Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Merlot’

Gdy przeczytają Państwo ten wpis, stalowy ptak zawozić mnie będzie do Budapesztu, gdzie w znamienitym gronie sędziował będę w czołowym węgierskim konkursie winiarskich Pannon Bormustra. Zasiadam w jego jury (z przerwami) od 2004 roku, sprawozdawałem go Państwu w 2010, 2006, 2005 roku a w 2009 pisał o nim obszernie także Tomasz Prange-Barczyński.

Konkurs ten, dość kameralny na przykład w porównaniu do Concours Mondial de Bruxelles, z bardzo małym jury, jest znakomicie obsadzony i w zasadzie prezentuje większość najlepszych win produkowanych na Węgrzech. Jest więc dobrym papierkiem lakmusowym aktualnej kondycji madziarskiego winiarstwa.

Pannon Bormustra 2011

Zeszłoroczni laureaci. © Bliskotokaju.pl.

Jak więc będzie w tym roku? Dwa lata temu pisałem o „węgierskiej chorobie”. Były to mocne słowa, za które (po przetłumaczeniu tekstu na węgierski) spotkało mnie wiele krytycznych uwag i gorzkich słów. Węgrzy są bardzo czuli na swoim punkcie i stwierdzenie, że ich czołowe wina czerwone są „niepijalne”, z pewnością zabolało. Podtrzymuję jednak tę opinię i uważam, że wiele z tych produkowanych w tzw. stylu konkursowym win jest aberracją współczesnej enologii.

Niedawna degustacja Furmint & Friends organizowana przez Winicjatywę, która odbiła się w sieci szerokim echem (zob. teksty Marka Bieńczyka, Gabriela Kurczewskiego, Tomasza Prange-Barczyńskiego, Ewy Wieleżyńskiej), potwierdziła te węgierskie problemy. Nie mogę w pełni podzielić entuzjazmu na przykład dla win Attili Gerego. Głębia, złożoność, dobry owoc – tak, ale to wszystko jest zepsute przez zdecydowanie zbyt wysoki alkohol i ogólną przejrzałość. Kopár 2008 Gerego to wino jeszcze jakoś broniące się ogólną świeżością, ale już Merlot Solus 2008 z 15% alk. jest męczącą wydmuszką i niewielkim pocieszeniem jest, że w roczniku 2003 było jeszcze gorzej.

Te same krytyczne uwagi odniósłbym do winiarni Heumann, nowego nabytku Składu Win Sokołowski, do droższych win Jánosa Konyáriego; zmęczyły mnie również chwalone wszem i wobec butelki od Weningera z Sopronu. Ponadto są to wszystko wina bardzo drogie i trudno zrozumieć, kto poza Węgrami i promadziarsko skrzywionymi Polakami będzie chciał je kupować.

Attila Gere Villany Merlot Solus

Apage Satana!

Konkursowy styl węgierski stanowił wyraz winiarskiego nacjonalizmu. „Potrafimy zrobić najmocniejsze wina czerwone w Europie, potrafimy zrobić wina równie drogie, co czołowe Riojy i supertoskany”. Na fali tej afirmacji płynęli również węgierscy konsumenci, którzy w czasach beztroskiej konsumpcji i budżetowego hurraoptymizmu z rozkoszą raczyli się egerskimi Merlotami po 50€ za butelkę. Jak wiadomo, ta bajka już się skończyła i to skończyła źle, deficyt straszy, wydatki firmowe obcięto do zera, w piwnicach zalegają niesprzedane wina, psychologiczna sytuacja węgierskiego konsumenta jest dziś rozpaczliwa jak najtańszy Bikavér z supermarketu.

Dla wina to w sumie dobrze. Winiarstwo paranoiczne zastępowane jest winiarstwem realnym. Producenci, którzy wcześniej bili rekordy alkoholu i ceny w swoich Merlotach, Syrah i Cabernetach w tej chwili wytłuszczają w cennikach bezbeczkowe Kékfrankosze po 1500 forintów. A konsumenci, do niedawna machający nacjonalistyczną szabelką dziś ochoczo wykupują z Tesco i Cory taniochę w kartonach oraz realistyczne wycenione Cabernety …z Chile. Solus jeszcze straszy swoim botoksowym uśmiechem, ale jego czas jest policzony; Andrea Gere już wprowadziła do swojego dyskursu słowo „drinkable”, a do katalogu świeżego Rieslinga za 1400 forintów.

Trzeba jeszcze wzmocnić środkową nogę, czyli wina ze średniej półki, owe ambitniejsze cuvées z pojedynczych winnic, wina prawdziwie terroirystyczne, poszukujące i otwierające nowe drogi. W dziedzinie win białych ferment już dawno zasiali producenci z Tokaju swoimi świetnymi Furmintami, o których pisałem już tutaj, tu i tu; coraz więcej dobrych producentów pojawia się w Somló, coraz lepsza jest sytuacja nad Balatonem. Zaś w dziedzinie win czerwonych rewolucja jest pojawienie się win naturalnych i biodynamicznych. Ten nurt powrotu do natury, z gruntu anarchistyczno-lewicowy, do tej pory był w ultraprawicowym węgierskim winiarstwie anatemą. Dziś dochodzi do głosu m.in. w Mátrze, bardzo ciekawym regionie, o którym napiszę wkrótce osobno.

Monarchia Egri Bikaver Barrel Selection 2000

Węgier potrafi.

Czekam na więcej takich win, jak Monarchia Egri Bikavér Barrel Selection 2000, które odkorkowałem wczoraj i który drugi dzień piję z niekłamaną rozkoszą zmysłową i intelektualną. W wieku 12 lat wino jest fantastycznie dynamiczne, świeże, ani trochę nierozlazłe; powoli już dojrzewające, ale ma jeszcze trochę garbnika i przez kolejne 3–4 lata na pewno będzie w dobrej formie. Tego Bikavéra zrobił enolog Tamás Pók (dziś robi wino już pod swoim nazwiskiem – polecam), nie małpował Chile, nie próbował udowodnić, że Węgry robią najlepsze wina na świecie; zrobił Bikavéra jako typowe wino kontynentalne z umiarkowanego klimatu, mineralne, napięte, do długiego starzenia. Węgrzy potrafią, tylko muszą chcieć. Jeszcze ze swojej choroby się nie wyleczyli, ale już zaczęli łykać aspirynę.

(więcej…)

Read Full Post »

Czy obejrzeli już Państwo film pod tymże tytułem na Winicjatywie? Jeśli nie, obejrzyjcie przed przeczytaniem tego tekstu i sprawdźcie, czy zgadniecie (proszę kliknąć na obrazek).

Wino znikąd

Cztery wina z tego bardzo dziwnego kraju przytargał winiarski druh Tomasz Frączek. (Jedno padło ofiarą słynnego kleptomana w redakcji pewnego pisma winiarskiego). O tym bardzo dziwnym kraju trudno odszukać informacje w internecie, ja znalazłem tylko tę hasłową stronkę, zaś dla dysponujących słowniczkiem albańsko-polskim polecam tę stronę na Facebooku.

Aquila Liquori Kallmet 2005 Albania

Lepsze niż 90% win mołdawskich.

Bo chodzi o Albanię, kraj nieistniejący – przynajmniej w świadomości ogółu i szczegółu Polaków (i nie tylko). O Albanii poza Hodżą i bunkrami na plaży generalnie nie wie się nic. Na pewno nie wiedzieli Państwo (ja nie), że w tym dziwnym kraju jest ponad 9 tys. hektarów winnic, czyli więcej niż np. w Słowacji czy Izraelu. Gdzie są te wszystkie wina? Z 17,5 mln litrów wina oficjalnie wyprodukowanego w 2009 r. udało się wyeksportować… 4 tys.

Z tym większym podnieceniem zasiadłem więc do degustacji tych białych kruków. Kosztujące równowartość 10€ (najtańsza butelka z  prezentowanego zestawu) Aquila Liquori Kallmet 2005 było winem ewidentnie rozwodnionym i już ewoluowanym, ale wszak przyjemnym w swych 12,5% alk. i niewymuszonej ekspresji; nutami ziół i papryki nawiązuje do Cabernet Sauvignon, lecz ogólnie ma się wrażenie wina południowego, „spalonych słońcem owoców” itp. Przypomina (w dobrym sensie) tanie wino z Apulii, jakieś Negroamaro albo Primitivo z tych tańszych, może nawet lane z kranu. Niezłe.

Çobo Kashmer 2007 Albania

Lepsze niż 95% win macedońskich.

Çobo to ponoć najpoważniejszy producent w tym bardzo dziwnym kraju. Jego flagowym winem jest Kashmer 2007, z którym w ciemno mierzyli się degustatorzy na linkowanym powyżej filmie. Zgodnie z postkolonialnym paradygmatem winiarskim mamy tu mieszankę odmian importowanych – CabSauv i Merlot, a jakże – z rdzennym Shesh i Zi. Bordoskiego charakteru nie ma to w smaku żadnego, styl jest zdecydowanie śródziemnomorski, owoce są zupełnie upieczone i usmażone, ale całość zachowuje zaskakujący kwasowy dryg i pewną roślinną świeżość, po której od razu wiadomo, że nie jest to żadna Mendoza. To wino też najlepsze lata ma już dawno za sobą, ale przeżyło dzięki sporej koncentracji i garbnikowej mocy. Przy swej rustykalności jest to rzecz poważna, wzlatująca wysoko ponad poziom prezentowany przez takie kraje winiarskie jak Mołdawia czy Macedonia.

Skenderbëu Primitivo Reserve 2004 Albania

Lepsze niż 60% win greckich.

Najlepszym winem z trójki był Primitivo Prestige 2004 z winiarni Skënderbeu (ponoć największej w Albanii). Primitivo to naturalny wybór dla albańskiej geografii – położone rzut beretem od Apulii (choć nieco wyżej) winnice z pewnością radzą sobie z tym szczepem równie dobrze co te z Mandurii. Zgodnie z charakterem szczepu wino jest mocarne, aż bucha aromatem przejrzałych owoców, suszonych ziół, z charakterystyczną nutą suszonego pomidora. Przy całem dżemowatości wino ma – znów – sporo kwasu i naturalnej świeżości, więc syci, ale nie męczy. Choć to najstarsze wino z zestawu, nie jest tak schodzące jak inne. Naprawdę dobra rzecz.

Albania wine excise sticker

Przypomina to coś Państwu?

Degustowałem wyselekcjonowane rodzynki, lecz doprawdy była to dobra niespodzianka. Dużo charakteru, i to bez małpowania Nowego Świata (co nie miałoby sensu, patrząc na zawrotne wyniki eksportu). Na etykietach obowiązkowe czarne orły, na szyjkach butelek wysmakowane typograficznie banderole, przypominające, co jeszcze kojarzy się przeciętnym Polanom i Wiślanom z Albanią – najpiękniejsze na świecie banknoty i znaczki pocztowe. Kibicuję Albanii, niech wyjdzie kiedyś z cienia i w Judgment of Tirana rozwali w ciemno wszystkie Zinfandele tego świata.

(więcej…)

Read Full Post »

Niedawno narzekałem Państwu (tu i tu) na rocznik 2009 w Bordeaux. Miał być planetarny i niezapomniany, a na razie okazuje się kluchowaty i męczący jak winiarski film klasy B. Za moją krytykę zostałem co prawda skrytykowany, że nie doceniam nowoczesnego stylu w Bordeaux i że wina na pewno się rozwiną. Oby. Na razie nie mam ochoty ich pić.

Co jednak robić, jeśli ma się ochotę na Bordeaux, a niekoniecznie na kluchy? Przyznam szczerze, że jestem wybredny – nie pasują mi zupełnie wina z 2006, płaskie i bez nerwu, nie pałam też miłością do 2007. Świetnie się zapowiada 2008, pełen rasy i świeżości, za to pozbawiony emfazy i konfitury. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać wina z rocznika 2005 i to dopiero jest ciekawe porównanie z 2009.

2005 też swego czasu był obwołany „rocznikiem stulecia”, a ceny poszybowały na niespotykane dotąd poziomy (dziś, z perspektywy 2009 i 2010, wydają się wręcz okazyjne). Jak przeczytałem dziś na Twitterze:

We are very happy in Bordeaux to have a ‘vintage of the century’ every two years and a vintage of the millennium every ten.

Bordeaux 2005 to zatem dobry test również dla naszych nadziei związanych z 2009. Traf chciał, że tę oto butelkę znalazłem na półce w ursynowskim Leclerku:

Chateau Tours des Bons Haut-Medoc 2005

Kolejny rocznik stulecia, ale tym razem dobry.

Haut-Médoc z „rocznika stulecia” za 43 zł to dobra okazja. Zwłaszcza, że wino jest pyszne. Soczyste, czereśniowe, świeże, lekko mięsiste, w punkt wytrawne, z owymi kredowymi, ale finezyjnymi garbnikami, których nie da się pomylić z niczym innym. Wzór umiaru i kultury, wino w żadnym punkcie nieprzesadzone, choć zdominowane smakowo przez Merlota. Bardzo dobra butelka i dla zupełnych bordoskich nowicjuszy w charakterze pedagogicznym, i dla już obytych w temacie, bo wino jest arcy„typowe”.

No właśnie, ma to, czego brakuje tak wielu winom z 2009. Poza alkoholem (tu na etykiecie tylko 12,5%) największa różnica pomiędzy obu rocznikami polega na świeżości, naturalnej równowadze. Bordeaux z 2005 są dojrzałe, pełne, bogate, ale nie przestają być sobą, nie buchają rodańskim ogniem, które dziś psuje urok wielu 2009. 2005 swym połączeniem siły i klasyczności nawiązywał do największych roczników w historii Bordeaux, jak 1990 i 1982, które też były bardziej napakowane od sąsiadów, ale miały ową nienaganną równowagę, a upływ czasu potwierdził ich klasę. 2009 po pierwszych degustacjach wydaje się już rocznikiem nowej ery, gdy o klasyczny smak Bordeaux, ową dyskretną kwasowość, chłodzący smak garbnika, potoczystą pijalność będzie coraz trudniej, trzeba będzie przywyknąć do koniakowych końcówek, ugotowanego owocu, trudnej w piciu masy. Dlatego cieszmy się ostatnią chwilą wolności, pijmy 2005.

Źródło wina – własny zakup. Bordeaux z 2005 dostać można także w Wina.pl, u Roberta Mielżyńskiego, Winarium i La Vinothèque.

Read Full Post »

Mamy nowego importera. Po cichutku, bez fajerwerków ani nawet internetowych iskierek zadebiutowała Winna Spółdzielnia. Minikatalog mieści się na dwóch kartkach A4, ale aż kipi od cudów. Barbera d’Asti od modnego Iuli, gwiazdorska Słowenia od Sutora, naturalistyczna La Stoppa z Emilii, arcytradycyjna Gattinara of Travagliniego, koneserskie Barolo Giuseppe Rinaldiego i mineralna Lessona z Proprietà Sperino.

Najbardziej pijalne wina jakie próbowałem w 2011.

W tych ostatnich trzech nazwiskach rozpoznajemy rękę Bogdana Fałowskiego, winomana, właściciela kultowej kawiarni Kofeina w Suchej Beskidzkiej i człowieka, któremu zawdzięczamy wprowadzenie na polski rynek tak wybitnych winiarzy, jak Paolo De Marchi (Isole e Olena), Giuseppe Rinaldi, Marcel Lapierre, Josef Umathum. Pierwszy projekt Fałowskiego, Kawa–Wino–Czekolada, w krótkim czasie zdobył dużą popularność i zgarnął nagrody nieproporcjonalne do swoich rozmiarów (był to w zasadzie import jednoosobowy). W 2008 pozawiniarskie względy popchnęły Fałowskiego do przekształcenia KWC w nową firmę Enoteka Polska, we współpracy z Maciejem Bombolem i Tomaszem Koleckim-Majewiczem.

Ta współpraca już się zakończyła (Enotekę prowadzi dziś w pojedynkę i z sukcesami Maciej Bombol), ale Fałowski wraca na scenę z nowym, obiecującym projektem.W Krakowie na Konfederackiej 4 działa już nowa winiarnia z własnym importem. Znajdziemy w nim część nazwisk z dawnego katalogu oraz nowe z Włoch i Słowenii, a niedługo także z Francji. Podejście wciąż to samo – wina z małych, rodzinnych winiarni, terroirystyczne, autorskie, często ekologiczne i biodynamiczne (choć niekoniecznie z certyfikatem), zwykle od winiarzy–indywidualistów, cokolwiek postrzelonych, nieprzewidywalnych. Zachwyciły mnie dwa wina Edvarda i Mitji Lavrenčiciów ze słoweńskiej Vipawy. Ich winiarnia Sutor parę lat temu zwróciła moją uwagę jedną z absolutnie najciekawszych interpretacji odmiany Sauvignon Blanc. Wróciłem do tego wina po latach: rocznik 2008 (73 zł) jest zachwycający, pełen świeżości, czystego jak łza owocu, nut mineralnych, zarazem bez kwaśnej chamowatości, w jaką Sauvignon często popada. Kluczem do sukcesu jest zebranie winogron w idealnym punkcie: nuty owocowe są dojrzałe, ale nie ma tu cienia rozlazłości, a alkohol pozostaje na rozsądnym poziomie 13,5%. Sekundowym wręcz wyczuciem rytmu zachwyca też czerwona Burja 2007 (Merlot ze szczyptą dzikiego rdzennego Refoška; 105 zł). Piękny jest owoc tego wina i piękna jest jego mięsisto-soczysta pijalność, radosna lekkość Beethovenowskiego scherza, uwolnienie od parkerowskich ambicji, wino jako napój orzeźwiający i energetyzujący.

Edvard Lavrenčič. © Marijan Močivnik / Studio Ajd / Sutor.

Nie jest przypadkiem, że podobnie mógłbym określić dwa Verdicchio z Fattoria San Lorenzo. Proste Vigna di Gino 2009 (28 zł) to niby proste wino codzienne, ale ileż przyjemności w jego soczystej gruszkowości i budzącej apetyt goryczce w końcówce. Ambitniejsza Riserva Vigna delle Oche 2007 (66 zł), jak przystało na wino dojrzewające dwa lata tylko w kadzi stalowej, jest wzorem umiaru, odmierzonej przy ekierce mineralności, fascynującym miksem nut słodkich i słonych, jesiennych i świeżych zarazem, jak dym z ogniska unoszący się w majową noc. Dzielny Natalino Crognaletti z San Lorenzo proponuje nawet Verdicchio 13-letnie (Riserva Aziendale 1998 za 179 zł) i jestem dziwnie pewny, że będzie to butelka wybitna.

Cenowy i kulinarny hit.

Wina importowane przez Bogdana Fałowskiego mają swój wyrazisty styl. Są wyrazem prawdziwej filozofii wina – tak w robieniu go, jak i w piciu. Nawet jeśli nie ze wszystkimi się zgadzam – z wybitnymi butelkami z Borgo del Tiglio sam się psychicznie zmagam, butelka taniego La Stoppa Rosso zrefermentowało i poszło w tango – z pewnością nie są nudne czy banalne. A do tego oferowane są w najuczciwszych w Polsce cenach. Już za czasów Kawy–Wina–Czekolady Fałowski zdumiewał swoją wąską jak talia osy marżą. W 2007 r. sprzedawał Sacrisassi Rosso za 99 zł, Cepparello za 148 zł, czyli w cenach, po których nie tak łatwo kupić te wina w kraju produkcji. Po pięciu latach, huśtawce kursu złotego, bankructwie Lehman Brothers i łącznej inflacji 17% Winna Spółdzielnia oferuje Sacrisassi za 111 zł. To dodatkowy powód, by zawierzyć temu importerowi.

Mówiąc o winie, za rzadko mówimy o ludziach. Kwasowość, garbniki, alkohol, finezja, koncentracja, a w najlepszym razie terroir i antropomorfizowana winorośl, która „daje z siebie wszystko” i „przestawia się na tory jakości” we współpracy z człowiekiem. Ten ostatni w opowieści o winie pojawia się najczęściej tylko w postaci bohaterskiego winiarza albo diabelskiego enologa. A przecież wino to też agronomowie, hurtownicy, sklepikarze, importerzy. Na importerów najczęściej nad Wisłą psioczymy z powodu wygórowanych marż i marnej selekcji. Wszak są wśród nas postaci prawdziwie wielkiego formatu.

Bogdan Fałowski: skromny, wielki człowiek wina w Polsce.

(więcej…)

Read Full Post »

Château Poujeaux 2009
Darczyńcom dziękuję!

Rok 2011 skończy się za parę wystrzałów szampana. Dziękuję wszystkim z Państwa, którzy byli ze mną przez ostatnie miesiące i wiernie lub z rzadka, zgadzając się ze mną lub wręcz przeciwnie, odwiedzali skromny blog o winie.

Na blogu piszę w zasadzie o swoich subiektywnych odczuciach i kontrowersyjnych opiniach, lecz – zwłaszcza dzięki Państwa komentarzom, za które podwójnie dziękuję – udaje się tu niekiedy zdziałać coś w sferze publicznej, jak w sprawie polskiego wina.

Pozdrawiam wszystkich z Państwa, których udało mi się spotkać w realu. Dziękuję za słowa zachęty, solidarności, a także krytyki. Krytykowany krytyk uczy się empatii, a to bezcenna umiejętność.

Szczególnie chcę podziękować pewnej grupie winomanów, z którymi spotykam się co jakiś czas przy kieliszku i którzy w spontanicznym odruchu obdarowali mnie butelką Château Poujeaux 2009. Marzyłem o spróbowaniu tego wina i to marzenie gwiazdkowo się spełniło. Nie rozjaśniło ono co prawda wszystkich moich wątpliwości co do rocznika 2009 w Bordeaux (alkoholu jest dużo, dżemowy Merlot dominuje w zapachu i smaku i naprawdę zastanawiam się, jak te wina się zestarzeją), ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.

A jest to koń podwójnie darowany, gdyż butelkę Château Poujeaux 1987 dostałem bardzo dawno temu od pewnego Jacques’a w pięknym mieście Lyon. Wracając z winobrania w Beaujolais nie miałem co podarować memu gospodarzowi na kilka nocy. Ofiarowałem mu tedy karton Beaujolais, który zbieracze zwyczajowo dostają za swój trud oprócz dniówki. Prawdę mówiąc było to niezwykle podłe wino, o czym najlepiej świadczy fakt, że sam producent go nie pił, a robotnikom serwował zmieszane pół na pół z wodą. Jacques z pewnością to wiedział, lecz w spontanicznym odruchu ofiarował mi w zamian Poujeaux 1987. Było to pierwsze świetne wino, jakie piłem w życiu, a efekt był tak wstrząsający, że jego bukiet czarnej porzeczki wyrył mi się na zawsze w pamięć. Po szesnastu latach jeszcze raz dziękuję Jacques’owi oraz Paulinie, Ince, Karolinie, Łukaszowi, Arkowi i Tomkowi. Udanych bąbelków!

Read Full Post »

Jeśli środa, to Biedronka wprowadza nowe wina do oferty. Po obficie dyskutowanych (i pitych) winach portugalskich nastała promocja Nowego Świata, a od zeszłego tygodnia na półkach największej polskiej sieci rozsiadły się wina francuskie.

50 zł to mało, ale trochę za dużo.

Auguste Bessac Châteauneuf-du-Pape Cuvée Tradition 2009 to najdroższe wino w historii Biedronki, o czym z licealnym podnieceniem donosili już nawet niewiniarscy dziennikarze. (Cytat „dla przeciętnego klienta widok metki z ceną 49,99 zł może być sporym szokiem” z pewnością przejdzie do klasyki). Szatonef za pięć dych wpisuje się w wysiłki Biedronki, by w najniższych w Polsce cenach oferować wina z najbardziej znanych apelacji takich jak Barolo czy Chablis. No i co? Wino jest dobre. Z pewnością lepsze niż (nie)sławne Barolo Morando – bo nie ma w nim zlewkowego szlamu, smaku tandety. Jest dobry wiśniowy owoc i nieco struktury, mocne garbniki, powaga, trochę głębi. Na drugi dzień ciut lepsze, na trzeci dzień słabe (co jak na Châteauneuf nie jest wyczynem). Ogólnie rzecz biorąc jest to niezła rzecz, smakująca Rodanem, dająca jakieś tam pojęcie o swej apelacji – jednej z najsławniejszych nie tylko we Francji.

Nie jestem jednak pewien, czy wino jest godne polecenia za 49,99 zł. W sumie nie różni się od poważniejszych win oznaczonych skromniejszą apelacją Côtes du Rhône, o jakich pisałem tu, a które kosztują około 35–50 zł właśnie. Jest bowiem powszechnie znaną prawdą, że te same pieniądze o wiele lepiej wydać na wybitne wino ze słabszej apelacji niż na najtańsze ze sławnej. Jeśli chce się jednak „zaliczyć” Châteauneuf bez nadmiernej szkody dla portfela, Biedronka zrobiła niezłą robotę. (Z drugiej strony doświadczenie uczy, że za miesiąc to samo wino Biedronka będzie wyprzedawać po 35 albo nawet 30 zł).

Słodko i lekko, w sam raz dla przybywających z Chile.

Co poza tym? Oferta win francuskich u „Owada” nie jest szczególnie bogata (a do tego niektóre wina nie są dostępne we wszystkich sklepach – np. na zachód od Warszawy nie uświadczyłem nigdzie Chablis za 29,99 zł). Bardzo mało jest win białych (alzacki Pinot Blanc za 15 zł, ale z 2008 roku). Z czerwonych nęci Saint-Émilion Grand Cru za 36 zł, ale podejrzewam, że lepiej kupić dwa Fitou po 17. Ja zmierzyłem się z taniutkim Merlot XR 2010 z IGP Pays d’Oc. Sformatowane pod supermarketowy, nowoświatowy smak – jak na mój, trochę za dużo tu słodyczy, za mało prawdziwej treści. Za 12,99 zł jest to jednak niezły zakup – lepszy, niż cokolwiek chilijskiego czy kalifornijskiego, co próbowałem w tej cenie – aczkolwiek serdecznie doradzam dopłacenie 5 zł i nabycie poniższego Medoka.

Médoc Réserve 2009 to też Merlocik, ale z prestiżowego terroir. Za 19,99 zł możemy spróbować wina z serca francuskiego winiarstwa. Wytworzył go Dulong, jeden z większych bordoskich hurtowników. Wino miękkie i słodkie jak na Médoc, ale taka już uroda rocznika 2009. Nie jest to wino głębokie, ale fakt, że za 20 zł możemy spróbować owych słynnych bordoskich garbników o smaku kredowego pyłu, wart jest oblania wręcz lampką szampana. (Niestety Biedronka na razie szampana za 49,99 zł nie oferuje).

Za 20 zł jeden z lepszych zakupów nad Wisłą.

Francuska oferta „Owada” jest skromna, ale uczciwa – wina są smaczne, nieprzekłamane, a ceny takie, jakie na tym poziomie jakości powinny być. Ustawienie Châteauneuf na poziomie 50, a nie 30 zł jak ongiś z Barolo też jest w sumie aktem uczciwości (choć nie łudzę się, że stoi za nim cokolwiek innego poza realiami aktualnego rynku, czyli możliwą do wynegocjowania ceną zakupu). Jestem ciekaw powodzenia tego francuskiego miesiąca. Wszak stereotyp mówi, że klient supermarketu za winami z tego kraju nie przepada – a niechęć ta jest odwrotnie proporcjonalna do sumy, jaką chce wydać na wino. Poza langwedockim Merlotem pite przeze mnie wina wyraźnie jednak smakują Francją z jej oschłością i kartezjańskim racjonalizmem. Czy lud to kupi?

(więcej…)

Read Full Post »

W polskim świecie wina są wielcy obecni i wielcy nieobecni. Do tych pierwszych niewątpliwie należy mało znany pod innymi szerokościami geograficznymi Carlo Rossi, ponadto Chianti czy tania Portugalia. Lista tych drugich jest dłuższa i już nie chcę Państwa zanudzać narzekaniem na brak na naszych półkach dobrego Jura, sherry, Chorwacji czy Central Otago Pinot Noir.

Najsłynniejsza czerwona etykieta Rumunii.

Są jednak nieobecności niewytłumaczalne i jedną z nich jest kompletny brak w Polsce jakichkolwiek przyzwoitych win z Rumunii. (Pomijam anegdotyczne i nieciekawe La Cetate zbierające kurz w katalogu Centrum Wina oraz tuzin supermarketowych kwasów). Jest to dziw tym większy, że jednym z głównych eksporterów wina do Polski jest Mołdawia, produkująca wina takie same jak Rumunia, tyle że o wiele gorsze. Rumunia jest ogromnym dostawcą win z różnych półek i doprawdy codziennego Merlota transportować byłoby o wiele lepiej 1100 km z Bukaresztu niż 14 tys. z Santiago de Chile.

O odmianie Şarbă nie słyszały najtęższe winiarskie encyklopedie.

Oczywiście sprawa nie jest taka prosta. Powodzenie Mołdawii w Polsce wynika ze szczęśliwego skrzyżowania cukru resztkowego i jednocyfrowej ceny. Spora część z 800 mln butelek produkowanych rocznie w Rumunii jest wyjątkowo marna i nie warto sobie nią zaprzątać głowy bez względu na geograficzną bliskość. Co ważniejsze, Rumunia poza mozolną poprawą jakości swych win robi bardzo niewiele, by do nich przekonać takiego Polaka czy Niemca. Nie ma eksportowego wysiłku, nie ma degustacji, nie ma prostego marketingowego przesłania. Jest natomiast jeden z najbardziej absurdalnych systemów apelacyjnych na świecie. W ośmiu regionach udało się ambitnie wytyczyć ponad 50 apelacji o nic nikomu niemówiących nazwach. Pomimo wieloletnich studiów nad tematem nie jestem w stanie wyłuszczyć Państwu różnicy pomiędzy Bucium i Panciu czy Dealurile Drincei a Dealurile Vrancei. Proszę pozwolić, że z powodu miłości do języka rumuńskiego zacytuję Państwu jednak mą apelację najulubieńszą: Colinele Tutovei şi Nicoresti.

Niezapomniany design lat 1950.

Coś może jednak się zmienia na lepsze. Wczoraj wina rumuńskie po raz pierwszy przedstawiły się polskiej publiczności. Skromna degustacja (czterech producentów) odbyła się w przepysznych retro wnętrzach Ambasady Republiki Rumunii przy ul. Chopina, przypominających o czasach, gdy przyjaźń polsko-rumuńska była o wiele bliższa niż obecnie. Nie wzlecieliśmy może na wyżyny smaku, ale pojawiło się sporo przyzwoitych win i aż żal, że wśród publiczności pojawił się tylko jeden polski importer i żaden (poza niżej podpisanym) winopisarz. Ale to pierwsze koty za płoty. Degustacji ma być więcej i wina Rumunii zamierzają nie dać o sobie zapomnieć.

Moje pierwsze Busuioacă de Bohotin.

Starą prawdę, że Rumunia może produkować dobre wina tak w bieli, jak czerwieni ilustrowały wyroby firmy Basilescu (100 ha), m.in. Fetească Neagră Ancestral 2008 (starzenie w starannie odmierzonych 7% beczki) oraz półwytrawna Tămâioasă Românească Autentique 2009, a najciekawszą butelką było półsłodkie rosé de gris Busuioacă de Bohotin 2009, jeden z tych rumuńskich dziwów, bez których bylibyśmy duchowo ubożsi (proszę jednak nie pytać o jego komercyjne perspektywy). Młoda winiarnia Gîrboiu też przedstawiła trudny w odbiorze miks win wytrawnych i nie całkiem, ale Fetească Albă i Sauvignon 2009 z droższej serii Bacanta mogły się podobać. No i kolejny rumuński dziw, czyli rdzenna odmiana Şarbă uprawiana na parunastu hektarach (milczą o niej nawet najgrubsze winiarskie encyklopedie).

Złoty medal w kategorii „Etykieta dnia”.

Nieco rozczarowały mnie butelki znanej i jawiącej się ongiś jako najjaśniejsza gwiazda na krajowym firmamencie firmy Vinarte. Zawiodła szczególnie Fetească Neagră Villa Zorilor 2009 – rustykalne, zielone wino nieoddające honoru czołowej rumuńskiej odmianie. Swój poziom trzymał słynny Merlot Rezerva Prince Matei 2007, ale jest to wino kosztujące w Bukareszcie aż 25€. W tej sytuacji najlepiej wypadła winiarnia Rotenberg, wyróżniająca się ponadto wielką urodą swych dizajnerskich etykiet. Na 20 ha uprawia się tu tylko Merlota i odmiana ta zyskuje pięć ciekawych wcieleń, od taniego supermarketowego Rapsod 2008 (5€) po Notorius 2007 (14€). Poza tym ostatnim wina dojrzewają tylko w używanych beczkach rumuńskich, przez co zamiast zwyczajowego powidłowego tłuszczyku, Merloty Rotenberg nabierają surowej, garbnikowej, nie tak beztroskiej ekspresji. To wina godne znaleźć się na polskich półkach jak najszybciej, bez względu na niewymawialne nazwy apelacji i stereotypy nabrzmiałe wobec rumuńskich win.

Precz z Riedlami.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »