Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Styria’

Austria znów nawiedziła Polskę. Doroczna prezentacja win naszego południowego sąsiada to tradycja sięgająca jeszcze XX wieku, to już prawdziwa polska degustacyjna instytucja. (To tam, dawno temu, poznałem na przykład Marka Bieńczyka).

W ramach seminarium komentowanego wespół z Josefem Schullerem z wiedeńskiej Akademii Wina (organizującej od tego sezonu winiarskie kursy po angielsku, a Polakom przyznającej nawet stypendia) miałem szczęście przedstawić kilka znakomitych butelek, m.in. Sauvignon Zieregg 2008 Manfreda Tementa (kto to pisał kiedyś, że Sauvignon nie potrafi dać wielkich win?), arcysłodki Ruster Ausbruch Pinot Cuvée 2008 od Feiler-Artingera czy Riesling Heiligenstein 2009 z zasłużonej posiadłości Schloss Gobelsburg (rocznik 2009 udał się tu być może najlepiej w Austrii; ma być dostępny w Polsce ponoć w połowie roku).

Wapień muszlowy = kwasowe wina. © Steve Haider / Verein Leithaberg.

Podobnie jak rok temu najciekawszą chwilę spędziłem jednak przy winach czerwonych. Swe walory zaprezentowała nowa, ustanowiona we wrześniu 2010 apelacja DAC Leithaberg. Leży ona w Burgenlandzie, który przyzwyczaił nas (obok znakomitych słodkich) do win ciężkich, potężnych i słonecznych, tymczasem Góry Litawskie stanowią dla winorośli siedlisko całkiem chłodne, a ten chłód i świeżość wzmagają jeszcze w winach tutejsze gleby: wapień muszlowy i łupek. Zważywszy na uprawiane tu odmiany: Pinot Noir, Chardonnay, Pinot Blanc i swojski Blaufränkisch, obecność łupków stanowi ewenement na skalę światową.

Zagadka dla gleboznawców: w jakim kolorze łupek, a w jakim wapień? © Verein Leithaberg.

W Warszawie próbowaliśmy tuzina win białych z rocznika 2009 i tuzina czerwonych z 2008 – te ostatnie powstają z min. 85% Blaufränkisch. (O degustacji pisała już m.in. Ewa Rybak). Trzeba przyznać, że smak tych ostatnich był zdumiewający. Jeśli się pamięta smakową matrycę austriackiego wina czerwonego sprzed paru lat, ten owoc gęsty jak klej, alkohol jak w Coonawarrze, beczkę jak w rocznym Bordeaux, duchotę panońskiego stepu, litawskie Blaufränkische z 2008 (prawda, że to chłodniejszy rocznik niż 2009, 2007 czy 2006) wydawały się tworami z innej planety: świeże, rześkie, cytrusowe, kwaskowate jak polskie wiśnie, mineralne jak Chablis, napięte jak skrzypcowe struny, jak chce kolejna w polskim języczku winiarskim kalka – „wibrujące”.

Hans Nittnaus, pionier winiarskiego Leithaberg. © Weingut Nittnaus.

Dziwny był ten młody, świeży, zimny, kamienny smak w czerwonym winie z kraju, który jeszcze pięć lat temu upierał się, by wypuszczać na rynek starzone w baryłkach konfitury. Idzie nowe. O tej już nie modzie, lecz długookresowej reorientacji w stronę win świeższych i bardziej pijalnych pisałem już wielokrotnie. Austriaccy winiarze w swym geniuszu nowoczesności wzięli sprawy w swoje ręce i warunki pod takie odświeżające wina stworzyli sobie sami. Dziesięć lat temu nie było bowiem w Leithaberg niemal żadnych winnic. Sadzili je najpierw w terroirystycznym śnie indywidualiści tacy jak Anita & Hans Nittnaus i Silvia Prieler, a dziś producentów w tym cokolwiek jeszcze dzikim, leśnym rejonie na stromych stokach jest już 62, w tym restauratorzy (Braunstein), biodynamicy (Hartl), a nawet rekordziści Europy w użyciu beczki (Hillinger). Jest więc nadzieja dla świata.

Najgorętsze logo austriackiej sceny winiarskiej.

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

Dwa pierwsze dni tego tygodnia spędziłem przy degustacyjnym stole Magazynu WINO, szukając perełek wśród 70 nadesłanych win z RPA i Sauvignon Blanc do 60 zł. Jak zwykle w takich sytuacjach nie brakowało win zarówno dobrych, jak i przeraźliwie nudnej komercji, ale zdarzały się takie strzały w dziesiątkę jak Cabernet Sauvignon Villiersdorp Kelder 2004, bezczelnie dobre, buchające intensywnym owocem wina za 28 zł, albo taki Sauvignon Mock 2008 ze spółdzielni w tyrolskim Bolzano, krystaliczne, odświeżające, mineralne tak, jak potrafi być tylko europejskie wino (45 zł). Wieczorem dopijałem pyszny węgierski kupaż Lányvár 246 od Tamása Dúzsiego, świetnego winiarza z Szekszárdu, którego od niedawna sprowadza do Polski dynamiczny importer Winoman.pl. Piłem to z rzadką przyjemnością i bez cienia tęsknoty za czymkolwiek ambitniejszym i medialniejszym. Musiałem upewnić się, czy importer nie pomylił się w cenie: 28 zł.

Październikowy widok z Quinta Nova da Nossa Senhora de Carmo.

Wczoraj Dom Wina, jeden z większych polskich importerów, w ramach corocznej prezentacji swego katalogu w kilku polskich miastach (w tym roku oprócz Warszawy i Krakowa także w Gdańsku) zaprosił w osobie własnej dobrej klasy winiarzy z Alzacji, Portugalii, Balatonu, Urugwaju i Marlborough. Nie podobały mi się wina toskańskie i ich ceny, ale bardzo mi się podobały cavy Agustiego Torelló i zabójczo zmysłowe Douro z Quinta Nova. A nie próbowałem nowych win australijskich Thorn-Clarke ani Riojy od Ramona Bilbao, które zapewne podobały się innym, nader licznym uczestnikom degustacji.

Na prezentacji Domu Wina trzeba było się spieszyć, żeby zaraz zdążyć na imprezę Winkolekcji. Jej gwoździem była prezentacja portalu „społecznościowego” Wingrono, ale lano też wybitnej urody Priorat Embruix 2005 od Vall-Llach, nowe Minervois z Château Villerambert Julien oraz gorące, prosto wyjęte z importerskiego pieca Rieslingi mozelskie Markusa Molitora. A ich debiut w Polsce jest naprawdę wydarzeniem dużej rangi, bo to obecnie jedne z najgłośniejszych i najciekawszych win naszych zachodnich sąsiadów.

Dziś, jak co roku w maju, swe nowalijki przedstawił z kolei Robert Mielżyński. Po siedmiu latach od pewnej kolacji z Rolandem Velichem w nieistniejącej już restauracji Biblioteka mamy wreszcie na półkach wybitne wina z Weingut Velich i Weingut Moric w Burgenlandii. Słowa nie opiszą słonego śladu ślimaka w tajemniczym białym OT ani Blaufränkisch 2008 o mineralności tak malinowo finezyjnej, jakby mineralność wymyśliły kobiety w perfumerii, a nie mężczyźni przy zimnym stole degustacyjnym. Mamy też rozchwytywane Sauvignon ze styryjskiego Weingut Gross i (od paru już lat) nadzwyczajnie eleganckie Blaufränkisch od Gesellmannów. W nowych importerskich barwach (dotąd Austrovin) zadebiutował też Wiedeńczyk Franz Wieninger. Jego Gemischter Satz 2009, lekkie, kwaskowate, jeszcze ciut drożdżowe wino z mieszanej uprawy było we wtorek tak pyszne do duszonych szparagów, że zapomniałem sporządzić notki degustacyjnej.

Roland Velich, wielki człowiek austriackiego wina. © Steve.haider.com

To tylko jeden tydzień z życia winomana. Gdy dekadę temu rozpoczynałem moje życie z winem, nie było czegoś takiego jak degustacje konsumenckie. Wydarzeniem było otwarcie przez importera na targach branżowych butelki kalifornijskiego Chardonnay za 60 zł. Gdy w 2000 r. Robert Sołtyk w hotelu Sheraton organizował test w ciemno siedmiu win różowych, mieliśmy poczucie, że odkrywamy Amerykę. A z przywiezioną nocnym pociągiem z Kolonii flaszką Molitora obnosiliśmy się jak z jajem Fabergé. Gdy w Londynie chodziłem z kieliszkiem w ręku Strandem od jednej degustacji na drugą, wydawało mi się, że jestem na innej planecie.

Dziś bloger, sommelier, sklepikarz i pasjonat mogą w tydzień poznać tyle win, ile dawniej piło się w pół roku. A już w środę Chablis od Williama Fèvre’a i pozioma degustacja Ballantinesa. A za tydzień Święto Wina na zamku w Janowcu nad Wisłą…

Read Full Post »