Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Valpolicella’

Opublikowałem na Winicjatywie krótką recenzję win włoskich aktualnie promowanych przez Biedronkę. W telegraficznym skrócie na sześć butelek jedna – Primitivo Colle al Vento – okazała się dobra, dwie pijalne, trzy niesmaczne. Ot, wynik jak z dyskontu – na tejże Winicjatywie Ewa Rybak sprawozdaje podobny totolotkowy rezultat z Lidla.

Wniosek pierwszy – Biedronka we Włoszech kupuje słabe wina. Całkiem dobrze wychodzi jej to w Portugalii i Francji, w sumie nienajgorzej w Hiszpanii, natomiast poprzednia oferta win z Italii była porażką i teraz nie widać wielkiego postępu. Good buying to podstawa sukcesu każdego supermarketu i takie np. Tesco czy Waitrose w Anglii wydają na swoich buyerów miliony funtów rocznie (o kulisach pisała m.in. Jancis Robinson). W Portugalii Biedronka potrafiła dogadać się z niewątpliwymi gwiazdami winiarskiej sceny, jak Quinta do Côtto i Lavradores de Feitoria, we Francji – z négociants (hurtownikami) z ludzką twarzą, jak Dulong. Oferta włoska to natomiast same no-nejmy i zlewki butelkowane przez producentów oznaczonych jedynie kryptogramem literowo-cyfrowym (to zawsze powinno zapalać lampkę alarmową).

Biedronka Primitivo Colle al Vento

Jedyne smaczne wino z aktualnej Biedronki (na 6 próbowanych).

Choć więc wina podrożały (coraz więcej butelek w przedziale 20–35 zł, o którym Biedronka kiedyś nie śniła, no ale przecież teraz mamy rebranding), klasa win nadal dołuje lub wręcz pikuje i doprawdy mało ma to wspólnego z burżuazyjnym zawołaniem „Daj się zaskoczyć jakością Biedronki”. Nieświadomym aspirantom do świata luksusu wciska się kit w postaci Barolo albo Barbaresco za 29 zł, win, które w tej cenie nie mają szans smakować jak produkt oryginalny, lecz właśnie jak tanie podróbki. Tworzy się zarazem iluzję, że w tym całym wszystkim chodzi tylko o nazwy, obrazki i etykietki i że celem egzystencji jest złapanie za ogon sroki o nazwie Barbaresco. Nie o nazwę chodzi, droga Biedronko, tylko o to, że prawdziwe Barbaresco smakuje jak żadna inna rzecz na tym świecie. Przy okazji bezczelnie plecie się androny, tak jak na etykiecie Sangiovese 2011 z Romanii, rzekomo spędzającego w beczce 6 miesięcy i doprawionego Primitivo i Nero d’Avola – to pierwsze jest niemożliwe z powodu chronologii, a drugie – legislacji (Primitivo nie jest dozwoloną odmianą winorośli w Romanii). Ciemny lud i tak to kupi.

Biedronka Sangiovese Rubicone

Biedronka wciska kit.

W tle jest jeszcze inna subtelna manipulacja. Biedronka przysłała mi do degustacji sześć win, dwa białe – słodkie i półwytrawne – oraz cztery czerwone wytrawne. Tyle że te czerwone zawierają lekko licząc po 6–7 g cukru resztkowego i w sumie niedaleko padają od „Tempranillo semi-dulce” dostępnego w tym samym sklepie o półkę niżej. Coraz słodsze wina wytrawne to problem międzynarodowy, o którym pisał m.in. Tim Patterson. Akurat „polski gust”, jak wiadomo, bardzo takie wina hołubi i nie dziwi mnie specjalnie, że Biedronka ułatwia sobie sprzedaż kwaśnego Sangiovese i cierpkiego Nebbiolo za pomocą taniej buraczanej sztuczki. Czemu jednak to robi pod świętymi dla winomanów hasłami Barbaresco i Valpolicella? Niech sobie hula pod szyldem vino da tavola albo IGP. Kiedy cukrowym makijażem zakłamuje się prawdziwy charakter najistotniejszych europejskich win, zamiast budować mosty, pali się je. Zmanipulowany w ten sposób konsument sięgając po echt Barbaresco za 99 zł wykrzywi usta w rozczarowanym grymasie – przecież miało być łagodne…

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

O cierpieniu związanym z degustacją Anteprima Amarone 2012 pisałem Państwu już tu. Po każdym wyrzeczeniu przychodzi jednak nagroda, a nagrodą były dla mnie odwiedziny u Bertaniego, słynnego producenta Amarone działającego od 1850 r. i uważanego za największego obrońcę miejscowej tradycji (obok niedawno zmarłego G. Quintarellego).

Bertani 1920 poster

Bertani to zwłaszcza Amarone, lecz od stu lat sprzedaje też mnóstwo Soave.

Siedziba Bertaniego faktycznie tradycją aż ocieka i wygląda jak muzeum: wśród najciekawszych „eksponatów” są m.in. stuletnie beczki, tysiące butelek starych roczników i dawne plakaty reklamowe. Najciekawsze w Bertanim jest jednak to, jak udaje mu się łączyć tradycję z innowacją. Spora część tutejszej gamy to bowiem wina patrzące do przodu. Amarone co prawda produkuje się tak jak kilkadziesiąt lat temu, drogą powolnej fermentacji z cementowych kadziach z 1932 r., ale inne wina odpowiadają na współczesne trendy: Serèole to inteligentnie zaprojektowane Soave o sporej pełni, krągłe, soczyste, dla miłośników białych win z Nowego Świata; Villa Arvedi wprowadzono w 2000 r. dla poszukujących młodego, owocowego Amarone, zaś Villa Novare Ripasso to przykład użycia nowoczesnej techniki dla stworzenia skoncentrowanego, hiperowocowego wina o wiele bardziej „sexy” niż surowa, kwasowa klasyczna Valpolicella.

1930s power generator Bertani cellars Valpolicella

Tym generatorem Bertani ongiś dostarczał prąd do całej wsi.

Najlepszą – oprócz Amarone Classico – etykietą Bertaniego jest Valpolicella Ognisanti (próbowałem rocznika 2007), wino klasy Superiore z pojedynczej parceli, ukazujące to proste, wiejskie wino obiadowe w poważnej szacie. Moim zdaniem Valpolicella Superiore jest winem przyszłości, czego nie mogę powiedzieć o święcącym chwilowe (?) triumfy handlowe Ripasso, zbyt często służącym za pretekst do walnięcia półwytrawnego winka ze sztuczną wanilinową słodyczą. Superiore to zaś Valpolicella mierząca się jakością z innymi wielkimi winami tego świata, a w wydaniu Bertaniego, z 35-letniej parceli starych miejscowych klonów, ma jeden z najlepszym bukietów, jakie ostatnio wąchałem, i świeże, nieprzesadzone, dobrze narysowane, głębokie, mineralne usta. Już tym jednym winem Bertani wskoczyłby na podium Valpolicelli.

Berrtani cellar old Amarone

Dziesiątki tysięcy butelek starych roczników.

A przecież jest jeszcze Amarone Classico, wino starzone aż sześć lat w beczce (czy to rekord Italii?), zatem w chwili, gdy inni producenci absurdalnie wypuszczają na rynek rocznik 2008 u Bertaniego mamy 2004. To świetny rocznik i piękne wino, wielowymiarowe, soczyście czereśniowe i jednocześnie delikatnie migdałowe, z życiodajną kwasowością, o której inne Amarone mogą tylko pomarzyć – a to właśnie dzięki niej (i nader rozsądnemu 14,5% alk.) wino świetnie się pije do jedzenia i zamiast pół łyku do kolacji z radością osuszyłem trzy kieliszki.

Bertani Amarone Valpolicella 1976 1967

Czas się ich nie ima.

W piwnicach Bertani ciągle leżakuje w beczkach aż siedem roczników Amarone, więc pokusa jak najszybszego sprzedania tego, które końcu trafia do butelek, musi być zaiste duża. A jednak – niemal jedną trzecią produkcji zachowuje się tu jako rezerwę, a cennik starych roczników to pod względem bogactwa absolutny światowy unikat. Dyrektor eksportu Vitaliano Tirrito nader szczodrze otworzył dla mnie rocznik 1976, nieuchodzący za wielki, a wszak świetnie przechowany, złożony, ciekawy w bukiecie z nutami korzeni i suszonych owoców, już w pełni dojrzały, a może nawet lekko schodzący (nuta kamfory), lecz dobrze trzymający się w kieliszku i naprawdę bardzo przyjemny.

Bertani Recioto della Valpolicella Amarone Classico Superiore 1967

Zdumiewająco żywotny kolor rocznika 1967.

A potem do kieliszków trafił rocznik 1967 i to już było wino klasy absolutnej, fenomenalnie żywe, zaryzykowałbym stwierdzenie, że wciąż za młode. Nos pełen owocu i słodkiego bogactwa – karmel, brązowy cukier – a usta świetnie łączące nuty słodkie, kwaśne i gorzkie. Absolutne arcydzieło – i nie chodziło tylko o genius loci i osobistą sugestię po tej znakomitej wizycie. 1967 Bertaniego to wino po 45 latach pełne mocy, telluryczne, nieogarnione jak Natura, którą możemy tylko starać się pojąć.

(więcej…)

Read Full Post »

Pozdrowienia z Werony. 67 dziennikarzy z całego świata degustuje 67 różnych Amarone z nowego rocznika 2008. Trudna sprawa. Wina są bardzo młode (niektóre z nich wciąż leżakują w beczce i próbowane były w drodze wyjątku), a przecież Amarone to wino do długiego i bardzo długiego starzenia (Bertani 1964 pity nie tak dawno był wciąż za młody). Do tego dochodzą problemy, o których pisałem już dawniej: wiele win jest przesadzonych, zbyt skoncentrowanych, często półwytrawnych, a rekordzista w roczniku 2008 osiągnął aż 18,27% alkoholu (sic!). Amarone, produkowane z rodzynek, a nie świeżych winogron, zawsze jest winem bardzo mocnym, ale jest duża różnica pomiędzy winem z 15% alk. a 18. To ostatnie nie bardzo nadaje się do tego, do czego Amarone jest stworzone – jedzenia.

appassimento grapes drying for amarone

Grona ususzone na Amarone.

2008 jest tak zwanym rocznikiem „klasycznym”, czyli nie można go zaliczyć do wielkich, takich jak 1995, 1998, 2001, 2004. 2008 był bardzo deszczowy aż do sierpnia, a potem wyjątkowo suchy i ciepły. Wina są dość potężne, miękkie, ale bez głębi i struktury najlepszych Amarone. Jest w sumie typowym rocznikiem ery ponowoczesnej, kiedy robi się cora cieplej, wina tyją i spłycają się, choć przecież ten gęsty, zmysłowy charakter przysporzy im też wielu zwolenników.

Anteprima Amarone 2012

Degustacja nowego rocznika Amarone cieszy się ogromnym powodzeniem.

Sobotnia degustacja wypadła w sumie całkiem nieźle. Karykaturalnych nalewek babuni było tylko kilka. Tak krytykowane przeze mnie w roczniku 2007 Scarnocchio z winiarni Monte del Frà w 2008 jest udane, krągłe, owocowe i nieprzesadzone. Ze znanych nazwisk najlepiej wypadł nowoczesny, superowocowy Roccolo Grassi. (Trzeba jednak powiedzieć, że większość znanych producentów nie pokazała swoich win, m.in. Masi, Tedeschi, Speri, Allegrini, Bussola, Le Ragose, Sant’Antonio, Le Salette, Tommasi, Zenato, Brunelli, Trabucchi, Dal Forno, Quintarelli, co poważnie osłabia wartość poznawczą tego panelu). Degustacja w ciemno obfitowała w niespodzianki, a największą jest wysokie miejsce w moim rankingu dwóch win od gargantuicznego hurtownika PasquaCecilia Beretta i Villa Borghetti. To tak jakby Tata w wyścigu w ciemno wyprzedziła Alfa Romeo.

Roccolo Grassi Amarone della Valpolicella 2008

Na razie najlepsze Amarone 2008.

Nie było więc tak źle, jak się obawiałem, ale też powodów do zachwytu wielu nie ma. Produkcję Amarone wciąż się zwiększa, sadząc winnice w mniej odpowiednich miejscach. Styl konkursowy z kolosalnym alkoholem, cukrem resztkowym i beczką wciąż zbiera laury. Coraz mniej produkuje się prostej Valpolicelli, genialnego wina obiadowego – 20 lat temu stanowiła 80% produkcji apelacji, dziś niespełna 50%. Odwiedziłem pięć winiarni i wszędzie o podstawową Valpolicellę Classico musiałem specjalnie się upominać, bo była schowana w kącie, a na stole stały wina „importanti”, jak się tutaj określa coś, czego nie da się dużo wypić. Winiarze oddalają się od zwykłego, lokalnego konsumenta, stawiają coraz bardziej na szpan, prestiż i status, Amerykę i Chiny, a potem dziwią się, że konsumpcja we Włoszech spada na łeb. Zjadłem tu cztery posiłki i żadnego wina nie byłem w stanie skończyć do wołowej pieczeni i serowych gnocchi. Tylko w jednej butelce – Bertani Amarone 2004 – odnalazłem świeżość, soczysty, niezamulony garbnik, słone nuty podbijające apetyt, silną, pozytywną energię sprawiającą, że ma się ochotę wypić całą butelkę, a nie sączyć przez miesiąc przy kominku jako zamiennik single malta. W Valpolicelli coś się musi zmienić. Albo powrót do źródeł (jaki następuje np. w Chianti i Barolo), albo złota klatka „luksusowej marki”.

Carlo Boscaini Valpolicella Classico 2009

Takiej leciutkiej Valpolicelli już nie ma.

(więcej…)

Read Full Post »

Odszedł Giuseppe Quintarelli, wielki włoski winiarz, legenda Valpolicelli i Amarone. Miał lat 84.

Pierwszy raz spotkałem Quintarellego w 2002 r. Jako skromny adept degustacyjnej sztuki wybrałem się do Mistrza niemal jak na pielgrzymkę. Poruszałem się wówczas autostopem, a podwożący mnie dentysta z nabożeństwem wymawiał nazwisko Quintarelli; nawet dla tzw. szerokiej publiczności był prawdziwą legendą. Serce zabiło mi jeszcze szybciej, gdy ostatnie kilometry pod górę pokonywałem piechotą. Żadnego drogowskazu, na cyprysowej alejce żadnego anielskiego chóru, a przecież dotarłem na Parnas włoskiego wina. Przywitał mnie sam Quintarelli, surowy, milczący, wspaniały jak skrzyżowanie Buddy z Zeusem.

Giuseppe Quintarelli

Giuseppe Quintarelli. © Ppow.com.br.

Obeszliśmy piwnicę, obejrzeli wielkie bałkańskie beki, symbol winiarskiej tradycji Italii, którego się nigdy nie wyrzekł, choć przecież tu i tam widniały także barriques (dojrzewało w nich wino z czystego Caberneta, dla tradycjonalisty to przecież anatema). W piwnicy było bardzo dużo butelek, bo wina Quintarellego spędzały w niej siedem, dziesięć, piętnaście lat. Winiarstwo jest sztuką czekania; nawet moje podstawowe wino może starzeć się piętnaście lat, mówił. Piętnaście? Niemożliwe.

Degustowało się przy drewnianym wiejskim stole z ławami, w malutkich kieliszkach ISO (kilka lat później na mojego Schotta odrzekł grzecznie “no, signore”). Butelki ze słynnymi, ręcznie pisanymi etykietami stały otwarte na tym stole i miało się wrażenie, że stoją tam od zawsze. Niektórzy się zresztą zżymali na to, że Quintarelli nie otwiera świeżych flaszek, bo jak tu oceniać wino otwarte od miesiąca? Pewien angielski dziennikarz, którego kiedyś na górę zabrałem, powtarzał w drodze powrotnej: “oxidised, oxidised”. Szczerze mówiąc utleniony był bardziej on, bo wina Quintarellego nawet po paru tygodniach szokowały mocą i żywotnością. Mocą, koncentracją, złożonością, niesamowitą rozłożystością. Ich struktura miała w sobie coś z kolosalnego włoskiego gotyku, wprawiała zarazem w onieśmielenie i zachwyt. Tak, wina jak katedra, jak symfonia, mieszczące w sobie cały świat.

Z Quintarellim nie rozmawiało się o winifikacji, o stylu nowoczesnym i tradycyjnym – sam opowiadał się za tradycją, ale nie uważał tego sporu za znaczący. Ważna była jakość, ale to też była sprawa zerojedynkowa. Jest albo jej nie ma; albo pracujesz odpowiednio ciężko, albo nie dajesz rady. Ciekawsze były rozmowy o przeszłości, o Valpolicelli w latach wojny, napełnianiu wielkich szklanych gąsiorów, które furmanką się zawoziło do Werony i sprzedawało do traktierni za parę lirów. Pod tym względem świat się bardzo zmienił. Teraz świat przychodził do Quintarellego, w kolejce po butelki ustawiali się Rosjanie i Japończycy, a nasz polski importer jego win – Salute – pierwsze zamówienie musiał składać nieomalże fortelem.

Niektórzy na Quintarellego psioczyli. Że za drogo, że wina zbyt skoncentrowane, masywne – nawet najprostsza tutejsza etykieta Primofiore warta była więcej niż niektóre Amarone, Quintarelli w zasadzie do wszystkich win używał suszonych gron, czyli techniki Amarone właśnie. Że wina na granicy wady, z lotną kwasowością, nutami politury, acetonu, utlenione. Oj tak, balansowały na granicy wady, ale po tej właściwej stronie, bo swej lotnej kwasowości umiały przeciwstawić ogromną moc owocu, winogronowy wulkan śmiejący się z upływu czasu – im były starsze, tym zdawały się młodsze, soczystsze; nie piłem nigdy wina Quintarellego, które wydawałoby się w pełni dojrzałe. Nawet podstawowego Primofiore.

Giuseppe Quintarelli Amarone della Valpolicella Classico Superiore 1993

Niezapomniane.

Wina Quintarellego balansowały na granicy wady, jak wiele wielkich win tego świata, Château Musar, Beaucastel, Nicolas Joly, lecz właśnie w tej chwili zadziwienia ujawniały całą swoją wartość. Obok pracy człowieka – a tę niesamowitą koncentrację osiągnąć można było tylko obsesyjną pracą – tkwiło w nich coś więcej, pierwotna moc, dzika ekspresja wina naturalnego avant la lettre, bo przecież Quintarelli swój styl wykuwał w czasach, gdy dominowały wina ultratechniczne, przemysłowe. Dziś jego butelki pije się w zupełnie innym kontekście.

Pić będziemy jeszcze długo, bo Valpolicella 1995 była ostatniej jesieni w świetnej formie (15-letnia Valpolicella!), Amarone 1993 pite niedawno z grupą winomanów odebrało nam głos, a to przecież nie była nawet Riserva, z której Quintarelli słynął najbardziej. Jak to się stało, że winiarz w drugim pokoleniu bez enologicznego przygotowania robił jedne z największych butelek świata? Tajemnicę zabrał ze sobą, pozostawił nieśmiertelne wina.

Read Full Post »

Temat barów winnych nie przestaje podniecać szczególnie osób zaprzyjaźnionych z winem bardzo luźno. Tropienie wine barów to nie od dziś ulubiona rozrywka prasy papierowej i internetowej. Ostatnio swoje rekomendacje ogłosiło „Życie Warszawy”. O schizofrenii całej sytuacji niech świadczy fakt, że cztery z pięciu polecanych przez gazetę miejsc nie są żadnymi barami, lecz restauracyjkami / bistrami, gdzie winu przyznano rolę w żadnym wypadku wybitną, lecz po prostu najnormalniejszą w europejskim bistro. Chwalenie wine baru za to, że sprzedaje butelki bez korkowego w zwykłych warunkach byłoby bowiem całkiem śmieszne.

Zdjęcie z pierwszego planu obejrzycie na Sstarwines.

Niedościgłym modelem na polskiej niwie pozostaje skład win Mielżyńskiego na Burakowskiej w Warszawie – miejsce, w którym nie tylko podaje się wino i do niego coś niekoniecznie wyrafinowanego do jedzenia, ale także organizuje się na bardzo wysokim poziomie edukacyjne, bezpłatne degustacje dla szerokiej publiczności, prowadzi się własny, inteligentny import, otwiera na kieliszki (prawda, że z „korkowym”) każdą z 320 etykiet włącznie z Château Figeac za 500 zł, a od niedawna proponuje produkty, z którymi nikt sobie jeszcze w Polsce nie poradził, czyli sherry, porto i maderę (o tej inicjatywie wkrótce parę słów osobno). Ta formuła się sprawdza i sprzedaż win u Mielżyńskiego w jednym warszawskim lokalu (oraz od roku w drugim, poznańskim) jest na takim poziomie, że sytuuje firmę w czołówce importerów win jakościowych w Polsce.

Wielu próbowało – mniej lub bardziej otwarcie – powtórzyć fenomen Mielżyńskiego, z mikrym zwykle powodzeniem. Jednym z takich miejsc jest Enoteka Polska na ul. Długiej 23/25, powstała z przekształcenia importera Kawa–Wino–Czekolada pod koniec 2008 r. Pomimo przychylnych ocen dla tutejszej kuchni (nagrody w „Gazecie Wyborczej” i „Warsaw Insiderze”) miejsce przez długi czas nie mogło ruszyć z miejsca. Nie pomagał chroniczny brak win na półce, szczególnie białych (przez kilka tygodni w zeszłym roku dostępne było tylko tanie Pinot Grigio oraz Collio za 150 zł): część producentów z dawnego katalogu już się nie pojawiła (Giuseppe Rinaldi, Sertoli Salis), nowych było jak na lekarstwo.

Niech koń kopnie 58 zł za podstawowego Rieslinga , ale wino jest wspaniałe.

Maszyna rozkręcała się powoli. Choć już kilka razy chwaliłem wina z katalogu Enoteki (m.in. Juliena Meyera, Dorli Muhr i Pierre-Marie Chermette’a), miejscu ciągle brakowało tego „czegoś”. Ciekawych etykiet wciąż było za mało. W ostatnich tygodniach Enoteka dostała jednak wręcz rakietowego przyspieszenia. Katalog się niemal potroił. Półka hiszpańska od zera spęczniała do 40 win.

Właściciel Maciej Bombol ma ponadto chwalebny zwyczaj zapraszania krytyków na prezentację swoich nowych znalezisk i pomysłów (poza niżej podpisanym w degustacjach brali udział m.in. wysłannicy Magazynu WINO i Sstarwines.pl). Dzięki temu mogę Państwu przedstawić całkiem kompletny przewodnik po dostępnych tu obecnie butelkach (188 pozycji). Katalog włoski, już dawniej tu bardzo mocny (Isole e Olena, Le Due Terre, San Giusto a Rentennano, świetne Soave od Suavii i koneserska Elena Fucci) uzupełniły niedrogie wina piemonckie od Francesco Rinaldiego (m.in. Barbaresco za 122 zł oraz cudnie zwiewne i przydatne przy stole Grignolino za 50 zł; podaję ceny na wynos, restauracyjne są o 20% wyższe) oraz Valpolicelle z Le Salette. Ten ostatni producent to naprawdę świetny strzał Macieja Bombola: w czasach, gdy amarone i ripasso coraz częściej nużą i męczą, Le Salette proponuje strawny, autentyczny, a przy tym całkiem treściwy styl (Amarone od 104 do 156 zł, prosta Valpolicella za 39 zł).

Hiszpania niemęcząca.

Nowościami z Francji są równie strawne i zachęcające do życia wina rodańskie od Rogera Sabona (tu też świetny price point: bardzo dobre Châteauneuf-du-Pape Les Olivets 2008 za 99 zł) oraz sławne i uznane butelki z Roussillon od Domaine La Casenove. Étienne Montès to winiarz kultowy, ulubieniec m.in. Marka Bieńczyka; preferuje wina wbrew gorącemu stereotypowi Roussillon stonowane, nieprzesadzone, które z niefrancuską wręcz cierpliwością starzy kilka lat we własnej piwnicy, zanim wyśle do naszej (w Enotece dostępne roczniki 2006, 2004). Maciej Bombol nie zdecydował się niestety na bardzo drogie Pla del Rei 2000 (a to wielka jest butelka), ale mamy do wyboru pięć innych etykiet ze sławnym Commandant Jaubert na czele (134 zł); najlepszym zakupem wydaje mi się mięsiste, szczere i stylowe La Garrigue za 51 zł. Do grona supergwiazd trzeba też zaliczyć heskiego Wittmanna: próbowałem na razie tylko podstawowego Rieslinga 2010, wprost fantastycznego – na tyle, że wybaczyłbym mu cenę 58 zł (jest to podstawowe wino posiadłości).

Sito selekcji Macieja Bombola jest drobniutkie. Słynne Domaine Gardiés nie załapało się do katalogu.

Największym trzęsieniem ziemi jest jednak kolekcja znakomitych win hiszpańskich. Jestem doprawdy pod wrażeniem rzutkości i operatywności właściciela Enoteki Macieja Bombola, który w parę tygodni skontaktował się z kilkunastoma posiadłościami, sprowadził próbne butelki, przemyślał i przedyskutował ich miejsce w katalogu. To w tej chwili jedna z lepszych propozycji iberyjskich w Polsce, na każdą kieszeń (wina od 29 zł) i każdy smak. Do sprzedawanego od jesieni Mustiguillo (mocarne Bobale z Walencji) dołączyła Casa Castillo z bogatymi Jumillami na czele ze słynnym Pié Franco z nieszczepionych krzewów (126 zł; w Hiszpanii ok. 27€); Valpiculata – najlepsze w tej chwili Toro pod względem relacji ceny do jakości do niskiej zawartości beczki; Joan d’Anguera – gwiazdorskie wina z Montsant lepsze niż połowa Prioratów za połowę ceny (L’Argatà 2008 za 69 zł to fenomenalna przejażdżka porschem nieco powyżej dozwolonej prędkości); oraz Albet i Noya – to już trzeci polski importer w dziejach tej biodynamicznej posiadłości, lecz tym lepiej dla nas, bo zarówno musujące cavy, jak i wina czerwone od Reserva Martí 2006 za 118 zł nawet po Petit Albet 2009 za 27 zł są wszystkie pyszne i godne uwagi. Nowości ma zresztą być więcej – Quinta de la Rosa z Portugalii i coś z bliższej nam części Europy.

Cudowne pomnożenie win w ofercie Enoteki Polskiej pokazuje, że jednak można zbudować szeroką ofertę ciekawych, terroirystycznych win, pracować na uczciwej marży i bez wiecznego narzekania, że „się nie sprzedaje”. Teraz pora faktycznie przejść do sprzedaży – oby była tak inteligentna, jak komponowanie katalogu. Czyli marketing, marketing i jeszcze raz marketing.

Czołowa etykieta Anguery to jeszcze szybsza jazda porschem. Tylko żadnych pytań o alkohol!

(więcej…)

Read Full Post »

Jednym z najtrwalszych winomańskich stereotypów jest niechęć do dużych producentów. Duży nie ma prawa robić dobrego wina, bo nie ma mistycznego związku z terroir, nie dogląda o piątej rano każdego krzewu winorośli i na pewno dodaje do kadzi różnych enzymów i garbników z kasztanowca.

Przyznaję, że i ja ulegam temu stereotypowi, rzadko polecając Państwu wina od tzw. wielorybów, mastodontów czy innych kaszalotów winiarskiego świata. Ciekawsze historie można zwykle usłyszeć od małorolnego samotnika niż od dyrektora eksportu na Eurazję. Widmo powszechnej industrializacji wina powinno nam wszystkim spędzać sen z powiek i dlatego nie czuję się tak bardzo winny tego uproszczenia. Dobrze jest jednak pamiętać o różnicy pomiędzy dużym i dużym. Pomiędzy Dorato a Veuve Clicquot albo pomiędzy Carlo Rossim a takim na przykład Masim.

20 lat dla amarone to dużo czy mało?

Masi to włoski kolos, władający na przeszło 500 hektarach w swoim mateczniku – Valpolicelli, ponadto na 300 we Friuli, 75 w Toskanii i kilkuset w Argentynie. Producent, który swoją komercyjną wszechobecnością i stylistycznym średniactwem nie uwodzi koneserów i interpretatorów, lecz zwraca się świadomie do szerokich mas. Miliony butelek czyhają na nas nieustępliwie w większości włoskich restauracji i na wszystkich ważniejszych rynkach u czołowych importerów.

W Polsce tym importerem jest Centrum Wina. W ramach znakomitej serii degustacji (zupełnie niezauważonej w polskiej blogosferze) degustowaliśmy już tu stare burgundy od Drouhina, ciekawe wina ze stanu Waszyngton, tym razem zaś – wina Masi w obecności Raffaele Boscainiego, syna fundatora potęgi firmy Sandro Boscainiego (jednego z ciekawszych ludzi wina, z którymi miałem okazję rozmawiać). Raffaele to też nie byle kto – kieruje Gruppo Tecnico Masi, firmowym zespołem badawczym o dorobku większym niż niejeden uniwersytecki instytut winiarski. Ulepszył on m.in. technikę produkcji amarone (w 1964 to Sandro Boscaini wymyślił ripasso), zbadał ponad 100 tradycyjnych odmian winorośli (niektóre z nich, jak Oseletta, wybiły się na status gwiazdorski). Gruppo Tecnico, podobnie jak inteligentny marketing pod hasłem Valori veneti („Wartości weneckie”), odkłamuje wizerunek Masi jako bezdusznego giganta trzaskającego miliony identycznych flaszek. No i wizerunek ten odkłamują wina. W Centrum Wina odbyliśmy (to wciąż rzadkość w Polsce) podwójną degustację pionową, czyli tego samego wina w kilku rocznikach.

Raffaele Boscaini. © Istituto Grandi Marchi.

Zdumiewająca okazała się długowieczność Campofiorin. Jest to wszak dość zwyczajne w swym zamierzeniu ripasso, czyli Valpolicella refermentowana na skórka po amarone, jakich w regionie znajdziemy obecnie setki (obecnie w Masi nieco zmodyfikowano technikę produkcji, zamiast powtórnej fermentacji na wytłoczynach dodaje się porcję suszonych gron); nie jest to w młodości ani wino nadto skoncentrowane, ani głębokie. Za 76 zł nie kupiłbym ani jednej z miliona butelek rocznika 2007, cokolwiek prostego, topornego, choć niepozbawionego owocu i kwasowej werwy. Im jednak dalej sięgaliśmy wstecz, tym Campofiorin ujawniał więcej treści, a już 1997 zdumiał mnie swoją żywotnością i wciąż sporym potencjałem.

Z etykiety Campofiorin zniknęło dziś słowo ripasso.

Próbowaliśmy też pięciu roczników amarone, flagowego wina Masich w wersji podstawowej, od 1997 nazywanej Costasera (powstają tu też dwie prestiżowe wersje single vineyard). Przy amarone długowieczność jest założona z góry. Nie tak dawno degustowałem Masi Campolongo di Torbe 1990, a nawet Bertani 1964 i były to wina w znakomitej formie. Jak wypadło skromniejsze Costasera? 2006 był dobrze wyważony, kulturalny, bez większej masy, podobnie jak najnowsze wydanie Campofiorin – nie zrobił wielkiego wrażenia. Idealny do picia w tej chwili 1997 ze swym świetnym owocem wypadł lepiej od sławniejszego 1995,. Bardzo duże wrażenie zrobił 1990, wciąż młody, niezdradzający w niczym swego wieku, owocowo-herbaciany ze znakomitą kwasowością. 1988 jest dojrzalszy, ale nie schyłkowy, miększy, zmysłowy. Gdyby w kieliszkach pojawił się 1978, zapewne też nie byłby winem zmęczonym. Mam wrażenie, że wina Masi są zawsze w dobrej formie. Solidne, typowe, z osobowością, którą w zaślepieniu walki dużego z małym można przeoczyć.

Jakość starych win nigdy nie jest przypadkiem.

(więcej…)

Read Full Post »

Precz z amarone!

Trwa panel degustacyjny Magazynu WINO. To kolejny numer, do którego otrzymaliśmy rekordowa liczbę ponad 230 win. Ekscytująco zapowiadały się szczególnie amarone. Któż nie chciałby porównać czterech egzemplarzy tego słynnego werońskiego wina, produkowanego starożytną metoda suszenia gron na rodzynki?

Dawniej w tym suszeniu – wł. appassimento – zachowywano umiar. Grona zbierano niedojrzałe, by zachować kwasowość; tradycyjny sposób uprawy na pergolach zapewniał duży plon i mitygował koncentrację win. Amarone przeszłości było mocno wytrawne, miało 14% alkoholu, nuty suszone (charakterystyczny zapach powideł) mieszały się harmonijnie z tymi „winnymi”. Takie amarone można było leżakować bez końca, lecz przede wszystkim w miarę normalnie pić do kolacji. Ten styl możemy sobie przypomnieć, sięgając po któreś z nowych lub starych (nie tak dawno piłem rocznik 1964, w znakomitej formie) amarone Bertaniego.

Wzorzec dobrego amarone.

Wraz z nastaniem ery ponowoczesnej Werończykom puściły hamulce, zaczął się wyścig po rekord. Ekstraktu (osiągane tu niekiedy 40 g to najwyższy wskaźnik w winach czerwonych na świecie), dojrzałości, alkoholu. 16, 16,5, a nawet 17% staje się widokiem powszechnym podobnie jak coraz wyższy cukier resztkowy – niekiedy aż 10–12 g, czyli tyle co słodzony szampan – pozostawiany w winie przez padające na pysk przed metą drożdże).

Jak to w życiu, niektóre wina ten alkohol integrują lepiej, inne gorzej. Nowe amarone w ofercie MielżyńskiegoMarion 2006, najlepsze z pitych przez nas w tych dniach, swoje ponad 16% akurat przyzwoicie wtopiło w gęste nuty konfitury i powideł, uczucie alkoholowego ciepła jest ewidentne, ale nie dominuje nad innymi elementami wina. Wino robi ogromne wrażenie, choć trudno wyobrazić sobie wypicie nawet półflaszy do risotto all’amarone czy innego bażanta. Marion to dzieło samo w sobie, przypominające współczesny utwór muzyczny na 24 puzony i 48 metronomów, który wykonać można raz na dekadę.

Lecz to i tak osiągniecie w porównaniu do innych amarone, takich jak Monte del Frà Scarnocchio 2007, które suszenie winogron wykoślawiły do poziomu kuriozalnego bzdetu. Lotna kwasowość przywodząca na myśl tanią politurę i 17% rażące piorunem jak wódą rozrobiony porzeczkowy dżem. Tego nie da się pić, nie da się wypić i nawet nazbyt długo nie da się trzymać w ustach przed wypluciem.

Nadprodukcja amarone stanowi poważny problem regionu Veneto. Otwierane dawniej przy szczególnych okazjach (i kosztujące minimum 25€) wino w 2007 osiągnęło 50% produkcji apelacji! Na szczęście ciągnący się od kilku lat kryzys na rynku wina wymusił korektę tego nierozsądnego kursu. Produkcja amarone spada, a coraz więcej gron znów przeznacza się na wino „normalne”, czyli Valpolicellę. Ta ostatnia robi się coraz ciekawsza i coraz bardziej warta swoich zazwyczaj umiarkowanych cen. Na tymże panelu Magazynu WINO piliśmy kilka flaszek – w większości skromnych – które dostarczyły o niebo więcej przyjemności od ropuchowatych amarone.

Dobrze notowana Tenuta Sant’Antonio od lat dostarcza jednego z najsolidniejszych tanich amarone (Selezione Antonio Castagnedi), a od 2008 robi ciekawe wino Sponsà – winogrona suszy się jak na amarone, ale krócej, a ponadto wino nie zaznaje beczki. W efekcie otrzymujemy lekkie nuty powidłowe i korzenne charakterystyczne dla amarone, ale całość ma 13% alk., jest soczysta, pijalna i radosna, a po kieliszku do obiadu można prowadzić pojazdy mechaniczne. Rzeczona posiadłość Monte del Frà odkupiła swoje grzechy pięknie przestrzenną, naprawdę pyszną Valpolicellą Tenuta Lena di Mezzo 2007.

Cecilia Beretta to już w ogóle producent nie z mojej bajki – należy do gigantycznego hurtownika Pasqua – a tu proszę, czarowne, kwiatowe, czereśniowe Mizzole 2007 o smaku Valpolicelli z dawnych lat, który przez szaleństwo amarone stał się zagrożonym gatunkiem. Dziś to lis przegania słonia, a wszystko w naturze wraca do normy.

(więcej…)

Read Full Post »