycznie (chyba do drugiego miejsca po przecinku) wyważonym cukrem resztkowym i cytrynową ostrością, którą lubię w Nahe. Ciekawą parą okazały się Schieferboden 2007 i Vulkangestein 2007. Winifikowane tak samo, ale z innych gleb, świetnie ukazywały wpływ kamienia na wino. W Niemczech kosztują tylko 11€, więc może znajdzie się jakiś importer chętny do sprowadzenia takiego klejnociku nad Wisłę?

Winnica Odernheimer Kloster Disibodenberg. © Weingut von Racknitz
Winnica Odernheimer Kloster Disibodenberg.© Weingut von Racknitz

Read Full Post »