Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Włochy’

Jeśli dziś pierwszy wtorek listopada, to Magazyn Wino przyzna swoje nagrody Grand Prix. Wyczekiwane? Nawet jeśli nie czekacie na nie z zapartym tchem, pozostają punktem odniesienia, bo tak jak pisałem rok temu – ważniejszych nagród winiarskich w Polsce nie ma. Magazynowych medali nie przyćmił na razie konkurs EnoExpo ani punkty i punkciki przyznawane przez różne portale.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (3)

Strictly blind.

Od poprzedniego Grand Prix, które krytycznie skomentowałem, co spotkało się z krytycznymi komentarzami, a którego bilans był w sumie pozytywny, upłynął rok i wiele wody w Wiśle. Drogi moje i Magazynu Wino się coraz bardziej rozchodziły i może dlatego, zasiadając dzięki uprzejmemu zaproszeniu red. nacz. Tomka Prange-Barczyńskiego miesiąc temu w komisji, które miała medale rozdać, nie potrafiłem się jakoś podniecić tą degustacją w ciemno „najlepszych win roku”. (Uczestniczyłem tylko pierwszego dnia – wina białe). Połączenie nienajwyższej formy degustacyjnej, nienajlepszych warunków tejże degustacji czy wreszcie rosnącego sceptyzymu wobec idei tego panelu – dość, że finaliści mnie jakoś zmęczyli i zirytowali. Innym wszakże smakowali, punkty postawiono, wybrańców wybrano, a werdykt poznamy dziś wieczorem o godzinie 20 (relacja na żywo na Facebooku i Twitterze Winicjatywy, a lista zwycięzców z komentarzem na naszym portalu jeszcze dzisiaj w nocy).

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (1)

Degustacja postindustrialna.

Zirytowały mnie na przykład „wina białe do 50 zł”. Samej kategorii (która zastąpiła dawną „do 30 zł”) Magazyn Wino nie zmienił, na moje pytanie dlaczego – skoro 90% polskiego rynku to wina do 30 zł, a dostępność tanich win jest generalnie coraz lepsza – usłyszałem, że tylko ja miałem w zeszłym roku zastrzeżenia do tej zmiany… Skutek jest jednak taki, że wielu finalistów w kategorii do 50 zł wypada słabiutko – próbowaliśmy np. rozwodnionego Verdejo, słabej Portugalii, żadnawego Sauvignon z Chile, które od biedy byłyby smaczne do 30 zł. Jakieś tam emocje wzbudził tylko tani (właśnie dlatego, że tani) Furmint i zdecydowanie wyróżniający się w tej klasie Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011. Paradoks tego ostatniego wina polega na tym, że od wielu miesięcy kosztuje ono… 59,90 zł! Jego startem w kategorii do 50 zł zdziwiony był nawet importer – Robert Mielżyński, który jednak zachował się przyzwoicie i od razu po moim pytaniu obniżył cenę do 49,90 zł.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (6)

Naprawdę dobra była degustacja win słodkich. Oto mój faworyt.

Z droższych win wyróżniłem ku swojego zdziwieniu Pinot Grigio Punggl 2011 od Nals Margreid z Alto Adige i burgundzkie Jaeger-Defaix Rully Mont-Palais 2010 od Mielżyńskiego, natomiast jakoś zniknęło w tłumie np. drogie memu sercu Coto de Gomariz Albariño X 2010 (Ardi). Wśród najdroższych złoty medal w ciemno przyznałem niedawno polecanemu na Winicjatywie Albert Mann Riesling 2009 (Vinoteka13), którego kolosalną zaletą poza wspaniale finezyjnym smakiem jest cena 105 zł. Natomiast znudziły mnie i zmęczyły m.in. biała Redoma Reserva 2009 od samego Niepoorta czy lubiany w innych okolicznościach Riesling Kalmit od Leinera. Oczywiście degustacja w ciemno to tylko degustacja w ciemno, krótki moment w życiu wina, niekoniecznie ostra fotografia czegoś, co wciąż żyje i się rusza – szkoda, że obiektyw poruszył się akurat w najważniejszym momencie.

Z przecieków wynika, że wśród medalistów w tym roku znajdą się rzeczony Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011 , francuski Château Puy-Servain Terrement 2010 (solidne Sauvignon prawie z Bordeaux, Winkolekcja), do 100 zł można się spodziewać naturalistyczno-oksydowanej bomby w postaci utlenionego Ageno 2007 (Konfederacka4). W najwyższej kategorii win białych murowanym medalistą jest właśnie Albert Mann Riesling i bodaj burgund Chassagne-Montrachet 2007 od Colin-Morey (również Vinoteka13). Wśród tanich win czerwonych laury zbierze pyszny rodański Plaisir (Enoteka Polska), droższych – Valpolicella Fabiano (Wina.pl) i zaskakujące Chianti Il Margone 2005 od Il Molino di Grace (Vini e Affini).

Magazyn Wino Grand Prix 2012

Słodkich c.d. Cudownie elegancki muszkat.

Jeżeli chcecie spróbować tych win, lepiej się pospieszcie. Dla wszystkich zainteresowanych nie wystarczy. Magazyn Wino w kontrowersyjnych zasadach swojego Grand Prix nie zmienił w tym roku nic poza drobnym szczegółem – nie obowiązuje już minimalna dostępność nagrodzonych win. Z limitami (120 butelek dla najdroższych win i odpowiednio więcej dla tańszych) były same kłopoty, buntowali się importerzy, którzy po sezonie zostawali z niesprzedanymi flaszkami. Trudno się im dziwić, skoro na nasz mikrorynek sprowadzają niektórych etykiet po 12 czy 24 sztuki. Tyle się sprzedaje w Polsce (pewnych) drogich win. Redakcja MW zapewniła mnie gorąco, że monitoruje dostępność win. Mam nadzieję, że robi to na poważnie. Nawet pobieżne sprawdzenie kilku potencjalnych medalistów ujawniło bowiem dramatyczne sytuacje. Taniego Plaisir czeka na klientów ponad 300 flaszek, ale niektóre wina dostępne są niekiedy jedynie w 30–50 sztukach. Rekordzista – w 2 (dwóch) szt. A wiele win w sklepach w ogóle nie ma, czekają na dostawę (niekiedy nowego rocznika). Nie uświadczymy więc aktualnie Furminta Dereszla ani Örökké od St. Andrea. Doszło wręcz do kuriozalnej sytuacji, gdy jedno z drogich win czerwonych zostało w finale ocenione i bardzo docenione przez jurorów, a potem wycofane z powodu braku dostepności.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (4)

Słodkich c.d. Czarny koń wyścigu, bo kto widział medal dla Recioto?

W tym przypadku importer przynajmniej się przyznał. Lecz w tym chocholim tańcu pomiędzy stanem magazynowym importera a wyrywkową kontrolą Magazynu Wino to co najważniejsze, czyli interes czytelnika i konsumenta, nie jest należycie zagwarantowane. Skoro roczniki większości win zmieniają się na rynku wiosną, może należałoby konkurs organizować i ogłaszać jego wyniki w czerwcu, tak jak to się dzieje w najważniejszych konkursach na świecie, takich jak DWWA czy IWC?

Jeśli chodzi o skład finałowej degustacji, od zeszłego roku (zob. infografikę tutaj) praktycznie nic się nie zmieniło. Na 89 win dopuszczonych do finału prawie 1/3 stanowiły wina francuskie. Czwartemu największemu producentowi wina na świecie – USA – trafiły się dwie butelki, piątemu – Argentynie – żadna. Mnie akurat brak medali dla win kalifornijskich nie smuci, ale reprezentatywność tego panelu jest, tak jak była, umowna. W sumie nie ma w tym nic złego, lecz Grand Prix MW powinno się reklamować nie jako nagrody dla „najlepszych win roku”, tylko dla „najlepszych win z określonych krajów, nadsyłanych do oceny przez importerów pod warunkiem, że jest ich w sprzedaży wystarczająco dużo”.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (2)

Słodkich c.d. Taki czołg, że chyba na złoto (choć nie moim głosem).

A teraz zapomnijcie o moim zrządzeniu i wybierzcie się na jutrzejszą degustację Grand Prix Magazynu Wino od godz. 17 w Reducie Banku Polskiego. Będzie można spróbować 200 dobrych win m.in. z Egeru oraz tak egzotycznych miejscówek jak Chorwacja, Morawy i Słowenia. To będzie naprawdę świetna degustacja, a lista win jest imponująca. Bilety można rezerwować tutaj oraz (taniej) tu.

(więcej…)

Read Full Post »

Bez makijażu

Robert Mielżyński zorganizował pionową degustację słynnego wina Granato Elisabetty Foradori. (Dlaczego inni importerzy nie organizują degustacji pionowych, czyli tego samego wina w kilku rocznikach?). Okazją i pretekstem był film, który już jutro, w niedzielę 28.10 możecie zobaczyć na Kuchnia+ Food Film Fest: Natura, kobiety i wino (reż. Giulia Graglia) opowiada o czterech winiarkach, które poświęciły się naturalnej uprawie winorośli i naturalnemu winiarstwu (oprócz Foradori są to Nicoletta Bocca z piemonckiego San Fereolo, Dora Forsoni z Poderi Sanguineto w Toskanii i Arianna Occhipinti z Sycylii o której lirycznie pisałem tutaj). Film jest mocny i wspaniały; dawno nie widziałem, by ktoś tak osobiście i głęboko mówił o winie. (Obejrzycie go w warszawskim kinie Kultura o 19:30 a bilety ponoć jeszcze są; dodatkowym atutem filmu jest świetne tłumaczenie na polski autorstwa Krzysztofa Staronia).

Elisabetta Foradori

Elisabetta Foradori. © La Repubblica.

Z Elisabettą Foradori łączą mnie zresztą silne związki emocjonalne. Była pierwszą winiarką, jaką opisałem w tekście dla Magazynu Wino, już całe 10 lat temu. A pite wielokrotnie jeszcze z beczki i po zabutelkowaniu Granato 2004 jest jedną z moich prywatnych legend, jednym z 3–4 najlepszych win, jakie piłem w życiu. Poprzeczka oczekiwań zawieszona była bardzo wysoko.

Był to jeden z najbardziej „korzennych” dni degustacyjnych, jakie pamiętam, nic nie pachniało, wszystko smakowało fatalnie, wilgotne jesienne powietrze oblepiało degustatora jak mgła, garbniki były gorzkie, kwasowość kwaśna, owoc wybył na urlop na południową półkulę. A jednak poprzez mleczną mgłę arcydzielność Granato 2004 przezierała jak reflektor moralnego imperatywu. To genialne wino, nawet dzisiaj, gdy nie jest ani młode, ani stare, ani prawdziwie złożone, ani intensywnie owocowe; genialna jest jego absolutna koncentracja, mikronowe ziarno światowej klasy garbników, jedwabista, gładka jak tafla wieczornego jeziora faktura. Tego trzeba spróbować, by uwierzyć.

Foradori Granato

Granato: kolor ciemnej purpury, ale i odległe wspomnienie początków wina gdzieś na Środkowym Wschodzie.

Granato 2006, które w młodości wydawało mi się winem niemal równym 2004, tym razem nie zachwycił. Nie dał rady mgle, może jeszcze nastoletnio się dookreśla, w każdym razie nie miał ani cudowności faktury, ani drobnoziarnistości garbników, wydał się nieco zielony i szorstki. Natomiast dobrą niespodzianką okazał się 2007, który był dość podobny do 2004: bogaty, sycący, skoncentrowany, raczej słodki niż zielony i od starszego brata odstający głównie wiekiem, a nie jakością. To rocznik aktualnie dostępny u Mielżyńskiego za 178,50 zł i zaryzykowałbym stwierdzenie, że warto.

Foradori vertical @Mielżyński

Prosimy o więcej pionowych degustacji!

Natomiast kolejne dwa roczniki, 2008 i 2009, zbiły mnie z tropu. Są ciekawe, ale zupełnie inne od poprzednich. Beczkowe bogactwo i miękkość zastępuje w nich kwasowa ostrość, nuty zielone, naturalistyczna ekspresja „senza trucco”, czyli bez makijażu, jak brzmi oryginalny tytuł filmu Natura, kobiety i wino. Elisabetta Foradori od kilkunastu lat prowadzi uprawę biodynamiczną, od dekady fascynuje się gruzińskimi amforami, w winnicy ma nawet kilka rzędów saperawi i innych kaukaskich dziwów. Do amfor trafiają od 2009 roku dwa Teroldego z pojedynczych winnic, Sgarzon i Morei. (Wkrótce będą dostępne u Mielżyńskiego). Ich ekspresja jest zupełnie inna niż dawnego Granato (w którego skład wchodziły w czasach przedamforowych): mniej ściśnięte, bardziej otwarte, mają uderzające bukiety korzenno-kwiatowe z owymi dziwnymi nutami ceglanej mączki charakterystycznymi dla win czerwonych z amfory. W smaku są o wiele ostrzejsze, kwasowość w nich hasa bez karcącego bata nowej beczki; są fenomenalnie długie. Nie są z pewnością winami gorszymi, ale zupełnie innymi, do których trzeba się przyzwyczaić, podobnie jak miłośnik Mozarta musi zmienić system operacyjny w głowie, gdy po raz pierwszy słucha muzyki dodekafonicznej. Podobnie zaczyna teraz smakować samo Granato.

Nowa przygoda Elisabetty Foradori (o której pisałem już tu) jest fascynująca i zaprowadzi nas tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Nic już nie będzie takie, jak dawniej. Nieco wbrew sobie, pijąc ostatnie łyki beczkowego Granato 2004, poczułem tęsknotę za tym, co bezpowrotnie mija.

(więcej…)

Read Full Post »

Dziś dopiero wtorek, ale wydarzeniem tygodnia, które na długo zapadnie w pamięci, jest z pewnością wczorajsza degustacja Barolo & Friends zorganizowana m.in. przez Strada del Barolo i Magazyn Wino. Nadzieje były wielkie, bo event reklamowany był od sześciu tygodni na niespotykaną skalę. Któż nie chciałby spróbować „legendarnego”, „monumentalnego Barolo”? Samo Barolo jest może legendarne, ale w Warszawie wczoraj grali (z całym szacunkiem) Ruch Radzionków z Gryfem Wejherowo. Bolesna prawda jest taka, że ci prawdziwie „monumentalni” producenci Barolo nie biorą udziału w tego typu degustacjach, a na polski rynek wkraczają innymi kanałami.

Barolo & Friends Warszawa 2012

Zapowiadało się świetnie.

Barolo & Friends okazało się jednak przydatne w tym sensie, że nawet ci winiarze drugoligowi, mniej znani, nieznani i poboczni zaprezentowali ciekawe wina. O wielkości Barolo świadczy właśnie jakość tego drugiego planu, który na okładki magazynów i listy „Trzech Kieliszków” się nie wybije nigdy lub rzadko, a jednak oferuje sensowne, typowe wina o dużej głębi i strukturze. Moje najlepsze typy z wczorajszej degustacji omówiłem już szerzej na Winicjatywie: pięknie klasyczna, głęboka Schiavenza (do kupienia na Konfederackiej 4 w Krakowie), ładnie zestarzona Bussia Soprana, arcypijalny, świeży i soczysty Scarzello, bardzo garbnikowe Le Strette dla cierpliwych (o tej winiarni pisałem już tu). A spoza Barolo – jego producentów wystąpiło wbrew zapowiedziom tylko 16 – na przykład moje ulubione Dolcetto di Dogliani od Quinto Chionettiego. Większość tych producentów dopiero szuka importerów w Polsce i po wczorajszym dniu jest nadzieja, że niektórzy ich znajdą, chociaż przecież Barolo dostępnych w Polsce jest już bardzo wiele i zbliżamy się do nasycenia rynku.

Nasycone były też sale warszawskiego Bristolu. Do miejsca, w którym prawie udusiliśmy się w czasie gali Magazynu Wino w 2009, nasze przodujące pismo winiarskie zaprosiło tym razem jeszcze więcej osób. W dążeniu do maksymalizacji frekwencji chyba jednak przeholowało. Niepokojące sygnały pojawiały się od kilku dni. Zapisani na seminarium na tydzień przed imprezą otrzymali z redakcji MW maile o następującej treści:

Szanowni Państwo,

Zarejestrowali się Państwo na degustację komentowaną win z Piemontu na godzinę 11;00 w dniu 10 września br.

Informujemy, że jesteście Państwo na liście rezerwowej, gdyż system rejestrujący uległ awarii i zarejestrował wielokrotnie więcej uczestników, niż było dostępnych miejsc.
Bardzo nam przykro informować o tym fakcie, tym bardziej, że usterka została odkryta przed dział IT dopiero wczorajszej nocy.

Wiele osób do sal seminaryjnych ostatecznie nie wpuszczono, a innym proponowano picie z tego samego kieliszka. Kroplą, która przelała dzban, okazała się sprzedaż biletów na degustację poprzez Grouponopodobny portal Mydeal.pl (po 19 zł zamiast 40 zł, które płacili „zwykli” czytelnicy MW). Czytając tę ofertę, przecierałem oczy ze zdumienia. Drogich przyjaciół z Magazynu Wino nie podejrzewam osobiście o tak fatalny copywriting, ale zapraszanie masowego odbiorcy na „rzeki wina, góry serów i trufli… Na imprezie nie ma żadnego limitu degustacji: po prostu podchodzisz i próbujesz wszystkiego, na co przyjdzie Ci ochota”, „nielimitowaną degustację legendarnych win i regionalnych specjałów” to było igranie z ogniem.

Barolo & Friends 2012 MyDeal (1)

Minus 53% – kryzysowa wyprzedaż? © Mydeal.pl.

No i faktycznie „niezapomniana randka” z legendarnymi winami i truflami z Piemontu zakończyła się ogromnym bałaganem. Kolejka chętnych sięgała ponoć aż na Krakowskie Przedmieście, części osób nie wpuszczono do sali i zapowiedziano zwrot pieniędzy. Zmierzch „nielimitowanych serów” ogłoszono przez megafon o godz. 18:11. Żadnych trufli nie stwierdziłem już wcześniej (była tylko oliwa truflowa). Producenci wina dzielnie próbowali sobie radzić z natłokiem pytań o półsłodkie. Trudno się dziwić, że dziś od rana Magazyn Wino otrzymuje niepochlebne komentarze od rozczarowanych użytkowników. (Choć ci, co wyszli przed 17, byli zadowoleni).

Barolo & Friends 2012 MyDeal (2)

Według chińskiego przysłowia… trufle nie pływają w rzece. © Mydeal.pl.

Hiperbola jest podstawą reklamy. Dlatego nie kruszyłbym kopii o sformułowania takie jak „najbardziej intrygujące wina świata”, „Warszawę odwiedzi ponad 30 topowych producentów win”. Truth in advertising powinno być jednak zasadą przyświecającą wszelkim dziedzinom komunikacji międzyludzkiej. Jeżeli się zaprasza na seminarium ze starymi rocznikami Barolo, wypadałoby, żeby sięgały dalej niż tylko rocznika 2008 i 2007. Nielimitowany ser nie może się skończyć po godzinie. A wypraszanie o tejże porze przez głośnik tych, którzy mieli szczęście wejść o godz. 17, „żeby zrobili miejsce dla kolejnych chętnych” każe się mocno zastanowić, dla kogo organizuje się tego typu imprezę? Dla konsumenta czy może dla siebie samych?

(więcej…)

Read Full Post »

Wpadły mi ręce takie statystyki sprzedaży w restauracji. Lokal w centrum Warszawy na ok. 100 nakryć, kuchnia azjatycka. Wina w karcie od 85 zł za butelkę, 60 etykiet z czego aż 18 na kieliszki (sprzedaż na kieliszki wliczona do poniższych danych). Obsługa wielokrotnie szkolona itd. Dane za okres lipiec 2011 – marzec 2012.

Prosecco – 113 but.

Cava – 51 but.

Szampan (4 etykiety) – 47 but.

Pinot Grigio – 118 but.

Rueda – 17 but.

Chablis – 151 but.

Riesling mozelski – 69 but.

Grüner Veltliner – 58 but.

Gewürztraminer (3 etykiety) – 60 but.

Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii – 341 but.

Chardonnay z Nowego Świata (2 etykiety) – 137 but.

Mystery Warsaw restaurant sushi

Naród głosuje na Sauvignon Blanc.

Bordeaux czerwone – 43 but.

Rioja (4 etykiety, reserva i gran reserva) – 189 but.

Barolo – 5 but.

Amarone – 20 but.

Pinot Noir z Nowego Świata (2 etykiety) – 115 but.

Cabernet Sauvignon z Nowego Świata (2 etykiety) – 99 but.

Malbec – 63 but.

Ja do sushi i zupy kokosowej najchętniej piłbym Ruedę i Veltlinera. Jak widać moja partia nawet nie wchodzi do Sejmu.

Zapraszam do dyskusji.

Read Full Post »

Jeśli chcesz kieliszek Égly 99 wpadaj natychmiast do Esencji.

Esemes od M. zabrzmiał jak Broniewskiego wezwanie do broni. Ubrałem się, popędziłem. Jakże odmówić najbardziej medialnego obecnie szampana, którym delektują się hipsterzy w Krakowie i który ani chybi zawita wkrótce w diapazonowe ściany opiewane na popularnym warszawskim blogu?

Mam bowiem taką katastroficzną wizję, taką senną marę, że docieram gdzieś spóźniony na degustację najlepszego wina świata i z dna butelki wysysam do kieliszka ostatnie krople nektaru. W moim koszmarze nektarem jest stary rocznik Château d’Yquem, mający mi wreszcie unaocznić wielkość tego wina, za którym nie przepadam i które uważam za przereklamowane. Na dnie kieliszka błyska płyn cenniejszy niż złoto, bukiet jest upajający, lecz wina tak mało, że smaku nie czuję. I koniec.

Wśród wielu grzechów degustatorom zarzuca się, że oceniają wino na podstawie mikroskopijnej próbki, poświęcają mu 45 sekund, „sip and spit”. Że to jest nienaturalne, bo normalny człowiek pije butelkę przez dwie godziny do befsztyka i wtedy wszystkie cechy wina mu się w pełni ujawniają. Być może. Sam miewam niekiedy iluminacje przy befsztyku albo wręcz na drugi dzień, gdy wino łyknie trochę tlenu. Częściej jednak kolejne łyki albo utwierdzają w pierwszej opinii, albo ją niesłusznie podważają, bo pod wpływem alkoholu, befsztyka i ożywionej konwersacji na inne tematy ostrość widzenia wina, nie oszukujmy się, nieco spada. Zresztą recenzent literacki doprawdy nie musi książki czytać od deski do deski, by ją krótko scharakteryzować. Od piłkarskiego skauta trudno oczekiwać, by trampkarza oglądał przez wiele tygodni po 90 minut; spojrzy dwa czy trzy razy, jak drybluje i to wystarczy. Oczywiście skaut może się pomylić; w górę udą ci, których intuicja nie zawodzi.

Égly-Ouriet Champagne Brut 1999

Przebłysk prawdy.

Nie inaczej jest chyba z winem. Kiedy próbuję sobie przypomnieć najbardziej wstrząsające butelki w moim życiu, są to zawsze krótkie chwile, pierwsze zetknięcia, uderzenia pioruna: Fontalloro 1997 próbowany na parapecie okiennym przed przyjściem gości na jedną z pierwszych „degustacji”; Vega Sicilia 1942 z 40-gramowej próbki na pionówce w Decanterze; Királyudvar Aszú 2000 oceniany na konkursie w Pannonhalmie, tak niebiański, że jeden z jurorów wstał i zaczął klaskać. Georg Breuer Berg Schlossberg 2007 atakujący podniebienie jedną, bezbarwną, niebywale przenikliwą nutą. Giuseppe Rinaldi Barolo Brunate 1990 na kursie Collegium Vini, zachwycający młodzieńczą energią – piłem przedtem i potem dobrych sześć butelek tego wina, w tym do befsztyka, i żadna nie osiągnęła szczytu tamtego kieliszka wysączonego na sztucznej wykładzinie w hotelu Westin.

W psychologii istnieje teoria gestaltu, mówiąca – w skrócie – że rzeczy poznajemy nie poprzez stopniowe zrozumienie ich cech składowych, lecz natychmiastowe, w pierwszym kontakcie objęcie ich ogólnego kształtu. Gdy wyciągamy korek, nalewamy wino do kieliszka, wkładamy nos, przez sekundę mamy dostęp właśnie do tego gestaltu. Potem zaczyna się analiza bukietu – czy tego się chce, czy to kontestuje – zaczyna się smażenie befsztyka i od gestaltu, tej cudownej chwili jedności, coraz bardziej się oddalamy.

W Esencji nie wiedząc o tym wtargnąłem – bez kwiatów – na urodziny. Na dnie Égly-Ouriet Brut 1999 zostało parę kropel, ale biesiadnicy oddali mi po trosze szampana ze swoich fletów. Koszmar prysł. W lekko starczym już bukiecie tańczyły orzechy, miód i pachnące lilie. W ustach hasała kwasowość, która już się chyba nie zintegruje. Wino było dojrzałe i za młode zarazem. Mineralne, jak rzadko zdarza się szampanom i zarazem burgundzko zmiodziałe. W swym gestalcie tworzyło niepojętą figurę: napiętego jak struna kamienia.

Read Full Post »

Opublikowałem na Winicjatywie krótką recenzję win włoskich aktualnie promowanych przez Biedronkę. W telegraficznym skrócie na sześć butelek jedna – Primitivo Colle al Vento – okazała się dobra, dwie pijalne, trzy niesmaczne. Ot, wynik jak z dyskontu – na tejże Winicjatywie Ewa Rybak sprawozdaje podobny totolotkowy rezultat z Lidla.

Wniosek pierwszy – Biedronka we Włoszech kupuje słabe wina. Całkiem dobrze wychodzi jej to w Portugalii i Francji, w sumie nienajgorzej w Hiszpanii, natomiast poprzednia oferta win z Italii była porażką i teraz nie widać wielkiego postępu. Good buying to podstawa sukcesu każdego supermarketu i takie np. Tesco czy Waitrose w Anglii wydają na swoich buyerów miliony funtów rocznie (o kulisach pisała m.in. Jancis Robinson). W Portugalii Biedronka potrafiła dogadać się z niewątpliwymi gwiazdami winiarskiej sceny, jak Quinta do Côtto i Lavradores de Feitoria, we Francji – z négociants (hurtownikami) z ludzką twarzą, jak Dulong. Oferta włoska to natomiast same no-nejmy i zlewki butelkowane przez producentów oznaczonych jedynie kryptogramem literowo-cyfrowym (to zawsze powinno zapalać lampkę alarmową).

Biedronka Primitivo Colle al Vento

Jedyne smaczne wino z aktualnej Biedronki (na 6 próbowanych).

Choć więc wina podrożały (coraz więcej butelek w przedziale 20–35 zł, o którym Biedronka kiedyś nie śniła, no ale przecież teraz mamy rebranding), klasa win nadal dołuje lub wręcz pikuje i doprawdy mało ma to wspólnego z burżuazyjnym zawołaniem „Daj się zaskoczyć jakością Biedronki”. Nieświadomym aspirantom do świata luksusu wciska się kit w postaci Barolo albo Barbaresco za 29 zł, win, które w tej cenie nie mają szans smakować jak produkt oryginalny, lecz właśnie jak tanie podróbki. Tworzy się zarazem iluzję, że w tym całym wszystkim chodzi tylko o nazwy, obrazki i etykietki i że celem egzystencji jest złapanie za ogon sroki o nazwie Barbaresco. Nie o nazwę chodzi, droga Biedronko, tylko o to, że prawdziwe Barbaresco smakuje jak żadna inna rzecz na tym świecie. Przy okazji bezczelnie plecie się androny, tak jak na etykiecie Sangiovese 2011 z Romanii, rzekomo spędzającego w beczce 6 miesięcy i doprawionego Primitivo i Nero d’Avola – to pierwsze jest niemożliwe z powodu chronologii, a drugie – legislacji (Primitivo nie jest dozwoloną odmianą winorośli w Romanii). Ciemny lud i tak to kupi.

Biedronka Sangiovese Rubicone

Biedronka wciska kit.

W tle jest jeszcze inna subtelna manipulacja. Biedronka przysłała mi do degustacji sześć win, dwa białe – słodkie i półwytrawne – oraz cztery czerwone wytrawne. Tyle że te czerwone zawierają lekko licząc po 6–7 g cukru resztkowego i w sumie niedaleko padają od „Tempranillo semi-dulce” dostępnego w tym samym sklepie o półkę niżej. Coraz słodsze wina wytrawne to problem międzynarodowy, o którym pisał m.in. Tim Patterson. Akurat „polski gust”, jak wiadomo, bardzo takie wina hołubi i nie dziwi mnie specjalnie, że Biedronka ułatwia sobie sprzedaż kwaśnego Sangiovese i cierpkiego Nebbiolo za pomocą taniej buraczanej sztuczki. Czemu jednak to robi pod świętymi dla winomanów hasłami Barbaresco i Valpolicella? Niech sobie hula pod szyldem vino da tavola albo IGP. Kiedy cukrowym makijażem zakłamuje się prawdziwy charakter najistotniejszych europejskich win, zamiast budować mosty, pali się je. Zmanipulowany w ten sposób konsument sięgając po echt Barbaresco za 99 zł wykrzywi usta w rozczarowanym grymasie – przecież miało być łagodne…

(więcej…)

Read Full Post »

O cierpieniu związanym z degustacją Anteprima Amarone 2012 pisałem Państwu już tu. Po każdym wyrzeczeniu przychodzi jednak nagroda, a nagrodą były dla mnie odwiedziny u Bertaniego, słynnego producenta Amarone działającego od 1850 r. i uważanego za największego obrońcę miejscowej tradycji (obok niedawno zmarłego G. Quintarellego).

Bertani 1920 poster

Bertani to zwłaszcza Amarone, lecz od stu lat sprzedaje też mnóstwo Soave.

Siedziba Bertaniego faktycznie tradycją aż ocieka i wygląda jak muzeum: wśród najciekawszych „eksponatów” są m.in. stuletnie beczki, tysiące butelek starych roczników i dawne plakaty reklamowe. Najciekawsze w Bertanim jest jednak to, jak udaje mu się łączyć tradycję z innowacją. Spora część tutejszej gamy to bowiem wina patrzące do przodu. Amarone co prawda produkuje się tak jak kilkadziesiąt lat temu, drogą powolnej fermentacji z cementowych kadziach z 1932 r., ale inne wina odpowiadają na współczesne trendy: Serèole to inteligentnie zaprojektowane Soave o sporej pełni, krągłe, soczyste, dla miłośników białych win z Nowego Świata; Villa Arvedi wprowadzono w 2000 r. dla poszukujących młodego, owocowego Amarone, zaś Villa Novare Ripasso to przykład użycia nowoczesnej techniki dla stworzenia skoncentrowanego, hiperowocowego wina o wiele bardziej „sexy” niż surowa, kwasowa klasyczna Valpolicella.

1930s power generator Bertani cellars Valpolicella

Tym generatorem Bertani ongiś dostarczał prąd do całej wsi.

Najlepszą – oprócz Amarone Classico – etykietą Bertaniego jest Valpolicella Ognisanti (próbowałem rocznika 2007), wino klasy Superiore z pojedynczej parceli, ukazujące to proste, wiejskie wino obiadowe w poważnej szacie. Moim zdaniem Valpolicella Superiore jest winem przyszłości, czego nie mogę powiedzieć o święcącym chwilowe (?) triumfy handlowe Ripasso, zbyt często służącym za pretekst do walnięcia półwytrawnego winka ze sztuczną wanilinową słodyczą. Superiore to zaś Valpolicella mierząca się jakością z innymi wielkimi winami tego świata, a w wydaniu Bertaniego, z 35-letniej parceli starych miejscowych klonów, ma jeden z najlepszym bukietów, jakie ostatnio wąchałem, i świeże, nieprzesadzone, dobrze narysowane, głębokie, mineralne usta. Już tym jednym winem Bertani wskoczyłby na podium Valpolicelli.

Berrtani cellar old Amarone

Dziesiątki tysięcy butelek starych roczników.

A przecież jest jeszcze Amarone Classico, wino starzone aż sześć lat w beczce (czy to rekord Italii?), zatem w chwili, gdy inni producenci absurdalnie wypuszczają na rynek rocznik 2008 u Bertaniego mamy 2004. To świetny rocznik i piękne wino, wielowymiarowe, soczyście czereśniowe i jednocześnie delikatnie migdałowe, z życiodajną kwasowością, o której inne Amarone mogą tylko pomarzyć – a to właśnie dzięki niej (i nader rozsądnemu 14,5% alk.) wino świetnie się pije do jedzenia i zamiast pół łyku do kolacji z radością osuszyłem trzy kieliszki.

Bertani Amarone Valpolicella 1976 1967

Czas się ich nie ima.

W piwnicach Bertani ciągle leżakuje w beczkach aż siedem roczników Amarone, więc pokusa jak najszybszego sprzedania tego, które końcu trafia do butelek, musi być zaiste duża. A jednak – niemal jedną trzecią produkcji zachowuje się tu jako rezerwę, a cennik starych roczników to pod względem bogactwa absolutny światowy unikat. Dyrektor eksportu Vitaliano Tirrito nader szczodrze otworzył dla mnie rocznik 1976, nieuchodzący za wielki, a wszak świetnie przechowany, złożony, ciekawy w bukiecie z nutami korzeni i suszonych owoców, już w pełni dojrzały, a może nawet lekko schodzący (nuta kamfory), lecz dobrze trzymający się w kieliszku i naprawdę bardzo przyjemny.

Bertani Recioto della Valpolicella Amarone Classico Superiore 1967

Zdumiewająco żywotny kolor rocznika 1967.

A potem do kieliszków trafił rocznik 1967 i to już było wino klasy absolutnej, fenomenalnie żywe, zaryzykowałbym stwierdzenie, że wciąż za młode. Nos pełen owocu i słodkiego bogactwa – karmel, brązowy cukier – a usta świetnie łączące nuty słodkie, kwaśne i gorzkie. Absolutne arcydzieło – i nie chodziło tylko o genius loci i osobistą sugestię po tej znakomitej wizycie. 1967 Bertaniego to wino po 45 latach pełne mocy, telluryczne, nieogarnione jak Natura, którą możemy tylko starać się pojąć.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »