Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Andaluzja’

Pół roku temu sygnalizowałem mocne wejście Roberta Mielżyńskiego z ofertą sherry, porto i madery i degustowałem jedno z win słynnego domu Lustau. Tym razem Ignacio López de Carrizosa z Jerez przedstawił aż osiem win z tej bodegi, od szklistej jak marmurowa płyta Manzanilla Papirusa po gwałtowne jak 8 w skali Richtera 30-letnie Palo Cortado VORS.

Lustau Sherry Palo Cortado VORS 30 Years Old

Smakowe trzęsienie ziemi.

Styl Lustau i tak wydał mi się stosunkowo elegancki i dopieszczony w porównaniu do innych czołowych sherry takich jak Vinícola Hidalgo czy Valdespino. Oloroso del Puerto José Luis González Obregón mimo brunatnej barwy i pełnego utlenienia jest winem niemal delikatnym, wciąż pełnym owocu, soczystym, zniuansowanym, na pewno nie krzykliwym w swych nutach starej politury i prażonych orzechów (82 zł / 500 ml). Amontillado Escuadrilla (82 zł / 750 ml) to wino o fantastycznej długości i soczystej konsystencji, ale przecież czyste i mineralne niemal jak sherry fino, którym było kilkanaście lat wcześniej, zanim pozwolono mu się utlenić. W kategorii superciężkiej Pedro Ximénez San Emilio (49 zł / 750 ml) i PX VORS 30-letni (244 zł / 50 ml) zamiast zamulać podniebienie gęstością oleju silnikowego, zaskakiwały dobrą świeżością owocu i subtelnymi nutami korzennymi. Po obiedzie z innymi sherry padłbym pod stół i obudził się nazajutrz; po spotkaniu z Lustau poszedłem na długi spacer tylko trochę zawiany (wina dochodzą do 21% alkoholu).

Lustau Sherry Oloroso Almacenista Jose Luis Gonzalez Obregón

Finezyjne oloroso – sprzeczność?

Dziwne są to wina, wymagające przestawienia nie tylko kubków smakowych na tę wysoką kwasowość, mocne nuty słone, kwasowość lotną, utlenienie, lecz również przestawienia głowy na ich bardzo dużą złożoność, aromatyczną moc (bukiet można analizować z cudzego kieliszka stojącego w drugim końcu sali), gwałtowność smaków. Przyzwyczajeni do win maksymalnie wyczyszczonych, wypolerowanych, tropiący najmniejsze oznaki brettu czy niedojrzałych pirazyn w naszych Sauvignonach i Merlotach, wpadamy tutaj w obszar dużego mikrobiologicznego rażenia. Takiej octowej mocy i zjełczałych nut oleisto-kamforowych jak w Palo Cortado VORS nie przepuściłaby nawet najbardziej łaskawa komisja apelacyjna na świecie. Sherry jest winem zepsutym na podobnej zasadzie, jak zepsutym mlekiem jest roczny niepasteryzowany Camembert; trzeba to zaakceptować. A nie jest to łatwe; parę miesięcy temu podałem grupie niekoniecznie opętanych winem przyjaciół butelkę Lustau Puerto Fino (to i tak najbardziej zbliżone do „normalnego” wino tego producenta) i ich gwałtowne „nie” zaskoczyło mnie. Delikatna nuta jodowa skojarzyła się z myciem naczyń i wypicie kieliszka nie wchodziło w grę.

Lustau Sherry Puerto Fino

Hit czy kit?

Piszę o tym z bólem, ale i zrozumieniem; do świata sherry nie da się wpaść jak po ogień na chwilkę przyjemności. W większym stopniu niż do porto i podobnie jak do madery trzeba się do nich przyzwyczaić. Mają w sobie coś podobnego do bardzo dobrych whisky albo bardzo wyszukanych herbat: spowalniają czas. Ich smak ciągnie się długie minuty, więc nie ma sensu brać od razu drugiego łyka; samo opisanie koloru to często dłuższa chwila, bo jak uchwycić tę współgrę złota, żółci, pomarańczu, brązu, beżu, brunatności, a wręcz i zieleni? Zaś analiza bukietu trwa czasami kwadrans i nie wyczerpuje tematu. Parę lat temu wyprodukowałem taki na przykład opis nad kieliszkiem Amontillado Fontádez Florido:

Średnio brązowe z odcieniami czerwonymi, bardzo ciemny kolor jak na amontillado. Pierwszy nos: karmel, stare drewno, lakier, prażone migdały, a także fascynujące nuty malin, płatków różanych, owocowej ratafii, wręcz perfum. Otwiera się bardziej w kierunku nut aptecznych, znów lakier, głóg, siarkowodór, trochę spirytusu, świeżo pieczony chleb, nuty mięsiste (pieczona wieprzowina albo kaczka), olej słonecznikowy. A także nuta likieru z pigwy. W ustach bardzo wytrawne, o swoistej, „bawełnianej” fakturze. Smaki głównie cytrusowe, mirabelka, surowa pigwa, intensywność rośnie w końcówce. Całkiem długie i bardzo słone. Bardzo wysoka kwasowość. Z czasem staje się mniej masywne, bardziej balsamiczne, rozwija nuty prażonych orzechów laskowych, oleju piniowego, a w końcówce znów pigwowa kwasowość i lakierowa gorycz. (itp., itd.).

Nie chodzi o ćwiczenie literackie, lecz próbę oddania niebywałej złożoności zwłaszcza tych lepszych sherry. Jednak pomimo swej wspaniałości wina te mają dziś trudności ze znalezieniem nabywców. Trudno się dziwić – tak są dziwne. Kiedyś przysłowiowa ciocia (zwłaszcza na Wyspach) trzymała otwartą butelkę w kredensie i raczyła wnuki przy każdej okazji. Dominacja słodkich sherry (stanowiących w istocie eksportowe erzace sherry „prawdziwego”, które jest zawsze wytrawne) nadal stanowi zresztą problem na wielu rynkach. Najtęższe głowy zastanawiają się, jak uatrakcyjnić sherry dla młodego konsumenta. Było już amontillado on the rocks, wczoraj usłyszeliśmy, że najlepsze jest jako digestif. Zgadzam się, ale ile tych digestifów się pije w ciągu miesiąca? Wspaniale byłoby wylansować sherry jako wino gastronomiczne, bo w istocie sprawdza się tam, gdzie nie pasuje żadne inne wino (odkryciem wczorajszej degustacji był orientalny królik słodko-kwaśny ze słonym oloroso: genialne!), no ale i to będzie wymagało przełamania smakowych lodów.

królik w sosie słodko-kwaśnym

Sos słodko-kwaśny i słone wino: genialne.

Przyjemność z picia tych win ma więc dodatkowy wymiar obcowania z czymś trudnym i rzadkim. I całe szczęście, bo po latach pisania, że sherry to najlepsza cenowa okazja wśród wielkich win tego świata, muszę nieco zrewidować ten pogląd. Co prawda podstawowa gama win Lustau dostępna jest u Mielżyńskiego po 50 parę złotych i zasługuje na ten wydatek choćby ze względu na osobowość, ale najciekawsze tutaj wina almacenista (króciutkie serie po paręset butelek) kosztują już 80 zł za mniejszą flaszkę (500 ml). Za wino starzone kilkanaście lat w beczce nie jest to cena wygórowana, ale wbudza należny respekt i sprawia, że do kieliszka nalewa się je mniejszymi kroplami.

(więcej…)

Read Full Post »

Niedawno pisałem o rozterkach przed półką w nowym sklepie Mielżyński All Around Wine. Tak naprawdę nie byłem z Państwem do końca szczery. Rozterek nie było, bo od dawna marzę tylko o sherry i mocny desant tego wina na Burakowskiej przyprawił mnie o kilka niespokojnych nocy. Sherry Lustaua to ekstraklasa, a najbardziej podniecający jest fakt, że Robert Mielżyński oferuje także arcyrzadkie etykiety z serii Almacenista. (W skrócie: sherry to wino mieszane przez hurtownika z dziesiątków różnych składników, a Almacenista to unikalna możliwość spróbowania takiego składnika w stanie czystym). Kilka flaszek z tej serii, jak Palo Cortado Vides 1/50, Amontillado Rosario Farfante 1/2 czy Oloroso Ángel Zamorano 1/16, należy do wielkich win mojego życia.

Wysupłałem wiec niemałe 92 zł za 500 ml eliksiru i zakupiłem Manzanilla Amontillada 1/21 od Manuela Cuevasa Jurado. Manzanilla to jasne wytrawne wino białe, starzone pod błonką drożdżową w atlantyckim porcie Sanlúcar de Barrameda. Amontillado to każde sherry, kiedy zaczyna się utleniać i traci tę drożdżową błonkę. Choć z manzanilli produkuje się sporo amontillado, niemal nigdy nie butelkuje się go w połowie drogi między dwoma stanami skupienia, tak jak tu. „1/21” oznacza, że dobry pan Cuevas posiada wszystkiego 21 beczek. Tyle teorii.

Najlepsze na czwarty dzień po otwarciu.

Bede z Państwem szczery – wino mnie nie zachwyciło. Czuję dojmujący głód amontillado, wina, którego w dobrej wersji praktycznie nie dało się przed Mielżyńskim w Polsce kupić. W amontillado lubię jednak pazur, drapieżność, intensywność nut słonych, kwasowość jak w tokaju, a zapomniałem, że manzanilla jest z natury delikatna i takie też będzie zrodzone z jej łona amontillado. Niby było tu wszystko – niebagatelna złożoność, nuty rosołowe, przyprawowe jak trzeba, świetne wyważenie, niedostrzegalne 17,5% alk. – ale brakowało tej kropki nad i. Jak często, gdy ścigamy miraże złudnego szczęścia i nadbudowujemy wino nieznośnym nawisem sensów (pisałem o tym przy okazji Château Margaux).

Lecz muszę być szczery do końca – dopadł mnie „efekt Daszkiewicza” – wino najbardziej smakowało mi na czwarty dzień po otwarciu, gdy przestałem w nim obsesyjnie doszukiwać się tego, czego w nim nie ma. Popijane w pogodzeniu koło północy pokazało i kropkę nad i, i więcej słoności, życia, barw. Takich win nie ma wiele na świecie i może kiedyś nie będzie ich już wcale – pijmy je, póki są.

(więcej…)

Read Full Post »

Król co roku zwykł spraszać na festyn do zamku. Zaprasza królów i książęta z innych królestw. Do pieczystego leją się najlepsze wina świata, w tym klasyfikowane Bordeaux z nowego rocznika, w tych dniach sprzedawane za swą wagę w złocie. Festyn u króla to być może najwspanialsza impreza degustacyjnego kalendarza (słówko o tej samej imprezie w 2010 i 2009 roku).

Kolejne śniadanie na trawie.

Choć organizuje festyn z wielkoduszności, król ma wielu przeciwników, którzy kwestionują jego panowanie. Wątek ten ciągnie się od lat i opiera na rożnych argumentach. Król miał mieć najwyższe marże we wszechświecie, beznadziejną obsługę klienta, marną kuchnię a jego sukces miał być wymysłem salonu i fanzina.

W sumie 268€ za nieistniejącą butelkę rocznika 2010.

Król sobie z tego polskiego piekiełka mało robił i robił swoje. Rozszerzał ofertę, rozbudowywał sklep i restaurację otworzył filię w Poznaniu, dziś szuka idealnej lokalizacji na kolejne miejsce w Warszawie. Od 2004 roku klientela powoli ewoluowała: miłośników i przyjaciół wina zastępowali ekspaci i celebryci. I jednym, i drugim Robert Mielżyński potrafił jednak zaoferować to, czego pragną. Popularność winiarni na Burakowskiej w Warszawie nie malała. Nie zabił jej ani kryzys, ani zakaz palenia w lokalach, ani konkurencja (o której słówko w tym tekście i komentarzach doń).

Jedna z 40 nowych etykiet w katalogu.

Rok 2011 jest rokiem dużych zmian u Mielżyńskiego. Subtelną zmianą jest rozmnożenie win w najniższych cenach. Przedział <30 zł nie był nigdy mocną stroną tego importera, lecz dziś jest lepiej niż kiedykolwiek. Langwedockie Capucine, portugalskie Vinha da Palha, walenckie Castaño Rosca to fenomenalne w swych cenach propozycje, bijące na głowę wina w analogicznych cenach z marketów. (Do tego tematu wkrótce wrócę). Pojawiło się także sporo propozycji w małych butelkach (m.in. Teroldego Foradori czy Nussberg Alte Reben wiedeńskiego Wieningera) oraz w magnum (m.in. bestsellery – Quinta do Vallado i Lan Crianza czy Château Greysac).

Tom Benns przedstawia wina Bürklin-Wolf.

O wiele ważniejszą sprawą są nowe nazwiska w katalogu. A są naprawdę głośne. Dr. Bürklin-Wolf to przecież jedna z najjaśniejszych niemieckich gwiazd (50 zł za podstawowego Rieslinga, 92 zł za mineralny, surowy Gerümpel 2009, 195 zł za wybitny, choć jeszcze zamknięty Pechstein 2009; wcześniej wina dostępne w katalogu Jung & Lecker). Tesch to mniej medialna winiarnia z Nahe, która wszak ma swoich zagorzałych zwolenników (Königsschield 2009 za 64 zł wydał mi się na razie dość prosty; nie próbowałem Rieslinga i Weissburgundera w litrowych butelkach po 41 zł). Bott-Geyl to prestiżowa posiadłość alzacka; tym nabytkiem Mielżyński wypełnił jedną z boleśniejszych luk w swoim katalogu (Pinot Gris 2007 i Gewurztraminer Les Éléments 2009 były arcytypowe i świetne w swych cenach 70 i 81 zł, a musujące Crémant to jedne z solidniejszych bąbelków za 62 zł); czekam na wypełnienie kolejnej, czyli Beaujolais. Amatorów Dolinu Rodanu zaciekawią wina Delas Frères i Domaine Courbis. Tzw. perełki pojawiły się także ze strony winiarni już dobrze znanych, np. winifikowana w amforach Nosiola Fontanasanta 2009 od Foradori. (Notabene to wino oraz Bürklin-Wolf to jedne z lepszych „win na lata” aktualnie do kupienia dla posiadaczy pociech z rocznika 2009; 15-letnie co najmniej starzenie gwarantowane).

Najbardziej ekscytujący debiut 2011 roku.

Najbardziej jestem jednak poruszony nowy projektem Mielżyńskiego nazwanym All Around Wine. Zgodnie z nazwą znajdziemy tu kieliszki (od tanich Schottów po dizajnerskie Zalto), korkociągi, korki do szampana, wiaderka do lodu (te ostatnie przedmioty w bardzo atrakcyjnych cenach), oliwy, octy, a nawet oprawione ilustracje autorstwa Marii Mielżyńskiej. Najwspanialszym jednak wakacyjnym prezentem jest świetna selekcja porto, sherry i madery. Sam już nie wiem, czy mam większą chęć spróbować Quinta do Vallado Tawny 20-letnie, Vintage z Quinta do Vale Dona Maria (dostępne roczniki 2001, 2003 i 2005 po 210–250 zł), 10-letniego Bual z Henriques & Henriques, starych armaniaków Marka Darroze’a czy może legendarnego amontillado i oloroso z serii Almacenista Lustaua?

Marzę, kocham, śnię...

Porto czy sherry przez wiele lat były w Polsce winami „niesprzedawalnymi” i przyklejały się do półek na wiele sezonów. Nie udawało się przekonać Polaków ani do tanich, ani drogich wersji. Robert Mielżyński daje tym dziwnym, wspaniałym winom osobne miejsce i własne nazwisko. Jeśli nie uda się jemu, to chyba nikomu.

(więcej…)

Read Full Post »

Smak wiosny

Wiosna to smaki. Młodziutkich rzodkiewek, szparagów, miniburaczków na jeden kęs, pierwszych truskawek. A wino? Konstytucyjna większość odpowie zapewne: Riesling. Jego rześkość i hiperowocowy bukiet – szczególnie w soczystej, kwaskowatej wersji Kabinett – faktycznie są wymarzone na słoneczne, ciepłe dni. Może też być Silvaner, Sauvignon, Muskateller, młody Veltliner i jeszcze moc innych lekkich win białych.

Mnie wiosna nieco paradoksalnie kojarzy się z sherry. Sherry fino i manzanillą. Paradoksalnie, bo to przecież diablo mocne wina (15%), całkiem odmienne od nakreślonego wyżej świeżo-kwaskowatego paradygmatu. A jednak w mocno ochłodzonym (lubię sobie nawet takie wino podmrozić w zamrażarce i nalać do kieliszka w zaledwie 3–4o) jasnym sherry muy seco jest coś, co kojarzy się z nową wiosną, rozkwitającym życiem, świeżym, nie za słodkim smakiem nowych owoców. Fino i manzanilla to przecież wina żywe, które do ostatniej chwili przez butelkowaniem dojrzewają na żywych drożdżach, bezustannie wzbogacających wino w nowe smaki i nadających mu rzadko spotykanego dynamizmu i intensywności.

Od niedawnych urlopowiczów w Andaluzji w miłym prezencie otrzymałem dwie butelki najlepiej sprzedających się tam sherry: Fino Tío Pepe González Byass oraz La Guitę od Hijos de Rainera Pérez Marín. Oba produkowane są w przemysłowych ilościach (solera, czyli system beczek używanych do starzenia Tío Pepe, liczy aż 30 tys. sztuk!) i dostępne praktycznie w każdym hiszpańskim sklepie i restauracji. To diablo solidne i regularne wina. Z butelek, które z nieposkromionym apetytem wypiłem w zeszłym tygodniu, La Guita okazała się zdecydowanie lepsza. Fantastycznie świeży smak jabłek, sporo morskiej soli (to wymagana nuta w prawdziwej manzanilli, dojrzewającej w magazynach położonych na atlantyckim nabrzeżu), nie tak wiele nut drożdżowych zwykle utożsamianych z sherry. Pomimo mocy przekraczającej wszystkie właściwie „normalne” wina białe piło się to z niebezpieczną łatwością i po niecałej godzinie flasza była opróżniona.

La Guita to sznurek, którym kiedyś lakowano flaszkę dla jej ochrony przed nieautoryzowanym piciem.

Czemu mi tak smakowało? Wiosna, dobre schłodzenie, tęsknota za sherry – tak, ale doszedł do tego jeszcze jeden ważny czynnik. Butelka przywieziona w końcu marca z Hiszpanii była diablo świeża. To dla sherry sprawa kluczowa (pisał o tym już Andrzej Daszkiewicz). Im świeższe, tym lepsze. Bo sherry fino jest tym lepsze, im mniej czasu spędziło bez swych życiodajnych drożdży. Dlatego kupując takie wino należy bezwzględnie sprawdzić datę butelkowania na kontretykiecie i w zasadzie omijać flaszki starsze niż pół roku. A bawiąc w Hiszpanii najlepiej poszukać fino datowanych porami roku (rama de primavera oznacza butelkowanie wiosenne, najbardziej cenione ze względu na wzmożoną aktywność biologiczną budzących się do nowego życia drożdży).

U nas to pieśń przyszłości i z przykrością stwierdzam, że u polskiego importera La Guity – Dom Wina – flaszki czekają na zakup zwykle ponad rok. Ale to też trochę nasza, winomanów, wina. Kupujmy więcej sherry, a zapasy będą częściej odnawiane!

Read Full Post »