Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘stare wina’

Czy relaksowali się Państwo w czasie Świąt? Ja nie myłem okien, nie goniłem dedlajnów, nie jadłem znienawidzonych jajek ani żurku. Zjadłem pyszne gicze jagnięce (tym pyszniejsze, że nie ja musiałem ich doglądać) i otworzyłem wino, na które miałem ochotę, nie bacząc zupełnie na to, czy pasuje do giczy.

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983

Jak to się stało, że to żyje?

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983 przeleżało u mnie dobrych parę lat, czekając na sakramentalną „okazję”. Zdobyłem je na aukcji win jurajskich odbywającej się co luty w ramach Percée du Vin Jaune, święta bardzo dziwacznego wina powstającego w tej najbardziej zapyziałej prowincji francuskiej. „Wino żółte” leżakuje w niedopełnionej beczce sześć lat, jest kompletnie utlenione, ma niezapomniany bukiet orzechów włoskich i smardzów i żyje dwieście lat. Na aukcji można kupić takie z XIX wieku, ale to droga zabawa. Nawet butelki z lat 1970. kosztuje pod 100€. Ja się zaczaiłem na wina czerwone z Jury, które są do niczego niepodobne, urokliwie lekkie i ponoć też długowieczne. Musiałem o flaszkę stoczyć zażarty bój z Alain de Laguichem, właścicielem Château d’Arlay, słynnym producentem z tych stron, który któregoś dnia stwierdził, że czerwone wina jurajskie są najlepsze na świecie i postanowił wykupić wszystko, co jest na rynku. Zgarnął kilkadziesiąt magnum, płacąc za nie trzycyfrowe sumy. W bitewnym szale się zagapił, że pomiędy dwoma żółtymi pojawiło się czerwone Poulsard z 1983 roku, podniosłem numerek, młotek przybił 19€, nie mogłem uwierzyć, wygrałem.

Poulsard to najlżejszy szczep czerwony uprawiany w Jurze (pozostałe to Trousseau i Pinot Noir). Za młodu jest winem w zasadzie różowym, lżejszym od Beaujolais i kwiatowym nieco na podobieństwo piemonckiego Grignolino. Jak to bezcielesne wino może starzeć się 30 lat, oto jest Wielka Tajemnica Wina. Naukowcy wojujący swymi statystykami przeciw biodynamice i perorujący, że terroir nie może wpływać na smak wina niechaj zaproponują jakieś racjonalne wyjaśnienie tego niezbitego faktu. Poulsard 1983 państwa Rolet był nie tylko żywy, lecz w formie wręcz śpiewającej. Zaryzykowałbym, że w lepszej niż 99% burgundów z tegoż rocznika 1983 i pewnie ponad połowa Bordeaux, które ongiś owszem były pyszne, ale teraz smakują jak porto z miodem.

Domaine Rolet Père & Fils Arbois Poulsard 1983 colour

Ceglastobrązowe czy tylko amarantowopomarańczowe?

W nieskomplikowanym bukiecie Poulsarda obok nutki pieprzowej panują swojskie wonie starej piwnicy i piernika podlanego maderą. W smaku madery brak, świeżość jest zdumiewająca. Wino jest soczyste i mineralne; zamknąwszy oczy dałbyś słowo, że smakuje wręcz kwiatowo. Nie jest to i nigdy nie miało być wino wielkie, lecz po 30 latach z bezczelną swobodą zjadło jagnięcą gicz i z wiejskim akcentem barytonowo krzyczy: „jestem!”.

[Zmagania ze starym zramolałym korkiem tej butelki możecie zobaczyć tutaj. A już w sobotę Marek Bieńczyk przedstawi na degustacji jurajskie Pinot Noir Jean-François Ganevata, uważane za równe burgundzkim grands crus.] 

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

Z inicjatywy miłośnika Brunello Jacka D. wesołą gromadką zebraliśmy się wokół ni mniej, nic więcej niż 20 butelek tego zacnego toskańskiego wina. Prywatne winomańskie spotkanie miało na celu wydanie ostatecznego werdyktu o roczniku 1999. Wielkim, wspaniałym, nadzwyczajnym, a w każdym razie najlepszym pomiędzy 1990 (kto to jeszcze pamięta?) a 2006 (być może; wina jeszcze śpią w beczkach). Sam należałem do apologetów 1999, toteż do stołu siadałem z niekłamanym podnieceniem.

Trudne są jednak powroty do dawnych miłości, stawanie po latach przed płótnem mistrza, które ongiś, przez iluminacyjną sekundę, olśniło nas i uchyliło rąbka Tajemnicy. Tamtego zachwytu zmysłowym owocem ujętym w karby żelaznej kwasowej struktury nie da się dziś powtórzyć, rzekłbym, z definicji. W 2004 i 2005, gdy Brunello 1999 ukazywały się na rynku, a okazje do ich próbowania nadarzały się praktycznie co tydzień, rocznik grzał się w blasku wystrzeliwującej międzynarodowej popularności Brunello, a urok młodości przyćmiewał wszelkie niedoskonałości. Dziś Brunello jawi się nam raczej jako łobuz z domu poprawczego, spod makijażu wychodzą zmarszczki i bruzdy; weryfikacja prywatnego mitu w wielu przypadkach okazała się bolesna.

Największą zmarszczką w próbowanej przez nas serii win okazały się bodaj suche garbniki, które obciążały winom końcówki i pozbawiały je elegancji. Dotyczyło to szczególnie win w stylu nowoczesnym, bo tu dochodziły wzmagające suchość garbniki od beczki.

Niezaprzeczalną natomiast zaletą rocznika okazała się jego żywotność. Wbrew oczekiwaniom niektórych uczestników znakomita większość tych Brunello 1999 ma przed sobą jeszcze co najmniej 5 lat życia. Nieliczne już całkiem gotowe do picia wina to te, gdzie autorzy szukali maksymalnej dojrzałości i sięgali po mniej lub większy late harvest. Pozbawione życiodajnej kwasowości, z nutami owocowymi, które już na starcie ewoluowały w stronę powideł i dżemu, te wina już się nie poprawią. To przypadek m.in. obu win Valdicavy oraz (niespodzianka) Fuligni Riserva.

Bezapelacyjny zwycięzca degustacji.

Te najlepsze wina – zwłaszcza w stylu tradycyjnym, których niestety piliśmy niewiele – ujmują świetną naturalną równowagą, soczystością, bardzo ładną finezją swych czysto wiśniowych faktur. Świetnie realizują one potencjał sangiovese jako szczepu łączącego właśnie siłę i finezję, surowość i czystość.

Czy warto dziś kupować Brunello 1999? W moim przekonaniu tak. Z uwagi na dużą podaż win z innych bardzo dobrych roczników (1998, 2001, 2004, a zaraz 2006 i 2007) Brunello 1999 są wciąż stosunkowo łatwo dostępne i w zasadzie nie takie drogie. W toskańskich winotekach można dostać je po 40–60€, a Riservy po parę euro więcej. Wybierając ostrożnie te wina, które potwierdzały wielokrotnie swoją klasę, można więc w rozsądnej cenie nabyć włoskiego klasyka z wielkiego rocznika w szczycie formy. Że taka flaszka nie musi kosztować fortuny, potwierdziła gwiazda naszej degustacji – Il Poggione 1999, „od zawsze” jedno z najtańszych win w apelacji. Wraz z zaskakującym Friggiali Riserva była to najlepsza – również dlatego, że najbardziej autentyczna i najmniej wymuszona – interpretacja Brunello tego popołudnia.

*****

Powyżej oczekiwań: Camigliano, Camigliano Gualto, Centolani Riserva Tenuta Friggiali, Valdicava Madonna del Piano

Jeszcze czekać: La Poderina, Col d’Orcia Poggio al Vento, Poggio Antico Riserva, Casanova di Neri Tenuta Nuova

Dobre, nie wielkie: Poggio Antico

Styl międzynarodowy, nic ciekawego: La Poderina Poggio Banale, Banfi Poggio alle Mura, Castelgiocondo, Castelgiocondo Ripe al Convento, Poggio Antico Altero

To wino planetarnej niegdyś sławy jest nadal świetne, ale to już nie te emocje...

Read Full Post »

Całą środę spędziłem w Mandurii, w ojczyźnie szczepu Primitivo, który ze starych, wolno rosnących krzewów, na kamienistych glebach na poziomie morza daje z siebie wszystko (zwłaszcza alkohol). Całą środę spędziłem pijąc Primitivo od wszystkich czołowych producentów, jedne lepsze, drugie gorsze; jedne jadące tylko na ekstrakcie i wódczanej mocy, konfiturze i czekoladzie, inne usiłujące do potęgi Primitivo dodać nieco głębi, zachować świeżość, naturalność.

Lecz największym szokiem tej środy stała się wizyta u weterana Primitivo, firmy Pichierri butelkującej wina od lat 1970. Stare betonowe kadzie, kantorek-kanciapa ze sprzedażą win („Kredytu nie udzielamy”), beznadziejne etykiety retro, 50% wina sprzedawane luzem i 60% gron skupowanych od hodowców – to wszystko tchnie cokolwiek  nieświeżym wspomnieniem, Craxiego, Al Bano i Rominy Power, piłkarzy w długich trykotach i wczesnego italo disco.

Kiedy się patrzy na tutejsze wina, człowieka XXI-wiecznego przeszywa dreszcz. Tradizione del Nonno ma 16%, Il Sava – 16% + 3% non svolto (we Włoszech tak się oznaczało kiedyś cukier resztkowy), a kolejne szczeble „win słodkich naturalnych” to już 19,5, 20, a w najlepszych rocznikach nawet 20,5% potencjalnego alkoholu! Bohaterskie drożdże rdzenne dojeżdżają z fermentacją do 17–17,5% alk., a potem się poddają. Ale wszak i owe dolci naturali, i tutejsze wina wytrawne nie mają w sobie nic z komercyjnej konfiturowej słodyczy, nic z lenistwa późnego zbioru, konformistycznej beczkowej szminki wielu nowoczesnych interpretacji Primitivo.

Vittorio Pichierri odciąga wino z tradycyjnej amfory capasone.

Są ogromnie skoncentrowane, ale czyste, integralne, naturalne, mięsiste, ziemiste. Rozegrane w jednej mocnej durowej tonacji, namalowane jedną mocną czarną kreską, ale bez żadnej teatralizacji, ukrytych kompleksów, prowincjonalnego parweniuszostwa. Są sobą, po prostu. A właściciel i kierownik produkcji Vittorio Pichierri streszcza to jednym zdaniem: siamo contadini artigiani, jesteśmy chłopami-rzemieślnikami. Choć powstaje tu 600 tys. litrów wina, nie ma tu przemysłowej logiki; Pichierri kontroluje wszystko sam, nie ma mowy, by do kadzi powędrowało choć jedno nadpsute grono, kluczem do jakości jest bezustanna selekcja, ćwierć produkcji odprzedaje się jako odpad.

Tutejszy podstawowy Primitivo lany luzem z kranu za 1,10€ za litr był w czołówce tego wyjazdu, a potem otworzyliśmy Primitivo z 1975 roku (18+3%!), jedno z wielkich win mojego życia, o nieprawdopodobnym likierowym nosie i takiej młodości w ustach, jakiej życzę wszystkim porto nie z 1975, a z 1995. Królewska potęga tej butelki okazała się zazdrośnie strzeżoną tajemnicą Apulii, kraju sprzeczności, udręki i ekstazy, rozpaczy i uśmiechu.

To wino ma 34 lata.

Read Full Post »

To se nevrátí

Ch Montrose 1981

Château Montrose 1981

Dzięki uprzejmości b. wicemistrza Polski sommelierów (dziękuję!) w miłym towarzystwie zajrzałem do wnętrza tejże flaszki. Moja niechęć do Bordeaux jest legendarna, ale ze starym winem zawsze chętnie porozmawiam. To miało do opowiedzenia całkiem sporo.

Butelka świetnie przechowana, etykieta nienaganna, korek niemal też (tylko końcówka wpadła do środka butelki). Mało osadu, barwa wina już nienajmłodsza (brunatniejąca obrączka), lecz wszak gęsta, mocna, zapowiada raczej wysportowanego pana w średnim wieku niż zramolałego starca. Bukiet zredukowany, stajenno-korkowy, od razu się poprawia po wlaniu do karafki, co w przypadku starego Bordeaux jest zawsze oznaką zdrowia i wigoru. Wrażenia były najlepsze po 40 minutach w kieliszku, zatem wbrew pozorom zalecam dość długą dekantację, jeśli komu się trafi butelka.

Wino nie jest nadzwyczajnie złożone, co oczywiste zważywszy średnia klasę rocznika (nie jest to jednak 1982…), ale też za złożonością nie budzi tęsknoty. Jest cokolwiek zielone, zarówno w nosie (zielona papryka oraz arcytypowe bordoskie fumé, co w zależności od humoru można tłumaczyć w kierunku beczkowym lub nawozowym), jak i ustach, które wgryzają się w podniebienie smakowitą, warzywną kwasowością. Owocu dużo nie ma, dopiero pod koniec rzeczonej dekantacji wychodzi nieco wiśni, czerwonych porzeczek, lecz nie o owoc tutaj chodzi. Zaskakująca koncentracja, to Bordeaux ma naprawdę swój właściwy ciężar, co w kontekście rocznika należy uznać za spore osiągnięcie. Lepsze do wołu niż jagnięcia (sprawdziliśmy). Wino bardzo klasyczne, przy czym pojęcie te nie służy usprawiedliwianiu cienkości czy niedojrzałości, lecz pewien rodzaj niewymuszonej równowagi; ma się wrażenie wina zrobionego „po prostu” z winogron zebranych kiedy Bóg przykazał, fermentowanych bez szczególnych fajerwerków, na zdrowy rozum.

To były czasy przed Michelem Rollandem i nawet przed Parkerem (który dopiero rok później wypłynął na roczniku 1982, który intuicyjnie ocenił wyżej od establishmentu, a historia przyznała mu rację). Pisze o tym Marek Bieńczyk w swoim felietonie w najnowszym numerze Magazynu WINO (3/2009); tekst jeszcze niedostępny w internecie, więc cytuję:

…styl win z Bordeaux zmienił się tak bardzo, iż ma on już niewiele wspólnego ze smakiem win sprzed lat, i że nowe ekipy odżegnują się od przeszłości jak od dżumy. w 1982 r. pojęcie zielonych zbiorów nie istniało, do wina szło wszystko, co zbierano. Ale nie istniała też prefermentacja na zimno, odwrotna osmoza i podobne zabiegi koncentrujące, winifikacja w beczce, przyśpieszenie drugiej fermentacji, mikroutleniania i inne techniki dzisiejszej doby.
…Oczywiście optymiści mówią, że „nigdy wina nie były tak dobre”, lecz nie dodają nigdy, jakim to się stało kosztem. Stylistyczna urawniłowka win nie jest tylko kwestią globalizacji, lecz estetycznej przemiany , preferującej szybki błysk od cichego światła rozłożonego na długie trwanie.

Montrose 1981 nie jest cichym światłem, raczej sycącym winiarskim sztukamięsem, lecz jego bardzo dobrej klasie i przede wszystkim tryskającej mieszczańską etyką pracy solidności nie sposób zaprzeczyć. Uświadomił mi, że wśród Bordeaux z jego pokolenia nie znajduje się właściwie złych butelek. Jasne, wtedy udawał się jeden rocznik na dwa, wiele win było po prostu rozwodnionych i niedojrzałych, lecz o tych już dawno zapomniano. Te, które w kolekcjonersko-aukcyjnym obiegu przetrwały, przeszły już przez czyściec historii i dziś (niemal) nigdy nie rozczarowują. A wśród najmłodszych roczników – weźmy taki 1999 czy 2002 – połowa jest zbyt beczkowa, jedna trzecia ma ponad 14%, smakuje jeżynowym kompotem i nie nadaje się do picia dziś, a co dopiero po 28 latach. Może dlatego nie lubię Bordeaux.

Read Full Post »

 DSC03557

Z okazji ważnego jubileuszu w rodzinie wypiłem wina, które miały w sumie 331 lat. Nawet odliczając okrutnie zepsutego szampana i smakujące jak fałszywka Vouvray cofnąłem się wirtualnie do czasów III rozbioru Polski.

Tę degustację planowałem od dawna, zbierając tu i tam stare butelki. W Niemczech buszowałem po półkach z winami włoskimi (bo niemieckie znikają tam w ciągu paru tygodni po wypuszczeniu na rynek). W Austrii kazałem sobie wyciągać zakurzone flaszki spod sufitu (trafił się bardzo sławny Cornas za pół ceny). W internecie polowałem na stare Barolo, które miało być gwoździem wieczoru. Do degustacji przystępowałem wyposażony w sześć modeli kieliszków, trzy karafki, specjalny korkociąg do starych win, koszyk dekantacyjny, rozżarzone szczypce. Dziewięć godzin później dopiliśmy ostatnie krople. Poza szampanem nie było ofiar śmiertelnych.

Na takie degustacje warto czekać długie miesiące i są one złotym wspomnieniem winomana, lecz wiąże się z nimi duże ryzyko. Wina w „pewnym wieku” (który różnie można określać, ale za „stare” roboczo uznaję każde, które skończyło 20 lat) miewają problemy z korkiem (wpada do butelki lub rozsypuje się na kawałki, albo nie chce za skarby wyjść), mają obniżony poziom w butelce, ogromną ilość osadu, bywają utlenione, zmaderyzowane, albo przeciwnie – zredukowane, śmierdzące, wymagając długiego wietrzenia w karafce. Nie ma co ich degustować zbyt analitycznie, gdyż z wiekiem tracą cechy szczepowe i glebowe, a ich picie staje się niekiedy stwierdzaniem najprostszego faktu – czy „przeżyły”, czy też nie. Wobec interpretacji niuansów terroir jest to wszak rozrywka dość prostolinijna, a trzeba z kolei płacić niebotyczne sumy, toteż osuszanie takich flaszek często kończy się niedosytem i ogólnym zwątpieniem.

Thierry Allemand Cornas Chaillot 1996Cosimo Taurino Patriglione 1975 (1)Domdechant Riesling Domdechaney Spatlese 1983

Pewną receptą jest otwieranie starych win hurtem; wtedy te dwa zepsute i trzy za stare znikną w cieniu tego jednego, prawdziwie wielkiego. Obiektywnie rzecz biorąc, tak trochę było w moim przypadku. Thierry Allemand Cornas Chaillot 1996 nie był ani stary, ani młody, lecz zalatywał niemytym koniem (który dopiero na drugi dzień odgalopował, odsłaniając cudny wprost bukiet malinowy), a w smaku był zielony i kwaśny. 1996 uchodzi w dolinie Rodanu za rocznik słaby; chciałem sam się przekonać i się przekonałem. Domdechant Hochheimer Domdechaney Riesling Spätlese 1983 zachwycił, gdy w 2005 r. podał go nam na tarasie właściciel Franz Michel, wraz z paroma soczystymi opowiastkami z dawnych czasów. Cztery lata pobytu w nieco zbyt ciepłej piwnicy zabrały temu winu większość finezji i pozostawiły cokolwiek przyciężkawą, roślinną słodycz bez polotu. Cosimo Taurino Brindisi Riserva Patriglione 1975 był całkiem dobry, zważywszy cenę 35€ (niższą niż za nowe roczniki) i dziwaczny zakup w turystycznym sklepiku w Wiesbaden, ale trudno było zaprzeczyć nutom octowym, zmaderyzowanym – choć to i tak nie była najgorsza madera tego dnia.

Perrier-Jouet Blason de France 1959

To miano należy się szampanowi Perrier-Jouët Blason de France 1959, sprzedanemu mi w dobrej wierze za okrągłą sumkę. Kupowanie starych szampanów jest dodatkowo uprzykrzone tym, że nie można sprawdzić wyglądu korka przez szkło; gdybym sprawdził, zobaczyłbym, że kompletnie wysechł, odchodząc od szyjki i wypuszczając wszystkie bąbelki do stratosfery. Wyszła madera, którą niektórzy goście ze smakiem doprawili sobie zupę.

Huet Vouvray Le Haut-Lieu demi-sec 1961

Znakomitym winem, zakupionym za jedyne 50€ (znów w Niemczech…), był Domaine Huët Vouvray Le Haut-Lieu demi-sec 1961. Aż nazbyt znakomitym jak na rzekomo 48-letnie. Etykieta, korek, kolor, bukiet i wyraźna słodycz wskazywały raczej na rocznik 1991. W takich sytuacjach lepiej byłoby się ucieszyć, że po serii trupów w kieliszku pokazało się wino tak świeże i toniczne, ale nie leży to w naturze człowieka. Im więcej przyglądałem się rocznikowi na etykiecie, tym mniej mi smakowało.

Kopke Colheita 1938 (1)

Rozczarowaniem okazała się w sumie najstarsza (pół)flasza wieczoru, Kopke Porto Colheita 1938. Po pamiątce po niezwykłej degustacji starych porto (zob. Magazyn WINO 2007/5) spodziewałem się zdecydowanie więcej. Jest to bardzo dobra colheita, lecz na poziomie wina 30-, a nie 70-letniego. Brak jej pazura, wykopu czy jakkolwiek to nazwać. Wszystko jest tu w stanach średnich, na czele z bukietem, który powinien być najmocniejszą stroną tego typu wina.

Jean-Marc Brocard Chablis Bougros 1998

Może dobrze, że w odwodzie było parę win stosunkowo młodych, bo uniknęliśmy w ten sposób kłopotów z korkami i mieliśmy właściwie gwarantowaną przyjemność. Pol Roger Cuvée Sir Winston Churchill 1993 to fantastyczny szampan, śmietanowo lekki i mineralnie głęboki zarazem, trzymające swój miodowo-brioszowy hedonizm w żelaznym uścisku strukturalnej dyscypliny. Nawet dość wysoki cukier (w dobrym towarzystwie zwany dosage) można mu wybaczyć. A Jean-Marc Brocard Chablis Grand Cru Bougros 1998 to już była kwintesencja udanego wina jubileuszowego. Gdy zeszłej jesieni degustowałem to niezbyt drogie wino u producenta  (zob. Magazyn WINO 2009/1), wydało mi się przy swej dobrej, morską solą naznaczonej mineralności cokolwiek beczkowe i słodkie. Tym razem, podane do kury w śmietanie, beczka znikła, z morza wynurzyła się kwasowość, wino wystrzeliło mineralną iglicę i nie pozostawiło nic do życzenia.

Giacomo Borgogno Barolo Riserva 1947 (2)

No i rzeczony „gwóźdź”: Giacomo Borgogno & Figli Barolo Riserva 1947. Po sześćdziesięciu jeden latach i dziewięciu miesiącach od zebrania gron mieliśmy spotkać się z królem dojrzałych win. Butelka nabyta w zaufanym sklepie była w świetnej kondycji, ubytek wina minimalny, kapsuła niemal jak nowa. Miałem przeczucie, że to wino spełni oczekiwania (może na fali udanych spotkań z innymi starymi rocznikami Borgogno, m.in. genialnym 1961, który wciąż jest dostępny u producenta, a nawet w krakowskim Dionizosie) i z tego przekonania nie wytrącił mnie nawet widok korka wpadającego z kretesem do środka butelki przy najlżejszym dotknięciu. Po dekantacji ukazało się nam wino w kwiecie wieku, o pięknej, wielorakiej jak pawi ogon barwie mieszającej piemoncki rubin, sycylijski pomarańcz, polski amarant i starowłoski brąz. Kawa, maliny, skoszona trawa, stara piwnica, cytryna, stajnia, krzemień… to wszystko było w tym kieliszku. Wino żyło, tryskało energią, wręcz wgryzało się w podniebienie swą kwasowością, a nawet zdrową dawką garbników, i tak aż do następnego dnia. Zapomniałem o Blason de France i wybaczyłem fałszywe Vouvray. To było wino roku, a może nawet 61 lat.

Giacomo Borgogno Barolo Riserva 1947 (6)

Read Full Post »