Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Toskania’

Jeśli chcesz kieliszek Égly 99 wpadaj natychmiast do Esencji.

Esemes od M. zabrzmiał jak Broniewskiego wezwanie do broni. Ubrałem się, popędziłem. Jakże odmówić najbardziej medialnego obecnie szampana, którym delektują się hipsterzy w Krakowie i który ani chybi zawita wkrótce w diapazonowe ściany opiewane na popularnym warszawskim blogu?

Mam bowiem taką katastroficzną wizję, taką senną marę, że docieram gdzieś spóźniony na degustację najlepszego wina świata i z dna butelki wysysam do kieliszka ostatnie krople nektaru. W moim koszmarze nektarem jest stary rocznik Château d’Yquem, mający mi wreszcie unaocznić wielkość tego wina, za którym nie przepadam i które uważam za przereklamowane. Na dnie kieliszka błyska płyn cenniejszy niż złoto, bukiet jest upajający, lecz wina tak mało, że smaku nie czuję. I koniec.

Wśród wielu grzechów degustatorom zarzuca się, że oceniają wino na podstawie mikroskopijnej próbki, poświęcają mu 45 sekund, „sip and spit”. Że to jest nienaturalne, bo normalny człowiek pije butelkę przez dwie godziny do befsztyka i wtedy wszystkie cechy wina mu się w pełni ujawniają. Być może. Sam miewam niekiedy iluminacje przy befsztyku albo wręcz na drugi dzień, gdy wino łyknie trochę tlenu. Częściej jednak kolejne łyki albo utwierdzają w pierwszej opinii, albo ją niesłusznie podważają, bo pod wpływem alkoholu, befsztyka i ożywionej konwersacji na inne tematy ostrość widzenia wina, nie oszukujmy się, nieco spada. Zresztą recenzent literacki doprawdy nie musi książki czytać od deski do deski, by ją krótko scharakteryzować. Od piłkarskiego skauta trudno oczekiwać, by trampkarza oglądał przez wiele tygodni po 90 minut; spojrzy dwa czy trzy razy, jak drybluje i to wystarczy. Oczywiście skaut może się pomylić; w górę udą ci, których intuicja nie zawodzi.

Égly-Ouriet Champagne Brut 1999

Przebłysk prawdy.

Nie inaczej jest chyba z winem. Kiedy próbuję sobie przypomnieć najbardziej wstrząsające butelki w moim życiu, są to zawsze krótkie chwile, pierwsze zetknięcia, uderzenia pioruna: Fontalloro 1997 próbowany na parapecie okiennym przed przyjściem gości na jedną z pierwszych „degustacji”; Vega Sicilia 1942 z 40-gramowej próbki na pionówce w Decanterze; Királyudvar Aszú 2000 oceniany na konkursie w Pannonhalmie, tak niebiański, że jeden z jurorów wstał i zaczął klaskać. Georg Breuer Berg Schlossberg 2007 atakujący podniebienie jedną, bezbarwną, niebywale przenikliwą nutą. Giuseppe Rinaldi Barolo Brunate 1990 na kursie Collegium Vini, zachwycający młodzieńczą energią – piłem przedtem i potem dobrych sześć butelek tego wina, w tym do befsztyka, i żadna nie osiągnęła szczytu tamtego kieliszka wysączonego na sztucznej wykładzinie w hotelu Westin.

W psychologii istnieje teoria gestaltu, mówiąca – w skrócie – że rzeczy poznajemy nie poprzez stopniowe zrozumienie ich cech składowych, lecz natychmiastowe, w pierwszym kontakcie objęcie ich ogólnego kształtu. Gdy wyciągamy korek, nalewamy wino do kieliszka, wkładamy nos, przez sekundę mamy dostęp właśnie do tego gestaltu. Potem zaczyna się analiza bukietu – czy tego się chce, czy to kontestuje – zaczyna się smażenie befsztyka i od gestaltu, tej cudownej chwili jedności, coraz bardziej się oddalamy.

W Esencji nie wiedząc o tym wtargnąłem – bez kwiatów – na urodziny. Na dnie Égly-Ouriet Brut 1999 zostało parę kropel, ale biesiadnicy oddali mi po trosze szampana ze swoich fletów. Koszmar prysł. W lekko starczym już bukiecie tańczyły orzechy, miód i pachnące lilie. W ustach hasała kwasowość, która już się chyba nie zintegruje. Wino było dojrzałe i za młode zarazem. Mineralne, jak rzadko zdarza się szampanom i zarazem burgundzko zmiodziałe. W swym gestalcie tworzyło niepojętą figurę: napiętego jak struna kamienia.

Read Full Post »

Spędziłem tydzień w Toskanii, intensywne degustacje nowych roczników (650 win) na bieżąco relacjonowałem Państwu na Winicjatywie. Spróbowałem wielu świetnych Chianti, Brunello i białych Vernacci, trafiło mi się kilka butelek poruszających, jak Vernaccia Carato 2002 od Montenidoli, Chianti Classico 2008 Castell’in Villa czy genialne młode Chianti Vigna del Sorbo 2008 od Fontodi. Lecz najciekawsze okazały się wrażenia ogólne.

Castell’in Villa Chianti Classico 2008

Castell’in Villa Chianti Classico 2008.

Wina z Toskanii są coraz lżejsze. Chianti, Brunello, nawet Vino Nobile di Montepulciano tracą barwę, chudną w oczach, bokiem wychodzi im kwas i niewygładzone beczką garbniki; konfitura cofa się do stadium świeżego owocu. Oglądamy jakby w zwolnionym tempie film o ewolucji wina, puszczony do tyłu. Wiele win toskańskich smakuje dziś tak, jakby nigdy nie wymyślono francuskiej baryłki i Parkera. Gdyby ktoś trafił tu po dziesięciu latach przerwy, przeżyłby szok.

Na moim blogu angielskim, gdzie podzieliłem się tą myślą kilka dni temu, padło arcyciekawe pytanie: czy ta zmiana stylu – tak ewidentna, że już nikt jej nie przeczy – jest wynikiem zmiany smaku po stronie konsumentów, czy też jest wymysłem krytyków winiarskich i wpatrzonych w nich producentów? Ta druga możliwość nie jest wykluczona – wszak o ancien régimie spod znaku beczki i ekstraktu często mówiono, że robiony jest pod gust Parkera, Wine Spectatora, Gambero Rosso i innych mediów „opiniotwórczych”.

Castello di Cacchiano Chianti Classico 2007

Castello di Cacchiano Chianti Classico 2007.

Czy zatem winiarze, zdejmując nogę z beczkowego gazu, wsłuchują się bardziej w vox populi, czy vox Dei? Prawda leży gdzieś pośrodku; na wina lżejsze, bardziej eleganckie, świeże na pewno zapanowała obecnie moda, dyskurs o winach bardziej „pijalnych” stał się ideologią miłościwie panującą i doprawdy trudno znaleźć liczącego się krytyka, który domagałby się dziś win potężniejszych i bardziej masywnych. Z drugiej jednak strony nie można zaprzeczyć, że konsumenci też głosują nogami na wina lżejsze. We Włoszech tendencja jest wyraźna: właściciel jednej z najlepszych winotek w Sienie mówił mi, że masywne wina z 14,5% alk. kupują już tylko Amerykanie, typowy winopijca włoski sięga po wina bezbeczkowe, sprawdza dokładnie alkohol na etykiecie, coraz częściej pije do posiłku wina różowe i białe.

Franco Pacenti Brunello di Montalcino 2007

Franco Pacenti Brunello di Montalcino 2007.

W każdym razie wydaje mi się to celniejszym wyjaśnieniem zjawiska, niż śmiała teza Wojciecha Gogolińskiego, wedle której toskańscy winiarze przestali używać nowych beczek, bo… ich nie stać. Zwłaszcza kiedy mówimy o takiej na przykład Querciabelli, gdzie proporcję nowej beczki zmniejszono z 50 do 25%, a przecież ta winiarnia bez trudu sprzedaje na całym świecie swe bardzo drogie wina, a w ogóle należy do multimilionera i beczki wymienia się tu jak żarówki. W dodatku w 2011 roku sprzedaż win toskańskich wzrosła o kilkanaście procent, a ceny hurtowe poszły w górę. Na beczki nie stać być może anonimowych winiarzy w DOCG Chianti, ale przecież stylistyczna rewolucja najbardziej jest widoczna właśnie w drogich winach z prestiżowych winiarni.

Castello di San Sano Chianti Classico 2009

Castello di San Sano Chianti Classico 2009.

Nie ukrywam swej radości z tego faktu. Z kilku względów. Małpowanie win kalifornijskich i bordoskich w Toskanii okazało się ślepą uliczką i przyszły sukces komercyjny tego ważnego regionu w dużej mierzy zależy od tego, czym się wyróżni na tle innych. A tak naprawdę wyróżnia się szczepem Sangiovese i wysoką kwasowością swoich win. Powrót do win mniej beczkowych, bardziej eleganckich, świeżoowocowych pozwala lepiej ukazać typowość Sangiovese. Sangiovese zabeczkowane na amen zbliżało się do zabeczkowanego Tempranillo, Malbeka i Merlota (ten ostatni zresztą w dużej proporcji wpadał do kadzi). Sangiovese niebeczkowe swym smakiem nie przypomina żadnego innego wina na tym świecie. Tendencja do oczyszczania Sangiovese widoczna jest też w kompozycjach: tutaj przytaczałem dane pokazujące, że stanowi on obecnie ponad 92% statystycznego Chianti. A przecież jeszcze kilkanaście lat temu przepisy wymagały, by było to najwyżej 70%.

Tiezzi Brunello di Montalcino 2007

Tiezzi Brunello di Montalcino 2007.

No i zyskujemy coś jeszcze, czego wcześniej nie mieliśmy. Kolor. Oszałamiającą paletę rozświetlonych, ciepłych barw wiśniowych, karminowych, amarantowych, ceglastych. Przez lata, zanurzeni w matowej półczerni, byliśmy pozbawieni tej radości. Teraz prawdziwy rubin Sangiovese eksploduje właściwie z każdego kieliszka. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie mogę się napatrzeć.

(więcej…)

Read Full Post »

Mamy nowego importera. Po cichutku, bez fajerwerków ani nawet internetowych iskierek zadebiutowała Winna Spółdzielnia. Minikatalog mieści się na dwóch kartkach A4, ale aż kipi od cudów. Barbera d’Asti od modnego Iuli, gwiazdorska Słowenia od Sutora, naturalistyczna La Stoppa z Emilii, arcytradycyjna Gattinara of Travagliniego, koneserskie Barolo Giuseppe Rinaldiego i mineralna Lessona z Proprietà Sperino.

Najbardziej pijalne wina jakie próbowałem w 2011.

W tych ostatnich trzech nazwiskach rozpoznajemy rękę Bogdana Fałowskiego, winomana, właściciela kultowej kawiarni Kofeina w Suchej Beskidzkiej i człowieka, któremu zawdzięczamy wprowadzenie na polski rynek tak wybitnych winiarzy, jak Paolo De Marchi (Isole e Olena), Giuseppe Rinaldi, Marcel Lapierre, Josef Umathum. Pierwszy projekt Fałowskiego, Kawa–Wino–Czekolada, w krótkim czasie zdobył dużą popularność i zgarnął nagrody nieproporcjonalne do swoich rozmiarów (był to w zasadzie import jednoosobowy). W 2008 pozawiniarskie względy popchnęły Fałowskiego do przekształcenia KWC w nową firmę Enoteka Polska, we współpracy z Maciejem Bombolem i Tomaszem Koleckim-Majewiczem.

Ta współpraca już się zakończyła (Enotekę prowadzi dziś w pojedynkę i z sukcesami Maciej Bombol), ale Fałowski wraca na scenę z nowym, obiecującym projektem.W Krakowie na Konfederackiej 4 działa już nowa winiarnia z własnym importem. Znajdziemy w nim część nazwisk z dawnego katalogu oraz nowe z Włoch i Słowenii, a niedługo także z Francji. Podejście wciąż to samo – wina z małych, rodzinnych winiarni, terroirystyczne, autorskie, często ekologiczne i biodynamiczne (choć niekoniecznie z certyfikatem), zwykle od winiarzy–indywidualistów, cokolwiek postrzelonych, nieprzewidywalnych. Zachwyciły mnie dwa wina Edvarda i Mitji Lavrenčiciów ze słoweńskiej Vipawy. Ich winiarnia Sutor parę lat temu zwróciła moją uwagę jedną z absolutnie najciekawszych interpretacji odmiany Sauvignon Blanc. Wróciłem do tego wina po latach: rocznik 2008 (73 zł) jest zachwycający, pełen świeżości, czystego jak łza owocu, nut mineralnych, zarazem bez kwaśnej chamowatości, w jaką Sauvignon często popada. Kluczem do sukcesu jest zebranie winogron w idealnym punkcie: nuty owocowe są dojrzałe, ale nie ma tu cienia rozlazłości, a alkohol pozostaje na rozsądnym poziomie 13,5%. Sekundowym wręcz wyczuciem rytmu zachwyca też czerwona Burja 2007 (Merlot ze szczyptą dzikiego rdzennego Refoška; 105 zł). Piękny jest owoc tego wina i piękna jest jego mięsisto-soczysta pijalność, radosna lekkość Beethovenowskiego scherza, uwolnienie od parkerowskich ambicji, wino jako napój orzeźwiający i energetyzujący.

Edvard Lavrenčič. © Marijan Močivnik / Studio Ajd / Sutor.

Nie jest przypadkiem, że podobnie mógłbym określić dwa Verdicchio z Fattoria San Lorenzo. Proste Vigna di Gino 2009 (28 zł) to niby proste wino codzienne, ale ileż przyjemności w jego soczystej gruszkowości i budzącej apetyt goryczce w końcówce. Ambitniejsza Riserva Vigna delle Oche 2007 (66 zł), jak przystało na wino dojrzewające dwa lata tylko w kadzi stalowej, jest wzorem umiaru, odmierzonej przy ekierce mineralności, fascynującym miksem nut słodkich i słonych, jesiennych i świeżych zarazem, jak dym z ogniska unoszący się w majową noc. Dzielny Natalino Crognaletti z San Lorenzo proponuje nawet Verdicchio 13-letnie (Riserva Aziendale 1998 za 179 zł) i jestem dziwnie pewny, że będzie to butelka wybitna.

Cenowy i kulinarny hit.

Wina importowane przez Bogdana Fałowskiego mają swój wyrazisty styl. Są wyrazem prawdziwej filozofii wina – tak w robieniu go, jak i w piciu. Nawet jeśli nie ze wszystkimi się zgadzam – z wybitnymi butelkami z Borgo del Tiglio sam się psychicznie zmagam, butelka taniego La Stoppa Rosso zrefermentowało i poszło w tango – z pewnością nie są nudne czy banalne. A do tego oferowane są w najuczciwszych w Polsce cenach. Już za czasów Kawy–Wina–Czekolady Fałowski zdumiewał swoją wąską jak talia osy marżą. W 2007 r. sprzedawał Sacrisassi Rosso za 99 zł, Cepparello za 148 zł, czyli w cenach, po których nie tak łatwo kupić te wina w kraju produkcji. Po pięciu latach, huśtawce kursu złotego, bankructwie Lehman Brothers i łącznej inflacji 17% Winna Spółdzielnia oferuje Sacrisassi za 111 zł. To dodatkowy powód, by zawierzyć temu importerowi.

Mówiąc o winie, za rzadko mówimy o ludziach. Kwasowość, garbniki, alkohol, finezja, koncentracja, a w najlepszym razie terroir i antropomorfizowana winorośl, która „daje z siebie wszystko” i „przestawia się na tory jakości” we współpracy z człowiekiem. Ten ostatni w opowieści o winie pojawia się najczęściej tylko w postaci bohaterskiego winiarza albo diabelskiego enologa. A przecież wino to też agronomowie, hurtownicy, sklepikarze, importerzy. Na importerów najczęściej nad Wisłą psioczymy z powodu wygórowanych marż i marnej selekcji. Wszak są wśród nas postaci prawdziwie wielkiego formatu.

Bogdan Fałowski: skromny, wielki człowiek wina w Polsce.

(więcej…)

Read Full Post »

Echa opisanej tu i tu Gali Magazynu WINO trwały jeszcze parę dni. Kilku importerów zorganizowało w kolejnych dniach serię ciekawych degustacji. Miałem szczęście być na dwóch i wyszedłem zbudowany. Skończyły się czasy, gdy wystarczyło otworzyć Chardonnay za 40 zł, by klienci zlatywali się jak ćmy. Dziś degustuje już całkiem przekrojowo i poważnie, a konkretnie – pionowo.

Montmains premier cru vineyard Chablis

Montmains, Chablis (na dalszym planie).

Pionowo, czyli kilka roczników tego samego wina lub producenta, co daje najlepsze wyobrażenie o jego dorobku i możliwościach. Chablis Jean-Marka Brocarda (importer: opisywany już DELiWINA) samo w sobie jest smaczne i ciekawe, lecz dopiero pijąc kilka różnych premiers crus nabiera się większej ochoty, by z tymi winami spędzić trochę czasu. Świetne wrażenie zrobiło na mnie np. Vau de Vey 2010 i 2009, chłodne, prawdziwie mineralne wino z niedocenianej winnicy. Za 115 zł to bodaj najlepszy tu obecnie zakup (nie licząc świetnego Petit Chablis, lepszego od wielu „grands”). Montmains – to inne cru, o którym rzadko się kto rozpływa w superlatywach – w roczniku 1998 dał pokaz tego, co znaczy harmonijne starzenie: wino wciąż pełne wigoru, żywe, kwasowe, ale obudowane już ładną panoramą smaków jesiennych, tostowych, ziemistych. (Te wina degustowaliśmy z lepiej starzejących się butelek magnum). Wypadło zdecydowanie lepiej niż dość w sumie zwyczajne biodynamiczne Domaine de la Boissonneuse 2004. Nowe roczniki tego ostatniego odstraszają zresztą ceną – ponad 100 zł za butelkę „prostego” Chablis to zdecydowanie za dużo. Ptaszki ćwierkają, że DELiWINA zaproponuje w cenniku inne stare roczniki Brocarda, np. grand cru Bougros 1998, za które absolutnie ręczę.

Jean-Marc Brocard Chablis Grand Cru Bougros 1998

Być może wkrótce dostępne w Polsce.

Nazajutrz gościem Roberta Mielżyńskiego był Lamberto Frescobaldi, wielki pan włoskiego wina, nie tylko dyrektor ogromnej winiarni Frescobaldi, lecz także małej posiadłości Collazzi, którą odziedziczył po babce. Powstaje tu podręcznikowy supertoskan – Cabernet Sauvignon z domieszką Merlota, Franc i Petit Verdot („tylko 3 procent!”, zarzekał się autor) starzona w nowych beczkach. Ten styl wina od paru lat jest już nieodwołalnie passé i goście przystępowali do próby bez większych nadziei. Obawy się potwierdziły, a zarazem wina się obroniły.

Lamberto Frescobaldi

Lamberto Frescobaldi. © Frescobaldi.

Paradoks? Degustowaliśmy wszystkie wina kiedykolwiek tu wytworzone, czyli roczniki od 1999 do 2008. (To pierwsza taka prezentacja w historii Collazzi, dodajmy – to też pokazuje, jak polski rynek się zmienia). Wszystkie roczniki cierpiały na naczelną wadę supertoskanów: były nadekstraktywne i trudne w piciu. Lecz na przykład taki 2001 dojrzał w sumie całkiem ładnie i do antrykotu ta jego suchość nie przeszkadzała. A już absolutnie wszystkie roczniki przebił, o dziwo, 2003. Afrykańskie lato popchnęło bodaj winiarza do ciut wcześniejszego winobrania, przez co wino miało świeżości np. od całkiem zaustralopitekowałego 2005. Naprawdę pyszna butelka.

Frescobaldi Collazzi Toscana 2003

Chchot historii: 2003 przebił 2001 i 2007.

Ta degustacja była ciekawa z innego jeszcze względu. Lamberto Frescobaldi wprost przyznawał:

W pierwszych rocznikach robiliśmy błędy. Poszukiwaliśmy przesadnego ekstraktu. Teraz ekstrahujemy bardzo ostrożnie.

O powrocie do win lżejszych, elegantszych, bardziej „pijalnych” mówie się od dawna. Jeśli przyznaje to wprost producent z jądra ciemności, czyli superbeczkowych win toskańskich, sprawa jest przesądzona. Zmiana stylu Collazzi jest subtelna, ale ewidentna. Rocznik 2000 mimo zestarzonych już aromatów smakuje jak nieheblowana deska. 2007 jest wciąż zbyt masywny (i szczerze mówiąc niewart swoich 175 zł), ale po dłuższej chwili w kieliszku harmonizuje się i mięknie. Tempora mutantur.
(więcej…)

Read Full Post »

Robert Mielżyński powitał wiosnę pełnym przeglądem swych win toskańskich (zabrakło tylko solidnego Brunello Collosorbo). Impreza pod tytułem Bud Break co roku ma inny temat: degustowaliśmy w maju na tym samym bruku burgundy i świetne austriaki. Na tym tle Toskania wypadła tak jakoś smętnie. Mało było win naprawdę ciekawych i głębokich, lecz przede wszystkim mało było takich, które by się chciało od razu radośnie, wiosennie wypić. Nawracającym tematem tej mollowej symfonii były suche garbniki, zduszone aromaty, gruba warstwa beczkowego masełka na beczkowej grzance. Była to więc symfonia zgoła monotematyczna i już w połowie allegra się znudziła.

Piękne widoki, ale co z tego?

Zupełnie swojego dnia nie miało Vino Nobile Cateriny Dei (dobrze wszak wypadające w innych sytuacjach): zarówno Nobile 2008 jak i Riserva Bossona 2004 nie są gotowe do picia i nie wiem, czy kiedykolwiek będą. (Honoru broniło ciekawe półwytrawne Vin Santo 2003 za uczciwe 99 zł). Wina z Maremmy mniej medialnej posiadłości Marchesi Ginori Lisci oscylowały pomiędzy niezłą pijalnością w Cabernecie Macchion del Lupo 2008 a jej zupełnym brakiem w Castello Ginori 2007. W sumie były to jednak nudnawe, techniczne wina jakich wiele, a ich świetną metaforą stało się białe Virgola 2010 z Vermentino i Viognier: szczepy dobrano chyba na zasadzie asonansu, bo równie dobrze mogły to być Chardonnay i Malvasia.

Najlepsze wino degustacji, chcąc nie chcąc.

Wyjątkowym smutkiem natchnęły mnie wina Siro Pacentiego: ciepłe, suche, matowe, zduszone, bezowocowe, bezwładne; wywoływały zdumienie nie samymi sobą, lecz tym, że można je uznać za „najlepsze Brunello w stylu nowoczesnym”. Od tych dwóch smutnych Brunello 2006 lepiej było pić Rosso di Montalcino 2009 choćby ze względu na o połowę niższą cenę. Nie przekonał mnie do siebie Lamberto Frescobaldi swymi winami I Collazzi: Chianti I Bastioni 2007 było krótkie i suche, w Libertà 2009 najlepsza jest nazwa, a I Collazzi 2007 swą masą ekstraktu obezwładnia i trzeba dużo dobrej woli, by umówić się z nim na ponowne spotkanie za pięć lat.

Wreszcie coś ciekawego.

W smutnym krajobrazie wyróżniły się, o ironio, wina najbardziej nowoczesne i techniczne, czyli markizowie Mazzei zarówno w swojej posiadłości w Maremmie (całkiem dobre Serrata di Belguardo 2009 pełne nut słonych, mięsistych, autentycznych, oraz obiecujące półbeczkowe Vermentino 2009), jak i w Chianti – co prawda nadekstraktywnych Siepi 2007 i Castello di Fonterutoli 2006 nie dało się właściwie przełknąć, ale Chianti Riserva Ser Lapo 2007 podobało mi się w swym wyważeniu i wiśniowo-mięsistym kontrapunkcie dla beczkowej nowoczesności.

Tuńczyk ze szparagami ma się stać hitem tej wiosny u Mielżyńskiego. Vermentino pasuje.

Toskania musi się określić. Czy chce produkować wina typowe, wyrażające własną tradycję i terroir, czy pozostanie jednym z wielu regionów wypuszczających pod zbyt drogimi etykietami anonimowe wina w tzw. stylu międzynarodowym. Pisałem Państwu niedawno o rosnącej irytacji winami toskańskimi i wczorajsza degustacja potwierdziła ten stylistyczno-intelektualny impas. Być może Toskania powinna wziąć przykład z Barolo, które po harcach lat 1990. zrobiło mądry krok w tył. Choć region najwyraźniej nadal wierzy w swoją ciemną gwiazdę. Ja coraz mniej.

(więcej…)

Read Full Post »

Dyskalkulia

Tegoroczna degustacja młodych Chianti we Florencji oprócz notek degustacyjnych. potwierdzeń i zaprzeczeń przyniosła mi poczucie konfuzji i konsternacji. Jestem tylko człowiekiem i rzecz jasna zdarza mi się na jakimś winie nie poznać – ocenić nisko niekwestionowaną gwiazdę lub w ciemno postawić pięć serduszek jakiejś beczkowej ropusze – lecz jednak rzadko zdarza mi się zaprzeczyć diametralnie własnym wnioskom i – jak to się dziś mówi – narracji.

Jedno z nielicznych pijalnych Chianti z 2007.

Rok temu przekonywałem Państwa o zaletach rocznika 2007 w Chianti i teraz, degustując 60 win z tego właśnie roku, przecierałem oczy ze zdumienia. Gdzie się podziała ta świeżość, kwasowa rezerwa, klasyczna równowaga? Wina były w większości trudne w piciu, ciężkie, pełne, sycące, suche jak szczapa i przede wszystkich alkoholowe jak diabli. Rok temu degustowałem zwykłe Chianti Classico, dziś – ukazujące się właśnie na rynku riservy – lecz przecież nie mogło to być jedyną przyczyną diametralnej zmiany odczuć.

Często zarzuca się degustatorom, że piją wina zbyt wcześnie, zanim ukażą one wszystkie swe zalety. Czy tym razem jednak nie stało się dokładnie odwrotnie? W pierwszej młodości te Chianti Classico ledwie zlane z kadzi – niewiele z nich dojrzewa w nowym dębie – mogły pochwalić się jeszcze elementarną świeżością. Rok później pierwszy owoc w nich zmierzcha i już nic nie przykryje cokolwiek zduszonego charakteru. To szczególnie prawdziwe w przypadku win bardzo alkoholowych. A w 2007 niektóre Chianti przebiły szklany sufit 15% alk.

Koszmar z ulicy jarzębów.

Niezwykły jest przypadek Vigna del Sorbo od Fontodi. To sławne i dawniej ulubione przeze mnie wino miałem już okazję kosztować zeszłej jesieni na panelu Magazynu WINO. Napisałem wówczas:

Wino robi duże wrażenie koncentracją i ekstraktem i tym, jak dobrze są one zrównoważone. Nuty czereśniowe i ciekawie korzenne. Usta są po prostu świetne, bardzo pełne, garbnikowe, ale nieagresywne, przy tym szczodre; od słodyczy owocu do wytrawnej słoności terroir jest tylko krok. Astronomiczny alkohol w zasadzie nie przeszkadza.

Po pół roku to Chianti pije się – czy raczej sączy – już nie tak entuzjastycznie. Świetnej jakości owocu nie da się zaprzeczyć; beczka – dobrej klasy – jest ładnie wtopiona; pełnia i rozwój wina w ustach są znakomite. Lecz od tego alkoholu nie da się uciec. Zapycha nozdrza, rozwałkowuje atak, pali gardło w końcówce. I skąd go aż tyle? W najupalniejszym i najsuchszym w historii 2003 było 14,5%. Tu – ponad 15 (a w bratnim Flaccianello jest ponad 15,5%). Czy to – myśl straszliwa – krzewy przywykają powoli do zmiany klimatu i produkują z rozpędu jeszcze więcej cukru? Czy alkohol do salto mortale wypchnęła ręka winiarza? Pewien ptaszek ćwierknął mi, ze w Fontodi użyto w 2007 koncentratora, osmozy i innych diabelskich maszyn. Ale po co? Punkty Parkera, kliniczna schizofrenia?

Castello della Paneretta to jedno z moich ulubionych Chianti w 2007 i 2008. © Valentina Klasen / Paneretta.

Dość, ze degustacja Chianti Riserva 2007 okazała się drogą przez mękę. Miałbym dla Państwa dobrą wiadomość – Chianti z 2008 są pyszne, lekuchne, zwiewne, kwaskowate, wytworne, odświeżające bodaj najbardziej od 1998. Ale teraz boje się chwalić, bo a nuż za rok okażą się przeekstrahowanymi ropuchami.

(więcej…)

Read Full Post »

Magazyn WINO rozdał przed chwilą swoje nagrody Grand Prix dla najlepszych win roku. Wśród win białych zwyciężył Röttgen 2008 od wybitnego winiarza Reinharda Löwensteina (wino aktualnie dostępne w promocji w rewelacyjnej cenie 105 zł), niby kontrowersyjny, a jednak jak się okazało godzący swą stratosferyczną mineralnością różne osoby, które zasiadały w jury naszego konkursu.

© Paweł Gabryelewicz / MediaTeam Interactive.

Wśród win czerwonych na nic zdał się głos oddany przez Marka Bieńczyka na Mas La Planę Torresa, wygrał z ogromną, największą w historii naszych finałów przewagą Brunello 2004 z Casanova di Neri (i to też nie jest tak drogie wino). Wszyscy medaliści tych i pozostałych 9 kategorii do przeczytania w numerze grudniowym Magazynu WINO, dostępnym już w sprzedaży, a szczegóły także od jutra w naszym internecie.

Nagrodę Człowieka Roku przyznaliśmy Istvánowi Szepsyemu, który równie dobrze mógłby zostać winiarzem stulecia. Nie będzie go wśród nas (przechodzi w tych dniach operację), ale będą jego wina i dobry duch.

István Szepsy – geniusz terroir.

A teraz przybywajcie tłumnie, by spróbować Brunello od Casanovy, Röttgen Löwensteina i 165 innych win na naszej galowej degustacji. Będzie m.in. kilkadziesiąt tokajów od członków stowarzyszenia Mádi Kör, po raz pierwszy w Polsce nowa gwiazda z Wachau – Weingut Pichler-Krutzler w swych obu osobach, wina z Istrii, Chablis, Barolo, stare roczniki i inne atrakcje. To już jutro, czyli w środę, czyli właściwie dziś, od godz. 16 w Fortecy na ul. Zakroczymskiej.

Read Full Post »

Older Posts »