Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Cabernet Sauvignon’

Czy obejrzeli już Państwo film pod tymże tytułem na Winicjatywie? Jeśli nie, obejrzyjcie przed przeczytaniem tego tekstu i sprawdźcie, czy zgadniecie (proszę kliknąć na obrazek).

Wino znikąd

Cztery wina z tego bardzo dziwnego kraju przytargał winiarski druh Tomasz Frączek. (Jedno padło ofiarą słynnego kleptomana w redakcji pewnego pisma winiarskiego). O tym bardzo dziwnym kraju trudno odszukać informacje w internecie, ja znalazłem tylko tę hasłową stronkę, zaś dla dysponujących słowniczkiem albańsko-polskim polecam tę stronę na Facebooku.

Aquila Liquori Kallmet 2005 Albania

Lepsze niż 90% win mołdawskich.

Bo chodzi o Albanię, kraj nieistniejący – przynajmniej w świadomości ogółu i szczegółu Polaków (i nie tylko). O Albanii poza Hodżą i bunkrami na plaży generalnie nie wie się nic. Na pewno nie wiedzieli Państwo (ja nie), że w tym dziwnym kraju jest ponad 9 tys. hektarów winnic, czyli więcej niż np. w Słowacji czy Izraelu. Gdzie są te wszystkie wina? Z 17,5 mln litrów wina oficjalnie wyprodukowanego w 2009 r. udało się wyeksportować… 4 tys.

Z tym większym podnieceniem zasiadłem więc do degustacji tych białych kruków. Kosztujące równowartość 10€ (najtańsza butelka z  prezentowanego zestawu) Aquila Liquori Kallmet 2005 było winem ewidentnie rozwodnionym i już ewoluowanym, ale wszak przyjemnym w swych 12,5% alk. i niewymuszonej ekspresji; nutami ziół i papryki nawiązuje do Cabernet Sauvignon, lecz ogólnie ma się wrażenie wina południowego, „spalonych słońcem owoców” itp. Przypomina (w dobrym sensie) tanie wino z Apulii, jakieś Negroamaro albo Primitivo z tych tańszych, może nawet lane z kranu. Niezłe.

Çobo Kashmer 2007 Albania

Lepsze niż 95% win macedońskich.

Çobo to ponoć najpoważniejszy producent w tym bardzo dziwnym kraju. Jego flagowym winem jest Kashmer 2007, z którym w ciemno mierzyli się degustatorzy na linkowanym powyżej filmie. Zgodnie z postkolonialnym paradygmatem winiarskim mamy tu mieszankę odmian importowanych – CabSauv i Merlot, a jakże – z rdzennym Shesh i Zi. Bordoskiego charakteru nie ma to w smaku żadnego, styl jest zdecydowanie śródziemnomorski, owoce są zupełnie upieczone i usmażone, ale całość zachowuje zaskakujący kwasowy dryg i pewną roślinną świeżość, po której od razu wiadomo, że nie jest to żadna Mendoza. To wino też najlepsze lata ma już dawno za sobą, ale przeżyło dzięki sporej koncentracji i garbnikowej mocy. Przy swej rustykalności jest to rzecz poważna, wzlatująca wysoko ponad poziom prezentowany przez takie kraje winiarskie jak Mołdawia czy Macedonia.

Skenderbëu Primitivo Reserve 2004 Albania

Lepsze niż 60% win greckich.

Najlepszym winem z trójki był Primitivo Prestige 2004 z winiarni Skënderbeu (ponoć największej w Albanii). Primitivo to naturalny wybór dla albańskiej geografii – położone rzut beretem od Apulii (choć nieco wyżej) winnice z pewnością radzą sobie z tym szczepem równie dobrze co te z Mandurii. Zgodnie z charakterem szczepu wino jest mocarne, aż bucha aromatem przejrzałych owoców, suszonych ziół, z charakterystyczną nutą suszonego pomidora. Przy całem dżemowatości wino ma – znów – sporo kwasu i naturalnej świeżości, więc syci, ale nie męczy. Choć to najstarsze wino z zestawu, nie jest tak schodzące jak inne. Naprawdę dobra rzecz.

Albania wine excise sticker

Przypomina to coś Państwu?

Degustowałem wyselekcjonowane rodzynki, lecz doprawdy była to dobra niespodzianka. Dużo charakteru, i to bez małpowania Nowego Świata (co nie miałoby sensu, patrząc na zawrotne wyniki eksportu). Na etykietach obowiązkowe czarne orły, na szyjkach butelek wysmakowane typograficznie banderole, przypominające, co jeszcze kojarzy się przeciętnym Polanom i Wiślanom z Albanią – najpiękniejsze na świecie banknoty i znaczki pocztowe. Kibicuję Albanii, niech wyjdzie kiedyś z cienia i w Judgment of Tirana rozwali w ciemno wszystkie Zinfandele tego świata.

(więcej…)

Read Full Post »

Na Winicjatywie napisałem o Katarzynie – teoretycznie najlepszych winach bułgarskich. Zapraszam do lektury.

Read Full Post »

Niedawno narzekałem Państwu (tu i tu) na rocznik 2009 w Bordeaux. Miał być planetarny i niezapomniany, a na razie okazuje się kluchowaty i męczący jak winiarski film klasy B. Za moją krytykę zostałem co prawda skrytykowany, że nie doceniam nowoczesnego stylu w Bordeaux i że wina na pewno się rozwiną. Oby. Na razie nie mam ochoty ich pić.

Co jednak robić, jeśli ma się ochotę na Bordeaux, a niekoniecznie na kluchy? Przyznam szczerze, że jestem wybredny – nie pasują mi zupełnie wina z 2006, płaskie i bez nerwu, nie pałam też miłością do 2007. Świetnie się zapowiada 2008, pełen rasy i świeżości, za to pozbawiony emfazy i konfitury. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać wina z rocznika 2005 i to dopiero jest ciekawe porównanie z 2009.

2005 też swego czasu był obwołany „rocznikiem stulecia”, a ceny poszybowały na niespotykane dotąd poziomy (dziś, z perspektywy 2009 i 2010, wydają się wręcz okazyjne). Jak przeczytałem dziś na Twitterze:

We are very happy in Bordeaux to have a ‘vintage of the century’ every two years and a vintage of the millennium every ten.

Bordeaux 2005 to zatem dobry test również dla naszych nadziei związanych z 2009. Traf chciał, że tę oto butelkę znalazłem na półce w ursynowskim Leclerku:

Chateau Tours des Bons Haut-Medoc 2005

Kolejny rocznik stulecia, ale tym razem dobry.

Haut-Médoc z „rocznika stulecia” za 43 zł to dobra okazja. Zwłaszcza, że wino jest pyszne. Soczyste, czereśniowe, świeże, lekko mięsiste, w punkt wytrawne, z owymi kredowymi, ale finezyjnymi garbnikami, których nie da się pomylić z niczym innym. Wzór umiaru i kultury, wino w żadnym punkcie nieprzesadzone, choć zdominowane smakowo przez Merlota. Bardzo dobra butelka i dla zupełnych bordoskich nowicjuszy w charakterze pedagogicznym, i dla już obytych w temacie, bo wino jest arcy„typowe”.

No właśnie, ma to, czego brakuje tak wielu winom z 2009. Poza alkoholem (tu na etykiecie tylko 12,5%) największa różnica pomiędzy obu rocznikami polega na świeżości, naturalnej równowadze. Bordeaux z 2005 są dojrzałe, pełne, bogate, ale nie przestają być sobą, nie buchają rodańskim ogniem, które dziś psuje urok wielu 2009. 2005 swym połączeniem siły i klasyczności nawiązywał do największych roczników w historii Bordeaux, jak 1990 i 1982, które też były bardziej napakowane od sąsiadów, ale miały ową nienaganną równowagę, a upływ czasu potwierdził ich klasę. 2009 po pierwszych degustacjach wydaje się już rocznikiem nowej ery, gdy o klasyczny smak Bordeaux, ową dyskretną kwasowość, chłodzący smak garbnika, potoczystą pijalność będzie coraz trudniej, trzeba będzie przywyknąć do koniakowych końcówek, ugotowanego owocu, trudnej w piciu masy. Dlatego cieszmy się ostatnią chwilą wolności, pijmy 2005.

Źródło wina – własny zakup. Bordeaux z 2005 dostać można także w Wina.pl, u Roberta Mielżyńskiego, Winarium i La Vinothèque.

Read Full Post »

Miły Piotr Chełchowski z Wineonline przysłał mi do degustacji trzy butelki. Butelki z Libanu. Liban to mój winiarski jednorożec. Wina z tego kraju uwielbiam, fascynują mnie od pierwszego kieliszka. Nie byłem nigdy w Libanie i nawet nieszczególnie znam zdjęcia czy filmy z tamtejszych winnic. Hasłowo znam tamtejszą geografię, gleby i inne szczególiki. Lecz jest coś w smaku win libańskich, czego nie mogę zapomnieć. Może to, że przypominają moje ulubione wina rodańskie, ale brak im przy tym francuskiego ułożenia, podszyte są czymś mrocznym, egzotycznym, nieeuropejskim. Marek Bieńczyk w posmaku popiołu w winach izraelskich (w swej średniej mniej przecież inspirujących od libańskich) widzi “memento biblijne”; w winach z Libanu też odzywa się jakiś krwisto-ognisty głos z przeszłości.

Nie wspominam już nawet o Château Musar, kultowym winie wielu winomaniaków, w tym i mnie, ale nawet bardziej komercyjnie nastawione Château Ksara i Kefraya smakują mi nad wyraz i wydają mi się świetną propozycją nawet w dzisiejszym, bezlitośnie zglobalizowanym świecie wina. Massaya, głośny joint venture libańskiej rodziny Ghosni i możnych francuskich winiarzy m.in. z Vieux Télégraphe i D. Hébrard (dawniej Cheval Blanc), nie była dotąd winem z moich snów, choć zawsze ceniłem jej podstawowe czerwone Massaya Classic Red, bezbeczkowe, świetnie intensywne wino pełne śródziemnomorskiego owocu.

L_The Ghosn brothers hr5

Bracia Samuel i Daniel Ghosni. © Massaya.

W tle degustacji była niedawna recenzja tych win w Magazynie Wino, gdzie zebrały słabiuteńkie oceny. Classic Red 2008 wypadł zaledwie “prawie dobrze”, a dwa wina droższe relegowano bezlitośnie do kategorii “do przyjęcia”. Problemem był brett, czyli owe zapachy stajni, końskiej sierści i obornika, które kompleksowo wyjaśnił Andrzej Daszkiewicz. Ewa Wieleżyńska z Magazynu Wino przesłała mi robocze notki degustacyjne (nie były publikowane w MW, jak przy wszystkich winach “do przyjęcia”):

W swoim południowym stylu to wino byłoby niezłe, gdyby nie taki poziom stajennych aromatów wywołanych dzikimi drożdżami, potocznie zwanymi brettem, że nawet dla osób o dużej tolerancji dla tego zjawiska, próg jest nie do przejścia. [Silver Selection 2007]

Wakacyjne, wiejskie aromaty: borówki, jeżyny, kwaskowa żurawina i pojawiający się niestety we wszystkich degustowanych winach tego producenta: przytłaczający zapaszek stajni. Niedociągnięcia w higienie są tak ewidentne, że nawet słabość do win z tego regionu, do ich specyficznej południowej równowagi, nie zdoła przejść nad tym do porządku. [Gold Reserve 2000]

Otóż mnie te wina smakowały, i to bardzo. Classic Red 2008 to naprawdę fantastyczna butelka za 49 zł, pełna soczystego, radosnego owocu, po śródziemnomorsku bogata, ale też całkiem świeża, dynamiczna, z dobrym garbnikiem (wino nie zaznaje beczki). Silver Selection 2007 też uznałbym raczej za “bardzo dobre+” niż “do przyjęcia”. Tu mamy beczkę, więcej Grenache i Mourvèdre, nuty niemal konfiturowe, wino jest z pewnością ciężkie, ale nie oklapłe, a w dodatku ma bardzo ciekawy, unikatowy bukiet korzenno-pieprzny. Jest już trochę ewolucji, ale może jeszcze leżakować; za 75 zł nader dobra flaszka na niedziele i święta.

Massaya Classic Red 2008

Fantastycznie żywotne wino za 49 zł.

Nieco wątpliwości wywołuje, to prawda, Gold Reserve 2000, związanych jednak nie tyle z brettem, co dziwnym rodzajem ewolucji: zielone nuty Cabernet Sauvignon (dominuje tu w kupażu) wskutek wieku przemieniły się w dość dziwaczne zapachy kamfory, mentolu, ciało jest pełne, oleiste, owocu jest całkiem sporo, ale są też zdecydowanie ewoluowane nuty balsamiczne. Wino nieco bez oddechu, mniej przekonujące w pierwszym odruchu od dwu powyższych, choć nieźle rozwija się w kieliszku (175 zł). Był to trzeci rocznik Massai, wydaje mi się, że te niedawne są od tego wina wyraźnie lepsze.

L_Overlooking view-East Bekaa Valley HR

Winnice w dolinie Bekaa. © Massaya.

Ale co z tym brettem? W moim kieliszku była go szczypta, doprawdy nieprzeszkadzająca w niczym. Funkcjonowała właśnie jako przyprawa, czyli jako “dobry” brett, uważany za element złożoności wina, a nie dyktatorsko dominująca nad całą resztą wada. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Znam doskonale podniebienia Magazynu Wino i nie mogę podejrzewać, że redaktorzy pisma nie rozpoznają brettu. Próg wrażliwości na tę nutę zapachową u Ewy Wieleżyńskiej jest mniej więcej taki jak u mnie. Co się zatem stało? Różnica pomiędzy butelkami? Na 99% właśnie tak było. Czyli brett w Massai oscyluje od stanów akceptowalnie niskich do dyskwalifikujących.

I to jest prawdziwy problem nie tylko o winie piszących, ale też wino pijących i lubiących. Bo skąd wiedzieć, czy wada – nie musi to być brett, bo tak samo będzie z lekkim utlenieniem, innymi nieczystościami, nie mówiąc już o wadzie korka, pojawiającej się (niemal) zupełnie przypadkowo – jest immanentną cechą wina, czy przypadłością tylko jednej butelki? Trzeba naprawdę bardzo dobrze znać danego producenta, by to wiedzieć. (Np. niedawno degustowane wina Elisabetty Foradori z lat 2003 i 2004 atakowały lekką, przypominającą chorobę korka redukcją, która zawsze w nich tkwiła). Oceny wina – nie tylko te profesjonalne, gazetowe, ale i te całkiem luźne, codzienne, którymi dzielimy się na blogach, forach i klatkach schodowych – są czymś niezwykle kruchym nie tylko dlatego, że zależą od miliona czynników w czasie degustacji / picia, ale też dlatego, że każda butelka jest zupełnie, drastycznie, nieodwołalnie inna.

(więcej…)

Read Full Post »

Echa opisanej tu i tu Gali Magazynu WINO trwały jeszcze parę dni. Kilku importerów zorganizowało w kolejnych dniach serię ciekawych degustacji. Miałem szczęście być na dwóch i wyszedłem zbudowany. Skończyły się czasy, gdy wystarczyło otworzyć Chardonnay za 40 zł, by klienci zlatywali się jak ćmy. Dziś degustuje już całkiem przekrojowo i poważnie, a konkretnie – pionowo.

Montmains premier cru vineyard Chablis

Montmains, Chablis (na dalszym planie).

Pionowo, czyli kilka roczników tego samego wina lub producenta, co daje najlepsze wyobrażenie o jego dorobku i możliwościach. Chablis Jean-Marka Brocarda (importer: opisywany już DELiWINA) samo w sobie jest smaczne i ciekawe, lecz dopiero pijąc kilka różnych premiers crus nabiera się większej ochoty, by z tymi winami spędzić trochę czasu. Świetne wrażenie zrobiło na mnie np. Vau de Vey 2010 i 2009, chłodne, prawdziwie mineralne wino z niedocenianej winnicy. Za 115 zł to bodaj najlepszy tu obecnie zakup (nie licząc świetnego Petit Chablis, lepszego od wielu „grands”). Montmains – to inne cru, o którym rzadko się kto rozpływa w superlatywach – w roczniku 1998 dał pokaz tego, co znaczy harmonijne starzenie: wino wciąż pełne wigoru, żywe, kwasowe, ale obudowane już ładną panoramą smaków jesiennych, tostowych, ziemistych. (Te wina degustowaliśmy z lepiej starzejących się butelek magnum). Wypadło zdecydowanie lepiej niż dość w sumie zwyczajne biodynamiczne Domaine de la Boissonneuse 2004. Nowe roczniki tego ostatniego odstraszają zresztą ceną – ponad 100 zł za butelkę „prostego” Chablis to zdecydowanie za dużo. Ptaszki ćwierkają, że DELiWINA zaproponuje w cenniku inne stare roczniki Brocarda, np. grand cru Bougros 1998, za które absolutnie ręczę.

Jean-Marc Brocard Chablis Grand Cru Bougros 1998

Być może wkrótce dostępne w Polsce.

Nazajutrz gościem Roberta Mielżyńskiego był Lamberto Frescobaldi, wielki pan włoskiego wina, nie tylko dyrektor ogromnej winiarni Frescobaldi, lecz także małej posiadłości Collazzi, którą odziedziczył po babce. Powstaje tu podręcznikowy supertoskan – Cabernet Sauvignon z domieszką Merlota, Franc i Petit Verdot („tylko 3 procent!”, zarzekał się autor) starzona w nowych beczkach. Ten styl wina od paru lat jest już nieodwołalnie passé i goście przystępowali do próby bez większych nadziei. Obawy się potwierdziły, a zarazem wina się obroniły.

Lamberto Frescobaldi

Lamberto Frescobaldi. © Frescobaldi.

Paradoks? Degustowaliśmy wszystkie wina kiedykolwiek tu wytworzone, czyli roczniki od 1999 do 2008. (To pierwsza taka prezentacja w historii Collazzi, dodajmy – to też pokazuje, jak polski rynek się zmienia). Wszystkie roczniki cierpiały na naczelną wadę supertoskanów: były nadekstraktywne i trudne w piciu. Lecz na przykład taki 2001 dojrzał w sumie całkiem ładnie i do antrykotu ta jego suchość nie przeszkadzała. A już absolutnie wszystkie roczniki przebił, o dziwo, 2003. Afrykańskie lato popchnęło bodaj winiarza do ciut wcześniejszego winobrania, przez co wino miało świeżości np. od całkiem zaustralopitekowałego 2005. Naprawdę pyszna butelka.

Frescobaldi Collazzi Toscana 2003

Chchot historii: 2003 przebił 2001 i 2007.

Ta degustacja była ciekawa z innego jeszcze względu. Lamberto Frescobaldi wprost przyznawał:

W pierwszych rocznikach robiliśmy błędy. Poszukiwaliśmy przesadnego ekstraktu. Teraz ekstrahujemy bardzo ostrożnie.

O powrocie do win lżejszych, elegantszych, bardziej „pijalnych” mówie się od dawna. Jeśli przyznaje to wprost producent z jądra ciemności, czyli superbeczkowych win toskańskich, sprawa jest przesądzona. Zmiana stylu Collazzi jest subtelna, ale ewidentna. Rocznik 2000 mimo zestarzonych już aromatów smakuje jak nieheblowana deska. 2007 jest wciąż zbyt masywny (i szczerze mówiąc niewart swoich 175 zł), ale po dłuższej chwili w kieliszku harmonizuje się i mięknie. Tempora mutantur.
(więcej…)

Read Full Post »

Spółdzielnia degustacyjna, której ekscesy opisywałem już tu, spotka się dziś znowu nad butelką. Butelką zbyt drogą, by ją obalić samemu. Została odkupiona za 900 zł (bez podatku) od jakiejś starszej pani. Ponoć leżała wcześniej w jakimś pałacu. Nie wiadomo, czy pani była do końca świadoma wartości butelki. Ktoś ponoć taką samą widział w sklepie za 1400 zł. Ale to raczej niemożliwe, bo w Hongkongu kosztuje 6 tys. juanów, a nie dalej jak wczoraj poszła w Sotheby’s po 6900 funtów za skrzynkę. Mniejsza o to, choć dziś wieczór wyjdzie (bez podatku) 130 zł za mały kieliszek.

Jeszcze przed istnieniem zamku. © Château M.

Etykieta będzie bardzo zabrudzona, kapsuła luźna, co wzbudzi wątpliwości co do autentyczności butelki; fakt ten można wszak sprawdzić na stronie internetowej producenta, dzięki czemu sprawę uda się wyjaśnić w ciągu paru chwil (stawiam 40%, że butelka będzie fałszywa). Będą kłopoty z wyjęciem korka. Prowodyr wieczoru Marek B. zawsze wyciąga korki z drogich butelek zbyt niecierpliwie, nie wkręcając korkociągu do końca. Jakoś się uda. Pierwszy nos będzie słaby. Mięsista redukcja, nutka brettu, sporo nut zielonych, beczka, beczka, beczka. Pojawi się pomysł dekantacji, jak zawsze, gdy wino nie dorasta do oczekiwań i szuka się na gwałt ratunku. Daję 50% szans, że zwycięży opcja dekantacyjna. Usta półpełne, żelaziste, jeszcze trochę garbnikowe, zielono-rosołowe, pietruszkowe, rozpaczliwie pozbawione słodyczy i jasności. W ogóle wino bez owocu, bez nadziei na owoc. Oczywiście dużej klasy, precyzyjnie zaplanowane, zbudowane, z ćwierćaromatycznym niuchem najdroższej na świecie dębiny (nie zapomnę reportażu w TV5, gdzie enolodzy z czołowych zamków walczyli na aukcji o dęby zasadzone przez Ludwika XIV jak gimnazjaliści o naklejki z kopaczami Barcelony). Zieloność bez świeżości, pełnia bez owocu, moc bez blasku. Luksus bez radości.

XVIII-wieczni amatorzy mojego wina. © Château M.

Marek B. będzie jak zawsze mówił o formie, o ziarnie, o dotknięciu garbników, o tradycji, czyli o powszechnikach, pojęciach tyleż słusznych, co nieuchwytnych i bez konkretnej w tym przypadku wartości. Nieraz wypowie słowo „wibrujący”, bez związku z tematem. Wiktor B. jak zawsze trzeźwo stąpający po ziemi napomknie coś o cenie; to będzie drażliwy temat, zwłaszcza w obliczu innych butelek tego wieczoru. Jak daleko fruwał będzie bowiem nasz bohater z 1996 od takiego zameczku piątej klasy ze słabiutkiego rocznika 1994? Daleko, ale nie aż tak; nie będzie miał zarazem tej pijalności, soczystości, jego masa okaże się cokolwiek męcząca (czy ktokolwiek to zauważy, sącząc nabożnie swoje 100 ml?) przy rozpuszczonej, obiadowej mięsistości Cos-Labory 1994. A już inne wino z 1996, które prowokacyjnie podam w ciemno, niedaleko upadnie od jabłoni krystalicznym ziarnem swych garbników i o wiele bardziej bezpośrednim posmakiem kamienistej ziemi. A kosztować będzie dokładnie 54 razy mniej.

Co cenniejsze: wino czy architektura? © Château M.

Pod koniec wieczoru resztki wina na dnie kieliszka otworzą się; garbniki się wygładzą, pietruszka rozpuści, czereśnie rozkwaśnią. Nad brzegiem pustego basenu będzie się można przez chwilę ogrzać w słońcu. U progu utlenionej śmierci nawet garbniki Cabernet Sauvignon, owo słynne kredowe ziarno opiewane przez Marka B., staną się mniej zimne i suche. Czy to jednak napełni mit treścią? Czy tchnie życie w puste sale klasycystycznego zamku, w tę dziwaczną mieszankę chciwości, handlowego geniuszu, protestanckiej sztywności, technologicznej obojętności, jaką są najdroższe wina z Bordeaux?

Już odgadliście wino w ciemno?

Moc bez blasku. Luksus bez radości. Teatr bez emocji, odgrywany zimnymi gestami przez pozbawionych złudzeń profesjonalistów. Majestat starych handlowych ksiąg; rodzinne uczucia w temperaturze drzewa genealogicznego. A może po prostu nie warto kroplami, łapczywie spijać ikony. Nawis oczekiwań jest tak ciężki, że nie pozwoli nigdy spojrzeć prawdzie w oczy. Degustacja w ciemno jest absurdem, bo ani rzeczywistości, ani nas samych nie da oczyścić z przypadku. Ale degustując w jasno, jesteśmy zaślepieni własnymi uprzedzeniami.

Nie łudzę się jednak, że ktoś pójdzie po rozum do głowy. W Bordeaux wyzbyci złudzeń profesjonaliści nadal będą oceniać wina ledwie co wlane do beczek, w Chinach menedżerowie nadal będą kupować butelki, by ich nie wypić, a nad Wisłą, choć dobrze wiemy, że nie warto, nadal będziemy płacić 150 zł za trzy łyki zielonego Cabernet Sauvignon. The show must go on.

Ikona. 50 zł za łyk (bez podatku).

*************************

[Dopisałem po wypiciu Ch Margaux 22.04 13:30]

Jak to było naprawdę

Korek wyszedł bez problemu. Marek Bieńczyk ani razu nie wypowiedział słowa „wibrujący” i – pomimo moich namów – nie starał się przekonywać obecnych o wielkości Château Margaux. Choć sam chyba w nią wierzył. Dekantacji nie było. Butelka była najprawdopodobniej autentyczna. Wobec mojej wyimaginowanej „degustacji w ciemno” wino okazało się młodsze i bardziej dynamiczne. Mniej zielone, niż się spodziewałem – w istocie nie miało śladu zieloności. Najlepsze było pierwsze wrażenie: wina pełnego, mocnego, świeżego, ze znakomitą beczką (to zgadłem). Bardzo dobra koncentracja. Z czasem nieco agresywniejsze garbniki i trochę przeszkadzający alkohol. Wina było mało, więc o ewolucji w kieliszku trudno coś wyrokować, ale w ciągu pół godziny nie nastąpiła znacząca zmiana na lepsze. Raczej ujawnił się fakt oczywisty: Margaux 1996 jest za młode. Ale też nie jest już tak bardzo młode, więc nie ma ani zalet młodości, ani zupełnej dojrzałości. To było wiadomo zawczasu, ale tak jak pisałem, the show must go on, w świadomości bezsensu butelkę osuszyliśmy.

Jest to wino dużej klasy, ale nie kupiłbym go ponownie, nawet bez podatku, nawet jednego kieliszka. Spośród ośmiu pozostałych butelek najlepszy był izraelski Domaine de Castel 2002 ($35 kilka lat temu). Najtańsza butelka – przyniesione przeze mnie Bernard Baudry Chinon Les Grézeaux 1996 za 12€ – obroniła się znakomicie. Dobrą niespodzianką był Smith Haut-Lafitte Blanc 2004, mniej beczkowy, bardziej mineralny niż się spodziewałem. Rieussec 1986 był korkowy. Wesołych Świąt!

0,018% ceny i 66% przyjemności Château Margaux 1996.

Read Full Post »

Brazylia jest kolejnym krajem, który zaprezentował się polskiej publiczności na przekrojowej degustacji. To ojczyzna win do niedawna zupełnie nieznanych – dopiero od czterech lat państwowa agenda Ibravin promuje na świecie rodzime wyroby, zapraszając dziennikarzy w teren i wspierając eksport. O winach brazylijskich pisali już m.in. Marek Bieńczyk i Tomasz Prange-Barczyński.

Sekretem Brazylii jest umiarkowany klimat m.in. w regionie Vale dos Vinhedos. © Miolo.

Wnioski z dotychczasowych eksploracji można streścić następująco: liczne i zaskakująco smaczne wina musujące; wina czerwone lepsze od białych; soczyste, świeże, o nieprzesadnej zawartości alkoholu, stylistycznie sytuujące się w zasadzie bliżej Europy niż nowoświatowych sąsiadów: Urugwaju, Argentyny i Chile. Wszystkie te opinie znalazły potwierdzenie na warszawskiej degustacji. Brazylijskie bąbelki faktycznie mogły się podobać, zarówno w wersji szampańskiej (świetne Brut 130 z Casa Valduga, jak i kadziowej (metoda Charmata taka jak we włoskim Prosecco; tu np. Prosecco Brut of Piagentini).

Brazylia: nieoczekiwanie dobre wina musujące. © Casa Valduga.

Dobrych białych było niewiele, choć taki Pinot Grigio–Riesling 2009 od dużego producenta Miolo był z pewnością porządny i atrakcyjny (w odróżnieniu od już nieco trącących myszką beczkowych Chardonnay w stylu późnego Krzaklewskiego). Najciekawsza akcja toczyła się zatem w czerwieni. Tu Brazylia potwierdza swoją pozycję nowoświatowego tygrysa. Win wielkich na razie co prawda nie ma, ale średnia i średnioniska półka jest różnorodna i obiecująca. Dobrze wypadł Tannat Reserva 2005 oraz prosty i tani Merlot Fausto de Pizzato 2006 od Pizzato: gęste, mięsiste wina do popijania brazylijskiej wołowiny wcale niegorszej od argentyńskiej. Obdarowany przed paroma miesiącami srebrnym medalem Magazynu WINO Talento 2004 od Saltona (importer: Boutique Brasil) potwierdził swoją świetną klasę soczystego, skoncentrowanego, ale nieprzesadzonego kupażu bordoskiego, a zaprezentowany również w Warszawie rocznik 2006 na pewno pójdzie w jego ślady.

Lepsze niż większość Tannatów z Urugwaju.

Najlepszą kolekcję win pokazał Lidio Carraro, m.in. dzięki winnicom na granitowych glebach w kolebce najlepszych brazylijskich win, apelacji Vale dos Vinhedos. Tutejszy Elos Malbec–Cabernet 2007 doskonale ukazywał brazylijski handicap: to po nowoświatowemu gęste, pełne owocu wino ma rozsądne 13% alk. i podziwu godną, naturalną (a nie żadną wulgarnie jak w Australii dokwaszaną) świeżość i ani przez chwilę nie męczy. Zdumiewające okazało się Nebbiolo 2006, przy pewnej masywności doskonale oddające kwiatowo-kwasową specyfikę odmiany – a przecież każdy winoman wie, że Nebbiolo nie znosi podróżować i poza swą piemoncką ojczyzną w zasadzie nigdy się nie udaje. Wino rodziny Carraro zmieniło moje zapatrywanie na tę kwestię. Duże punkty winiarnia zbiera także za niecodzienną w dzisiejszym świecie rezygnację z użycia jakichkolwiek beczek.

Najlepsze Nebbiolo jakie piłem poza Włochami.

Powyższy opis powinien Państwu jasno sugerować, że w Brazylii nie brakuje bardzo dobrych win, lecz problemem jest na razie brak stylistycznej spójności. Mieszanki bordoskie, Syrah, Tempranillo, urugwajski Tannat, argentyński Malbec, a także bardziej egzotyczne odmiany sprawiają, że nigdy nie wiadomo, czego się po winie z tego kraju spodziewać. Utytułowana winiarnia Casa Valduga swoją serię średniego ciężaru win nazwała Identidade („Tożsamość”), choć jest paradoksem, że znajdziemy w niej wina z marginalnych (i nie tak łatwych w piciu) krzyżówek Marselan i Arinarnoa.

Najlepsze Marselan jakie piłem w tym tygodniu.

Na obecnym etapie ten magmatyczny styl nie jest problemem, lecz na dłuższą metę Brazylia, jeśli chce powtórzyć długofalowy sukces win z takich krajów jak Nowa Zelandia, musi zaproponować jednoznaczny przekaz. Na sukces jest wszak skazana. Wystarczy spojrzeć na garść danych, by się przekonać, że jej obecne postępy to dopiero rozgrzewka. Pomimo podwojenia obszaru winnic w ostatniej dekadzie kraj ten wciąż zaspokaja zaledwie 20% własnych potrzeb. A należy do najdynamiczniej rozwijających się gospodarek na świecie, przy tym 200 mln Brazylijczyków konsumuje średnio kilka razy mniej od swych sąsiadów i te dane mogą w kolejnych latach tylko rosnąć. Przyzwyczajajmy się do brazylijskich win, będzie ich coraz więcej.

Produkcja i import wina w Brazylii (źródło danych: FAO).

PKB PPP per capita Brazylii w USD (źródło danych: MFW, 2010-15: prognoza).

Roczna konsumpcja wina per capita w l (źródło danych: OIV).

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »