Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Magazyn WINO’

Jeśli dziś pierwszy wtorek listopada, to Magazyn Wino przyzna swoje nagrody Grand Prix. Wyczekiwane? Nawet jeśli nie czekacie na nie z zapartym tchem, pozostają punktem odniesienia, bo tak jak pisałem rok temu – ważniejszych nagród winiarskich w Polsce nie ma. Magazynowych medali nie przyćmił na razie konkurs EnoExpo ani punkty i punkciki przyznawane przez różne portale.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (3)

Strictly blind.

Od poprzedniego Grand Prix, które krytycznie skomentowałem, co spotkało się z krytycznymi komentarzami, a którego bilans był w sumie pozytywny, upłynął rok i wiele wody w Wiśle. Drogi moje i Magazynu Wino się coraz bardziej rozchodziły i może dlatego, zasiadając dzięki uprzejmemu zaproszeniu red. nacz. Tomka Prange-Barczyńskiego miesiąc temu w komisji, które miała medale rozdać, nie potrafiłem się jakoś podniecić tą degustacją w ciemno „najlepszych win roku”. (Uczestniczyłem tylko pierwszego dnia – wina białe). Połączenie nienajwyższej formy degustacyjnej, nienajlepszych warunków tejże degustacji czy wreszcie rosnącego sceptyzymu wobec idei tego panelu – dość, że finaliści mnie jakoś zmęczyli i zirytowali. Innym wszakże smakowali, punkty postawiono, wybrańców wybrano, a werdykt poznamy dziś wieczorem o godzinie 20 (relacja na żywo na Facebooku i Twitterze Winicjatywy, a lista zwycięzców z komentarzem na naszym portalu jeszcze dzisiaj w nocy).

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (1)

Degustacja postindustrialna.

Zirytowały mnie na przykład „wina białe do 50 zł”. Samej kategorii (która zastąpiła dawną „do 30 zł”) Magazyn Wino nie zmienił, na moje pytanie dlaczego – skoro 90% polskiego rynku to wina do 30 zł, a dostępność tanich win jest generalnie coraz lepsza – usłyszałem, że tylko ja miałem w zeszłym roku zastrzeżenia do tej zmiany… Skutek jest jednak taki, że wielu finalistów w kategorii do 50 zł wypada słabiutko – próbowaliśmy np. rozwodnionego Verdejo, słabej Portugalii, żadnawego Sauvignon z Chile, które od biedy byłyby smaczne do 30 zł. Jakieś tam emocje wzbudził tylko tani (właśnie dlatego, że tani) Furmint i zdecydowanie wyróżniający się w tej klasie Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011. Paradoks tego ostatniego wina polega na tym, że od wielu miesięcy kosztuje ono… 59,90 zł! Jego startem w kategorii do 50 zł zdziwiony był nawet importer – Robert Mielżyński, który jednak zachował się przyzwoicie i od razu po moim pytaniu obniżył cenę do 49,90 zł.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (6)

Naprawdę dobra była degustacja win słodkich. Oto mój faworyt.

Z droższych win wyróżniłem ku swojego zdziwieniu Pinot Grigio Punggl 2011 od Nals Margreid z Alto Adige i burgundzkie Jaeger-Defaix Rully Mont-Palais 2010 od Mielżyńskiego, natomiast jakoś zniknęło w tłumie np. drogie memu sercu Coto de Gomariz Albariño X 2010 (Ardi). Wśród najdroższych złoty medal w ciemno przyznałem niedawno polecanemu na Winicjatywie Albert Mann Riesling 2009 (Vinoteka13), którego kolosalną zaletą poza wspaniale finezyjnym smakiem jest cena 105 zł. Natomiast znudziły mnie i zmęczyły m.in. biała Redoma Reserva 2009 od samego Niepoorta czy lubiany w innych okolicznościach Riesling Kalmit od Leinera. Oczywiście degustacja w ciemno to tylko degustacja w ciemno, krótki moment w życiu wina, niekoniecznie ostra fotografia czegoś, co wciąż żyje i się rusza – szkoda, że obiektyw poruszył się akurat w najważniejszym momencie.

Z przecieków wynika, że wśród medalistów w tym roku znajdą się rzeczony Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011 , francuski Château Puy-Servain Terrement 2010 (solidne Sauvignon prawie z Bordeaux, Winkolekcja), do 100 zł można się spodziewać naturalistyczno-oksydowanej bomby w postaci utlenionego Ageno 2007 (Konfederacka4). W najwyższej kategorii win białych murowanym medalistą jest właśnie Albert Mann Riesling i bodaj burgund Chassagne-Montrachet 2007 od Colin-Morey (również Vinoteka13). Wśród tanich win czerwonych laury zbierze pyszny rodański Plaisir (Enoteka Polska), droższych – Valpolicella Fabiano (Wina.pl) i zaskakujące Chianti Il Margone 2005 od Il Molino di Grace (Vini e Affini).

Magazyn Wino Grand Prix 2012

Słodkich c.d. Cudownie elegancki muszkat.

Jeżeli chcecie spróbować tych win, lepiej się pospieszcie. Dla wszystkich zainteresowanych nie wystarczy. Magazyn Wino w kontrowersyjnych zasadach swojego Grand Prix nie zmienił w tym roku nic poza drobnym szczegółem – nie obowiązuje już minimalna dostępność nagrodzonych win. Z limitami (120 butelek dla najdroższych win i odpowiednio więcej dla tańszych) były same kłopoty, buntowali się importerzy, którzy po sezonie zostawali z niesprzedanymi flaszkami. Trudno się im dziwić, skoro na nasz mikrorynek sprowadzają niektórych etykiet po 12 czy 24 sztuki. Tyle się sprzedaje w Polsce (pewnych) drogich win. Redakcja MW zapewniła mnie gorąco, że monitoruje dostępność win. Mam nadzieję, że robi to na poważnie. Nawet pobieżne sprawdzenie kilku potencjalnych medalistów ujawniło bowiem dramatyczne sytuacje. Taniego Plaisir czeka na klientów ponad 300 flaszek, ale niektóre wina dostępne są niekiedy jedynie w 30–50 sztukach. Rekordzista – w 2 (dwóch) szt. A wiele win w sklepach w ogóle nie ma, czekają na dostawę (niekiedy nowego rocznika). Nie uświadczymy więc aktualnie Furminta Dereszla ani Örökké od St. Andrea. Doszło wręcz do kuriozalnej sytuacji, gdy jedno z drogich win czerwonych zostało w finale ocenione i bardzo docenione przez jurorów, a potem wycofane z powodu braku dostepności.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (4)

Słodkich c.d. Czarny koń wyścigu, bo kto widział medal dla Recioto?

W tym przypadku importer przynajmniej się przyznał. Lecz w tym chocholim tańcu pomiędzy stanem magazynowym importera a wyrywkową kontrolą Magazynu Wino to co najważniejsze, czyli interes czytelnika i konsumenta, nie jest należycie zagwarantowane. Skoro roczniki większości win zmieniają się na rynku wiosną, może należałoby konkurs organizować i ogłaszać jego wyniki w czerwcu, tak jak to się dzieje w najważniejszych konkursach na świecie, takich jak DWWA czy IWC?

Jeśli chodzi o skład finałowej degustacji, od zeszłego roku (zob. infografikę tutaj) praktycznie nic się nie zmieniło. Na 89 win dopuszczonych do finału prawie 1/3 stanowiły wina francuskie. Czwartemu największemu producentowi wina na świecie – USA – trafiły się dwie butelki, piątemu – Argentynie – żadna. Mnie akurat brak medali dla win kalifornijskich nie smuci, ale reprezentatywność tego panelu jest, tak jak była, umowna. W sumie nie ma w tym nic złego, lecz Grand Prix MW powinno się reklamować nie jako nagrody dla „najlepszych win roku”, tylko dla „najlepszych win z określonych krajów, nadsyłanych do oceny przez importerów pod warunkiem, że jest ich w sprzedaży wystarczająco dużo”.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (2)

Słodkich c.d. Taki czołg, że chyba na złoto (choć nie moim głosem).

A teraz zapomnijcie o moim zrządzeniu i wybierzcie się na jutrzejszą degustację Grand Prix Magazynu Wino od godz. 17 w Reducie Banku Polskiego. Będzie można spróbować 200 dobrych win m.in. z Egeru oraz tak egzotycznych miejscówek jak Chorwacja, Morawy i Słowenia. To będzie naprawdę świetna degustacja, a lista win jest imponująca. Bilety można rezerwować tutaj oraz (taniej) tu.

(więcej…)

Read Full Post »

Dziś dopiero wtorek, ale wydarzeniem tygodnia, które na długo zapadnie w pamięci, jest z pewnością wczorajsza degustacja Barolo & Friends zorganizowana m.in. przez Strada del Barolo i Magazyn Wino. Nadzieje były wielkie, bo event reklamowany był od sześciu tygodni na niespotykaną skalę. Któż nie chciałby spróbować „legendarnego”, „monumentalnego Barolo”? Samo Barolo jest może legendarne, ale w Warszawie wczoraj grali (z całym szacunkiem) Ruch Radzionków z Gryfem Wejherowo. Bolesna prawda jest taka, że ci prawdziwie „monumentalni” producenci Barolo nie biorą udziału w tego typu degustacjach, a na polski rynek wkraczają innymi kanałami.

Barolo & Friends Warszawa 2012

Zapowiadało się świetnie.

Barolo & Friends okazało się jednak przydatne w tym sensie, że nawet ci winiarze drugoligowi, mniej znani, nieznani i poboczni zaprezentowali ciekawe wina. O wielkości Barolo świadczy właśnie jakość tego drugiego planu, który na okładki magazynów i listy „Trzech Kieliszków” się nie wybije nigdy lub rzadko, a jednak oferuje sensowne, typowe wina o dużej głębi i strukturze. Moje najlepsze typy z wczorajszej degustacji omówiłem już szerzej na Winicjatywie: pięknie klasyczna, głęboka Schiavenza (do kupienia na Konfederackiej 4 w Krakowie), ładnie zestarzona Bussia Soprana, arcypijalny, świeży i soczysty Scarzello, bardzo garbnikowe Le Strette dla cierpliwych (o tej winiarni pisałem już tu). A spoza Barolo – jego producentów wystąpiło wbrew zapowiedziom tylko 16 – na przykład moje ulubione Dolcetto di Dogliani od Quinto Chionettiego. Większość tych producentów dopiero szuka importerów w Polsce i po wczorajszym dniu jest nadzieja, że niektórzy ich znajdą, chociaż przecież Barolo dostępnych w Polsce jest już bardzo wiele i zbliżamy się do nasycenia rynku.

Nasycone były też sale warszawskiego Bristolu. Do miejsca, w którym prawie udusiliśmy się w czasie gali Magazynu Wino w 2009, nasze przodujące pismo winiarskie zaprosiło tym razem jeszcze więcej osób. W dążeniu do maksymalizacji frekwencji chyba jednak przeholowało. Niepokojące sygnały pojawiały się od kilku dni. Zapisani na seminarium na tydzień przed imprezą otrzymali z redakcji MW maile o następującej treści:

Szanowni Państwo,

Zarejestrowali się Państwo na degustację komentowaną win z Piemontu na godzinę 11;00 w dniu 10 września br.

Informujemy, że jesteście Państwo na liście rezerwowej, gdyż system rejestrujący uległ awarii i zarejestrował wielokrotnie więcej uczestników, niż było dostępnych miejsc.
Bardzo nam przykro informować o tym fakcie, tym bardziej, że usterka została odkryta przed dział IT dopiero wczorajszej nocy.

Wiele osób do sal seminaryjnych ostatecznie nie wpuszczono, a innym proponowano picie z tego samego kieliszka. Kroplą, która przelała dzban, okazała się sprzedaż biletów na degustację poprzez Grouponopodobny portal Mydeal.pl (po 19 zł zamiast 40 zł, które płacili „zwykli” czytelnicy MW). Czytając tę ofertę, przecierałem oczy ze zdumienia. Drogich przyjaciół z Magazynu Wino nie podejrzewam osobiście o tak fatalny copywriting, ale zapraszanie masowego odbiorcy na „rzeki wina, góry serów i trufli… Na imprezie nie ma żadnego limitu degustacji: po prostu podchodzisz i próbujesz wszystkiego, na co przyjdzie Ci ochota”, „nielimitowaną degustację legendarnych win i regionalnych specjałów” to było igranie z ogniem.

Barolo & Friends 2012 MyDeal (1)

Minus 53% – kryzysowa wyprzedaż? © Mydeal.pl.

No i faktycznie „niezapomniana randka” z legendarnymi winami i truflami z Piemontu zakończyła się ogromnym bałaganem. Kolejka chętnych sięgała ponoć aż na Krakowskie Przedmieście, części osób nie wpuszczono do sali i zapowiedziano zwrot pieniędzy. Zmierzch „nielimitowanych serów” ogłoszono przez megafon o godz. 18:11. Żadnych trufli nie stwierdziłem już wcześniej (była tylko oliwa truflowa). Producenci wina dzielnie próbowali sobie radzić z natłokiem pytań o półsłodkie. Trudno się dziwić, że dziś od rana Magazyn Wino otrzymuje niepochlebne komentarze od rozczarowanych użytkowników. (Choć ci, co wyszli przed 17, byli zadowoleni).

Barolo & Friends 2012 MyDeal (2)

Według chińskiego przysłowia… trufle nie pływają w rzece. © Mydeal.pl.

Hiperbola jest podstawą reklamy. Dlatego nie kruszyłbym kopii o sformułowania takie jak „najbardziej intrygujące wina świata”, „Warszawę odwiedzi ponad 30 topowych producentów win”. Truth in advertising powinno być jednak zasadą przyświecającą wszelkim dziedzinom komunikacji międzyludzkiej. Jeżeli się zaprasza na seminarium ze starymi rocznikami Barolo, wypadałoby, żeby sięgały dalej niż tylko rocznika 2008 i 2007. Nielimitowany ser nie może się skończyć po godzinie. A wypraszanie o tejże porze przez głośnik tych, którzy mieli szczęście wejść o godz. 17, „żeby zrobili miejsce dla kolejnych chętnych” każe się mocno zastanowić, dla kogo organizuje się tego typu imprezę? Dla konsumenta czy może dla siebie samych?

(więcej…)

Read Full Post »

Portal Winicjatywa wciąż owocuje ciekawymi refleksjami i dyskusjami. W najgorętszej z nich, jaka rozgorzała po artykule Marka Bieńczyka „Poczytaj mi mamo”, do głosu doszły różne stanowiska i pomysły na to, dla kogo i jak pisać o winie. W największym skrócie ściera się tutaj obóz „populistów” (czy „popularyzacjonistów”) – pisać o winie należy w sposób jak najprostszy i zrozumiały dla jak najszerszego grona odbiorców – i „ambicjonistów” – nauka wina wymaga wysiłku, który czytelnik musi wykonać, wina nie można nadmiernie upraszczać.

Mój punkt widzenia bliższy jest obozowi drugiemu – pisałem onegdaj, również w największym skrócie, że

Wysiłkowi krytyka, by przybliżyć charakter wina Czytelnikowi, powinien towarzyszyć równoległy wysiłek Czytelnika, żeby wino zrozumieć. Jeśli zupełnie zbanalizujemy wino, degustacja, rozmowa o winie stracą sens. Nie ma edukacji bez poznawczego wysiłku.

Daleki jestem jednak od bagatelizowania głosów o większą przystępność. Dla wszystkich, którzy pragną winiarskiej edukacji społeczeństwa i wzrostu sprzedaży wina w Polsce, dotarcie do nowych, szerszych grup czytelników jest wyzwaniem zawsze aktualnym.

Sugar-coated kumquats

Sugar-coated kumquats. © Driedfruits.com.cn.

Czy to jest jednak problem tylko polski? Czytając wypowiedzi niektórych „populistów”, można odnieść wrażenie, że w Polsce dochodzi do jakiegoś abstrakcjonistycznego gwałtu na języku pisania o winie, natomiast autorzy zagraniczni, szczególnie anglosascy, mogą służyć za wzór przejrzystego prezentowania treści zrozumiałych dla milionów. Lecz wystarczy otworzyć dowolny numer kultowego biuletynu Parkera „The Wine Advocate”, by trafić na takie kwiatki (opis – również już kiedyś cytowany przeze mnie – dotyczy niemieckiego Rieslinga Auslese):

Sugar-coated kumquats, jammy apricots, honeyed tea, and tangerines are found in its medium-bodied, lush personality. This wine possesses sumptuous depth as well as a long spice and caramelized peach-flavored finish.

Konia z rzędem temu, kto próbował tych obtoczonych w cukrze kumkwatów, karmelizowanej brzoskwini albo potrafi semantycznie rozwikłać wyrażenie „posiada przepyszną głębię”. Jest to w istocie język tak samo zrozumiały dla milionów, co „zwiewne usta” i „silne znamię siedliska” występujące w tekstach polskich.

Paradoks polega na tym, że pisma winiarskie mogą albo pisać dla osób prawdziwie interesujących się winem, które dobrze chwytają ten kod i domyślą się, o co chodzi z tymi kumkwatami, albo dla osób winem interesujących się bardzo luźno, które nie wiedzą co to jest Riesling i tłumaczenie trzeba zacząć od początku – i zaraz skończyć, bo attention span przeciętnego czytelnika z pewnością nie dotrwa do końca drugiego zdania notki degustacyjnej. Tertium non datur. Jednak adresując przekaz do jednych, będziemy alienować drugich, bo winomaniacy nie mają raczej chęci czytania po raz dwusetny, że Riesling to aromatyczny szczep z wysoką kwasowością.

Wymowne jest, że zmiany trybu na popularyzatorski najenergiczniej domagają się stali czytelnicy, regularnie czytający i komentujący koneserskie treści i – można sądzić – świetnie obyci z kumkwatami i fermentacją jabłkowo-mlekową. Uproszczenia nie domagają się natomiast szerokie masy czytelników, bo one winiarskich treści – drukowanych i wirtualnych – nie czytają. I to nie tylko w Polsce, również w krajach przedstawianych w naszych debatach jako popularyzatorskie potęgi. Nie przypadkiem żadne pismo winiarskie na świecie – według mojej wiedzy – nie poddaje się kontroli nakładu. Wyniki pozbawiłyby bowiem złudzeń wszystkich dyskutantów. Od osoby dobrze zorientowanej dowiedziałem się ostatnio, że Decanter – skromnie przedstawiający się jako „po prostu najlepsze pismo winiarskie na świecie” – ma nakład nawet nie pięcio-, ale wręcz czterocyfrowy.

J. Hofstätter Alto Adige Pinot Bianco Barthenau Vigna S. Michele 2008

Pyszne, tylko gdzie ta śliwka?

Wśród postulatów wobec polskiego winopisarstwa pojawia się uproszczenie treści – niektórzy proszą tylko o rekomendacje win do zakupu, żadnych interpretacji ani opowieści – oraz uproszczenie języka. Ma być maksymalnie zrozumiały, precz z żargonem i metaforami. Ponieważ, jak niektórzy wiedzą, interesuję się trochę muzyką, pokusiłem się o mały eksperyment. Porównałem teksty winiarskie i muzyczne drukowane w polskiej prasie.

Delikatnie siarkowy, mineralny i maślany nos z niuansami gruszek i pięknej, niezwykle pachnącej żółtej śliwki, który utrzymuje się również w ustach. Do tego klasa i elegancja oraz świetna kwasowo-śliwkowo-migdałowa końcówka. Niemal znakomite. Duża przyjemność i bardzo rozsądna cena. [J. Hofstätter Pinot Bianco Barthenau Vigna S. Michele 2008, Magazyn Wino IV 2012, s. 104]

Otoczony winnicami pałac (pazo) z XVI w. kontrastuje z nowoczesną winiarnią, w której powstają dziś trzy wina, wszystkie robione z albariño. Proste i bardzo smaczne Zios idzie przede wszystkim na rynek amerykański. Dłużej dojrzewające na osadzie Lusco, w roczniku 2010 pełne owoców tropikalnych i o wyraźnie słonej końcówce […]. Wreszcie Pazo Piñeiro, fermentowane w stali, ale dojrzewające na osadzie w baryłkach, w roczniku 2009 dość pełne, z dobrze zintegrowaną beczką i bardzo czytelną odmianą. [O winiarni Pazo de Lusco, Andrzej Daszkiewicz, Magazyn Wino IV 2012, s. 30]

„Teksańskie tornado” gitary elektrycznej pod nazwą Johnny Winter atakuje nas od ponad czterdziestu lat ku naszej nieustającej radości – albo z blues-rockową furią („Second Winter”), albo z ożywczą świeżością chicagowskiego dwunastotaktowca (Nothing But the Blues”). Mimo to jednak słabło ono czasem na bezdrożach pop-rockowej tandety („Johnny Winter And”). [Johnny Winter Roots, Andrzej Dorobek, Jazz Forum III 2012, s. 61]

W pierwszej części solowego występu skupił się na akustycznym brzmieniu i zademonstrowaniu wszelkich niewiarygodnych efektów przy użyciu jedynie własnego oddechu. Każde zadęcie wprowadzało nową barwę, a ich zderzenia były zaskakującą symbiozą, zlepkiem skrajnie różnych faktur, płaszczyzn, tworzących pewien obraz. Dörner ukazywał wszelkie subtelności wirującego powietrza wewnątrz blaszanych rurek, dołączając do tego stukot poruszanych tłoków i zmiany ciśnienia własnego, permanentnego oddechu. Szum wody, fala zstępująca z gładkiego piasku, bulgotanie, ulewa i przestrzeń systematycznie zakłócana ostrymi akcentami stojących dźwięków. Niepokój wprowadzały efekty frullato i tremolo, niczym odgłosy broni maszynowej i walk. [Monika Okrój, Art of Improvisation II, o koncercie we wrocławskiej Agorze, Jazz Forum III 2012, s. 25]

W Pasji Pärta związek z tradycją gatunku widać także w zachowaniu tradycyjnych ram formalnych – exordium i conclusio – oraz stosowaniu technik renesansowych. Partie chóralne wykorzystują technikę wymiany głosów oraz technikę polichóralną, w zakończeniach fraz wielokrotnie powracają puste kadencje, a warstwy instrumentalna i wokalna podporządkowane są regułom harmonii modalnej. [Magdalena Stochniol, Pasja w XX wieku – w zgodzie z tradycją?, Ruch Muzyczny 4 III 2012, s. 9]

Joffe gra tu na […] pięknie brzmiącym pleyelu z 1848 roku. Na tym samym instrumencie nagrała też Koncert f-moll w opracowaniu na fortepian solo. Nie jest pewne, czy pochodzi ono w całości od Chopina, na pewno zredagował on dla paryskiego wydawcy fortepianowy wyciąg oraz na użytek wykonania bez orkiestry dopisał akompaniament lewej ręki do środkowego epizodu drugiej części dzieła; łotewska pianistka proponuje tu jednak własne rozwiązanie. To bardzo indywidualna interpretacja. Joffe ujmuje pięknym tonem, wyrazistością artykulacji oraz romantycznym klimatem całości. Wątpliwości budzą jednak miejscami nadmierne rubata i zbyt wolne – moim zdaniem – tempo kujawiakowego finału. [Dina Joffe, Chopin. Wariacje D-dur, Grand Duo, Rondo op. 73, Koncert op. 21, NIFC CD024, Józef Kański, Ruch Muzyczny 4 III 2012, s. 41]

Śmiem twierdzić, że dla czytelnika luźno zainteresowanego muzyką „nadmierne rubato i zbyt wolny kujawiakowy finał” są tak samo zrozumiałe, jak „mineralny i maślany nos”. W czym więc tkwi różnica? W tym, że „Ruchowi Muzycznemu” nikt nie zarzuca hermetycznego języka i nie oczekuje, że będzie upraszczał pisanie o muzyce, by trafić pod strzechy. Język dostosowuje się do opisywanego przedmiotu, któremu należy oddać sprawiedliwość, a nie do odbiorcy. „Ruch Muzyczny” czytają ci, którzy interesują się muzyką i dla wszystkich jest jasne, że pewne minimum opanowania tematu leży po stronie czytelnika. Dlaczego wobec tekstów o winie mamy inne oczekiwania?

Pleyel 1848 Chopin

Fortepian Pleyela z 1848 r.

(więcej…)

Read Full Post »

Miły Piotr Chełchowski z Wineonline przysłał mi do degustacji trzy butelki. Butelki z Libanu. Liban to mój winiarski jednorożec. Wina z tego kraju uwielbiam, fascynują mnie od pierwszego kieliszka. Nie byłem nigdy w Libanie i nawet nieszczególnie znam zdjęcia czy filmy z tamtejszych winnic. Hasłowo znam tamtejszą geografię, gleby i inne szczególiki. Lecz jest coś w smaku win libańskich, czego nie mogę zapomnieć. Może to, że przypominają moje ulubione wina rodańskie, ale brak im przy tym francuskiego ułożenia, podszyte są czymś mrocznym, egzotycznym, nieeuropejskim. Marek Bieńczyk w posmaku popiołu w winach izraelskich (w swej średniej mniej przecież inspirujących od libańskich) widzi “memento biblijne”; w winach z Libanu też odzywa się jakiś krwisto-ognisty głos z przeszłości.

Nie wspominam już nawet o Château Musar, kultowym winie wielu winomaniaków, w tym i mnie, ale nawet bardziej komercyjnie nastawione Château Ksara i Kefraya smakują mi nad wyraz i wydają mi się świetną propozycją nawet w dzisiejszym, bezlitośnie zglobalizowanym świecie wina. Massaya, głośny joint venture libańskiej rodziny Ghosni i możnych francuskich winiarzy m.in. z Vieux Télégraphe i D. Hébrard (dawniej Cheval Blanc), nie była dotąd winem z moich snów, choć zawsze ceniłem jej podstawowe czerwone Massaya Classic Red, bezbeczkowe, świetnie intensywne wino pełne śródziemnomorskiego owocu.

L_The Ghosn brothers hr5

Bracia Samuel i Daniel Ghosni. © Massaya.

W tle degustacji była niedawna recenzja tych win w Magazynie Wino, gdzie zebrały słabiuteńkie oceny. Classic Red 2008 wypadł zaledwie “prawie dobrze”, a dwa wina droższe relegowano bezlitośnie do kategorii “do przyjęcia”. Problemem był brett, czyli owe zapachy stajni, końskiej sierści i obornika, które kompleksowo wyjaśnił Andrzej Daszkiewicz. Ewa Wieleżyńska z Magazynu Wino przesłała mi robocze notki degustacyjne (nie były publikowane w MW, jak przy wszystkich winach “do przyjęcia”):

W swoim południowym stylu to wino byłoby niezłe, gdyby nie taki poziom stajennych aromatów wywołanych dzikimi drożdżami, potocznie zwanymi brettem, że nawet dla osób o dużej tolerancji dla tego zjawiska, próg jest nie do przejścia. [Silver Selection 2007]

Wakacyjne, wiejskie aromaty: borówki, jeżyny, kwaskowa żurawina i pojawiający się niestety we wszystkich degustowanych winach tego producenta: przytłaczający zapaszek stajni. Niedociągnięcia w higienie są tak ewidentne, że nawet słabość do win z tego regionu, do ich specyficznej południowej równowagi, nie zdoła przejść nad tym do porządku. [Gold Reserve 2000]

Otóż mnie te wina smakowały, i to bardzo. Classic Red 2008 to naprawdę fantastyczna butelka za 49 zł, pełna soczystego, radosnego owocu, po śródziemnomorsku bogata, ale też całkiem świeża, dynamiczna, z dobrym garbnikiem (wino nie zaznaje beczki). Silver Selection 2007 też uznałbym raczej za “bardzo dobre+” niż “do przyjęcia”. Tu mamy beczkę, więcej Grenache i Mourvèdre, nuty niemal konfiturowe, wino jest z pewnością ciężkie, ale nie oklapłe, a w dodatku ma bardzo ciekawy, unikatowy bukiet korzenno-pieprzny. Jest już trochę ewolucji, ale może jeszcze leżakować; za 75 zł nader dobra flaszka na niedziele i święta.

Massaya Classic Red 2008

Fantastycznie żywotne wino za 49 zł.

Nieco wątpliwości wywołuje, to prawda, Gold Reserve 2000, związanych jednak nie tyle z brettem, co dziwnym rodzajem ewolucji: zielone nuty Cabernet Sauvignon (dominuje tu w kupażu) wskutek wieku przemieniły się w dość dziwaczne zapachy kamfory, mentolu, ciało jest pełne, oleiste, owocu jest całkiem sporo, ale są też zdecydowanie ewoluowane nuty balsamiczne. Wino nieco bez oddechu, mniej przekonujące w pierwszym odruchu od dwu powyższych, choć nieźle rozwija się w kieliszku (175 zł). Był to trzeci rocznik Massai, wydaje mi się, że te niedawne są od tego wina wyraźnie lepsze.

L_Overlooking view-East Bekaa Valley HR

Winnice w dolinie Bekaa. © Massaya.

Ale co z tym brettem? W moim kieliszku była go szczypta, doprawdy nieprzeszkadzająca w niczym. Funkcjonowała właśnie jako przyprawa, czyli jako “dobry” brett, uważany za element złożoności wina, a nie dyktatorsko dominująca nad całą resztą wada. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Znam doskonale podniebienia Magazynu Wino i nie mogę podejrzewać, że redaktorzy pisma nie rozpoznają brettu. Próg wrażliwości na tę nutę zapachową u Ewy Wieleżyńskiej jest mniej więcej taki jak u mnie. Co się zatem stało? Różnica pomiędzy butelkami? Na 99% właśnie tak było. Czyli brett w Massai oscyluje od stanów akceptowalnie niskich do dyskwalifikujących.

I to jest prawdziwy problem nie tylko o winie piszących, ale też wino pijących i lubiących. Bo skąd wiedzieć, czy wada – nie musi to być brett, bo tak samo będzie z lekkim utlenieniem, innymi nieczystościami, nie mówiąc już o wadzie korka, pojawiającej się (niemal) zupełnie przypadkowo – jest immanentną cechą wina, czy przypadłością tylko jednej butelki? Trzeba naprawdę bardzo dobrze znać danego producenta, by to wiedzieć. (Np. niedawno degustowane wina Elisabetty Foradori z lat 2003 i 2004 atakowały lekką, przypominającą chorobę korka redukcją, która zawsze w nich tkwiła). Oceny wina – nie tylko te profesjonalne, gazetowe, ale i te całkiem luźne, codzienne, którymi dzielimy się na blogach, forach i klatkach schodowych – są czymś niezwykle kruchym nie tylko dlatego, że zależą od miliona czynników w czasie degustacji / picia, ale też dlatego, że każda butelka jest zupełnie, drastycznie, nieodwołalnie inna.

(więcej…)

Read Full Post »

Wracam do tematu Grand Prix Magazynu Wino. Jak wiemy od miesiąca, najlepszym winem czerwonym 2011 roku zostało Barolo Oddero Mondoca di Bussia Soprana 2005. Po degustacji w ciemno pisałem Państwu, że to wino „niewybitne”. Co prawda sam dałem mu w głosowaniu złoty medal, lecz było to złoto na tle równie niewybitnej konkurencji i dlatego, że Barolo swą świeżością i perfumą wybijało się zdecydowanie spośród beczkowo-konfiturowych win w „stylu międzynarodowym”.

Oddero Barolo Mondoca di Bussia Soprana 2005

Czy zasłużyło na złoty medal?

Postanowiłem jednak zweryfikować werdykt – zarówno Magazynowej komisji, jak i swój własny. Wybrałem się do wine baru importera – Roberta Mielżyńskiego i spędziłem nad kieliszkiem Oddero półtorej godziny. Spróbowałem go przy tym do przednich ravioli z gęsiną i kasztanami. Test utrudniłem, degustując w drugim kieliszku Barolo Monfalletto 2007 od Cordero di Montezemolo, znakomitego producenta, którego chwaliłem już tu.

Monfalletto okazało się świetne. Pełne owocu, mocno korzenne (charakterystyczny bukiet tego producenta), ładnie narysowane, z odrobiną maślanej beczkowości z początku, lecz prędko ulatniającej się – zostają zdrowe garbniki z winogron i nienaganna świeżość.

oddero_cantina2

Piwnica Oddero – ostoja tradycji. © Oddero Poderi e Cantine.

Mondoca 2005 od Oddero z początku nie porażała. Ta winiarnia od lat pozostaje wierna swojemu stylowi, wina są oszczędne, nie mają zbyt rozłożystych bukietów, ogólna ekspresja jest poważna, wręcz wyniosła, ale mało przyjazna, ponadto w wielu winach można odczuć nieco suche garbniki, nieobudowane taką soczystością owocu, jak w najlepszych obecnie Barolo (Vajra, G. Rinaldi, Cappellano, G. Conterno).

Oddero Barolo Mondoca di Bussia Soprana 2005 cork

Wielkie wino, wielki korek.

Jednak Mondoca 2005 od razu zwraca ponadprzeciętną koncentracją i strukturą. O garbnikach powiedziałbym to samo co wyżej, ale wolumen owocu robi wrażenie. W ciągu dwudziestu minut w kieliszku jeszcze większa poprawa: pojawiają się nuty jagodowe, porzeczkowe, żelazna pięść garbników w jedwabnej rękawiczce owocu, paradoks tradycyjnego stylu Barolo. Potem wino na powrót się zamyka, co raczej dobrze świadczy o jego potencjale dojrzewania. Wielka pełnia. Fantastyczna butelka, której nie doceniłem w degustacji w ciemno. Za 238 zł idealna flaszka na winomańską Gwiazdkę.

Goose ravioli Warsaw Poland

Mój nowy konik: gęsina do Nebbiolo.

(więcej…)

Read Full Post »

Magazyn WINO po raz kolejny udowodnił, że organizuje najlepsze winiarskie eventy w Polsce. Środowa degustacja Grand Prix obezwładniała bogactwem wyboru świetnych win i podobne odczucia miało chyba 700 przybyłych gości.

Gala Grand Prix 2011 Magazynu WINO

Franciacorta - wyspa szczęśliwości?

Gościem specjalnym tegorocznej gali był region Franciacorta. Ta włoska apelacja win musujących w ciągu 15 lat odniosła piorunujący sukces we Włoszech, dorównując Szampanii i co roku zwiększając sprzedaż mimo ogólnego marazmu winiarskiej Italii. W ramach bezprecedensowej warszawskiej prezentacji mieliśmy okazję spróbować 35 win. Odczucia mam szczerze mówiąc mieszane. Wina były w większości dobre. Niektóre nawet bardzo – wyróżniłbym Il Mosnel z arcysolidnym podstawowym Brut oraz ostrym, kwasowym, wyniosły Extra Brut EBB 2007, Ca’ del Bosco (żadna niespodzianka, bo to najbardziej utytułowany producent Franciacorta) szczególnie z Dosage Zero oraz Antica Fratta, której Brut Essence zawsze się wyróżnia wśród innych (importer: Centrum Wina). Lecz wiele innych win było dość zwyczajnych. Czystych, smacznych, lecz nie lepszych od tysięcy innych win musujących nie tylko z Szampanii, ale i całego świata. W związku z tym mam pewne wątpliwości co do komercyjnych szans Franciacorty w Polsce. Poza wyróżniającymi się nazwiskami nie bardzo wiem, co skłoni polskiego winopijcę do wysupłania niemałych wszak pieniędzy akurat na te flaszki. Z pewnością nie cena, wyższa nie tylko od produkowanego tańszą metodą kadziową Prosecco, ale i od Cavy oraz od przyzwoitych komercyjnych bąbelków w rodzaju Jacobs Creek Sparkling. Nie osobowość, bo właśnie tej wielu Franciacortom brakuje najbardziej. Może wystarczy odwieczna polska miłość to wszystkiego, co włoskie.

Gala Grand Prix 2011 Magazynu WINO

O godz. 17 tyle zostało z Człowieka Roku.

Co jeszcze dobrego na gali Magazynu WINO? Klasę potwierdził Importer Roku Wina.pl, gdzie wszystkie wina miały mnóstwo osobowości i wyrazistości właśnie. Portugalskie Cunha Martins 2009 ze współczuciem kazało mi pomyśleć o tych, którzy z powodu „wzrostu kursu euro i podniesienia cen” mają problemy ze znalezieniem dobrej butelki poniżej 30 zł. Moulin de Gassac Classic 2010 z Winkolekcji było eksplozją radosnego, codziennego picia. Lecz istotniejsze od butelek okazały się spotkania z człowiekiem. Nie udało się co prawda z Winiarzem Roku Magazynu WINOReinhardem Löwensteinem z winiarni Heymann-Löwenstein, który już rano po odebraniu medalu musiał wrócić do Niemiec. Wtopą roku z pewnością można nazwać zaprezentowania przez importera 101win.pl zaledwie jednego (sic) wina od tego wybitnego winiarza. Löwensteinowi przyznaję jednak nagrodę za Cytat Roku; odbierając medal podkreślał, że winiarstwie najważniejszy jest człowiek:

The spirit of man is what gives energy to the wine.

Wspaniałe było spotkanie z państwem Raffault z winiarni Olga Raffault (Mielżyński), uosobieniem Francji z jej tradycją, spokojem, umiarem i ponadczasowością. Pozbawiona emfazy głębia Chinon Les Picasses 2005 będzie mi się śniła po nocach. „Wspaniała inaczej” okazała się rozmowa za to z Patrickiem Meyerem (Enoteka Polska). Meyer nie lubi miasta, nie lubi degustacji, zaczynam mieć wątpliwości, czy lubi klientów. Nie podoba Ci się, nie pij – odrzekł trafnie, choć niesympatycznie jednemu z gości.

Gala Grand Prix 2011 Magazynu WINO Patrick Meyer

Patrick Meyer i biodynamiczny chaos.

Wina Meyera dzielą. Nie tylko publiczność – niektórzy odrzucają je z góry już po samym zapachu, inni poszliby za Meyerem w ogień. Dzielą też człowieka na pół. Podany do kolacji galowej Muscat Petit Fleur 2010 był fatalny, utleniony, rozlazły i jeszcze lekko gazowany (refermentacja?). Z kolei nalewane przez Patricka Pinot Blanc Pierres Chaudes 2010 zdumiewało smakowym horyzontem niedostępnym zwykle tej prostolinijnej odmianie; podstawowy Riesling 2010 z winnic na nizinie hipnotyzował połączeniem nut słodkich i słonych. Wina dobre, kiedy się uda, czego winiarz zresztą nie krył, mówiąc bez krzty kokieterii:

Robię sporo niedobrych win. Każdy winiarz robi wina nieudane. To nie szkodzi. Chodzi o to, by czasem się udało i by być w zgodzie ze sobą.

Maliny świeżo zerwane z krzaka w leśnej ostoi też niekiedy są niesmaczne – a to kwaśne, a to nadgniłe. Tylko te najlepsze mają smak, który pamięta się przez lata. Nieswojo czujący się wśród pytań o winifikację i cukier resztkowy Meyer swymi kwaśnymi półsłówkami próbuje przekazać nam tę prostą wydawałoby się prawdę. Usiłuje przezwyciężyć ideologiczne podziały, jakie narosły wokół takich spraw, jak biodynamika czy wina bezsiarkowe. Abyśmy spotkali się, skromni, wokół butelki tego dziwnego bytu, który zwie się winem, nie myśląc egoistycznie o własnej przyjemności, lecz o ogromie świata, w którym jesteśmy gośćmi. To była dobra rozmowa.

(więcej…)

Read Full Post »

Medale Magazynu WINO rozdane. Wbrew obawom, które wyrażałem w jednym z poprzednich wpisów, zestaw medalistów okazał się w sumie udanym kompromisem pomiędzy krytyką autorską a gustem demokratycznym. Jesteśmy co prawda daleko od „parytetu” – aż 9 medali na 27 zgarnęła Francja, oligopol francusko-włoski przełamały tylko dwa wina portugalskie, cztery Rieslingi z Niemiec i rodzynek (zresztą frankofilski) z Nowej Zelandii, ale nie mogło być inaczej przy takiej a nie innej reprezentacji poszczególnych krajów w finale.

Ważne jednak, że nagrodzone wina reprezentują różne nurty. Zgrzytem są tylko dwa medale dla Alzacji w kategorii win białych do 100 zł. Mniejsze od spodziewanego jest biodynamiczne skrzywienie. Najbardziej kontrowersyjny jest moim zdaniem medal dla Sylvanera 2003 od P. Fricka z Alzacji (wybranego jednak, warto podkreślić, w degustacji w ciemno), ale złote medale zdobyły też jak najbardziej mainstreamowe Chablis Christiana Moreau czy Sauvignon od Colterenzio. Wśród importerów też przyzwoity pluralizm – obłowili się i niszowcy jak Wina Szlachetne, i specjaliści, jak Dom Szampana, i ulubieńcy ogółu, jak Mielżyński i Centrum Wina. Największym wygranym jest Enoteka Polska z aż pięcioma krążkami.

Małgorzata i Piotr Luty.

Małgorzata i Piotr Luty. © Wina.pl @ Facebook.

Nagrodę Importera Roku Magazyn WINO przyznał krakowskiemu sklepowi Wina.pl. To znakomity, niebudzący żadnych wątpliwości wybór. Wina.pl błyszczały w poprzednich latach, zgarniając m.in. złoty medal za najlepsze wino czerwone Casanova di Neri Brunello (2010) i cenne medale dla win tańszych. W tym roku brąz w tanich czerwonych dla ciekawego Óbidos S. Francisco i srebro dla świetnego Domaine Matassa z Roussillon (kategoria powyżej 100 zł). Lecz nagroda dla Wina.pl to przede wszystkim wyróżnienie dla Małgorzaty i Piotra Lutych, prawdziwych weteranów polskiego rynku, którzy zbudowali jedną z najprężniejszych i najsensowniej rozwijających się propozycji winiarskich. Ich katalog to dowód, że między niszową biodynamiką a niedrogim codziennym mainstreamem nie musi istnieć histeryczna psychiczna wyrwa. Że współistnieć mogą ze sobą i wzbogacać nasze winne życie Château Musar, Winnica Płochockich i krwiste Montepulciano od Illuminati. I że import wina w Polsce może być silny zadowoleniem wiernych klientów, a niekoniecznie milionową kiesą spółki-matki z innej branży. Nikt nie zasłużył na tę nagrodę bardziej niż państwo Luty.

Wojciech Włodarczyk

Wojciech Włodarczyk. © PIWiW.

Magazyn WINO przyznał też po raz pierwszy nagrody za popularyzację wina. Elżbieta Poletti, niestrudzona ambasadorka musującej Franciacorty i Gardy, której cierpliwość kruszy opór najbardziej zatwardziałych importerów i pozwala nam spróbować tych mniej znanych, godnych poznania win, oraz Wojciech Włodarczyk, od lat dobry duch polskiego winiarstwa, inicjator regionu Małopolskiego Przełomu Wisły i jego znakomitego Święta Wina, to wspaniałe postacie, wytrwale, w cieniu zmieniające rzeczywistość na lepsze. Ich wyróżnienie w istocie czyni zaszczyt samemu Magazynowi WINO.

Magazyn WINO kolacja galowa Grand Prix 2011

Kaczka, syrop sosnowy, oscypek - genialne.

Sama Gala Magazynu WINO była nader udana. We współpracy z szefową kuchni Agatą Wojdą znakomite menu skomponowała Ewa Wieleżyńska. Kacze udko z oscypkiem i kieliszkiem Chianti to były szczyty smakoszostwa. A już dziś od godz. 16 otwarta dla wszystkich degustacja ponad 120 win. Będzie można spróbować m.in. Franciacorty od 15 producentów. To pierwsza tak szeroka prezentacja w Polsce tych świetnych win musujących. Wizyta obowiązkowa dla każdego winomana.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »