Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Niemcy’

Jeśli dziś pierwszy wtorek listopada, to Magazyn Wino przyzna swoje nagrody Grand Prix. Wyczekiwane? Nawet jeśli nie czekacie na nie z zapartym tchem, pozostają punktem odniesienia, bo tak jak pisałem rok temu – ważniejszych nagród winiarskich w Polsce nie ma. Magazynowych medali nie przyćmił na razie konkurs EnoExpo ani punkty i punkciki przyznawane przez różne portale.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (3)

Strictly blind.

Od poprzedniego Grand Prix, które krytycznie skomentowałem, co spotkało się z krytycznymi komentarzami, a którego bilans był w sumie pozytywny, upłynął rok i wiele wody w Wiśle. Drogi moje i Magazynu Wino się coraz bardziej rozchodziły i może dlatego, zasiadając dzięki uprzejmemu zaproszeniu red. nacz. Tomka Prange-Barczyńskiego miesiąc temu w komisji, które miała medale rozdać, nie potrafiłem się jakoś podniecić tą degustacją w ciemno „najlepszych win roku”. (Uczestniczyłem tylko pierwszego dnia – wina białe). Połączenie nienajwyższej formy degustacyjnej, nienajlepszych warunków tejże degustacji czy wreszcie rosnącego sceptyzymu wobec idei tego panelu – dość, że finaliści mnie jakoś zmęczyli i zirytowali. Innym wszakże smakowali, punkty postawiono, wybrańców wybrano, a werdykt poznamy dziś wieczorem o godzinie 20 (relacja na żywo na Facebooku i Twitterze Winicjatywy, a lista zwycięzców z komentarzem na naszym portalu jeszcze dzisiaj w nocy).

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (1)

Degustacja postindustrialna.

Zirytowały mnie na przykład „wina białe do 50 zł”. Samej kategorii (która zastąpiła dawną „do 30 zł”) Magazyn Wino nie zmienił, na moje pytanie dlaczego – skoro 90% polskiego rynku to wina do 30 zł, a dostępność tanich win jest generalnie coraz lepsza – usłyszałem, że tylko ja miałem w zeszłym roku zastrzeżenia do tej zmiany… Skutek jest jednak taki, że wielu finalistów w kategorii do 50 zł wypada słabiutko – próbowaliśmy np. rozwodnionego Verdejo, słabej Portugalii, żadnawego Sauvignon z Chile, które od biedy byłyby smaczne do 30 zł. Jakieś tam emocje wzbudził tylko tani (właśnie dlatego, że tani) Furmint i zdecydowanie wyróżniający się w tej klasie Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011. Paradoks tego ostatniego wina polega na tym, że od wielu miesięcy kosztuje ono… 59,90 zł! Jego startem w kategorii do 50 zł zdziwiony był nawet importer – Robert Mielżyński, który jednak zachował się przyzwoicie i od razu po moim pytaniu obniżył cenę do 49,90 zł.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (6)

Naprawdę dobra była degustacja win słodkich. Oto mój faworyt.

Z droższych win wyróżniłem ku swojego zdziwieniu Pinot Grigio Punggl 2011 od Nals Margreid z Alto Adige i burgundzkie Jaeger-Defaix Rully Mont-Palais 2010 od Mielżyńskiego, natomiast jakoś zniknęło w tłumie np. drogie memu sercu Coto de Gomariz Albariño X 2010 (Ardi). Wśród najdroższych złoty medal w ciemno przyznałem niedawno polecanemu na Winicjatywie Albert Mann Riesling 2009 (Vinoteka13), którego kolosalną zaletą poza wspaniale finezyjnym smakiem jest cena 105 zł. Natomiast znudziły mnie i zmęczyły m.in. biała Redoma Reserva 2009 od samego Niepoorta czy lubiany w innych okolicznościach Riesling Kalmit od Leinera. Oczywiście degustacja w ciemno to tylko degustacja w ciemno, krótki moment w życiu wina, niekoniecznie ostra fotografia czegoś, co wciąż żyje i się rusza – szkoda, że obiektyw poruszył się akurat w najważniejszym momencie.

Z przecieków wynika, że wśród medalistów w tym roku znajdą się rzeczony Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011 , francuski Château Puy-Servain Terrement 2010 (solidne Sauvignon prawie z Bordeaux, Winkolekcja), do 100 zł można się spodziewać naturalistyczno-oksydowanej bomby w postaci utlenionego Ageno 2007 (Konfederacka4). W najwyższej kategorii win białych murowanym medalistą jest właśnie Albert Mann Riesling i bodaj burgund Chassagne-Montrachet 2007 od Colin-Morey (również Vinoteka13). Wśród tanich win czerwonych laury zbierze pyszny rodański Plaisir (Enoteka Polska), droższych – Valpolicella Fabiano (Wina.pl) i zaskakujące Chianti Il Margone 2005 od Il Molino di Grace (Vini e Affini).

Magazyn Wino Grand Prix 2012

Słodkich c.d. Cudownie elegancki muszkat.

Jeżeli chcecie spróbować tych win, lepiej się pospieszcie. Dla wszystkich zainteresowanych nie wystarczy. Magazyn Wino w kontrowersyjnych zasadach swojego Grand Prix nie zmienił w tym roku nic poza drobnym szczegółem – nie obowiązuje już minimalna dostępność nagrodzonych win. Z limitami (120 butelek dla najdroższych win i odpowiednio więcej dla tańszych) były same kłopoty, buntowali się importerzy, którzy po sezonie zostawali z niesprzedanymi flaszkami. Trudno się im dziwić, skoro na nasz mikrorynek sprowadzają niektórych etykiet po 12 czy 24 sztuki. Tyle się sprzedaje w Polsce (pewnych) drogich win. Redakcja MW zapewniła mnie gorąco, że monitoruje dostępność win. Mam nadzieję, że robi to na poważnie. Nawet pobieżne sprawdzenie kilku potencjalnych medalistów ujawniło bowiem dramatyczne sytuacje. Taniego Plaisir czeka na klientów ponad 300 flaszek, ale niektóre wina dostępne są niekiedy jedynie w 30–50 sztukach. Rekordzista – w 2 (dwóch) szt. A wiele win w sklepach w ogóle nie ma, czekają na dostawę (niekiedy nowego rocznika). Nie uświadczymy więc aktualnie Furminta Dereszla ani Örökké od St. Andrea. Doszło wręcz do kuriozalnej sytuacji, gdy jedno z drogich win czerwonych zostało w finale ocenione i bardzo docenione przez jurorów, a potem wycofane z powodu braku dostepności.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (4)

Słodkich c.d. Czarny koń wyścigu, bo kto widział medal dla Recioto?

W tym przypadku importer przynajmniej się przyznał. Lecz w tym chocholim tańcu pomiędzy stanem magazynowym importera a wyrywkową kontrolą Magazynu Wino to co najważniejsze, czyli interes czytelnika i konsumenta, nie jest należycie zagwarantowane. Skoro roczniki większości win zmieniają się na rynku wiosną, może należałoby konkurs organizować i ogłaszać jego wyniki w czerwcu, tak jak to się dzieje w najważniejszych konkursach na świecie, takich jak DWWA czy IWC?

Jeśli chodzi o skład finałowej degustacji, od zeszłego roku (zob. infografikę tutaj) praktycznie nic się nie zmieniło. Na 89 win dopuszczonych do finału prawie 1/3 stanowiły wina francuskie. Czwartemu największemu producentowi wina na świecie – USA – trafiły się dwie butelki, piątemu – Argentynie – żadna. Mnie akurat brak medali dla win kalifornijskich nie smuci, ale reprezentatywność tego panelu jest, tak jak była, umowna. W sumie nie ma w tym nic złego, lecz Grand Prix MW powinno się reklamować nie jako nagrody dla „najlepszych win roku”, tylko dla „najlepszych win z określonych krajów, nadsyłanych do oceny przez importerów pod warunkiem, że jest ich w sprzedaży wystarczająco dużo”.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (2)

Słodkich c.d. Taki czołg, że chyba na złoto (choć nie moim głosem).

A teraz zapomnijcie o moim zrządzeniu i wybierzcie się na jutrzejszą degustację Grand Prix Magazynu Wino od godz. 17 w Reducie Banku Polskiego. Będzie można spróbować 200 dobrych win m.in. z Egeru oraz tak egzotycznych miejscówek jak Chorwacja, Morawy i Słowenia. To będzie naprawdę świetna degustacja, a lista win jest imponująca. Bilety można rezerwować tutaj oraz (taniej) tu.

(więcej…)

Read Full Post »

Wielka degustacja polskich win za nami. Sprawozdanie z imprezy organizowanej przez Winicjatywę, największej dotąd tego typu – sześciu winiarzy pokazało w sumie ponad 30 win – przeczytacie tutaj.

Markus Huber Veltliner Hugo 2011 vs Winnica Płochockich Sibemus 2010

Nie do odróżnienia.

Równolegle poprowadziłem seminarium, w ramach którego skonfrontowałem topowe polskie butelki z winami z krajów ościennych. Jestem przekonany, że takie porównania naszych wyrobów z winami dobrej europejskiej klasy są konieczne, jeśli polskie winiarstwo ma zrobić kolejne kroki naprzód. Do takich konfrontacji już dochodziło – choćby na konkursie Enoforum, gdzie polskie wina zdobyły pierwsze międzynarodowe medale, czy Grand Prix 2010 Magazynu WINO, gdy Pinot Gris 2009 Lecha Jaworka zdobyło świetne V miejsce w bardzo mocno obsadzonej kategorii win białych do 60 zł (w degustacji w ciemno wyprzedziło wówczas m.in. Sauvignon Blanc Konrad z Nowej Zelandii czy znanego włoskiego Traminera Maso Furli). Nigdy jednak na taką skalę.

Dobierając wina do degustacji nie zastosowałem żadnej taryfy ulgowej. Sięgnąłem po flaszki winiarzy europejskiej absolutnie najwyższej klasy – Markusa Hubera, niedawnego winiarza roku w Austrii, Jánosa Árvaya, którego winomanom przedstawiać nie trzeba, wreszcie Egona Müllera – być może największej gwiazdy winiarskich Niemiec – którego Rizling Rýnsky powszechnie uważa się za najlepsze wino powstające na Słowacji. Wina polskie i niepolskie skojarzyłem ze sobą szczepami, smakowym stylem i (mniej więcej) podobną ceną.

Egon Muller Chateau Bela Riesling 2004 vs Winnice Jaworek Riesling 2006

Egon kto?

A wyniki? Nalane do dwóch kieliszków Huber Grüner Veltliner Hugo 2011 (importer: Interwin i Winoman.pl, ok. 40 zł) i Sibemus 2010 Płochockich (39–45 zł) w swej zielonej świeżości i soczystym jabłkowym owocu były… praktycznie nie do odróżnienia. Jeden z uczestników trafnie odgadł młodego Veltlinera, tyle że mówił akurat o Sibemusie. 3 osoby na 10 degustujących wzięły Veltlinera za polskie wino. W głosowaniu na preferowane wino z tej pary Huber wygrał 5:3. Mieszanka „nieperspektywicznych” hybryd spod Sandomierza niemal dorównała butelce od austriackiej gwiazdy.

W kolejnej parze zaprezentowałem starszy polski rocznik – Riesling 2006 Lecha Jaworka (obecne roczniki ok. 60 zł). Wino z bardzo ładną kwasowością, subtelnym cukrem resztkowym, nieco naftowe, w szczycie formy, jeszcze nie schodzące, naprawdę dobry przykład zestarzonego Rieslinga. Gdyby nie wiedzieć, że może być to wino polskie, nikt by nie zgadł. Ale i tak 3 osoby za polskie w tej parze uznały Château Belá Rizling 2004, znakomite wino słowackie nagrodzone ongiś medalem Magazynu Wino (pisałem o nim szerzej tutaj; importer: Centrum Wina, 73 zł). Wyraźnie słodsze, głośniejsze, mocniejsze od Jaworka, bardziej wyraziste, choć nie jest to różnica klas; 6:2 dla Słowacji.

Holger Koch Kaiserstuhl Spatburgunder 2008 vs Winnica Adoria Pinot Noir 2010

Dwa wina europejskiej klasy.

Winnica Adoria Pinot Noir 2010 (ok. 90 zł) kontra Holger Koch Spätburgunder 2008 (Brix65, ok. 70 zł). Tutaj iluzja była absolutna – oba wina miały podobny jaśniutki kolor, czereśniowy owoc, smaczny kwas, drobny garbnik. Wiedząc, że Adoria w tym roczniku nie zastosowała do Pinot beczki (decyzja podyktowana szybszym wypuszczeniem wina na rynek, ale wyszła na dobre), można było się domyśleć, że tostowe nutki w bukiecie przynależą do Kocha, ale nikt nie wiedział, więc aż 6 osób uznało, że to Spätburgunder jest winem polskim, a w głosowaniu padł remis 5:5. Zważywszy, że ten Niemiec (doprawdy dobrej klasy, choć może nie wybitny) pochodził z miejsca uważanego za ziemię obiecaną Pinota – wulkaniczne tarasy w badeńskim Kaiserstuhl – czy na wyrost będzie mówić, że Dolny Śląsk jest dla Pinot Noir po prostu świetnym siedliskiem? Zwłaszcza, że klasę udowodniły już Pinoty od Jaworka.

W ostatniej parze bez żadnych skrupułów zderzyłem polskie wino z butelką tokaju od wybitnego winiarza Jánosa Árvaya z wybitnego rocznika – 1999. Forditás to co prawda lżejszy rodzaj wina od aszú, ale nie jest to chucherko, a bukiet tego wina był znakomity – makowiec z miodem i rodzynkami. Honoru Polski broniło wino historyczne – pierwszy rocznik likierowej Jutrzenki 2004 od Romana Myśliwca. Różnica stylistyczna pomiędzy winami była duża (bukiet Jutrzenki jest herbaciano-maderowy, a 16% alkoholu jest ewidentne), pomimo tego aż 3 osoby się pomyliły! A w głosowaniu padł wynik 7:1 dla Tokaju, ale Jutrzenkę wszyscy dopili ze smakiem; wstydu nie było.

Janos Arvay Hetfurtos Tokaji Forditas 1999 vs Winnica Golesz Roman Myśliwiec Jutrzenka 2004

Sky is the limit.

Wstydu nie było?! Garażowe polskie butelki z niedoinwestowanych winnic, produkowane we frontowych warunkach pod czujnym okiem idiotycznych kontroli z Urzędu Prawomocnego Nasiennictwa godnie stawiły czoła butelkom z najlepszych regionów winiarskich Europy od winiarzy o międzynarodowej sławie. To jest sensacja, proszę Państwa! Choć kogoś, kto od lat śledzi dokonania polskich winiarzy i upartą walkę wybitnych jednostek o podnoszenie jakości, rezultat tego starcia jakoś nie dziwi. Im więcej będzie takich porównań, tym oczywistsza stanie się oczywistość: mamy w Polsce wina europejskiej klasy.

(więcej…)

Read Full Post »

Wpadły mi ręce takie statystyki sprzedaży w restauracji. Lokal w centrum Warszawy na ok. 100 nakryć, kuchnia azjatycka. Wina w karcie od 85 zł za butelkę, 60 etykiet z czego aż 18 na kieliszki (sprzedaż na kieliszki wliczona do poniższych danych). Obsługa wielokrotnie szkolona itd. Dane za okres lipiec 2011 – marzec 2012.

Prosecco – 113 but.

Cava – 51 but.

Szampan (4 etykiety) – 47 but.

Pinot Grigio – 118 but.

Rueda – 17 but.

Chablis – 151 but.

Riesling mozelski – 69 but.

Grüner Veltliner – 58 but.

Gewürztraminer (3 etykiety) – 60 but.

Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii – 341 but.

Chardonnay z Nowego Świata (2 etykiety) – 137 but.

Mystery Warsaw restaurant sushi

Naród głosuje na Sauvignon Blanc.

Bordeaux czerwone – 43 but.

Rioja (4 etykiety, reserva i gran reserva) – 189 but.

Barolo – 5 but.

Amarone – 20 but.

Pinot Noir z Nowego Świata (2 etykiety) – 115 but.

Cabernet Sauvignon z Nowego Świata (2 etykiety) – 99 but.

Malbec – 63 but.

Ja do sushi i zupy kokosowej najchętniej piłbym Ruedę i Veltlinera. Jak widać moja partia nawet nie wchodzi do Sejmu.

Zapraszam do dyskusji.

Read Full Post »

Jeśli chcesz kieliszek Égly 99 wpadaj natychmiast do Esencji.

Esemes od M. zabrzmiał jak Broniewskiego wezwanie do broni. Ubrałem się, popędziłem. Jakże odmówić najbardziej medialnego obecnie szampana, którym delektują się hipsterzy w Krakowie i który ani chybi zawita wkrótce w diapazonowe ściany opiewane na popularnym warszawskim blogu?

Mam bowiem taką katastroficzną wizję, taką senną marę, że docieram gdzieś spóźniony na degustację najlepszego wina świata i z dna butelki wysysam do kieliszka ostatnie krople nektaru. W moim koszmarze nektarem jest stary rocznik Château d’Yquem, mający mi wreszcie unaocznić wielkość tego wina, za którym nie przepadam i które uważam za przereklamowane. Na dnie kieliszka błyska płyn cenniejszy niż złoto, bukiet jest upajający, lecz wina tak mało, że smaku nie czuję. I koniec.

Wśród wielu grzechów degustatorom zarzuca się, że oceniają wino na podstawie mikroskopijnej próbki, poświęcają mu 45 sekund, „sip and spit”. Że to jest nienaturalne, bo normalny człowiek pije butelkę przez dwie godziny do befsztyka i wtedy wszystkie cechy wina mu się w pełni ujawniają. Być może. Sam miewam niekiedy iluminacje przy befsztyku albo wręcz na drugi dzień, gdy wino łyknie trochę tlenu. Częściej jednak kolejne łyki albo utwierdzają w pierwszej opinii, albo ją niesłusznie podważają, bo pod wpływem alkoholu, befsztyka i ożywionej konwersacji na inne tematy ostrość widzenia wina, nie oszukujmy się, nieco spada. Zresztą recenzent literacki doprawdy nie musi książki czytać od deski do deski, by ją krótko scharakteryzować. Od piłkarskiego skauta trudno oczekiwać, by trampkarza oglądał przez wiele tygodni po 90 minut; spojrzy dwa czy trzy razy, jak drybluje i to wystarczy. Oczywiście skaut może się pomylić; w górę udą ci, których intuicja nie zawodzi.

Égly-Ouriet Champagne Brut 1999

Przebłysk prawdy.

Nie inaczej jest chyba z winem. Kiedy próbuję sobie przypomnieć najbardziej wstrząsające butelki w moim życiu, są to zawsze krótkie chwile, pierwsze zetknięcia, uderzenia pioruna: Fontalloro 1997 próbowany na parapecie okiennym przed przyjściem gości na jedną z pierwszych „degustacji”; Vega Sicilia 1942 z 40-gramowej próbki na pionówce w Decanterze; Királyudvar Aszú 2000 oceniany na konkursie w Pannonhalmie, tak niebiański, że jeden z jurorów wstał i zaczął klaskać. Georg Breuer Berg Schlossberg 2007 atakujący podniebienie jedną, bezbarwną, niebywale przenikliwą nutą. Giuseppe Rinaldi Barolo Brunate 1990 na kursie Collegium Vini, zachwycający młodzieńczą energią – piłem przedtem i potem dobrych sześć butelek tego wina, w tym do befsztyka, i żadna nie osiągnęła szczytu tamtego kieliszka wysączonego na sztucznej wykładzinie w hotelu Westin.

W psychologii istnieje teoria gestaltu, mówiąca – w skrócie – że rzeczy poznajemy nie poprzez stopniowe zrozumienie ich cech składowych, lecz natychmiastowe, w pierwszym kontakcie objęcie ich ogólnego kształtu. Gdy wyciągamy korek, nalewamy wino do kieliszka, wkładamy nos, przez sekundę mamy dostęp właśnie do tego gestaltu. Potem zaczyna się analiza bukietu – czy tego się chce, czy to kontestuje – zaczyna się smażenie befsztyka i od gestaltu, tej cudownej chwili jedności, coraz bardziej się oddalamy.

W Esencji nie wiedząc o tym wtargnąłem – bez kwiatów – na urodziny. Na dnie Égly-Ouriet Brut 1999 zostało parę kropel, ale biesiadnicy oddali mi po trosze szampana ze swoich fletów. Koszmar prysł. W lekko starczym już bukiecie tańczyły orzechy, miód i pachnące lilie. W ustach hasała kwasowość, która już się chyba nie zintegruje. Wino było dojrzałe i za młode zarazem. Mineralne, jak rzadko zdarza się szampanom i zarazem burgundzko zmiodziałe. W swym gestalcie tworzyło niepojętą figurę: napiętego jak struna kamienia.

Read Full Post »

Polak potrafi

Ilu znacie polskich winiarzy za granicą? Wielu słyszało zapewne o Paulu Lato oraz o nieco na wyrost polonizowanym Warrenie Winiarskim… i to wszystko. Otóż od 2006 r. mamy swojego człowieka nad Mozelą.

Andrzej Greszta portrait

Andrzej Greszta: upór i konsekwencja. © Weingut Greszta.

Andrzejowi Greszcie udało się niemożliwe – założył niewielką winiarnię nad Mozelą, w najbardziej konserwatywnym regionie najbardziej konserwatywnego kraju winiarskiego. Nad Mozelą, gdzie Polaków jest bardzo dużo, lecz ich rola ogranicza się do obcinania sekatorem kiści winogron z krzaka. Greszta tak zresztą zaczynał, od 1995 r. najmował się do winobrań m.in. w znanej winiarni Carl Loewen. Potem terminował u Andreasa Vollenweidera – słynnego winiarza w tzw. Terrassenmosel, dolnym biegu Mozeli, gdzie działają również takie sławy jak Heymann-LöwensteinClemens Busch i Knebel. To zapewne przykład Vollenweidera – również outsidera, Szwajcara, który z miłości do Rieslinga i łupków postanowił na własną rękę wskrzesić zapomniane winnice we wsi Wolf – natchnął Gresztę do odważnego kroku. W 2006 r. z dzierżawionej parceli wyprodukował 1400 litrów wina. Wino się spodobało – również mnie i Markowi Bieńczykowi, którzy recenzowaliśmy je w Winach Europy 2008 – i Greszta poszedł za ciosem, rozpoczynając trudną egzystencję samodzielnego winiarza.

Andrzej Greszta Krover Letterlay Riesling Auslese 2007

Auslese to bodaj najlepsze wino Greszty.

Nie będę Państwa zanudzał opowieściami o tym, jaką ciężką pracą jest uprawianie winorośli na niemal pionowych kamiennych stokach nad Mozelą i ile wysiłku trzeba włożyć w wyprodukowanie – w całości ręcznie – jednej butelki, która potem sprzedawana jest za nędzne 6€ (z VAT). Wspomnę tylko o tym, że w 2009 r. winiarza spotkał prawdziwy dramat – w pożarze spłonął mu cały magazyn ze wszystkimi butelkami oraz dokumentacją (pisał o tym Maciej Klimowicz). Na szczęście lubliniak Greszta przez lata pobytu w Niemczech przejął jedną niemiecką cechę – stał się niezniszczalny. Dzięki budującej solidarności miejscowych winiarzy, którzy udostępnili mu swe wina i grona, mógł kontynuować działalność, a w roczniku 2010 zrobił swe bodaj najlepsze dotąd wina.

Andrzej Greszta Krov vineyards

Winnice Rieslinga w Kröv. © Weingut Greszta.

Z pewnością spore wrażenie robi Kröver Letterlay Riesling Spätlese halbtrocken 2010, ładnie wyważone wino z nutami jabłek i cytryny podbitymi słonymi nutami łupkowej gleby. To półwytrawne wino wyróżnia się udanym balansem i naprawdę świetnie się pije. To samo mogę powiedzieć o Steffensberg Spätlese feinherb 2008: niektórzy na arcygermańską kategorię feinherb („nieco słodsze niż półwytrawne”) kręcą nosem, ja ją lubię, bo fantastycznie sprawdza się przy stole do bogatszych dań. Mniej zachwyca Steffensberg Spätlese trocken 2007, choć to dobre, łagodne wino, ale mam wrażenie, że wytrawny Riesling mniej Greszcie – i jego winnicom – leży. Na dowód tego najlepszym z czwórki degustowanych win był the Letterlay Auslese 2007, pełny, ale nieprzesadzony, z czystym owocem i wysokim „indeksem pijalności”.

Andrzej Greszta Krover Steffensberg Riesling Spatlese feinherb 2008

Feinherb, czyli „ćwierćwytrawne”, to fantastyczne wino do jedzenia.

Styl Greszty wciąż się dookreśla, winom brakuje na razie nieco koncentracji i wyrazistości – ich kwasowość jest delikatna, miękka, co dla niektórych może być zaletą, lecz dla mnie skutkuje brakiem pazura – są też zbyt podobne do siebie: różnice pomiędzy ciepłym rocznikiem 2007 a chłodnym 2010 są mniejsze, niż można by oczekiwać, podobnie jak przejście z trocken do Auslese. Dobrą decyzją byłoby zapewne przejście na rdzenne drożdże, bo zyskuje na tym zwykle wyrazistość win. Ale przecież to dopiero początki. W ciągu paru lat Greszta już wyrobił sobie nazwisko, o co przecież nad Mozelą naprawdę nie jest łatwo.

Obecnie wina Greszty sprzedaje w Polsce importer Wina Szlachetne, ceny nader przystępne (44–72 zł). Potraktowano je dobrym słowem już na SstarwinesKontretykiecie oraz Magazynie Wino 6/2011. Dobrą recenzję opublikował także ceniony przeze mnie Arnt Egil Nordlien. Artykuły o Andrzeju Greszcie zob. też tutu i tu.

(więcej…)

Read Full Post »

Magazyn WINO po raz kolejny udowodnił, że organizuje najlepsze winiarskie eventy w Polsce. Środowa degustacja Grand Prix obezwładniała bogactwem wyboru świetnych win i podobne odczucia miało chyba 700 przybyłych gości.

Gala Grand Prix 2011 Magazynu WINO

Franciacorta - wyspa szczęśliwości?

Gościem specjalnym tegorocznej gali był region Franciacorta. Ta włoska apelacja win musujących w ciągu 15 lat odniosła piorunujący sukces we Włoszech, dorównując Szampanii i co roku zwiększając sprzedaż mimo ogólnego marazmu winiarskiej Italii. W ramach bezprecedensowej warszawskiej prezentacji mieliśmy okazję spróbować 35 win. Odczucia mam szczerze mówiąc mieszane. Wina były w większości dobre. Niektóre nawet bardzo – wyróżniłbym Il Mosnel z arcysolidnym podstawowym Brut oraz ostrym, kwasowym, wyniosły Extra Brut EBB 2007, Ca’ del Bosco (żadna niespodzianka, bo to najbardziej utytułowany producent Franciacorta) szczególnie z Dosage Zero oraz Antica Fratta, której Brut Essence zawsze się wyróżnia wśród innych (importer: Centrum Wina). Lecz wiele innych win było dość zwyczajnych. Czystych, smacznych, lecz nie lepszych od tysięcy innych win musujących nie tylko z Szampanii, ale i całego świata. W związku z tym mam pewne wątpliwości co do komercyjnych szans Franciacorty w Polsce. Poza wyróżniającymi się nazwiskami nie bardzo wiem, co skłoni polskiego winopijcę do wysupłania niemałych wszak pieniędzy akurat na te flaszki. Z pewnością nie cena, wyższa nie tylko od produkowanego tańszą metodą kadziową Prosecco, ale i od Cavy oraz od przyzwoitych komercyjnych bąbelków w rodzaju Jacobs Creek Sparkling. Nie osobowość, bo właśnie tej wielu Franciacortom brakuje najbardziej. Może wystarczy odwieczna polska miłość to wszystkiego, co włoskie.

Gala Grand Prix 2011 Magazynu WINO

O godz. 17 tyle zostało z Człowieka Roku.

Co jeszcze dobrego na gali Magazynu WINO? Klasę potwierdził Importer Roku Wina.pl, gdzie wszystkie wina miały mnóstwo osobowości i wyrazistości właśnie. Portugalskie Cunha Martins 2009 ze współczuciem kazało mi pomyśleć o tych, którzy z powodu „wzrostu kursu euro i podniesienia cen” mają problemy ze znalezieniem dobrej butelki poniżej 30 zł. Moulin de Gassac Classic 2010 z Winkolekcji było eksplozją radosnego, codziennego picia. Lecz istotniejsze od butelek okazały się spotkania z człowiekiem. Nie udało się co prawda z Winiarzem Roku Magazynu WINOReinhardem Löwensteinem z winiarni Heymann-Löwenstein, który już rano po odebraniu medalu musiał wrócić do Niemiec. Wtopą roku z pewnością można nazwać zaprezentowania przez importera 101win.pl zaledwie jednego (sic) wina od tego wybitnego winiarza. Löwensteinowi przyznaję jednak nagrodę za Cytat Roku; odbierając medal podkreślał, że winiarstwie najważniejszy jest człowiek:

The spirit of man is what gives energy to the wine.

Wspaniałe było spotkanie z państwem Raffault z winiarni Olga Raffault (Mielżyński), uosobieniem Francji z jej tradycją, spokojem, umiarem i ponadczasowością. Pozbawiona emfazy głębia Chinon Les Picasses 2005 będzie mi się śniła po nocach. „Wspaniała inaczej” okazała się rozmowa za to z Patrickiem Meyerem (Enoteka Polska). Meyer nie lubi miasta, nie lubi degustacji, zaczynam mieć wątpliwości, czy lubi klientów. Nie podoba Ci się, nie pij – odrzekł trafnie, choć niesympatycznie jednemu z gości.

Gala Grand Prix 2011 Magazynu WINO Patrick Meyer

Patrick Meyer i biodynamiczny chaos.

Wina Meyera dzielą. Nie tylko publiczność – niektórzy odrzucają je z góry już po samym zapachu, inni poszliby za Meyerem w ogień. Dzielą też człowieka na pół. Podany do kolacji galowej Muscat Petit Fleur 2010 był fatalny, utleniony, rozlazły i jeszcze lekko gazowany (refermentacja?). Z kolei nalewane przez Patricka Pinot Blanc Pierres Chaudes 2010 zdumiewało smakowym horyzontem niedostępnym zwykle tej prostolinijnej odmianie; podstawowy Riesling 2010 z winnic na nizinie hipnotyzował połączeniem nut słodkich i słonych. Wina dobre, kiedy się uda, czego winiarz zresztą nie krył, mówiąc bez krzty kokieterii:

Robię sporo niedobrych win. Każdy winiarz robi wina nieudane. To nie szkodzi. Chodzi o to, by czasem się udało i by być w zgodzie ze sobą.

Maliny świeżo zerwane z krzaka w leśnej ostoi też niekiedy są niesmaczne – a to kwaśne, a to nadgniłe. Tylko te najlepsze mają smak, który pamięta się przez lata. Nieswojo czujący się wśród pytań o winifikację i cukier resztkowy Meyer swymi kwaśnymi półsłówkami próbuje przekazać nam tę prostą wydawałoby się prawdę. Usiłuje przezwyciężyć ideologiczne podziały, jakie narosły wokół takich spraw, jak biodynamika czy wina bezsiarkowe. Abyśmy spotkali się, skromni, wokół butelki tego dziwnego bytu, który zwie się winem, nie myśląc egoistycznie o własnej przyjemności, lecz o ogromie świata, w którym jesteśmy gośćmi. To była dobra rozmowa.

(więcej…)

Read Full Post »

Marek Popielski, założyciel firmy 101win.pl, w biuletynie mailowym informuje:

Po ponad 5 latach działalności czas na zmiany. Nasz sklep 101win.pl kończy działalność w dotychczasowej formule – pora rozpocząć nowy etap w naszej przygodzie z winem.

Jak udało mi się dowiedzieć, Marek Popielski nie składa broni, lecz część swojej oferty – drogie wina od najbardziej prestiżowych producentów europejskich, które 101win.pl pozyskiwało z rynku niemieckiego – przesuwa do „Klubu 101win” dla zarejestrowanych użytkowników. Pod dotychczasową nazwą dostępne będą natomiast wina z własnego importu – nie byle jakie, bo są wśród nich takie tuzy, jak Selbach-Oster, Aurelio Settimo, kataloński Espelt, Weingut Stadt Krems czy Bordeaux ze „stajni” Terra Burdigala. Import własny ma być w większym niż dotąd stopniu kierowany do niezależnych sklepów winiarskich i restauracji.

Tylko do 26.09. Moje typy na dole strony.

Pomimo więc alarmującego tonu rozsyłanego zawiadomienia w zasadzie nic się nie zmieni, jeśli chodzi o dostępność win. Co najwyżej w poszukiwaniu upragnionej flaszki trzeba będzie sprawdzić dwie, a nie jak dotąd jedną stronę internetową i wpisać dane osobowe na kolejnej witrynie. Na otarcie łez mamy (tylko do poniedziałku 26.09) „totalną wyprzedaż” ponad 250 win z rabatem od 30 do 50%. To naprawdę świetna okazja, zachęcam wszystkich szczególnie do win drogich i prestiżowych, które teraz możemy kupić w 101win.pl taniej niż aktualnie na tzw. Zachodzie. Kilka rekomendacji podaję na końcu niniejszego wpisu.

Decyzja Marka Popielskiego ma jednak drugie dno. Są nim pieniądze. A chodzi o sprawy, które rzadko zaprzątają głowę przeciętnego winopijcy, ale które mają decydujący wpływ na obraz rynku wina w Polsce. Gdy Popielski rozpoczynał w 2005 roku projekt 101win.pl, miał ambicję oferowania najlepszych win w „cenach takich jak w winotekach europejskich”. Jako pasjonat wina zostawiający niemałe pieniądze w sklepach za naszą zachodnią granicą, chciał tę samą ofertę i podobne ceny przeszczepić nad Wisłę, Wartę i Odrę. Wina kupował w cenach hurtowych w Niemczech, doliczał skromną marżę i oferował niektóre wina za 50% ich ceny w „normalnej” polskiej dystrybucji. (Tak było np. z Amarone Fratelli Tedeschi, dostępnym przez dłuższy czas za 99 zł / but.). W 2007 roku mogliśmy w 101win.pl kupić Riesling trocken 2006 Kellera za 48 zł, Les Calcinaires 2005 Gauby’ego za 57 zł, Szamorodni Dániel 2003 Istvána Szepsyego za 125 zł, Santorini 2006 Sigalasa za 54 zł, Paolo Conterno Barolo 2001 za 110 zł.

Marek Popielski i Egon Müller. © 101win.pl.

Potem ceny stopniowo rosły. Najpierw o 15%, potem kolejne kilkanaście. Ideał „europejskiej winoteki” oddalał się coraz bardziej, paradoksalnie wraz z wprowadzaniem win z własnego importu, które na zdrowy rozum powinny być tańsze. Zarazem organizowane były różne okresowe promocje, w ramach których ceny spadały o 20–30%. Inne ceny obowiązywały w sklepie internetowym 101win.pl, a inne w patronackich sklepach, jak Bistro Żużu na ul. Kazimierzowskiej w Warszawie. Funkcjonowały ponadto ceny „klubowe”, np. dla uczestników tzw. Akademii Burgunda, które nie były ani oficjalnymi cenami sklepu internetowego, ani tymi promocyjnymi. W dodatku, jak o tym pisano na Sstarwines.pl (zob. też wyjaśnienia M. Popielskiego), przed okresem promocji ceny na www.101win.pl sztucznie pompowano w górę, by udzieliwszy hojnie wyglądającego rabatu, wcelować nimi niewiele poniżej codziennego ich stanu. Jako konsument przestałem się w tym łapać i spasowałem. Doszło do gorszącej sytuacji, w której taki Riesling Kabinett od Selbach-Oster kosztował „oficjalnie” w 101win.pl 79 zł, gdy ja kupowałem go w winnicy (z normalnego cennika, z VAT) po 8,60€. To już był standard winoteki azjatyckiej, a nie europejskiej.

Kulisy tych ruchów cenowych są prozaiczne. Sprzedaż w sklepie internetowym i dwóch fizycznych wciąż była za mała, by projekt 101win.pl wzleciał na wysokość przelotową. Lecz żeby współpracować z innymi sklepami (i w mniejszym stopniu restauracjami), trzeba im zaoferować co najmniej 25% rabat od cen we własnym sklepie internetowym. Przy „europejskich” marżach, jakie sobie na początku działalności założył Marek Popielski, było to niemożliwe. Dlatego musiał podnieść ceny, żeby móc je znowu obniżyć. Ofiarą padł konsument. Jeśli bowiem nie był akademikiem, tylko naiwnie wchodził do sklepu i płacił za flaszkę, przepłacał ok. 50%.

Pyszne, ale nie za tę kasę.

Marże polskich sklepów winiarskich są zbyt wysokie, bo sprzedaż jest wciąż za niska. Lecz sprzedaż jest wciąż za niska, bo marże są zbyt wysokie. Do dobrego tonu należy chwalenie się w towarzystwie, że wino kupuje się w Dreźnie albo Wiedniu. Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Wydawało się, że wyjdzie z niego Marek Popielski, proponując czołowe wina w niespotykanych wcześniej w Polsce cenach. Ale nie wytrzymał. Na marginesie dodam, że z tym problemem boryka się wielu innych „ambitnych” importerów, takich jak np. Salute czy Rubikon.

7 najlepszych okazji na wyprzedaży 101win.pl:

Peter Jakob Kühn Doosberg Grosses Gewächs*** 2005 – 66 zł

Comte de Vogüé Chambolle-Musigny PC 2000 – 201 zł

René Rostaing Côte-Rôtie 2006 – 125 zł i La Landonne 2006 – 207 zł

Paolo Conterno Barolo Ginestra 2001 – 89,50 zł

Clos Martinet Priorat 2004 – 124 zł

Willi Schäfer Graacher Himmelreich Riesling BA 2006 – 158 zł

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »