Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Sangiovese’

Spędziłem tydzień w Toskanii, intensywne degustacje nowych roczników (650 win) na bieżąco relacjonowałem Państwu na Winicjatywie. Spróbowałem wielu świetnych Chianti, Brunello i białych Vernacci, trafiło mi się kilka butelek poruszających, jak Vernaccia Carato 2002 od Montenidoli, Chianti Classico 2008 Castell’in Villa czy genialne młode Chianti Vigna del Sorbo 2008 od Fontodi. Lecz najciekawsze okazały się wrażenia ogólne.

Castell’in Villa Chianti Classico 2008

Castell’in Villa Chianti Classico 2008.

Wina z Toskanii są coraz lżejsze. Chianti, Brunello, nawet Vino Nobile di Montepulciano tracą barwę, chudną w oczach, bokiem wychodzi im kwas i niewygładzone beczką garbniki; konfitura cofa się do stadium świeżego owocu. Oglądamy jakby w zwolnionym tempie film o ewolucji wina, puszczony do tyłu. Wiele win toskańskich smakuje dziś tak, jakby nigdy nie wymyślono francuskiej baryłki i Parkera. Gdyby ktoś trafił tu po dziesięciu latach przerwy, przeżyłby szok.

Na moim blogu angielskim, gdzie podzieliłem się tą myślą kilka dni temu, padło arcyciekawe pytanie: czy ta zmiana stylu – tak ewidentna, że już nikt jej nie przeczy – jest wynikiem zmiany smaku po stronie konsumentów, czy też jest wymysłem krytyków winiarskich i wpatrzonych w nich producentów? Ta druga możliwość nie jest wykluczona – wszak o ancien régimie spod znaku beczki i ekstraktu często mówiono, że robiony jest pod gust Parkera, Wine Spectatora, Gambero Rosso i innych mediów „opiniotwórczych”.

Castello di Cacchiano Chianti Classico 2007

Castello di Cacchiano Chianti Classico 2007.

Czy zatem winiarze, zdejmując nogę z beczkowego gazu, wsłuchują się bardziej w vox populi, czy vox Dei? Prawda leży gdzieś pośrodku; na wina lżejsze, bardziej eleganckie, świeże na pewno zapanowała obecnie moda, dyskurs o winach bardziej „pijalnych” stał się ideologią miłościwie panującą i doprawdy trudno znaleźć liczącego się krytyka, który domagałby się dziś win potężniejszych i bardziej masywnych. Z drugiej jednak strony nie można zaprzeczyć, że konsumenci też głosują nogami na wina lżejsze. We Włoszech tendencja jest wyraźna: właściciel jednej z najlepszych winotek w Sienie mówił mi, że masywne wina z 14,5% alk. kupują już tylko Amerykanie, typowy winopijca włoski sięga po wina bezbeczkowe, sprawdza dokładnie alkohol na etykiecie, coraz częściej pije do posiłku wina różowe i białe.

Franco Pacenti Brunello di Montalcino 2007

Franco Pacenti Brunello di Montalcino 2007.

W każdym razie wydaje mi się to celniejszym wyjaśnieniem zjawiska, niż śmiała teza Wojciecha Gogolińskiego, wedle której toskańscy winiarze przestali używać nowych beczek, bo… ich nie stać. Zwłaszcza kiedy mówimy o takiej na przykład Querciabelli, gdzie proporcję nowej beczki zmniejszono z 50 do 25%, a przecież ta winiarnia bez trudu sprzedaje na całym świecie swe bardzo drogie wina, a w ogóle należy do multimilionera i beczki wymienia się tu jak żarówki. W dodatku w 2011 roku sprzedaż win toskańskich wzrosła o kilkanaście procent, a ceny hurtowe poszły w górę. Na beczki nie stać być może anonimowych winiarzy w DOCG Chianti, ale przecież stylistyczna rewolucja najbardziej jest widoczna właśnie w drogich winach z prestiżowych winiarni.

Castello di San Sano Chianti Classico 2009

Castello di San Sano Chianti Classico 2009.

Nie ukrywam swej radości z tego faktu. Z kilku względów. Małpowanie win kalifornijskich i bordoskich w Toskanii okazało się ślepą uliczką i przyszły sukces komercyjny tego ważnego regionu w dużej mierzy zależy od tego, czym się wyróżni na tle innych. A tak naprawdę wyróżnia się szczepem Sangiovese i wysoką kwasowością swoich win. Powrót do win mniej beczkowych, bardziej eleganckich, świeżoowocowych pozwala lepiej ukazać typowość Sangiovese. Sangiovese zabeczkowane na amen zbliżało się do zabeczkowanego Tempranillo, Malbeka i Merlota (ten ostatni zresztą w dużej proporcji wpadał do kadzi). Sangiovese niebeczkowe swym smakiem nie przypomina żadnego innego wina na tym świecie. Tendencja do oczyszczania Sangiovese widoczna jest też w kompozycjach: tutaj przytaczałem dane pokazujące, że stanowi on obecnie ponad 92% statystycznego Chianti. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu przepisy wymagały, by było to najwyżej 70%.

Tiezzi Brunello di Montalcino 2007

Tiezzi Brunello di Montalcino 2007.

No i zyskujemy coś jeszcze, czego wcześniej nie mieliśmy. Kolor. Oszałamiającą paletę rozświetlonych, ciepłych barw wiśniowych, karminowych, amarantowych, ceglastych. Przez lata, zanurzeni w matowej półczerni, byliśmy pozbawieni tej radości. Teraz prawdziwy rubin Sangiovese eksploduje właściwie z każdego kieliszka. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie mogę się napatrzeć.

(więcej…)

Read Full Post »

Opublikowałem na Winicjatywie krótką recenzję win włoskich aktualnie promowanych przez Biedronkę. W telegraficznym skrócie na sześć butelek jedna – Primitivo Colle al Vento – okazała się dobra, dwie pijalne, trzy niesmaczne. Ot, wynik jak z dyskontu – na tejże Winicjatywie Ewa Rybak sprawozdaje podobny totolotkowy rezultat z Lidla.

Wniosek pierwszy – Biedronka we Włoszech kupuje słabe wina. Całkiem dobrze wychodzi jej to w Portugalii i Francji, w sumie nienajgorzej w Hiszpanii, natomiast poprzednia oferta win z Italii była porażką i teraz nie widać wielkiego postępu. Good buying to podstawa sukcesu każdego supermarketu i takie np. Tesco czy Waitrose w Anglii wydają na swoich buyerów miliony funtów rocznie (o kulisach pisała m.in. Jancis Robinson). W Portugalii Biedronka potrafiła dogadać się z niewątpliwymi gwiazdami winiarskiej sceny, jak Quinta do Côtto i Lavradores de Feitoria, we Francji – z négociants (hurtownikami) z ludzką twarzą, jak Dulong. Oferta włoska to natomiast same no-nejmy i zlewki butelkowane przez producentów oznaczonych jedynie kryptogramem literowo-cyfrowym (to zawsze powinno zapalać lampkę alarmową).

Biedronka Primitivo Colle al Vento

Jedyne smaczne wino z aktualnej Biedronki (na 6 próbowanych).

Choć więc wina podrożały (coraz więcej butelek w przedziale 20–35 zł, o którym Biedronka kiedyś nie śniła, no ale przecież teraz mamy rebranding), klasa win nadal dołuje lub wręcz pikuje i doprawdy mało ma to wspólnego z burżuazyjnym zawołaniem „Daj się zaskoczyć jakością Biedronki”. Nieświadomym aspirantom do świata luksusu wciska się kit w postaci Barolo albo Barbaresco za 29 zł, win, które w tej cenie nie mają szans smakować jak produkt oryginalny, lecz właśnie jak tanie podróbki. Tworzy się zarazem iluzję, że w tym całym wszystkim chodzi tylko o nazwy, obrazki i etykietki i że celem egzystencji jest złapanie za ogon sroki o nazwie Barbaresco. Nie o nazwę chodzi, droga Biedronko, tylko o to, że prawdziwe Barbaresco smakuje jak żadna inna rzecz na tym świecie. Przy okazji bezczelnie plecie się androny, tak jak na etykiecie Sangiovese 2011 z Romanii, rzekomo spędzającego w beczce 6 miesięcy i doprawionego Primitivo i Nero d’Avola – to pierwsze jest niemożliwe z powodu chronologii, a drugie – legislacji (Primitivo nie jest dozwoloną odmianą winorośli w Romanii). Ciemny lud i tak to kupi.

Biedronka Sangiovese Rubicone

Biedronka wciska kit.

W tle jest jeszcze inna subtelna manipulacja. Biedronka przysłała mi do degustacji sześć win, dwa białe – słodkie i półwytrawne – oraz cztery czerwone wytrawne. Tyle że te czerwone zawierają lekko licząc po 6–7 g cukru resztkowego i w sumie niedaleko padają od „Tempranillo semi-dulce” dostępnego w tym samym sklepie o półkę niżej. Coraz słodsze wina wytrawne to problem międzynarodowy, o którym pisał m.in. Tim Patterson. Akurat „polski gust”, jak wiadomo, bardzo takie wina hołubi i nie dziwi mnie specjalnie, że Biedronka ułatwia sobie sprzedaż kwaśnego Sangiovese i cierpkiego Nebbiolo za pomocą taniej buraczanej sztuczki. Czemu jednak to robi pod świętymi dla winomanów hasłami Barbaresco i Valpolicella? Niech sobie hula pod szyldem vino da tavola albo IGP. Kiedy cukrowym makijażem zakłamuje się prawdziwy charakter najistotniejszych europejskich win, zamiast budować mosty, pali się je. Zmanipulowany w ten sposób konsument sięgając po echt Barbaresco za 99 zł wykrzywi usta w rozczarowanym grymasie – przecież miało być łagodne…

(więcej…)

Read Full Post »

Kiedy ostatnio pili Państwo Sangiovese di Romagna? Zakładam, że dawno temu. Albo w ogóle. Ta duża apelacja swe 14 mln butelek potrafi bowiem sprzedać tylko w supermarkecie albo w swoich własnych wsiach i miasteczkach. Eksport, to koło zamachowe włoskiego winiarstwa, Romanii zupełnie nie idzie.

Stare dobre czasy w Romanii. © Enoteca Regionale Emilia-Romagna.

Czemu? Okolica to senna, wiejska, prowincjonalna, zacofana, bez tradycji wysokiej jakości. Historycznym winem Romanii jest dzban kwaśno-cierpkiego Sangiovese do popijania lazanii, gulaszu i sztukamięsu. Nic w tym złego, lecz na dzisiejsze czasy, gdy rynkiem wina rządzą sfejsbukowane rekiny marketingu, to nie wystarczy.

Romania postanowiła więc się zmodernizować. Przykład wzięła z Toskanii, której jest od zawsze brzydszą siostrą i z którą dzieli to nieszczęsne Sangiovese, szczep szlachetny, lecz uparty jak mul i rączy jak nieopierzony źrebak. (Na marginesie pozostawiam spory, kto od kogo Sangiovese zapożyczył, Romania od Toskanii czy na odwrót). W ślad za supertoskanami pojawiły się, jakkolwiek żałośnie to brzmi, superromańczyki, kwas i cierpkość zastąpiły słodycz i suchość, dzbanki i szklanki – dizajnerskie butelki (wymyślono tu nawet flaszę inkrustowaną kryształami Swarowskiego).

Romania w ten sposób chce podbić świat.

Nie wiedzieć czemu, konsumpcja spadała, sprzedaż nie rosła, eksport się nie pojawiał. Może przeektrahowanych i przebeczkowanych win było dosyć w Toskanii, by interesować się ich klonami z Romanii?

Obecnie jesteśmy świadkami drugiego etapu reformy. Nosi on umowną nazwę marketingu. Gdy w lutym odwiedzałem tę mglistą krainę, dziennikarzom przedstawiono projekt ambitnego rebrandingu Sangiovese di Romagna na… Romagna Sangiovese. Wszystko po to, by zgodnie z wytycznymi Brukseli wina pochodzące z jednego miejsca nosiły jedną nazwę (tu: Romagna). Z pewnością zachęci to konsumentów na całym świecie do zakupów, bo Trebbiano di Romagna to supermarketowe wino jeszcze gorsze od Sangiovese, a Albana di Romagna słynie tylko z tego, że krewni i znajomi przyznali jej status DOCG już w 1987 roku.

Degustacja w ciemno ma sens, gdy po niej zapala się światło.

Eksport, zwłaszcza na tzw. rynkach wschodzących, wspierać mają też inne działania. Na przykład taka degustacja w Warszawie, którą zaszczyciła śmietanka regionalnych funkcjonariuszy oraz dwie przemiłe sommelierki z włoskiego stowarzyszenia AIS. Sześć nalanych w ciemno Sangiovese di Romagna miało odpowiedzieć ustami gości na pytanie, czy wina z tego regionu mają szanse na polskim rynku. Były dobre, więc szanse miałyby, ale pewności nie ma, bo 1) nie wiadomo jakie wina piliśmy (nie dowiedziałem się nawet, śląc trzy maile już po imprezie), a wszak etykieta i marka to dość podstawowe elementy rynkowego sukcesu; 2) nie wiadomo ile wina kosztują; sommelierki podawały co prawda jakieś przedziały w rodzaju 7–10€, ale nie były pewne, czy netto, czy brutto; 3) na degustacji obecny był jeden dziennikarz oraz jeden importer (gospodarz spotkania Robert Mielżyński), który jednak z góry stwierdził, ze win z Romanii na razie nie sprowadzi. Pozostałych 17 osób związanych było z branżą winiarską w sobie (i organizatorom?) tylko znany sposób; 4) gdyby nawet importerzy byli obecni, w ramach instrumentów sprzedaży usłyszeliby, że „6 tys. lat temu, przed pojawieniem się człowieka, Romanię przykrywał ocean, po jego ustąpieniu pojawiły się żyły gipsowe” (cytat dosłowny).

Fantastycznie chwytliwe hasło na pewno otworzy na oścież drzwi do polskiego rynku.

Wina były dobrze dobrane, nie powiem, smakowały mi o wiele bardziej niż przeciętna tego, co spróbowałem w samej Romanii, biorąc udział w imprezie Vini ad Arte w Faenzy. W pięknych salach Muzeum Ceramiki wystawiało się 35 czołowych producentów regionu. Byłem wdzięczny losowi, że przy takich okazjach wypluwanie należy do dobrego tonu. Nie zniósłbym bowiem wypicia tych wysuszonych na wiór i palących swoimi 14–15,5% alk. wydmuszkami. Romania szczyci się wypuszczaniem Sangiovese Riserva w trzecim roku starzenia (obecnie – rocznik 2008), co jest o tyle śmieszne, że nawet wina z 1999 i 2001 nie są gotowe do picia.

Spuszczę zasłonę miłosierdzia na wina niedobre i polecę Państwu kilka wyjątków. Pisałem już o San Patrignano – wina poza Poznaniem dostępne są obecnie w Vini e Affini i zdumiewają tym wszystkim, czego innym Romańczykom nie staje – pijalnością, soczystością, równowagą i niewymuszonością. Klasą dla siebie od lat jest Fattoria Zerbina, choć jej flagowe Marzieno i Pietramora są bardzo masywne; na co dzień świetne Ceregio. Pozytywnie mnie zaskoczył Giovanni Madonia (niedostępny w Polsce). To są jednak perły wśród wieprzy i na razie nie widać szans, by Romania wykonała na naszym (i innych) rynku tygrysi skok.

Kamil Targosz mural Dozza

Winiarską stolicę Romanii – Dozzę – zdobią kolorowe murale. Autorem najpiękniejszego jest Krakowianin Kamil Targosz. © Kamil Targosz.

(więcej…)

Read Full Post »

Robert Mielżyński powitał wiosnę pełnym przeglądem swych win toskańskich (zabrakło tylko solidnego Brunello Collosorbo). Impreza pod tytułem Bud Break co roku ma inny temat: degustowaliśmy w maju na tym samym bruku burgundy i świetne austriaki. Na tym tle Toskania wypadła tak jakoś smętnie. Mało było win naprawdę ciekawych i głębokich, lecz przede wszystkim mało było takich, które by się chciało od razu radośnie, wiosennie wypić. Nawracającym tematem tej mollowej symfonii były suche garbniki, zduszone aromaty, gruba warstwa beczkowego masełka na beczkowej grzance. Była to więc symfonia zgoła monotematyczna i już w połowie allegra się znudziła.

Piękne widoki, ale co z tego?

Zupełnie swojego dnia nie miało Vino Nobile Cateriny Dei (dobrze wszak wypadające w innych sytuacjach): zarówno Nobile 2008 jak i Riserva Bossona 2004 nie są gotowe do picia i nie wiem, czy kiedykolwiek będą. (Honoru broniło ciekawe półwytrawne Vin Santo 2003 za uczciwe 99 zł). Wina z Maremmy mniej medialnej posiadłości Marchesi Ginori Lisci oscylowały pomiędzy niezłą pijalnością w Cabernecie Macchion del Lupo 2008 a jej zupełnym brakiem w Castello Ginori 2007. W sumie były to jednak nudnawe, techniczne wina jakich wiele, a ich świetną metaforą stało się białe Virgola 2010 z Vermentino i Viognier: szczepy dobrano chyba na zasadzie asonansu, bo równie dobrze mogły to być Chardonnay i Malvasia.

Najlepsze wino degustacji, chcąc nie chcąc.

Wyjątkowym smutkiem natchnęły mnie wina Siro Pacentiego: ciepłe, suche, matowe, zduszone, bezowocowe, bezwładne; wywoływały zdumienie nie samymi sobą, lecz tym, że można je uznać za „najlepsze Brunello w stylu nowoczesnym”. Od tych dwóch smutnych Brunello 2006 lepiej było pić Rosso di Montalcino 2009 choćby ze względu na o połowę niższą cenę. Nie przekonał mnie do siebie Lamberto Frescobaldi swymi winami I Collazzi: Chianti I Bastioni 2007 było krótkie i suche, w Libertà 2009 najlepsza jest nazwa, a I Collazzi 2007 swą masą ekstraktu obezwładnia i trzeba dużo dobrej woli, by umówić się z nim na ponowne spotkanie za pięć lat.

Wreszcie coś ciekawego.

W smutnym krajobrazie wyróżniły się, o ironio, wina najbardziej nowoczesne i techniczne, czyli markizowie Mazzei zarówno w swojej posiadłości w Maremmie (całkiem dobre Serrata di Belguardo 2009 pełne nut słonych, mięsistych, autentycznych, oraz obiecujące półbeczkowe Vermentino 2009), jak i w Chianti – co prawda nadekstraktywnych Siepi 2007 i Castello di Fonterutoli 2006 nie dało się właściwie przełknąć, ale Chianti Riserva Ser Lapo 2007 podobało mi się w swym wyważeniu i wiśniowo-mięsistym kontrapunkcie dla beczkowej nowoczesności.

Tuńczyk ze szparagami ma się stać hitem tej wiosny u Mielżyńskiego. Vermentino pasuje.

Toskania musi się określić. Czy chce produkować wina typowe, wyrażające własną tradycję i terroir, czy pozostanie jednym z wielu regionów wypuszczających pod zbyt drogimi etykietami anonimowe wina w tzw. stylu międzynarodowym. Pisałem Państwu niedawno o rosnącej irytacji winami toskańskimi i wczorajsza degustacja potwierdziła ten stylistyczno-intelektualny impas. Być może Toskania powinna wziąć przykład z Barolo, które po harcach lat 1990. zrobiło mądry krok w tył. Choć region najwyraźniej nadal wierzy w swoją ciemną gwiazdę. Ja coraz mniej.

(więcej…)

Read Full Post »

Dyskalkulia

Tegoroczna degustacja młodych Chianti we Florencji oprócz notek degustacyjnych. potwierdzeń i zaprzeczeń przyniosła mi poczucie konfuzji i konsternacji. Jestem tylko człowiekiem i rzecz jasna zdarza mi się na jakimś winie nie poznać – ocenić nisko niekwestionowaną gwiazdę lub w ciemno postawić pięć serduszek jakiejś beczkowej ropusze – lecz jednak rzadko zdarza mi się zaprzeczyć diametralnie własnym wnioskom i – jak to się dziś mówi – narracji.

Jedno z nielicznych pijalnych Chianti z 2007.

Rok temu przekonywałem Państwa o zaletach rocznika 2007 w Chianti i teraz, degustując 60 win z tego właśnie roku, przecierałem oczy ze zdumienia. Gdzie się podziała ta świeżość, kwasowa rezerwa, klasyczna równowaga? Wina były w większości trudne w piciu, ciężkie, pełne, sycące, suche jak szczapa i przede wszystkich alkoholowe jak diabli. Rok temu degustowałem zwykłe Chianti Classico, dziś – ukazujące się właśnie na rynku riservy – lecz przecież nie mogło to być jedyną przyczyną diametralnej zmiany odczuć.

Często zarzuca się degustatorom, że piją wina zbyt wcześnie, zanim ukażą one wszystkie swe zalety. Czy tym razem jednak nie stało się dokładnie odwrotnie? W pierwszej młodości te Chianti Classico ledwie zlane z kadzi – niewiele z nich dojrzewa w nowym dębie – mogły pochwalić się jeszcze elementarną świeżością. Rok później pierwszy owoc w nich zmierzcha i już nic nie przykryje cokolwiek zduszonego charakteru. To szczególnie prawdziwe w przypadku win bardzo alkoholowych. A w 2007 niektóre Chianti przebiły szklany sufit 15% alk.

Koszmar z ulicy jarzębów.

Niezwykły jest przypadek Vigna del Sorbo od Fontodi. To sławne i dawniej ulubione przeze mnie wino miałem już okazję kosztować zeszłej jesieni na panelu Magazynu WINO. Napisałem wówczas:

Wino robi duże wrażenie koncentracją i ekstraktem i tym, jak dobrze są one zrównoważone. Nuty czereśniowe i ciekawie korzenne. Usta są po prostu świetne, bardzo pełne, garbnikowe, ale nieagresywne, przy tym szczodre; od słodyczy owocu do wytrawnej słoności terroir jest tylko krok. Astronomiczny alkohol w zasadzie nie przeszkadza.

Po pół roku to Chianti pije się – czy raczej sączy – już nie tak entuzjastycznie. Świetnej jakości owocu nie da się zaprzeczyć; beczka – dobrej klasy – jest ładnie wtopiona; pełnia i rozwój wina w ustach są znakomite. Lecz od tego alkoholu nie da się uciec. Zapycha nozdrza, rozwałkowuje atak, pali gardło w końcówce. I skąd go aż tyle? W najupalniejszym i najsuchszym w historii 2003 było 14,5%. Tu – ponad 15 (a w bratnim Flaccianello jest ponad 15,5%). Czy to – myśl straszliwa – krzewy przywykają powoli do zmiany klimatu i produkują z rozpędu jeszcze więcej cukru? Czy alkohol do salto mortale wypchnęła ręka winiarza? Pewien ptaszek ćwierknął mi, ze w Fontodi użyto w 2007 koncentratora, osmozy i innych diabelskich maszyn. Ale po co? Punkty Parkera, kliniczna schizofrenia?

Castello della Paneretta to jedno z moich ulubionych Chianti w 2007 i 2008. © Valentina Klasen / Paneretta.

Dość, ze degustacja Chianti Riserva 2007 okazała się drogą przez mękę. Miałbym dla Państwa dobrą wiadomość – Chianti z 2008 są pyszne, lekuchne, zwiewne, kwaskowate, wytworne, odświeżające bodaj najbardziej od 1998. Ale teraz boje się chwalić, bo a nuż za rok okażą się przeekstrahowanymi ropuchami.

(więcej…)

Read Full Post »

W ostatnią środę winomani cierpliwie przedzierali się przez śniegowe zaspy jak XIX-wieczni eksploratorzy Arktyki, by dotrzeć na latający cyrk zwany pieszczotliwie Gambero Rosso Top Italian Wines Roadshow. Dzięki zmianie terminu tego „pokazu drogowego” z wiosny na jesień już drugi raz w tym roku mieliśmy zaszczyt znaleźć się pomiędzy Moskwą a Pragą na liście miast kolonizowanych przez słynne wina włoskie i ich najsłynniejszego sprzymierzeńca, przewodnik „Czerwona Krewetka”. (O poprzedniej wizycie cyrku pisałem tu).

Kolonizacja na miękkiej wykładzinie. © Thompson Intl Wine Mktg.

Kolonizacja trwa dalej, trafiając na podatny grunt (warszawska frekwencja przekroczyła oczekiwania i trzykrotnie przebiła londyńską), lecz odbyła się tym razem w ponurej atmosferze. Nie tylko z powodu śniegu i spowodowanych przezeń opóźnień lotniczych, lecz coraz gorszego klimatu zarówno dla drogich win włoskich, jak i dla smakowego stylu, jaki reprezentują. O merlocie i nowej beczce już nikt poza Polską nie chce słuchać, blogo- i smakosfera rozbrzmiewają od nawoływań do nowej prostoty i nowego entuzjazmu dla Gamay, Frappato, Grignolino, Castelão, Trollingera (niepotrzebne skreślić).

Kryzys wielkiej burżuazji w świecie wina stał się tak dojmujący, że w ciągu ośmiu miesięcy z udziału w objazdowym cyrku Gambero Rosso zrezygnowała blisko 1/3 producentów. Tym razem nie powitaliśmy w Warszawie nawet wiernych od lat przyjaciół „Krewetki”, jak Allegrini, Folonari, Fontanafredda, Lungarotti, Mastroberardino, La Spinetta, Umani Ronchi i Volpe Pasini. Trudno było w sali warszawskiego Sheratona oprzeć się wrażeniu szczurów uciekających z tonącego statku. (A szczurom trudno się dziwić, bo jak ćwierkają ptaszki, za angaż do cyrku trzeba zapłacić w euro nie mniej niż pięć zer).

Na ich miejsce co prawda znaleźli się nowi – firmy szacowne o niekwestionowanych zasługach, jak Ruggeri z Valdobbiàdene i Saiagricola z Toskanii/Umbrii, lecz w większości byty całkiem dla winiarskiego italofila drugoligowe: Tolaini, Principe Corsini, Il Pollenza, których obecność w tym towarzystwie to albo wynik łapanki, albo nagroda pocieszenia za tragiczną miłość do nowej baryłki. Jeszcze parę lat temu obecność wśród „54 najlepszych włoskich producentów wina” twórców Lambrusco czy wieloryba Zonina byłaby nie do pomyślenia. Top Italian Wines Roadshow balansuje na granicy powagi.

Nie ma jednak degustacji tak złej, by nie dało się na niej dobrze napić. Uciekając daleko od supertoskanów i przebeczkowanych Barolo trafić można było na przykład do wspomnianego Lambrusco, którego przydałoby się mieć w Polsce więcej (w wersji wytrawnej) do naszych wędlin i serów, albo do Prosecco, najlepszego włoskiego lekarstwa na depresję. Z przyjemnością wróciłem do chwalonych już win Nino Franco, w tym zdumiewająco mocarnego i mięsistego Grave di Stecca 2008 o konstrukcji dobrego szampana, lecz tym razem me serce skradło Giustino B. 2009 od Ruggerich (w Polsce dostępne tu, ale w przeterminowanym roczniku), jedno z lepszych Prosecco, jakie kiedykolwiek piłem, mineralne i skoncentrowane (23g ekstraktu!), zarazem zachowujące ulotność i radość życia, bez których nie ma sensu pić Prosecco.

Z niekłamaną przyjemnością próbowałem win sardyńskich, które przy gamberorossoizacji i umiędzynarodowieniu swych smaków potrafią zachować fascynującą autentyczność. W czterech Vermentino ze spółdzielni Cantina di Gallura nie było beczki, było za to mnóstwo nut rozmarynu, szałwii, granitu i morskiej soli (w Polsce dostępne szczątkowo tu). Słynna Turriga 2005 od Argiolasa mimo młodego wieku (i zatrważającej polskiej ceny) zapowiada wielkie rzeczy w przyszłości.

Spotkało mnie też parę zdziwień. Zwykle niezachwycony winami San Patrignano z Romanii, ze zdumieniem wąchałem bezbeczkowe, mineralne, pięknie soczyste Sangiovese Aulente 2008 czy oryginalne, bez cienia międzynarodowości (nie poznaje w ogóle baryłki) Sangiovese Riserva Avi 2006. W kadziach nadal miesza tu słynny enolog (i ulubieniec Gambero Rosso) Riccardo Cotarella, lecz nigdy nie piłem win tak mało smakujących jego waniliowym stylem. Ptaszki ćwierkają, że będzie można napić się ich wkrótce w Polsce, a to zakup podwójnie dobry, gdyż wina San Patrignano w ramach terapii i resocjalizacji produkują byli narkomani.

© San Patrignano.

PS 5.12.2010 20:55 Okazuje się że wina San Patrignano dostępne są  już w kilku miejscach w Poznaniu m.in. tu. Oby ich sława zataczała coraz szersze kręgi. Ptaszki ćwierkają o ich przybyciu z Włoch (nie przez Poznań) do Warszawy i innych aglomeracji.

(więcej…)

Read Full Post »

Szeroko rozniosła się wieść gminna po stolicy, że jeden z supermarketów w ramach „promocji” win włoskich sprzedaje m.in. Barolo po 30 zł. Italianofil we mnie nie mógł zignorować tej sensacyjnej wieści. Na jeden dzień porzuciłem platynową kartę Almy i senatorski, 80-procentowy rabat w La Passion du Vin i wybrałem się na eksplorację winiarskich półek Biedronki.

Popularny sieciowy „Owad” cieszy się od paru lat wielkim powodzeniem wśród tych winomanów, którzy nade wszystko cenią sobie niskie ceny. Poza bliźniaczym Lidlem żaden sklep nie oferuje bowiem win gronowych z importu po 9,99 zł. W Biedronce są to przy tym nierzadko wina pijalne i przyzwoite, głównie dzięki zaopatrzeniu we flaszki iberyjskie (matką tej sieci jest portugalski gigant Jerónimo Martins) – a nie od dziś wiadomo, że w Europie to właśnie w Portugalii i gdzieniegdzie w Hiszpanii można wciąż kupić całkiem dobre wino po 2€ za butelkę.

Innym magnesem, który może do Biedronki przyciągać winomana, jest często zmieniający się asortyment w ramach miesięcznych promocji. Dzięki temu te cokolwiek przemysłowe flaszki znikają z oferty, zanim zdążą nam się znudzić. Do 27. lipca mamy czas zainteresować się winami włoskimi. Klasyki winnej Italii – od Valpolicelli i Soave po Chianti i Frascati – zachęcają oprócz swych znanych nazw cenami w zasadzie nieprzekraczającymi 15 zł. Nic, tylko brać skrzynkami.

Nie oczekujmy jednak smakowych iluminacji. Z jakością jest słabo, najwyżej przyzwoicie. Orvieto Borgo Cipressi 2009 (9,99 zł) jest skandalicznie niedobre, ma posmak wody z brudnego węża ogrodowego i nie powinno było nigdy otrzymać apelacji DOC Orvieto ani żadnej innej. Soave Corte Viola (9,99 zł, rocznika brak) nie budzi skojarzeń z wężem, ale też z niczym innym; składa się z wody, alkoholu, kwasu i mglistych nut owocowych, tak perfekcyjnie żadnawych, że w angielszczyźnie ukuto na nie świetny termin white-winey. To jednak niezła propozycja, gdy wina potrzebujemy do sosu marengo, a nie mamy pod ręką otwartej flaszki Montrachet.

Primitivo di Manduria Colle al Vento 2007 (14,99 zł) jest w zasadzie typowe dla swojej apelacji, pełne nut powidłowych, czekoladowych z dobrą intensywnością, lecz na tyle ugotowane w smaku i gorzko-alkoholowe, że picie przestaje być przyjemnością. Nie wykluczam jednak, że co bardziej przyzwyczajeni do smaków nowoświatowych konsumenci zaakceptują to wino. Ja zaakceptowałem Barberę d’Asti Maestri Cantinieri 2008 (9,99 zł). Prosta, nieco cienka (normalka w tej cenie), kwaskowata (normalka dla tej apelacji), ale ma to coś, co nazywa się winnością; w smaku przypomniało mi wina, które dawniej we Francji i Włoszech kupowało się w kantorkach na baniaki jako „12%” i „12,5%”.

Dwa droższe wina z Biedronkowej gazetki okazały się niewarte swoich cen. Chianti Classico Borgo Cipressi 2008 (19,99 zł) jest przyzwoicie wiśniowe, nawet trochę garbnikowe, bez koncentracji, ale soczyste; nie jest to jednak żadne „Classico”, tylko cienkie zlewki z dna kadzi. Gdyby to było proste IGT Toscana Sangiovese i kosztowało te same 19,99 zł, pochwaliłbym je nawet jako przyzwoite. Sęk w tym, że wino swoją kartą przetargową usiłuje uczynić znaną na całym świecie nazwę. Jako Chianti jest po prostu słabe.

Jeszcze słabsze jest Morando Barolo 2005 (29,99 zł). Niby te nuty zwiędłych kwiatów i przeleżałego dzika są typowe dla Barolo, niby wysoka kwasowość i chropawe garbniki są godne ze wzorcem metra, ale całość skąpana jest w jakimś odstręczająco topornym, octowym sosie, a picie tej flaszki zamiast zmysłowego ma charakter wyłącznie sportowy: jest! Udało się wypić Barolo za jedyne 30 zł.

To wino jest emblematyczne dla „promocyjnej” oferty włoskiej Biedronki. Sprzedawane za bezcen klejnoty to po prostu spady produkcyjne. Do rzeczonego Barolo przyznaje się Casa Vinicola Morando, duży przemysłowy producent z Asti, który w myśl przepisów w ogóle nie powinien mieć prawa butelkować DOCG Barolo. (Normą w Europie jest, że wina z apelacją kontrolowanego pochodzenia mogą być produkowane i butelkowane tylko w geograficznych granicach apelacji). Ale Włochy to Włochy i dlatego żadnym problemem nie jest uzyskanie specjalnego pozwolenia na butelkowanie Barolo nawet w Palermo. Piemonccy producenci, których poprosiłem o komentarz w sprawie Barolo Morando, ubolewali nad całą sytuacją, ale przyznawali, że jest ona normą. We Włoszech rekord taniochy za Barolo to dotąd 11,50€; w Niemczech w zeszłym roku „chodziło” po 7,99€. Udało nam się nad Wisłą pobić zatem kolejny rekord.

W czym problem? 30 zł za butelkę to nawet nie są koszty produkcji przyzwoitego Barolo. Uprawiane ręcznie winnice na wzgórzach, ręczny zbiór w wysokości 55 hl/ha (dla najlepszych win oczywiście sporo mniej), selekcja gron, obowiązkowe starzenie w beczkach przez dwa lata i jeszcze rok w butelce (wedle przepisów apelacji Barolo można wypuścić na rynek dopiero w czwartym roku po zbiorach) – to wszystko są wymierne sumy, które – by produkcja wina na tych wzgórzach nadal miała sens – muszą mieć odzwierciedlenie w cenie. Jasne, nie można przesadzać – nie akceptuję i nie polecam Barolo po 80 czy 100€, ale naprawdę nietrudno znaleźć świetne wino z tych okolic za 25–30€, a w Polsce za 130–160 zł.

Dzięki Biedronce dowiadujemy się etymologii szczepu Bambino Bianco.

Picie wina jest i powinno być frajdą. A dobrego taniego wina – frajdą nad frajdami. Dobrze jednak, żeby była to frajda rozumna. Finansowa rozkosz z picia Chianti za 20 zł czy Barolo za 30 zł to krótkowzroczny egoizm. Jutro czy pojutrze może się okazać, że chętnych do łażenia po stromym stoku i opiekowania się 5 tys. winorośli na hektar brak. Sięgając po flaszkę ze sklepowej półki warto zastanowić się, kto to wino produkuje i czy otrzymuje godziwe wynagrodzenie za swój trud. I lepiej dołożyć paręnaście złotych za uczciwe wino od małego producenta. Bo to winiarz i jego rodzina gwarantują nam, że Barolo, Chianti, Chablis, Somló – te największe wartości naszego europejskiego wina – będą nadal istniały.

Read Full Post »

Older Posts »