Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for the ‘wino dnia’ Category

Marzyłem o tej flaszce, odkąd ją zobaczyłem na półce. Trzy lata temu znienacka pojawiła się w ofercie warszawskiego importera. Marzyłem o niej, bo jej sława ciągnęła się za mną od dłuższego czasu, a okazje do degustacji się nie pojawiały. Nawet w swej ojczyźnie to rzadka flaszka, Château Yvonne jako jeden z kilku ostatnich producentów nie uczestniczy nawet w prestiżowym Salonie Win Loarskich.

Château Yvonne Saumur Blanc 2005

Ocet cytrynowy.

Przy bytnościach na Puławskiej (dziś Olkuska) zawsze były jednak pilniejsze wydatki: a to Albariño, a to Priorat, a to jedno ze świetnie reprezentowanych tu Bordeaux. „Iwona” zresztą ciągle stała na półce w tym samym roczniku, więc presja nie była wielka. Aż w końcu zapas stopniał do paru butelek. I wtedy do kartonu Bordeaux i burgundów Sławek Chrzczonowicz i Paweł Karolak z Winkolekcji dorzucili Château Yvonne. „Powiedz nam co sądzisz – usłyszałem – podobno wino jest już za stare”.

Chatreau Yvonne tasting room

Hi-tech w piwnicach zamku Yvonne. © Cathy’s Loire Wine Tours.

Otworzyłem butelkę z Markiem Bieńczykiem, którego pean przeczytacie tutaj. Zaczynając od końca, Château Yvonne Saumur Blanc 2005 za stare nie jest. Jest za młode – myślę że o połowę. Czyli swój szczyt osiągnie chyba za kolejne 7 lat. Tak, czternaście lat będzie trwał rozkwit życiowy tego wina na bazie Chenin Blanc. To jest bowiem szczep dla cierpliwych. Może dlatego w Polsce tak fatalnie się sprzedaje. Ale i w tej chwili, w konkurencji juniorów, wino jest arcyciekawe. Pokazuje jak w soczewce trudność i zarazem wspaniałość Chenin Blanc, drzewa o niesamowicie rozłożystych korzeniach, z których wyrasta mały kwiatek z paroma płatkami. Aromat Yvonne 2005 jest bowiem skromny, czysty, wykrochmalony jak fartuszek gimnazjalistki. Masło, cytryna i odrobina pieprzu. Miłośnicy win bezsiarkowych nie mają tu czego szukać, SO2 dodano w ilości słusznej, tak jak przez dekady dodawano, by Chenin Blanc się dobrze starzał. Jego kwasowość i mineralność mają w sobie niespotykaną ostrość przypominającą biały ocet. Długość smaku jest nieopisana. Jedna jedyna nuta, przypominająca sok wyciśnięty z cytryny albo światło słońca stojącego przez minutę w zenicie. To wino oślepia. Tym, którzy chcą je zrównoważyć, polecić mogę najcięższe z czołgów: żabnicę, lina w śmietanie, może słynna pulardę z Bresse. Ja to lubiłem pić bez niczego w jego bezkompromisowej nierównowadze właśnie.

Château Yvonne Saumur-Champigny 2006

Atłas porzeczkowy.

Ale Château Yvonne robi też wino czerwone: Saumur-Champigny 2006 (100% Cabernet Franc). Marek Bieńczyk ocenił je niżej od białego, ja wyżej. Przede wszystkim za elegancję, niewymuszoną szlachetność, łatwiejszą konwersację aniżeli z kaustycznym Saumur Blanc. Bardzo kocham loarskie Cabernety, piję je przy każdej okazji, choć też nie są winami łatwymi. Często ich ziołowość, zieloność przekracza niewidzialną granicę, za którą zostają z wina tylko kości. Winiarze poszukujący większej dojrzałości gron często przeskakują z kolei za drugą granicę – 14,5% alkoholu i ekspresji, która zaczyna przypominam dolinę Rodanu. Stanąć dokładnie w połowie drogi, skąd widać cały krajobraz – to jest zaiste sztuka. Za taki punkt widokowy na klasykę francuskiego winiarstwa gotów byłbym wręcz zapłacić 139 zł (za esencję z cytryny – 159 zł). Jeśli też lubicie widoki, w Winkolekcji zostały ostatnie flaszki.

Przeczytaj recenzję tych samych win autorstwa Marka Bieńczyka.

(więcej…)

Read Full Post »

A jednak geniusz

O winach Patricka Meyera, publikującego swe utwory pod imieniem ojca Juliena, wylałem już morze atramentu. Odkrywałem go w Magazynie W. (1/2006) i Winach Europy 2009. Wtedy było to po godzinnej degustacji pięciu win w Kientzheim, kiedy jego Rieslingi przeleciały się po mojej głowie z siłą odrzutowego mirage’a. W sali wypełnionej komercyjną półwytrawnością uderzyły młotem swej absolutnej kwasowości, potęgą smakowej ascezy. Były mineralne w stopniu brutalnym, słone bardziej niż sól. Chodziłem wtedy godzinę wśród pruskich murów próbując sobie przypomnieć, z czego robi się Barolo i ile litrów mieści barrique.

Potem była degustacja nowo zaimportowanych win w Enotece Polskiej, po której napisałem jedną z moich istotniejszych blognotek – Winiarski zen. Niektórym się wydawało, że „puściłem się kredensu”, mnie się wydawało, że coś z tych win zrozumiałem: dlaczego mają tak mało owocu, tak mało cukru, tak mało alkoholu. Między listopadem 2005 a marcem 2010 u Patricka Meyera zaszły ważne zmiany. Przeszedł w 100% na biodynamikę, zrezygnował z siarki. Jego wina stawały się coraz-bardziej-trochę-utlenione. Oprócz soli w bukietach pojawiło się dużo obitego jabłka.

Julien Meyer Alsace Sylvaner Zellberg L’Hermitage 2001

Łuna mojego wstydu.

W ostatnim roku spróbowałem tych win bardzo dużo. Pewnie około 40 butelek. Z ich autorem odbyliśmy co prawda inspirującą rozmowę, ale wątpliwości miałem coraz więcej. Crémant d’Alsace trzy razy wydało mi się całkiem ciekawe, potem jeden raz było kompletnie utlenione i smakowało sfermentowanym szczurem, po czym pięć razy smakowało nieźle, ale nie mogłem pozbyć się wspomnienia o szczurze. Riesling 2010 jeden raz smakował fantastycznie, po czym sześć razy beznadziejnie. Muscat Petite Fleur jeden raz koszmarnie (sfermentowany proszek do prania), po czym dwa razy dobrze i jeden raz bardzo dobrze. Wina Meyera są całkiem niedrogie i w sumie ta ruletka nie jest bolesna, ale zauważyłem, że jakoś tak podświadomie się do nich nie palę. Już nie myślę z podnieceniem o tym, że u Marka na kolacji będzie butelka Petite Fleur; już sobie nie dolewam kolejnego łyka Crémant.

Miałem jednak jeszcze buteleczkę zakupioną w Paryżu kilka tygodni po pierwszym spotkaniu z Meyerem. W supermarkecie Inno wynalazłem 5-letniego wtedy Sylvanera Zellberg 2001 za 6€. W sam raz do ostryg kupowanych na targu prosto od chłopa. Wino się co prawda nie sprawdziło, gdyż w odróżnieniu od normalnego alzackiego Sylvanera nie było lekkie i kwaśne, tylko potężne i bogate. Wyjaśnienia dostarczyła tylna etykieta: „vendange partiellement botrytisée”, czyli trochę (czyli dużo) szlachetnej pleśni, przez co Sylvaner stał się takim prawie Pinot Gris. Drugą flaszkę zapakowałem do walizki, w Warszawie włożyłem do piwnicy, zapomniałem. Przypomniałem sobie wczoraj rano. Nie mogło być dobre, bo Sylvanera pija się w ciągu roku–dwóch, to jest tanie wino do codziennych, nieważnych okazji.

Julien Meyer Alsace Sylvaner Zellberg L’Hermitage 2001

Per aspera ad astra.

No więc proszę Państwa, to jest najlepsze wino, jakie piłem w tym roku. Jest to po prostu wino genialne w swym zamiarze i swej realizacji. Jest bogate, ale akurat tyle ile trzeba: owe nuty szlachetnej pleśni, pieczarkowe, tostowe, pieprzne, nie przekraczają nigdy cienkiej granicy przesady. Ma tam pewnie jakiś cukier resztkowy, ale jest on kompletnie nieistotny wobec ogromnych łuków rozporowych tego wina, które są złożone z kwasowości. Co to za kwasowość! Wyżera podniebienie, uderza do głowy, wychodzi nozdrzami, wrzyna się w przełyk z siłą balsamicznego octu. Ta kwasowość jest genialna, utrzymała to wino przy życiu w pozycji dumnie wyprostowanej przez 11 lat i pewnie ma siłę na kolejne dziesięć. Pinot Gris z tą ilością szlachetnie nadgniłych winogron byłby mdłym cukiereczkiem, Sylvaner z tą ilością kwasu byłby zajzajerem nadającym się tylko zamiast cytryny do ostryg, a wszystko razem stworzyło jeden wielkie big bang. Pardon, panie Meyer, że w pana zwątpiłem.

(więcej…)

Read Full Post »

Smak światła

Byłem zaproszony na obiad. Na gości czekał zmrożony szampan. Takim propozycjom raczej nie odmawiam. Zwłaszcza że był to Lanson, jedna z moich ulubionych marek wśród tych większych. Lanson jest zawsze bardzo kwaśny; nie bawi się w żadne briosze czy pralinki, lecz idzie prosto do cytrynowego celu i ja to lubię.

Butelk otwarta została bez wystrzału, słomkowy płyn trafił do wypolerowanych fletów Schotta, czego chcieć więcej. Ale coś było nie tak. Butelka nie była zepsuta, wino nie śmierdziało korkiem, nie było utlenione, nie było zredukowane. Ale coś było nie tak, brakowało owocu, smak był jakiś matowy, przykurzony, końcówka skrócona i obojętna. Zauważyli to nawet inni; był to szampan bez radości, a tak nie powinno być.

Lanson Champagne Brut

Poniżej oczekiwań. Czyja to wina?

Przypomniała mi się wówczas wizyta u Lansona, jaką odbyłem wiele lat temu. Przyjmował mnie wówczas mistrz piwniczny, czyli dyrektor całej produkcji wina Jean-Paul Gandon. Przez wielu – w tym swoich kolegów po fachu z innych domów szampańskich – uważany był wówczas za najwybitniejszego fachowca na tym stanowisku. Gandon miał zbożny zwyczaj prezentować gościom stare roczniki, więc zapytał mnie o rok urodzenia, a potem polecił przynieść Lanson Brut 1976. W magnum. Takim propozycjom raczej nie odmawiam. Asystentka wniosła wielką flachę i dwa kieliszki na srebrnej tacy, Gandon zdjął oplotkę, bez wystrzału wyjął korek, nalał sobie do sprawdzenia. Milczałem jak grób. Powąchał, wziął łyk. C’est pas bon –powiedział do asystentki – proszę przynieść jeszcze jedną. Zdumiony spojrzałem na niego. Jedno magnum dla nieznanego dziennikarza z Polski jeszcze rozumiem, ale dwa? Goût de lumière – odrzekł, smak światła. Ukradkiem nalałem sobie to gwiaździste wino, wydało mi się zupełnie normalne, to znaczy niewiarygodnie wspaniałe, rozłożyste jak delta Dunaju i silne jak prehistoryczny tur. Lecz drugie magnum było jeszcze lepsze. Niewiele, ale dostrzegalnie: panorama była jeszcze szersza, smaki wyostrzone; lekką woń starej piwnicy zastąpił zapach kawiarni i café au lait; końcówka zamiast czarnej kreski miała pawi ogon.

Butelki szampana, które zbyt długo stały w świetle dziennym, niepostrzeżenie tracą smak, powiedział Jean-Paul Gandon. Wystarczy nawet jeden dzień na odkrytej sklepowej półce. Pojawia się w nich minimalnie nieczysta nuta, nie mają blasku, głębi smaku. Lecz trzeba być bardzo wyczulonym na te niuanse, by je wychwycić; przeciętny konsument nie zauważy różnicy. To dlatego, a nie dla bajeru, nawet tanie szampany pakowane są w kartoniki albo odbijający promienie UV celofan (w Lanson do owijania flaszek w papier sprowadzono nawet z Japonii ogromnego robota za miliony euro).

Jean-Paul Gandon

Jean-Paul Gandon, mistrz piwniczny Lansona.

Jak każda magiczna sztuczka, te dwa magnum nie dawały mi spokoju. No bo jakże, na jakiej fizykochemicznej zasadzie parę dni w dziennym świetle tak może zaszkodzić szampanowi, to wino przecież niecherlawe, mocno zbudowane, a dzięki długiej styczności z drożdżami wyjątkowo żywotne, którego czas się nie ima? Zacząłem jednak się zastanawiać. Pijąc szampana byłem coraz czujniejszy. Czy znajdę wreszcie słynny smak światła? Fotonów za ogon nie złapałem, ale najwięcej rozczarowujących butelek trafiałem w supermarketach. Fatalnie wypadały też flaszki kupowane na lotniskach (z Heathrow pochodził zresztą Lanson z feralnego przyjęcia). Czy tylko dlatego, że wina czekają tam na nabywcę dość długo? Za to stwierdziłem, że szampan często smakuje doskonale w restauracji. Butelka Jacquessona zamówiona przez Aldo Vairę do kolacji w Albie była najlepszym winem tego producenta, jakie piłem od lat; Larmandier-Bernier w pewnej włoskiej winotece bił na głowę ciut utlenione i rozlazłe butelki od jego polskiego dystrybutora. Flaszka Kruga, otrzymana w prezencie i pochodząca nie wiadomo skąd, nawet w jednej czwartej nie przypominała arcyjakości tego sławnego wina.

Czy uwierzyłem w smak światła? Za każdym razem zapominam o nim po paru chwilach. Lecz zawsze, gdy szampan smakuje poniżej oczekiwań – a przecież tego Veuve Clicquot, Moëta i Bollingera się piło dziesiątki i smak ma zapisany w pamięci w rozlicznych kopiach – przypominam sobie magnum Lansona i bezkompromisowe podejście: takie wino wylewa się do zlewu.

(więcej…)

Read Full Post »

Czy relaksowali się Państwo w czasie Świąt? Ja nie myłem okien, nie goniłem dedlajnów, nie jadłem znienawidzonych jajek ani żurku. Zjadłem pyszne gicze jagnięce (tym pyszniejsze, że nie ja musiałem ich doglądać) i otworzyłem wino, na które miałem ochotę, nie bacząc zupełnie na to, czy pasuje do giczy.

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983

Jak to się stało, że to żyje?

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983 przeleżało u mnie dobrych parę lat, czekając na sakramentalną „okazję”. Zdobyłem je na aukcji win jurajskich odbywającej się co luty w ramach Percée du Vin Jaune, święta bardzo dziwacznego wina powstającego w tej najbardziej zapyziałej prowincji francuskiej. „Wino żółte” leżakuje w niedopełnionej beczce sześć lat, jest kompletnie utlenione, ma niezapomniany bukiet orzechów włoskich i smardzów i żyje dwieście lat. Na aukcji można kupić takie z XIX wieku, ale to droga zabawa. Nawet butelki z lat 1970. kosztuje pod 100€. Ja się zaczaiłem na wina czerwone z Jury, które są do niczego niepodobne, urokliwie lekkie i ponoć też długowieczne. Musiałem o flaszkę stoczyć zażarty bój z Alain de Laguichem, właścicielem Château d’Arlay, słynnym producentem z tych stron, który któregoś dnia stwierdził, że czerwone wina jurajskie są najlepsze na świecie i postanowił wykupić wszystko, co jest na rynku. Zgarnął kilkadziesiąt magnum, płacąc za nie trzycyfrowe sumy. W bitewnym szale się zagapił, że pomiędy dwoma żółtymi pojawiło się czerwone Poulsard z 1983 roku, podniosłem numerek, młotek przybił 19€, nie mogłem uwierzyć, wygrałem.

Poulsard to najlżejszy szczep czerwony uprawiany w Jurze (pozostałe to Trousseau i Pinot Noir). Za młodu jest winem w zasadzie różowym, lżejszym od Beaujolais i kwiatowym nieco na podobieństwo piemonckiego Grignolino. Jak to bezcielesne wino może starzeć się 30 lat, oto jest Wielka Tajemnica Wina. Naukowcy wojujący swymi statystykami przeciw biodynamice i perorujący, że terroir nie może wpływać na smak wina niechaj zaproponują jakieś racjonalne wyjaśnienie tego niezbitego faktu. Poulsard 1983 państwa Rolet był nie tylko żywy, lecz w formie wręcz śpiewającej. Zaryzykowałbym, że w lepszej niż 99% burgundów z tegoż rocznika 1983 i pewnie ponad połowa Bordeaux, które ongiś owszem były pyszne, ale teraz smakują jak porto z miodem.

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983 colour

Ceglastobrązowe czy tylko amarantowopomarańczowe?

W nieskomplikowanym bukiecie Poulsarda obok nutki pieprzowej panują swojskie wonie starej piwnicy i piernika podlanego maderą. W smaku madery brak, świeżość jest zdumiewająca. Wino jest soczyste i mineralne; zamknąwszy oczy dałbyś słowo, że smakuje wręcz kwiatowo. Nie jest to i nigdy nie miało być wino wielkie, lecz po 30 latach z bezczelną swobodą zjadło jagnięcą gicz i z wiejskim akcentem barytonowo krzyczy: „jestem!”.

[Zmagania ze starym zramolałym korkiem tej butelki możecie zobaczyć tutaj. A już w sobotę Marek Bieńczyk przedstawi na degustacji jurajskie Pinot Noir Jean-François Ganevata, uważane za równe burgundzkim grands crus.] 

(więcej…)

Read Full Post »

Czy obejrzeli już Państwo film pod tymże tytułem na Winicjatywie? Jeśli nie, obejrzyjcie przed przeczytaniem tego tekstu i sprawdźcie, czy zgadniecie (proszę kliknąć na obrazek).

Wino znikąd

Cztery wina z tego bardzo dziwnego kraju przytargał winiarski druh Tomasz Frączek. (Jedno padło ofiarą słynnego kleptomana w redakcji pewnego pisma winiarskiego). O tym bardzo dziwnym kraju trudno odszukać informacje w internecie, ja znalazłem tylko tę hasłową stronkę, zaś dla dysponujących słowniczkiem albańsko-polskim polecam tę stronę na Facebooku.

Aquila Liquori Kallmet 2005 Albania

Lepsze niż 90% win mołdawskich.

Bo chodzi o Albanię, kraj nieistniejący – przynajmniej w świadomości ogółu i szczegółu Polaków (i nie tylko). O Albanii poza Hodżą i bunkrami na plaży generalnie nie wie się nic. Na pewno nie wiedzieli Państwo (ja nie), że w tym dziwnym kraju jest ponad 9 tys. hektarów winnic, czyli więcej niż np. w Słowacji czy Izraelu. Gdzie są te wszystkie wina? Z 17,5 mln litrów wina oficjalnie wyprodukowanego w 2009 r. udało się wyeksportować… 4 tys.

Z tym większym podnieceniem zasiadłem więc do degustacji tych białych kruków. Kosztujące równowartość 10€ (najtańsza butelka z  prezentowanego zestawu) Aquila Liquori Kallmet 2005 było winem ewidentnie rozwodnionym i już ewoluowanym, ale wszak przyjemnym w swych 12,5% alk. i niewymuszonej ekspresji; nutami ziół i papryki nawiązuje do Cabernet Sauvignon, lecz ogólnie ma się wrażenie wina południowego, „spalonych słońcem owoców” itp. Przypomina (w dobrym sensie) tanie wino z Apulii, jakieś Negroamaro albo Primitivo z tych tańszych, może nawet lane z kranu. Niezłe.

Çobo Kashmer 2007 Albania

Lepsze niż 95% win macedońskich.

Çobo to ponoć najpoważniejszy producent w tym bardzo dziwnym kraju. Jego flagowym winem jest Kashmer 2007, z którym w ciemno mierzyli się degustatorzy na linkowanym powyżej filmie. Zgodnie z postkolonialnym paradygmatem winiarskim mamy tu mieszankę odmian importowanych – CabSauv i Merlot, a jakże – z rdzennym Shesh i Zi. Bordoskiego charakteru nie ma to w smaku żadnego, styl jest zdecydowanie śródziemnomorski, owoce są zupełnie upieczone i usmażone, ale całość zachowuje zaskakujący kwasowy dryg i pewną roślinną świeżość, po której od razu wiadomo, że nie jest to żadna Mendoza. To wino też najlepsze lata ma już dawno za sobą, ale przeżyło dzięki sporej koncentracji i garbnikowej mocy. Przy swej rustykalności jest to rzecz poważna, wzlatująca wysoko ponad poziom prezentowany przez takie kraje winiarskie jak Mołdawia czy Macedonia.

Skenderbëu Primitivo Reserve 2004 Albania

Lepsze niż 60% win greckich.

Najlepszym winem z trójki był Primitivo Prestige 2004 z winiarni Skënderbeu (ponoć największej w Albanii). Primitivo to naturalny wybór dla albańskiej geografii – położone rzut beretem od Apulii (choć nieco wyżej) winnice z pewnością radzą sobie z tym szczepem równie dobrze co te z Mandurii. Zgodnie z charakterem szczepu wino jest mocarne, aż bucha aromatem przejrzałych owoców, suszonych ziół, z charakterystyczną nutą suszonego pomidora. Przy całem dżemowatości wino ma – znów – sporo kwasu i naturalnej świeżości, więc syci, ale nie męczy. Choć to najstarsze wino z zestawu, nie jest tak schodzące jak inne. Naprawdę dobra rzecz.

Albania wine excise sticker

Przypomina to coś Państwu?

Degustowałem wyselekcjonowane rodzynki, lecz doprawdy była to dobra niespodzianka. Dużo charakteru, i to bez małpowania Nowego Świata (co nie miałoby sensu, patrząc na zawrotne wyniki eksportu). Na etykietach obowiązkowe czarne orły, na szyjkach butelek wysmakowane typograficznie banderole, przypominające, co jeszcze kojarzy się przeciętnym Polanom i Wiślanom z Albanią – najpiękniejsze na świecie banknoty i znaczki pocztowe. Kibicuję Albanii, niech wyjdzie kiedyś z cienia i w Judgment of Tirana rozwali w ciemno wszystkie Zinfandele tego świata.

(więcej…)

Read Full Post »

Polak potrafi

Ilu znacie polskich winiarzy za granicą? Wielu słyszało zapewne o Paulu Lato oraz o nieco na wyrost polonizowanym Warrenie Winiarskim… i to wszystko. Otóż od 2006 r. mamy swojego człowieka nad Mozelą.

Andrzej Greszta portrait

Andrzej Greszta: upór i konsekwencja. © Weingut Greszta.

Andrzejowi Greszcie udało się niemożliwe – założył niewielką winiarnię nad Mozelą, w najbardziej konserwatywnym regionie najbardziej konserwatywnego kraju winiarskiego. Nad Mozelą, gdzie Polaków jest bardzo dużo, lecz ich rola ogranicza się do obcinania sekatorem kiści winogron z krzaka. Greszta tak zresztą zaczynał, od 1995 r. najmował się do winobrań m.in. w znanej winiarni Carl Loewen. Potem terminował u Andreasa Vollenweidera – słynnego winiarza w tzw. Terrassenmosel, dolnym biegu Mozeli, gdzie działają również takie sławy jak Heymann-LöwensteinClemens Busch i Knebel. To zapewne przykład Vollenweidera – również outsidera, Szwajcara, który z miłości do Rieslinga i łupków postanowił na własną rękę wskrzesić zapomniane winnice we wsi Wolf – natchnął Gresztę do odważnego kroku. W 2006 r. z dzierżawionej parceli wyprodukował 1400 litrów wina. Wino się spodobało – również mnie i Markowi Bieńczykowi, którzy recenzowaliśmy je w Winach Europy 2008 – i Greszta poszedł za ciosem, rozpoczynając trudną egzystencję samodzielnego winiarza.

Andrzej Greszta Krover Letterlay Riesling Auslese 2007

Auslese to bodaj najlepsze wino Greszty.

Nie będę Państwa zanudzał opowieściami o tym, jaką ciężką pracą jest uprawianie winorośli na niemal pionowych kamiennych stokach nad Mozelą i ile wysiłku trzeba włożyć w wyprodukowanie – w całości ręcznie – jednej butelki, która potem sprzedawana jest za nędzne 6€ (z VAT). Wspomnę tylko o tym, że w 2009 r. winiarza spotkał prawdziwy dramat – w pożarze spłonął mu cały magazyn ze wszystkimi butelkami oraz dokumentacją (pisał o tym Maciej Klimowicz). Na szczęście lubliniak Greszta przez lata pobytu w Niemczech przejął jedną niemiecką cechę – stał się niezniszczalny. Dzięki budującej solidarności miejscowych winiarzy, którzy udostępnili mu swe wina i grona, mógł kontynuować działalność, a w roczniku 2010 zrobił swe bodaj najlepsze dotąd wina.

Andrzej Greszta Krov vineyards

Winnice Rieslinga w Kröv. © Weingut Greszta.

Z pewnością spore wrażenie robi Kröver Letterlay Riesling Spätlese halbtrocken 2010, ładnie wyważone wino z nutami jabłek i cytryny podbitymi słonymi nutami łupkowej gleby. To półwytrawne wino wyróżnia się udanym balansem i naprawdę świetnie się pije. To samo mogę powiedzieć o Steffensberg Spätlese feinherb 2008: niektórzy na arcygermańską kategorię feinherb („nieco słodsze niż półwytrawne”) kręcą nosem, ja ją lubię, bo fantastycznie sprawdza się przy stole do bogatszych dań. Mniej zachwyca Steffensberg Spätlese trocken 2007, choć to dobre, łagodne wino, ale mam wrażenie, że wytrawny Riesling mniej Greszcie – i jego winnicom – leży. Na dowód tego najlepszym z czwórki degustowanych win był the Letterlay Auslese 2007, pełny, ale nieprzesadzony, z czystym owocem i wysokim „indeksem pijalności”.

Andrzej Greszta Krover Steffensberg Riesling Spatlese feinherb 2008

Feinherb, czyli „ćwierćwytrawne”, to fantastyczne wino do jedzenia.

Styl Greszty wciąż się dookreśla, winom brakuje na razie nieco koncentracji i wyrazistości – ich kwasowość jest delikatna, miękka, co dla niektórych może być zaletą, lecz dla mnie skutkuje brakiem pazura – są też zbyt podobne do siebie: różnice pomiędzy ciepłym rocznikiem 2007 a chłodnym 2010 są mniejsze, niż można by oczekiwać, podobnie jak przejście z trocken do Auslese. Dobrą decyzją byłoby zapewne przejście na rdzenne drożdże, bo zyskuje na tym zwykle wyrazistość win. Ale przecież to dopiero początki. W ciągu paru lat Greszta już wyrobił sobie nazwisko, o co przecież nad Mozelą naprawdę nie jest łatwo.

Obecnie wina Greszty sprzedaje w Polsce importer Wina Szlachetne, ceny nader przystępne (44–72 zł). Potraktowano je dobrym słowem już na SstarwinesKontretykiecie oraz Magazynie Wino 6/2011. Dobrą recenzję opublikował także ceniony przeze mnie Arnt Egil Nordlien. Artykuły o Andrzeju Greszcie zob. też tutu i tu.

(więcej…)

Read Full Post »

Opublikowałem na Winicjatywie krótką recenzję win włoskich aktualnie promowanych przez Biedronkę. W telegraficznym skrócie na sześć butelek jedna – Primitivo Colle al Vento – okazała się dobra, dwie pijalne, trzy niesmaczne. Ot, wynik jak z dyskontu – na tejże Winicjatywie Ewa Rybak sprawozdaje podobny totolotkowy rezultat z Lidla.

Wniosek pierwszy – Biedronka we Włoszech kupuje słabe wina. Całkiem dobrze wychodzi jej to w Portugalii i Francji, w sumie nienajgorzej w Hiszpanii, natomiast poprzednia oferta win z Italii była porażką i teraz nie widać wielkiego postępu. Good buying to podstawa sukcesu każdego supermarketu i takie np. Tesco czy Waitrose w Anglii wydają na swoich buyerów miliony funtów rocznie (o kulisach pisała m.in. Jancis Robinson). W Portugalii Biedronka potrafiła dogadać się z niewątpliwymi gwiazdami winiarskiej sceny, jak Quinta do Côtto i Lavradores de Feitoria, we Francji – z négociants (hurtownikami) z ludzką twarzą, jak Dulong. Oferta włoska to natomiast same no-nejmy i zlewki butelkowane przez producentów oznaczonych jedynie kryptogramem literowo-cyfrowym (to zawsze powinno zapalać lampkę alarmową).

Biedronka Primitivo Colle al Vento

Jedyne smaczne wino z aktualnej Biedronki (na 6 próbowanych).

Choć więc wina podrożały (coraz więcej butelek w przedziale 20–35 zł, o którym Biedronka kiedyś nie śniła, no ale przecież teraz mamy rebranding), klasa win nadal dołuje lub wręcz pikuje i doprawdy mało ma to wspólnego z burżuazyjnym zawołaniem „Daj się zaskoczyć jakością Biedronki”. Nieświadomym aspirantom do świata luksusu wciska się kit w postaci Barolo albo Barbaresco za 29 zł, win, które w tej cenie nie mają szans smakować jak produkt oryginalny, lecz właśnie jak tanie podróbki. Tworzy się zarazem iluzję, że w tym całym wszystkim chodzi tylko o nazwy, obrazki i etykietki i że celem egzystencji jest złapanie za ogon sroki o nazwie Barbaresco. Nie o nazwę chodzi, droga Biedronko, tylko o to, że prawdziwe Barbaresco smakuje jak żadna inna rzecz na tym świecie. Przy okazji bezczelnie plecie się androny, tak jak na etykiecie Sangiovese 2011 z Romanii, rzekomo spędzającego w beczce 6 miesięcy i doprawionego Primitivo i Nero d’Avola – to pierwsze jest niemożliwe z powodu chronologii, a drugie – legislacji (Primitivo nie jest dozwoloną odmianą winorośli w Romanii). Ciemny lud i tak to kupi.

Biedronka Sangiovese Rubicone

Biedronka wciska kit.

W tle jest jeszcze inna subtelna manipulacja. Biedronka przysłała mi do degustacji sześć win, dwa białe – słodkie i półwytrawne – oraz cztery czerwone wytrawne. Tyle że te czerwone zawierają lekko licząc po 6–7 g cukru resztkowego i w sumie niedaleko padają od „Tempranillo semi-dulce” dostępnego w tym samym sklepie o półkę niżej. Coraz słodsze wina wytrawne to problem międzynarodowy, o którym pisał m.in. Tim Patterson. Akurat „polski gust”, jak wiadomo, bardzo takie wina hołubi i nie dziwi mnie specjalnie, że Biedronka ułatwia sobie sprzedaż kwaśnego Sangiovese i cierpkiego Nebbiolo za pomocą taniej buraczanej sztuczki. Czemu jednak to robi pod świętymi dla winomanów hasłami Barbaresco i Valpolicella? Niech sobie hula pod szyldem vino da tavola albo IGP. Kiedy cukrowym makijażem zakłamuje się prawdziwy charakter najistotniejszych europejskich win, zamiast budować mosty, pali się je. Zmanipulowany w ten sposób konsument sięgając po echt Barbaresco za 99 zł wykrzywi usta w rozczarowanym grymasie – przecież miało być łagodne…

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »