Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Sauvignon Blanc’

Wracam do tematu Chile. Na niedawnej degustacji w Hyatcie (opis na Winicjatywie) odwiedziłem 12 producentów i dwanaście razy usłyszałem: robimy wina eleganckie. Najważniejsza jest ekspresja terroir, pijalność i owoc.  Usłyszałem to nawet z ust  winiarni El Principal, której flagowe wino ma 15% alkoholu i można je kroić nożem. Albo Koyle, które smakują tak samo czekoladowo i konfiturowo jak dawniej. Czy więc wierzą w to, co mówią, czy mówią to, co myślą że ludzie chcą usłyszeć?

Wedle spiskowej teorii winiarze na całym świecie wciskają kit o biodynamice, fazach księżyca i łupkowej glebie dziennikarzom, żeby ci ostatni mieli czym się podniecać. Ale na otwartej degustacji wiązankę o elegancji dostawali także tzw. normalni konsumenci. Chile czuje bowiem presję zmiany. Dotychczasowe sukcesy komercyjne są bezsporne, ale trzeba pomyśleć o następnych krokach. Chile stara się wyczuć, kędy wieje wiatr dziejów i swoją produkcję już dziś przestawić na jutrzejsze tory. Pomimo 15% alk. w El Principal zmiany są ewidentne. Dotyczą zwłaszcza tańszych win chilijskich – i zwłaszcza białych. Zawartość krówki i szarlotki zmniejszyła się nieporównanie. Podstawowe Chardonnay są świeższe i bardziej cytrusowo-gruszkowe niż kiedykolwiek wcześniej. Lepsze niż kiedykolwiek są chilijskie Sauvignon Blanc i kraj ten cierpliwie, po cichutku wyrósł na czołowego dostawcę komercyjnych win z tej odmiany na całym świecie. Gdybym miał dziś przed supermarketową półką w Kopenhadze albo Edynburgu albo nawet Warszawie wybrać Sauvignon za 8€, pomyślałbym w pierwszym rzędzie już nie o Nowej Zelandii, lecz o Chile właśnie (lub Francji).

Estampa Reserve Syrah-Viognier 2010

Syrah-Viognier, nowa moda.

Chile wprowadza na dużą skalę nowe odmiany. W roku 2012 zobaczymy na etykietach Viognier, Rieslinga, Gewürztraminera, Chenin Blanc, Sauvignon Gris, Pinot Gris, Torrontés, a jutro zapewne Albariño, Verdelho czy wręcz Arinto i Melon. Wśród czerwonych: Syrah (co by nie mówić, choć wciąż jest bardzo beczkowy, daje jednak wina bardziej rozsądne niż Carménère), stare krzewy Carignan, Gamay, Tempranillo, czekamy na Sangiovese i Trincadeirę. Chile eksploruje na dużą skalę nowe siedliska – Casablankę już wszyscy znają, słyszeliśmy już o Leydzie czy Bío-Bío, porozmawiajmy o Malleco czy Lolol.

Uprawy przedłużają się na zimne południe i rozszerzają na wietrzny, umiarkowany zachód, nad samym oceanem. Antarktyczne chłody i pacyficzna bryza przynieść mają winom chilijskim to, czego najbardziej im brakuje – świeżość. Na razie to są wszystko hasła, nadzieje, wielu winiarzy nie za bardzo wie, jak mniej ekstrahować, kiedy zebrać grona, by było wcześniej, ale nie za wcześnie, boi się zmniejszenia owocu w winie (poza europejskimi hipsterami głównymi konsumentami win chilijskich są przecież Amerykanie, Kanadyjczycy, Brazylijczycy, Chińczycy, czyli ludy generalnie lubią mocne wina po byku). Lecz tych zmian już nic nie powstrzyma. W tym kierunku już idą winiarnie takie jak Viña Leyda, Fèvre, Matetic, Estampa, niektóre etykiety z Morandé.

Vina Araucano Pinot Noir Reserve 2010

Burgundzkie, finezyjne i świetne.

Traf chciał, że po tygodniu od degustacji w Hyatcie przyjrzałem się tuzinowi butelek od François Lurtona (recenzja tutaj). Przeszczepianie francuskiego podejścia do wina do Chile ma w sobie coś nieprzyjemnie kolonialnego, lecz niektóre wina, jak świeży Sauvignon Reserva, burgundzki Chardonnay Gran Araucano 2007 czy cudny Pinot Noir Reserva 2010 (79 zł), naprawdę niedaleko już padają pod względem świeżości i przejrzystości od swych europejskich modeli. W winiarni Lurtona – Viña Araucano – powstaje też napakowane „icon wine” Alka, 100% śmietankowo-eukaliptusowego Carménère dla przeciwników niuansów, ale kropla już drąży skałę. Za 10 lat większość eksportowych chilijskich win „super-premium” będzie smakować jak ten Pinot Noir.

Vińa Estampa Lacruz 2008

Męczące czy nie?

Traf chciał, że po tygodniu podałem paru doświadczonym degustatorom wino, które bardzo mi się spodobało w Hyatcie – Viña Estampa Lacruz 2008, kupaż z przewagą Carménère o świetnej kwasowości i europeizującej strukturze (129 zł w Wineonline). Pita w ciemno poza kontekstem cięższych win chilijskich się nie obroniła. Masa eukaliptusa, ewidentne Chile, zbyt ciężkie, ekstraktywne i gorzkie, przesadzone, trudne w piciu, nie mam ochoty na drugi kieliszek – mówiono. Mnie też nie smakowało. Ale po paru godzinach pomimo wysokiego alkoholu i gęstego jak olej ekstraktu wino miało faktycznie sporo świeżości i jakoś tam próbowało wyważyć ten swój eukaliptusowy dżem. Chile trzeszczy w posadach. Wkrótce zmieni się nie do poznania.

(więcej…)

Read Full Post »

Wpadły mi ręce takie statystyki sprzedaży w restauracji. Lokal w centrum Warszawy na ok. 100 nakryć, kuchnia azjatycka. Wina w karcie od 85 zł za butelkę, 60 etykiet z czego aż 18 na kieliszki (sprzedaż na kieliszki wliczona do poniższych danych). Obsługa wielokrotnie szkolona itd. Dane za okres lipiec 2011 – marzec 2012.

Prosecco – 113 but.

Cava – 51 but.

Szampan (4 etykiety) – 47 but.

Pinot Grigio – 118 but.

Rueda – 17 but.

Chablis – 151 but.

Riesling mozelski – 69 but.

Grüner Veltliner – 58 but.

Gewürztraminer (3 etykiety) – 60 but.

Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii – 341 but.

Chardonnay z Nowego Świata (2 etykiety) – 137 but.

Mystery Warsaw restaurant sushi

Naród głosuje na Sauvignon Blanc.

Bordeaux czerwone – 43 but.

Rioja (4 etykiety, reserva i gran reserva) – 189 but.

Barolo – 5 but.

Amarone – 20 but.

Pinot Noir z Nowego Świata (2 etykiety) – 115 but.

Cabernet Sauvignon z Nowego Świata (2 etykiety) – 99 but.

Malbec – 63 but.

Ja do sushi i zupy kokosowej najchętniej piłbym Ruedę i Veltlinera. Jak widać moja partia nawet nie wchodzi do Sejmu.

Zapraszam do dyskusji.

Read Full Post »

Mamy nowego importera. Po cichutku, bez fajerwerków ani nawet internetowych iskierek zadebiutowała Winna Spółdzielnia. Minikatalog mieści się na dwóch kartkach A4, ale aż kipi od cudów. Barbera d’Asti od modnego Iuli, gwiazdorska Słowenia od Sutora, naturalistyczna La Stoppa z Emilii, arcytradycyjna Gattinara of Travagliniego, koneserskie Barolo Giuseppe Rinaldiego i mineralna Lessona z Proprietà Sperino.

Najbardziej pijalne wina jakie próbowałem w 2011.

W tych ostatnich trzech nazwiskach rozpoznajemy rękę Bogdana Fałowskiego, winomana, właściciela kultowej kawiarni Kofeina w Suchej Beskidzkiej i człowieka, któremu zawdzięczamy wprowadzenie na polski rynek tak wybitnych winiarzy, jak Paolo De Marchi (Isole e Olena), Giuseppe Rinaldi, Marcel Lapierre, Josef Umathum. Pierwszy projekt Fałowskiego, Kawa–Wino–Czekolada, w krótkim czasie zdobył dużą popularność i zgarnął nagrody nieproporcjonalne do swoich rozmiarów (był to w zasadzie import jednoosobowy). W 2008 pozawiniarskie względy popchnęły Fałowskiego do przekształcenia KWC w nową firmę Enoteka Polska, we współpracy z Maciejem Bombolem i Tomaszem Koleckim-Majewiczem.

Ta współpraca już się zakończyła (Enotekę prowadzi dziś w pojedynkę i z sukcesami Maciej Bombol), ale Fałowski wraca na scenę z nowym, obiecującym projektem.W Krakowie na Konfederackiej 4 działa już nowa winiarnia z własnym importem. Znajdziemy w nim część nazwisk z dawnego katalogu oraz nowe z Włoch i Słowenii, a niedługo także z Francji. Podejście wciąż to samo – wina z małych, rodzinnych winiarni, terroirystyczne, autorskie, często ekologiczne i biodynamiczne (choć niekoniecznie z certyfikatem), zwykle od winiarzy–indywidualistów, cokolwiek postrzelonych, nieprzewidywalnych. Zachwyciły mnie dwa wina Edvarda i Mitji Lavrenčiciów ze słoweńskiej Vipawy. Ich winiarnia Sutor parę lat temu zwróciła moją uwagę jedną z absolutnie najciekawszych interpretacji odmiany Sauvignon Blanc. Wróciłem do tego wina po latach: rocznik 2008 (73 zł) jest zachwycający, pełen świeżości, czystego jak łza owocu, nut mineralnych, zarazem bez kwaśnej chamowatości, w jaką Sauvignon często popada. Kluczem do sukcesu jest zebranie winogron w idealnym punkcie: nuty owocowe są dojrzałe, ale nie ma tu cienia rozlazłości, a alkohol pozostaje na rozsądnym poziomie 13,5%. Sekundowym wręcz wyczuciem rytmu zachwyca też czerwona Burja 2007 (Merlot ze szczyptą dzikiego rdzennego Refoška; 105 zł). Piękny jest owoc tego wina i piękna jest jego mięsisto-soczysta pijalność, radosna lekkość Beethovenowskiego scherza, uwolnienie od parkerowskich ambicji, wino jako napój orzeźwiający i energetyzujący.

Edvard Lavrenčič. © Marijan Močivnik / Studio Ajd / Sutor.

Nie jest przypadkiem, że podobnie mógłbym określić dwa Verdicchio z Fattoria San Lorenzo. Proste Vigna di Gino 2009 (28 zł) to niby proste wino codzienne, ale ileż przyjemności w jego soczystej gruszkowości i budzącej apetyt goryczce w końcówce. Ambitniejsza Riserva Vigna delle Oche 2007 (66 zł), jak przystało na wino dojrzewające dwa lata tylko w kadzi stalowej, jest wzorem umiaru, odmierzonej przy ekierce mineralności, fascynującym miksem nut słodkich i słonych, jesiennych i świeżych zarazem, jak dym z ogniska unoszący się w majową noc. Dzielny Natalino Crognaletti z San Lorenzo proponuje nawet Verdicchio 13-letnie (Riserva Aziendale 1998 za 179 zł) i jestem dziwnie pewny, że będzie to butelka wybitna.

Cenowy i kulinarny hit.

Wina importowane przez Bogdana Fałowskiego mają swój wyrazisty styl. Są wyrazem prawdziwej filozofii wina – tak w robieniu go, jak i w piciu. Nawet jeśli nie ze wszystkimi się zgadzam – z wybitnymi butelkami z Borgo del Tiglio sam się psychicznie zmagam, butelka taniego La Stoppa Rosso zrefermentowało i poszło w tango – z pewnością nie są nudne czy banalne. A do tego oferowane są w najuczciwszych w Polsce cenach. Już za czasów Kawy–Wina–Czekolady Fałowski zdumiewał swoją wąską jak talia osy marżą. W 2007 r. sprzedawał Sacrisassi Rosso za 99 zł, Cepparello za 148 zł, czyli w cenach, po których nie tak łatwo kupić te wina w kraju produkcji. Po pięciu latach, huśtawce kursu złotego, bankructwie Lehman Brothers i łącznej inflacji 17% Winna Spółdzielnia oferuje Sacrisassi za 111 zł. To dodatkowy powód, by zawierzyć temu importerowi.

Mówiąc o winie, za rzadko mówimy o ludziach. Kwasowość, garbniki, alkohol, finezja, koncentracja, a w najlepszym razie terroir i antropomorfizowana winorośl, która „daje z siebie wszystko” i „przestawia się na tory jakości” we współpracy z człowiekiem. Ten ostatni w opowieści o winie pojawia się najczęściej tylko w postaci bohaterskiego winiarza albo diabelskiego enologa. A przecież wino to też agronomowie, hurtownicy, sklepikarze, importerzy. Na importerów najczęściej nad Wisłą psioczymy z powodu wygórowanych marż i marnej selekcji. Wszak są wśród nas postaci prawdziwie wielkiego formatu.

Bogdan Fałowski: skromny, wielki człowiek wina w Polsce.

(więcej…)

Read Full Post »

Szalony tydzień, gdy w ciągu sześciu dni wezmę udział w dwunastu degustacjach, wciąż trwa, lecz jednym z jego ciekawszych akcentów było spotkanie z Kaiem Schubertem z winiarni Schubert, jakie odbyło się wczoraj w Alewino.pl.

Kai Schubert

Kai Schubert w winnicy. © Ellisofrichmond.co.uk.

Schubert to rodowity Stuttgartczyk, który w 1998 roku postanowił w Nowej Zelandii ucieleśnić swoją miłość do Pinot Noir. Jego wybór padł na region Martinborough na Wyspie Północnej, cechujący się wyjątkowo surowym klimatem, odpowiednim szczególnie do takich odmian jak Sauvignon Blanc i Pinot Noir. Dość powiedzieć, że z powodu zimnych wiatrów zmniejszających wielkość jagód w kiści plon w winnicach Schubert nie przekracza 30hl/ha! W Nowym Świecie to ewenement.

Pruning Marions Vineyards Schubert Wines

Winnica Marion. © Schubert Wines @ Facebook.

Druga ważna sprawa to styl win. Zważywszy status Schuberta jako przyjezdnego z Europy, nie dziwi, że jego wina należą do najbardziej wyważonych, subtelnych, eleganckich, z jakimi się zetknąłem na antypodach. Dotyczy to szczególnie Sauvignon Blanc (71 zł). Zamiast eksplozji egzotycznych owoców w wersji „identycznej z naturalną” mamy tu skalny chłód i kwasowy kręgosłup jak w dobrym Sancerre. A w dodatku wino świetnie się trzyma, choć degustowaliśmy rocznik 2008! (W tej chwili na rynek trafiają nowozelandzkie Sauvignon z 2011). Ciekawe okazały się też wina czerwone Schuberta: Cabernet Sauvignon–Merlot 2006 z delikatną nutą eukaliptusa, ale niezwykle żywy i wyciszony jak na Caberneta z Nowego Świata (i jak na 3-letnie starzenie w beczce) oraz Syrah 2008 (132 zł), przypominający pod wieloma względami Crozes-Hermitage i Côte-Rôtie, które degustowałem wcześniej tego samego dnia na prezentacji DELiWINA (o niej słów kilka po weekendzie).

schubert_blockB_pnoir_08

Istne Grosses Gewächs.

Największą sławę przysporzyły Schubertowi Pinot Noir i mając je w kieliszku, od razu rozumiało się czemu. To fantastycznie skrojone wina, ujawniające cały nowoświatowy potencjał tej odmiany, o której przecież często się mówi, że poza Burgundią nie może dać win najwyższej klasy. Nie jestem pewny, jak wypadłyby dobre premiers crus z takiego Volnay czy Chassagne w zetknięciu z Marion’s Vineyard Pinot Noir 2009 Schuberta, winem o fantastycznej kwasowości, napiętym, elektryzującym, prawdziwie głębokim (choć krzewy mają zaledwie 10 lat!). Block B 2009 (148 zł) to jego starszy brat, produkowany z innych, mocarniejszych klonów Pinot Noir, nieco bardziej beczkowy, pełny, mroczny, ziemisty, do odłożenia na 5, a może i 10 lat. Te wina smakują jak dwa razy droższe burgundy.

Martinborough vineyards bird nets

W Nowej Zelandii jest mało chorób winorośli, ale dużo ptaków. © Wines from Martinborough.

Nowa Zelandia, jeden z najciekawszych i najbardziej perspektywicznych krajów winiarskich Nowego Świata, przez wiele lat była w Polsce obecna słabiutko. Teraz to się dynamicznie zmienia. Świetny wybór win z najbardziej prestiżowych winiarni ma na przykład importer Wine Express. A na najlepszy sklep z winami z antypodów wyrosła niespodziewania serowarnia La Fromagerie. Wina z NZ to będzie gorący temat najbliższych sezonów.

(więcej…)

Read Full Post »

Przemiły pan Zbigniew Gluza, czyli importer Winozmoraw.pl, zaoferował mi przysłanie kilku butelek do degustacji. Wyraziłem oficjalny entuzjazm, natomiast prywatna półkula mojego mózgu, owo nieomylne superego pomne licznych klęsk bitewnych w winnicach tzw. Europy Środkowej, zapytało dobitnie: po co to robisz? Od tygodni czekają na wypicie wspaniałe Gigondasy, Etny i Jerezy, a ty będziesz tracił czas na te tragikomiczne pepickie smaki.

Czy tylko moje superego tak myśli? Wina morawskie cieszą się w Polsce popularnością w „pewnych kręgach”. Analizując rzecz antropologicznie, ta popularność wynika z bukolicznego czaru wiejskich wakacji na Morawach, kiedy w okolicznościach przyrody trawa wydaje się zieleńsza, a ludzie bardziej uśmiechnięci, albo z faktu, że na miejscu produkcji wszystkie wina smakują lepiej. Wspaniale pasują do miejscowej kuchni, rodzące je winnice pięknie lśnią w popołudniowym słońcu, ceny (zwłaszcza te u winiarza, bez paragonu) są tak niskie, jak oczekiwania podchmielonego turysty, a polski entuzjazm wzmożony zostaje wysoką zawartością cukru resztkowego. To wszystko nie jest dziwne, psychologia świetnie zna to zjawisko, na fali którego najlepsze na świecie na przestrzeni sierpniowego turnusu wydają się wina baskijskie, apulijskie, bułgarskie, a nawet albańskie.

Po co pić Marlborough, skoro mamy to?

O takich winach mawia się dyplomatycznie, że „źle podróżują”. Po zamknięciu turnusu te winiarskie produkty turystyczne rażą wewnętrzną pustką i nic tu nie pomoże nawet podwyższona zawartość cukru resztkowego. Dlatego wina baskijskie sprzedają się słabo nawet w popularnych tapas barach, a Bułgaria ma coraz większe trudności z utrzymaniem przyczółka na najniższej półce supermarketu. To samo dotyczy win morawskich. Skoro są tak fantastyczne, że kartony ledwie zmieściły się w bagażniku, czemu nad Wisłą ich magia już nie działa? Dochodzi do tego, śmiem twierdzić, pewien mniej lub bardziej podświadomy polski kompleks wyższości nad czeskością. Stereotypowa obciachowość czeskich win jest w sumie paralelą tego, co niesprawiedliwie myślimy o czeskiej fonetyce, czeskich atrakcjach turystycznych, kuchni, szkole filmowej czy operze.

Pomyślałem o tym ze smutkiem, gdy otworzyłem te dwie świetne butelki. Niczego im nie brakowało i z pewnością można by je uznać za najlepsze wina świata, gdyby pochodziły z seksownego Soave albo z uświęconego tradycją Chablis. Jiří Hort Sauvignon 2009 (45 zł) był zarazem typowy i nieagresywny, wytrawny i delikatny, długi, intensywny, ze świetną materią i balansem. Nie miał w sobie nic z głupkowatości taniego Sauvignon z Nowej Zelandii czy Chile, z ich aromatem identycznym z naturalnym, zarazem unikał mineralnej twardości wielu win loarskich. Był, za przeproszeniem, „przyjazny” i pił się szybciej, niż przyjemność zdążył popsuć podświadomy powrót antyczeskiego stereotypu.

Grand cru... z Czech!

Sonberk Ryzlink Rýnský 2009 (60 zł) to wino jeszcze lepsze, bo nieco głębsze, nie tylko owocowe, ale też mineralne. Styl jest tak samo user-friendly, krągły, bogaty: jesteśmy bliżej Palatynatu niż Mozeli. Parę lat może z korzyścią leżakować, choć po co czekać? Kilka dni później degustowałem rocznik 2008 tego samego wina i byłem pod dużym wrażeniem – to jest wielowymiarowa rzecz na poziomie dobrego alzackiego grand cru. Z Czech!

Te dwa wina nie są tanie, a jednak są tak samo dobre, jak równowarte wino francuskie albo nowozelandzkie. (To samo mógłbym powiedzić o innych propozycjach z katalogu Winozmoraw.pl – czerwonych winach ze Stapleton–Springer, świetnych białych z Trpělka & Oulehla, dobrej komercji z Nové Vinařství). Przede wszystkim zaskakują treściwością, intensywnością aromatów i świetną równowagą. Tą ostatnią wzmaga, wbrew pozorom, wysoki cukier resztkowy (7 g w Sauvignon i aż 11,3 g w Rieslingu – wartości zresztą podane kawa na ławę na etykiecie). Nie jest to bowiem cukier wycelowany w sophiolubnego turystę Polaka, lecz inteligentne narzędzie równoważenia tego, co nazwałem ostatnio „nordycką kwasowością”, W tej samej funkcji cukier użyty jest np. w polskich winach Lecha Jaworka, o czym pisałem już tu.

Pod tym znakiem kupisz dobre wino.

To jednak jedno z nielicznych podobieństw. Warunki do uprawy winorośli na Morawach nie tak bardzo różnią się od tych na polskim Śląsku czy w Małopolsce. Oczywiście skala jest zupełnie inna (Polska – 1 tys. ha, Czechy – 16 tys.), ale inne jest też nastawienie. Choć Czesi mogliby spokojnie sami wypijać swoje wina, eksportem zajmują się prężnie i inteligentnie – ustanowili przejrzyste, łatwo przyswajalne apelacje winiarskie, organizuje świetną wystawę win z możliwością degustacją, szeroko informują o swoich winach w kilku językach. Wino to marginalny produkt eksportowy dla czeskiej gospodarki, a jednak nikt w Czechach nie pisze, że nie warto wydawać na to pieniędzy i że nie ma czym się chwalić. Dzięki temu nastawieniu już jest.

(więcej…)

Read Full Post »

Jeśli wiosna, to w kieliszku polskie wino. Zbliżająca się noc świętojańska sprzyja towarzyskim spotkaniom, w czasie których osuszymy rozmaite Sibery, Seyvale i różowe Ronda, a ciepłemu spojrzeniu na ich wykuwającą się jakość sprzyjać będzie wpływ prasłowiańskich bożków, szczególnie intensywny właśnie w tym okresie. Do tego zawartość talerza, czyli polskie ogórki, rzodkiewki, buraczki, szparagi, sałaty, a może i kozi serek pozwolą zharmonizować rozbuchaną rodzimą kwasowość.

Po prostu dobre polskie czerwone jakościowe wino gronowe.

Po emocjach Święta Wina (sprawozdanie tu i tu) miałem kolejną okazję zweryfikować te intuicje na degustacji polskich win w sklepie Alewino na ul. Mokotowskiej 48 w Warszawie. W zachęcającej cenie 30 zł (w tym przekąska) można było spróbować aż 9 polskich butelek z winnich Płochockich i Jaworek. Dwa roczniki rosé od tych pierwszych nie miały swojego dnia; 2010 jest cienki i warzywny, ale cieszy faktem, że powstał zamiast (z pewnością gorszego) wina czerwonego; 2009 poza rdzewiejącą barwą trzyma sie dobrze i w sumie jest smaczniejszy. Aura 2010, półsłodki biały kupaż mniej ciekawych odmian winorośli, skierowany jest do szerokiej publiczności zamiast Liebfraumilcha. Naprawdę solidnie zaprezentował się Sibemus 2009, powoli wyrastający na najlepszą etykietę Barbary i Marcina Płochockich. Świetnie utrafiony cukier resztkowy, niezłe w sumie ciało, aromaty tak bliskie naturalnym, jak się da w polskich warunkach – tę butelkę można nawet bez wstydu podać gościom z zagranicy (sprawdziłem).

Rondo 2009 Płochockich to też udane wino, jeśli się przebrnie przez jabłeczny, utleniający się nos ku wartkim, masywnym, zdrowo garbnikowym ustom. O pochodzenie nut dębowych lepiej nie pytać, bo wino raczej nie spotkało prawdziwej beczki, ale ogólna równowaga jest dobra. Ceny na Mokotowskiej – od 44 do 56 zł – zawierają podatek patriotyczny, ale są akceptowalne, jak ku memu lekkiemu zdziwieniu stwierdziła zebrana na degustacji publiczność nie kierując się tak bardzo sentymentem.

No i ten postfowistyczny ekspresjonizm na etykiecie...

Regent 2009 Jaworka wspina sie szczebelek wyżej od rzeczonego ronda. Jest bardzo pełny, ambitnie skoncentrowany, czym (a także czarną barwą) nieco odchodzi od podręcznikowego charakteru szczepu. W obecności nut orzechowych, kiełbasianych wyczuwa się wpływ estetyki niemieckiej, ale wyjąwszy te miniwątpliwość, rzecz jest naprawdę bardzo serio (cena stołeczna 60 zł). Jeszcze bardziej serio jest Pinot Noir Prestige 2009. 120 zł na polce i 10 miesięcy nowego dębu amerykańskiego nie jest kombinacją, która budzi u mnie pozytywne oczekiwania, ale obawy okazały się płonne. Krągły, dojrzały, owocowy charakter Pinot Noir (truskawki, czereśnie) bardzo dyskretnie tylko dosolony dębiną robi doprawdy spore wrażenie. Wino ma materię, długość, szyk i gdyby na etykiecie zwało się Spätburgunderem, cenie 30€ tak bardzo by się nad Łabą nie dziwowano. Chapeau bas. Popiliśmy dwoma udanymi winami Lecha Jaworka z Macedonii (wspominałem o nich już tu): Sauvignon 2009 wypadło lepiej niż pamiętałem, a Vranec 2008 tak samo dobrze: to soczyste, krwiste, zdrowo kwasowe, ale i śródziemnomorsko owocowe wino jest jednym z lepszych aktualnie zakupów za ok. 40 zł.

120 zł i w zasadzie warto.

Dobrzy polscy winiarze nadal robią dobre wina – jakoś sobie radząc z koszmarnym rocznikiem 2010 lub proponując rodzynki z dobrego 2009 – i Sobótkę możemy udanie spędzić, mając pod ręką tylko polskie produkty. A na Mokotowską do Alewino bardzo zapraszam – w tym autorskim sklepie kupimy wina z katalogów m.in. Vini e Affini, Winkolekcji, Wienico., niedawno polecanego Brix65 oraz własny import z RPA. Cykliczne degustacje mają sie wkrótce zintensyfikować pod nowym, ciekawym szyldem.

(więcej…)

Read Full Post »

Austria znów nawiedziła Polskę. Doroczna prezentacja win naszego południowego sąsiada to tradycja sięgająca jeszcze XX wieku, to już prawdziwa polska degustacyjna instytucja. (To tam, dawno temu, poznałem na przykład Marka Bieńczyka).

W ramach seminarium komentowanego wespół z Josefem Schullerem z wiedeńskiej Akademii Wina (organizującej od tego sezonu winiarskie kursy po angielsku, a Polakom przyznającej nawet stypendia) miałem szczęście przedstawić kilka znakomitych butelek, m.in. Sauvignon Zieregg 2008 Manfreda Tementa (kto to pisał kiedyś, że Sauvignon nie potrafi dać wielkich win?), arcysłodki Ruster Ausbruch Pinot Cuvée 2008 od Feiler-Artingera czy Riesling Heiligenstein 2009 z zasłużonej posiadłości Schloss Gobelsburg (rocznik 2009 udał się tu być może najlepiej w Austrii; ma być dostępny w Polsce ponoć w połowie roku).

Wapień muszlowy = kwasowe wina. © Steve Haider / Verein Leithaberg.

Podobnie jak rok temu najciekawszą chwilę spędziłem jednak przy winach czerwonych. Swe walory zaprezentowała nowa, ustanowiona we wrześniu 2010 apelacja DAC Leithaberg. Leży ona w Burgenlandzie, który przyzwyczaił nas (obok znakomitych słodkich) do win ciężkich, potężnych i słonecznych, tymczasem Góry Litawskie stanowią dla winorośli siedlisko całkiem chłodne, a ten chłód i świeżość wzmagają jeszcze w winach tutejsze gleby: wapień muszlowy i łupek. Zważywszy na uprawiane tu odmiany: Pinot Noir, Chardonnay, Pinot Blanc i swojski Blaufränkisch, obecność łupków stanowi ewenement na skalę światową.

Zagadka dla gleboznawców: w jakim kolorze łupek, a w jakim wapień? © Verein Leithaberg.

W Warszawie próbowaliśmy tuzina win białych z rocznika 2009 i tuzina czerwonych z 2008 – te ostatnie powstają z min. 85% Blaufränkisch. (O degustacji pisała już m.in. Ewa Rybak). Trzeba przyznać, że smak tych ostatnich był zdumiewający. Jeśli się pamięta smakową matrycę austriackiego wina czerwonego sprzed paru lat, ten owoc gęsty jak klej, alkohol jak w Coonawarrze, beczkę jak w rocznym Bordeaux, duchotę panońskiego stepu, litawskie Blaufränkische z 2008 (prawda, że to chłodniejszy rocznik niż 2009, 2007 czy 2006) wydawały się tworami z innej planety: świeże, rześkie, cytrusowe, kwaskowate jak polskie wiśnie, mineralne jak Chablis, napięte jak skrzypcowe struny, jak chce kolejna w polskim języczku winiarskim kalka – „wibrujące”.

Hans Nittnaus, pionier winiarskiego Leithaberg. © Weingut Nittnaus.

Dziwny był ten młody, świeży, zimny, kamienny smak w czerwonym winie z kraju, który jeszcze pięć lat temu upierał się, by wypuszczać na rynek starzone w baryłkach konfitury. Idzie nowe. O tej już nie modzie, lecz długookresowej reorientacji w stronę win świeższych i bardziej pijalnych pisałem już wielokrotnie. Austriaccy winiarze w swym geniuszu nowoczesności wzięli sprawy w swoje ręce i warunki pod takie odświeżające wina stworzyli sobie sami. Dziesięć lat temu nie było bowiem w Leithaberg niemal żadnych winnic. Sadzili je najpierw w terroirystycznym śnie indywidualiści tacy jak Anita & Hans Nittnaus i Silvia Prieler, a dziś producentów w tym cokolwiek jeszcze dzikim, leśnym rejonie na stromych stokach jest już 62, w tym restauratorzy (Braunstein), biodynamicy (Hartl), a nawet rekordziści Europy w użyciu beczki (Hillinger). Jest więc nadzieja dla świata.

Najgorętsze logo austriackiej sceny winiarskiej.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »