Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for the ‘wydarzenia’ Category

Jeśli dziś pierwszy wtorek listopada, to Magazyn Wino przyzna swoje nagrody Grand Prix. Wyczekiwane? Nawet jeśli nie czekacie na nie z zapartym tchem, pozostają punktem odniesienia, bo tak jak pisałem rok temu – ważniejszych nagród winiarskich w Polsce nie ma. Magazynowych medali nie przyćmił na razie konkurs EnoExpo ani punkty i punkciki przyznawane przez różne portale.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (3)

Strictly blind.

Od poprzedniego Grand Prix, które krytycznie skomentowałem, co spotkało się z krytycznymi komentarzami, a którego bilans był w sumie pozytywny, upłynął rok i wiele wody w Wiśle. Drogi moje i Magazynu Wino się coraz bardziej rozchodziły i może dlatego, zasiadając dzięki uprzejmemu zaproszeniu red. nacz. Tomka Prange-Barczyńskiego miesiąc temu w komisji, które miała medale rozdać, nie potrafiłem się jakoś podniecić tą degustacją w ciemno „najlepszych win roku”. (Uczestniczyłem tylko pierwszego dnia – wina białe). Połączenie nienajwyższej formy degustacyjnej, nienajlepszych warunków tejże degustacji czy wreszcie rosnącego sceptyzymu wobec idei tego panelu – dość, że finaliści mnie jakoś zmęczyli i zirytowali. Innym wszakże smakowali, punkty postawiono, wybrańców wybrano, a werdykt poznamy dziś wieczorem o godzinie 20 (relacja na żywo na Facebooku i Twitterze Winicjatywy, a lista zwycięzców z komentarzem na naszym portalu jeszcze dzisiaj w nocy).

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (1)

Degustacja postindustrialna.

Zirytowały mnie na przykład „wina białe do 50 zł”. Samej kategorii (która zastąpiła dawną „do 30 zł”) Magazyn Wino nie zmienił, na moje pytanie dlaczego – skoro 90% polskiego rynku to wina do 30 zł, a dostępność tanich win jest generalnie coraz lepsza – usłyszałem, że tylko ja miałem w zeszłym roku zastrzeżenia do tej zmiany… Skutek jest jednak taki, że wielu finalistów w kategorii do 50 zł wypada słabiutko – próbowaliśmy np. rozwodnionego Verdejo, słabej Portugalii, żadnawego Sauvignon z Chile, które od biedy byłyby smaczne do 30 zł. Jakieś tam emocje wzbudził tylko tani (właśnie dlatego, że tani) Furmint i zdecydowanie wyróżniający się w tej klasie Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011. Paradoks tego ostatniego wina polega na tym, że od wielu miesięcy kosztuje ono… 59,90 zł! Jego startem w kategorii do 50 zł zdziwiony był nawet importer – Robert Mielżyński, który jednak zachował się przyzwoicie i od razu po moim pytaniu obniżył cenę do 49,90 zł.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (6)

Naprawdę dobra była degustacja win słodkich. Oto mój faworyt.

Z droższych win wyróżniłem ku swojego zdziwieniu Pinot Grigio Punggl 2011 od Nals Margreid z Alto Adige i burgundzkie Jaeger-Defaix Rully Mont-Palais 2010 od Mielżyńskiego, natomiast jakoś zniknęło w tłumie np. drogie memu sercu Coto de Gomariz Albariño X 2010 (Ardi). Wśród najdroższych złoty medal w ciemno przyznałem niedawno polecanemu na Winicjatywie Albert Mann Riesling 2009 (Vinoteka13), którego kolosalną zaletą poza wspaniale finezyjnym smakiem jest cena 105 zł. Natomiast znudziły mnie i zmęczyły m.in. biała Redoma Reserva 2009 od samego Niepoorta czy lubiany w innych okolicznościach Riesling Kalmit od Leinera. Oczywiście degustacja w ciemno to tylko degustacja w ciemno, krótki moment w życiu wina, niekoniecznie ostra fotografia czegoś, co wciąż żyje i się rusza – szkoda, że obiektyw poruszył się akurat w najważniejszym momencie.

Z przecieków wynika, że wśród medalistów w tym roku znajdą się rzeczony Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011 , francuski Château Puy-Servain Terrement 2010 (solidne Sauvignon prawie z Bordeaux, Winkolekcja), do 100 zł można się spodziewać naturalistyczno-oksydowanej bomby w postaci utlenionego Ageno 2007 (Konfederacka4). W najwyższej kategorii win białych murowanym medalistą jest właśnie Albert Mann Riesling i bodaj burgund Chassagne-Montrachet 2007 od Colin-Morey (również Vinoteka13). Wśród tanich win czerwonych laury zbierze pyszny rodański Plaisir (Enoteka Polska), droższych – Valpolicella Fabiano (Wina.pl) i zaskakujące Chianti Il Margone 2005 od Il Molino di Grace (Vini e Affini).

Magazyn Wino Grand Prix 2012

Słodkich c.d. Cudownie elegancki muszkat.

Jeżeli chcecie spróbować tych win, lepiej się pospieszcie. Dla wszystkich zainteresowanych nie wystarczy. Magazyn Wino w kontrowersyjnych zasadach swojego Grand Prix nie zmienił w tym roku nic poza drobnym szczegółem – nie obowiązuje już minimalna dostępność nagrodzonych win. Z limitami (120 butelek dla najdroższych win i odpowiednio więcej dla tańszych) były same kłopoty, buntowali się importerzy, którzy po sezonie zostawali z niesprzedanymi flaszkami. Trudno się im dziwić, skoro na nasz mikrorynek sprowadzają niektórych etykiet po 12 czy 24 sztuki. Tyle się sprzedaje w Polsce (pewnych) drogich win. Redakcja MW zapewniła mnie gorąco, że monitoruje dostępność win. Mam nadzieję, że robi to na poważnie. Nawet pobieżne sprawdzenie kilku potencjalnych medalistów ujawniło bowiem dramatyczne sytuacje. Taniego Plaisir czeka na klientów ponad 300 flaszek, ale niektóre wina dostępne są niekiedy jedynie w 30–50 sztukach. Rekordzista – w 2 (dwóch) szt. A wiele win w sklepach w ogóle nie ma, czekają na dostawę (niekiedy nowego rocznika). Nie uświadczymy więc aktualnie Furminta Dereszla ani Örökké od St. Andrea. Doszło wręcz do kuriozalnej sytuacji, gdy jedno z drogich win czerwonych zostało w finale ocenione i bardzo docenione przez jurorów, a potem wycofane z powodu braku dostepności.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (4)

Słodkich c.d. Czarny koń wyścigu, bo kto widział medal dla Recioto?

W tym przypadku importer przynajmniej się przyznał. Lecz w tym chocholim tańcu pomiędzy stanem magazynowym importera a wyrywkową kontrolą Magazynu Wino to co najważniejsze, czyli interes czytelnika i konsumenta, nie jest należycie zagwarantowane. Skoro roczniki większości win zmieniają się na rynku wiosną, może należałoby konkurs organizować i ogłaszać jego wyniki w czerwcu, tak jak to się dzieje w najważniejszych konkursach na świecie, takich jak DWWA czy IWC?

Jeśli chodzi o skład finałowej degustacji, od zeszłego roku (zob. infografikę tutaj) praktycznie nic się nie zmieniło. Na 89 win dopuszczonych do finału prawie 1/3 stanowiły wina francuskie. Czwartemu największemu producentowi wina na świecie – USA – trafiły się dwie butelki, piątemu – Argentynie – żadna. Mnie akurat brak medali dla win kalifornijskich nie smuci, ale reprezentatywność tego panelu jest, tak jak była, umowna. W sumie nie ma w tym nic złego, lecz Grand Prix MW powinno się reklamować nie jako nagrody dla „najlepszych win roku”, tylko dla „najlepszych win z określonych krajów, nadsyłanych do oceny przez importerów pod warunkiem, że jest ich w sprzedaży wystarczająco dużo”.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (2)

Słodkich c.d. Taki czołg, że chyba na złoto (choć nie moim głosem).

A teraz zapomnijcie o moim zrządzeniu i wybierzcie się na jutrzejszą degustację Grand Prix Magazynu Wino od godz. 17 w Reducie Banku Polskiego. Będzie można spróbować 200 dobrych win m.in. z Egeru oraz tak egzotycznych miejscówek jak Chorwacja, Morawy i Słowenia. To będzie naprawdę świetna degustacja, a lista win jest imponująca. Bilety można rezerwować tutaj oraz (taniej) tu.

(więcej…)

Read Full Post »

Bez makijażu

Robert Mielżyński zorganizował pionową degustację słynnego wina Granato Elisabetty Foradori. (Dlaczego inni importerzy nie organizują degustacji pionowych, czyli tego samego wina w kilku rocznikach?). Okazją i pretekstem był film, który już jutro, w niedzielę 28.10 możecie zobaczyć na Kuchnia+ Food Film Fest: Natura, kobiety i wino (reż. Giulia Graglia) opowiada o czterech winiarkach, które poświęciły się naturalnej uprawie winorośli i naturalnemu winiarstwu (oprócz Foradori są to Nicoletta Bocca z piemonckiego San Fereolo, Dora Forsoni z Poderi Sanguineto w Toskanii i Arianna Occhipinti z Sycylii o której lirycznie pisałem tutaj). Film jest mocny i wspaniały; dawno nie widziałem, by ktoś tak osobiście i głęboko mówił o winie. (Obejrzycie go w warszawskim kinie Kultura o 19:30 a bilety ponoć jeszcze są; dodatkowym atutem filmu jest świetne tłumaczenie na polski autorstwa Krzysztofa Staronia).

Elisabetta Foradori

Elisabetta Foradori. © La Repubblica.

Z Elisabettą Foradori łączą mnie zresztą silne związki emocjonalne. Była pierwszą winiarką, jaką opisałem w tekście dla Magazynu Wino, już całe 10 lat temu. A pite wielokrotnie jeszcze z beczki i po zabutelkowaniu Granato 2004 jest jedną z moich prywatnych legend, jednym z 3–4 najlepszych win, jakie piłem w życiu. Poprzeczka oczekiwań zawieszona była bardzo wysoko.

Był to jeden z najbardziej „korzennych” dni degustacyjnych, jakie pamiętam, nic nie pachniało, wszystko smakowało fatalnie, wilgotne jesienne powietrze oblepiało degustatora jak mgła, garbniki były gorzkie, kwasowość kwaśna, owoc wybył na urlop na południową półkulę. A jednak poprzez mleczną mgłę arcydzielność Granato 2004 przezierała jak reflektor moralnego imperatywu. To genialne wino, nawet dzisiaj, gdy nie jest ani młode, ani stare, ani prawdziwie złożone, ani intensywnie owocowe; genialna jest jego absolutna koncentracja, mikronowe ziarno światowej klasy garbników, jedwabista, gładka jak tafla wieczornego jeziora faktura. Tego trzeba spróbować, by uwierzyć.

Foradori Granato

Granato: kolor ciemnej purpury, ale i odległe wspomnienie początków wina gdzieś na Środkowym Wschodzie.

Granato 2006, które w młodości wydawało mi się winem niemal równym 2004, tym razem nie zachwycił. Nie dał rady mgle, może jeszcze nastoletnio się dookreśla, w każdym razie nie miał ani cudowności faktury, ani drobnoziarnistości garbników, wydał się nieco zielony i szorstki. Natomiast dobrą niespodzianką okazał się 2007, który był dość podobny do 2004: bogaty, sycący, skoncentrowany, raczej słodki niż zielony i od starszego brata odstający głównie wiekiem, a nie jakością. To rocznik aktualnie dostępny u Mielżyńskiego za 178,50 zł i zaryzykowałbym stwierdzenie, że warto.

Foradori vertical @Mielżyński

Prosimy o więcej pionowych degustacji!

Natomiast kolejne dwa roczniki, 2008 i 2009, zbiły mnie z tropu. Są ciekawe, ale zupełnie inne od poprzednich. Beczkowe bogactwo i miękkość zastępuje w nich kwasowa ostrość, nuty zielone, naturalistyczna ekspresja „senza trucco”, czyli bez makijażu, jak brzmi oryginalny tytuł filmu Natura, kobiety i wino. Elisabetta Foradori od kilkunastu lat prowadzi uprawę biodynamiczną, od dekady fascynuje się gruzińskimi amforami, w winnicy ma nawet kilka rzędów saperawi i innych kaukaskich dziwów. Do amfor trafiają od 2009 roku dwa Teroldego z pojedynczych winnic, Sgarzon i Morei. (Wkrótce będą dostępne u Mielżyńskiego). Ich ekspresja jest zupełnie inna niż dawnego Granato (w którego skład wchodziły w czasach przedamforowych): mniej ściśnięte, bardziej otwarte, mają uderzające bukiety korzenno-kwiatowe z owymi dziwnymi nutami ceglanej mączki charakterystycznymi dla win czerwonych z amfory. W smaku są o wiele ostrzejsze, kwasowość w nich hasa bez karcącego bata nowej beczki; są fenomenalnie długie. Nie są z pewnością winami gorszymi, ale zupełnie innymi, do których trzeba się przyzwyczaić, podobnie jak miłośnik Mozarta musi zmienić system operacyjny w głowie, gdy po raz pierwszy słucha muzyki dodekafonicznej. Podobnie zaczyna teraz smakować samo Granato.

Nowa przygoda Elisabetty Foradori (o której pisałem już tu) jest fascynująca i zaprowadzi nas tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Nic już nie będzie takie, jak dawniej. Nieco wbrew sobie, pijąc ostatnie łyki beczkowego Granato 2004, poczułem tęsknotę za tym, co bezpowrotnie mija.

(więcej…)

Read Full Post »

Dziś dopiero wtorek, ale wydarzeniem tygodnia, które na długo zapadnie w pamięci, jest z pewnością wczorajsza degustacja Barolo & Friends zorganizowana m.in. przez Strada del Barolo i Magazyn Wino. Nadzieje były wielkie, bo event reklamowany był od sześciu tygodni na niespotykaną skalę. Któż nie chciałby spróbować „legendarnego”, „monumentalnego Barolo”? Samo Barolo jest może legendarne, ale w Warszawie wczoraj grali (z całym szacunkiem) Ruch Radzionków z Gryfem Wejherowo. Bolesna prawda jest taka, że ci prawdziwie „monumentalni” producenci Barolo nie biorą udziału w tego typu degustacjach, a na polski rynek wkraczają innymi kanałami.

Barolo & Friends Warszawa 2012

Zapowiadało się świetnie.

Barolo & Friends okazało się jednak przydatne w tym sensie, że nawet ci winiarze drugoligowi, mniej znani, nieznani i poboczni zaprezentowali ciekawe wina. O wielkości Barolo świadczy właśnie jakość tego drugiego planu, który na okładki magazynów i listy „Trzech Kieliszków” się nie wybije nigdy lub rzadko, a jednak oferuje sensowne, typowe wina o dużej głębi i strukturze. Moje najlepsze typy z wczorajszej degustacji omówiłem już szerzej na Winicjatywie: pięknie klasyczna, głęboka Schiavenza (do kupienia na Konfederackiej 4 w Krakowie), ładnie zestarzona Bussia Soprana, arcypijalny, świeży i soczysty Scarzello, bardzo garbnikowe Le Strette dla cierpliwych (o tej winiarni pisałem już tu). A spoza Barolo – jego producentów wystąpiło wbrew zapowiedziom tylko 16 – na przykład moje ulubione Dolcetto di Dogliani od Quinto Chionettiego. Większość tych producentów dopiero szuka importerów w Polsce i po wczorajszym dniu jest nadzieja, że niektórzy ich znajdą, chociaż przecież Barolo dostępnych w Polsce jest już bardzo wiele i zbliżamy się do nasycenia rynku.

Nasycone były też sale warszawskiego Bristolu. Do miejsca, w którym prawie udusiliśmy się w czasie gali Magazynu Wino w 2009, nasze przodujące pismo winiarskie zaprosiło tym razem jeszcze więcej osób. W dążeniu do maksymalizacji frekwencji chyba jednak przeholowało. Niepokojące sygnały pojawiały się od kilku dni. Zapisani na seminarium na tydzień przed imprezą otrzymali z redakcji MW maile o następującej treści:

Szanowni Państwo,

Zarejestrowali się Państwo na degustację komentowaną win z Piemontu na godzinę 11;00 w dniu 10 września br.

Informujemy, że jesteście Państwo na liście rezerwowej, gdyż system rejestrujący uległ awarii i zarejestrował wielokrotnie więcej uczestników, niż było dostępnych miejsc.
Bardzo nam przykro informować o tym fakcie, tym bardziej, że usterka została odkryta przed dział IT dopiero wczorajszej nocy.

Wiele osób do sal seminaryjnych ostatecznie nie wpuszczono, a innym proponowano picie z tego samego kieliszka. Kroplą, która przelała dzban, okazała się sprzedaż biletów na degustację poprzez Grouponopodobny portal Mydeal.pl (po 19 zł zamiast 40 zł, które płacili „zwykli” czytelnicy MW). Czytając tę ofertę, przecierałem oczy ze zdumienia. Drogich przyjaciół z Magazynu Wino nie podejrzewam osobiście o tak fatalny copywriting, ale zapraszanie masowego odbiorcy na „rzeki wina, góry serów i trufli… Na imprezie nie ma żadnego limitu degustacji: po prostu podchodzisz i próbujesz wszystkiego, na co przyjdzie Ci ochota”, „nielimitowaną degustację legendarnych win i regionalnych specjałów” to było igranie z ogniem.

Barolo & Friends 2012 MyDeal (1)

Minus 53% – kryzysowa wyprzedaż? © Mydeal.pl.

No i faktycznie „niezapomniana randka” z legendarnymi winami i truflami z Piemontu zakończyła się ogromnym bałaganem. Kolejka chętnych sięgała ponoć aż na Krakowskie Przedmieście, części osób nie wpuszczono do sali i zapowiedziano zwrot pieniędzy. Zmierzch „nielimitowanych serów” ogłoszono przez megafon o godz. 18:11. Żadnych trufli nie stwierdziłem już wcześniej (była tylko oliwa truflowa). Producenci wina dzielnie próbowali sobie radzić z natłokiem pytań o półsłodkie. Trudno się dziwić, że dziś od rana Magazyn Wino otrzymuje niepochlebne komentarze od rozczarowanych użytkowników. (Choć ci, co wyszli przed 17, byli zadowoleni).

Barolo & Friends 2012 MyDeal (2)

Według chińskiego przysłowia… trufle nie pływają w rzece. © Mydeal.pl.

Hiperbola jest podstawą reklamy. Dlatego nie kruszyłbym kopii o sformułowania takie jak „najbardziej intrygujące wina świata”, „Warszawę odwiedzi ponad 30 topowych producentów win”. Truth in advertising powinno być jednak zasadą przyświecającą wszelkim dziedzinom komunikacji międzyludzkiej. Jeżeli się zaprasza na seminarium ze starymi rocznikami Barolo, wypadałoby, żeby sięgały dalej niż tylko rocznika 2008 i 2007. Nielimitowany ser nie może się skończyć po godzinie. A wypraszanie o tejże porze przez głośnik tych, którzy mieli szczęście wejść o godz. 17, „żeby zrobili miejsce dla kolejnych chętnych” każe się mocno zastanowić, dla kogo organizuje się tego typu imprezę? Dla konsumenta czy może dla siebie samych?

(więcej…)

Read Full Post »

VII Konwent Polskich Winiarzy odbył się w Łańcucie. W sobotę w panelowej degustacji spróbowaliśmy przeszło 100 win. Komisja w szerokim składzie (A. Wyrobek, T. Prange-Barczyński, T. Kurzeja, K. Janicki, M. Kapczyński, W. Bosak, M. Jarosz i Państwa uniżony sługa) dzieliła się swoimi smakowymi i enologiczno-technicznymi wrażeniami z winiarzami. Powiem szczerze, że była to czynność ciężka, krępująca i dołująca. Jestem bowiem z natury uprzejmy i układny, a tu dziesiątki razy trzeba było ganić zredukowane, utlenione albo lisie bukiety, krytykować nadmiernie ekstraktywne albo rozwodnione usta, zbyt niską lub zbyt wysoką kwasowość. Ile razy można powtarzać te same argumenty o nadmiernej szaptalizacji, złej dacie wwinobrania, bezsensownym użyciu dębowych wiórów, braku fermentacji jabłkowo-mlekowej w winach czerwonych, utlenieniu, przesiarkowaniu i rozmaitych przykrych problemach.

VII Konwent Polskich Winiarzy Łańcut 2012

Jeden pozytyw: środowisko jest zjednoczone.

Trzy lata temu po IV Konwencie w Niepołomicach pisałem, że największym wyzwaniem dla polskiego wina jest profesjonalizacja. Słowa te nie straciły nic na aktualności. Poziom techniczny wielu, zbyt wielu win jest bardzo niski, więc nie ma co się dziwić, że nie trafiają do normalnej sprzedaży. I nie ma co się dziwić, że poziom jest taki niski, skoro winiarze są amatorami–pasjonatami z minimalnym bądź żadnym przygotowaniem merytorycznym, otrzymują minimalne lub żadne wsparcie techniczne w zakresie enologii (szczęśliwi ci, którzy mogą sobie pozwolić na usługi kilkorga czynnych w Polsce konsultantów, choć i to nie zawsze pomaga) i generalnie poruszają się jak dzieci we mgle.

Czy bez tego się nie da? Da się, ale jest to niezwykle trudne. Na dzisiejszej, niedzielnej degustacji próbowałem dobrych win spoza kręgu winiarzy „profesjonalnych”, ale było ich dosłownie kilka. Reszta w najlepszym razie była średniej klasy, pijalna, w najgorszym – nadawała się tylko na kursy enologii do omawiania wad. Probierzem dramatycznej sytuacji był fakt, że wielu winiarzy uczestniczących w sobotnim panelu nie wiedziało, co to jest brett albo merkaptany, a w spontanicznym głosowaniu większość deklarowała, że szalenie jej smakują wina kompletnie utlenione.

VII Konwent Polskich Winiarzy Łańcut 2012

Drugi pozytyw: Konwent z roku na roku jest coraz bardziej reprezentatywny.

Polskie winiarstwo wciąż nie przeszło pełnej weryfikacji rynkowej, choć niekiedy przecież te utlenione wina smakują też konsumentom. Tam, gdzie polskie wina weszły już w komercyjny mainstream – jak wielokrotnie opisywane przeze mnie butelki od Płochockich, Jaworka, Adorii itd. – o utlenieniu i merkaptanach już nie ma mowy, dyskutujemy teraz, czy beczki w Adorii nie ma trochę za dużo, czy cukier resztkowy u Płochockich jest zrównoważony, czyli zajmujemy się tym, czym winomani w każdym normalnym kraju winiarskim.

Krótko mówiąc, oczekiwane zmiany na lepsze w polskim winiarstwie właściwie nie zaszły albo zachodzą bardzo powoli. Rocznik 2011 – ze znakomitym końcem lata i piękną jesienią – okazał się niewykorzystaną szansą, bo przy tym poziomie technicznym dobre wina – zwłaszcza białe – same się nie zrobią. (Choć na jakości polskiej bieli zaważył też niezbyt piękny lipiec, o czym w wielu komentarzach się zapomina). Ogólna porażka rocznika 2011 wynika jednak z przyczyn głębszych – złego doboru miejsc pod winnicę i przede wszystkim złego doboru odmian winorośli. Te wszystkie Bianki, Aurory, Sibery, odeskie Muszkaty po prostu dobrych win dać nie mogą i nie pomoże w tym najbardziej śródziemnomorska pogoda. Sadzone były dlatego, że w naszym podłym klimacie regularnie rodzą winogrona, a nie dlatego, że z tych winogron da się zrobić dobre wino. Mają lisie zapachy (akurat ciepły sezon tę sprawę wręcz pogorszy), niezintegrowaną kwasowość, suche garbniki z grubych, mających chronić przed chorobami skórek. Tam, gdzie winiarze mieli odwagę (i możliwości) posadzić Rieslinga, Pinot Gris, Traminera, choćby krzyżówkę nowej generacji taką jak Johanniter czy Seyval Blanc – rocznik 2011 wypadł przyzwoicie. Poziom win czerwonych w Polsce jest dlatego trochę wyższy, że po pierwsze, intensywnym owocem i ekstraktem można przykryć pewne techniczne wady, a po drugie – dominujące u nas odmiany Regent i Rondo są zdecydowanie ciekawsze od większości odmian białych.

Tyle smutnych podsumowań, pochwała najciekawszych win w kolejnym wpisie.

VII Konwent Polskich Winiarzy

Trzeci pozytyw: mamy liderów i potrafimy zorganizować dużą winiarską imprezę. (Na zdjęciu Roman Myśliwiec).

Zobacz także: fotoreportaż z Konwentu, Mariusza Kapczyńskiego zdjęcia oraz historia Konwentu Polskich Winiarzy, sprawozdania Agnieszki Wyrobek-Rousseau, Tomasza Prange-Barczyńskiego i Kuby Janickiego.

(więcej…)

Read Full Post »

Niespodzianki nie było. Najlepszym zawodnikiem tegorocznego Święta Wina w Janowcu nad Wisłą był winiarski Messi, czyli Maciej Mickiewicz. Właściciel Winnicy Solaris i konsultant Dom Bliskowice zgarnął 7 z 11 medali, czyli „Kart Małopolskiego Przełomu Wisły”, swoistych certyfikatów apelacyjnych, które komisja w składzie Tomasz Kurzeja (Magazyn Wino), Kuba Janicki (Kontretykieta / Winicjatywa) oraz niżej podpisany przyznała według tych samych kryteriów co rok temu.

Najlepszym winem białym okazało się Tramini 2011 z Winnicy Solaris, a najlepszym czerwonym – jej Rondo 2011. Do końca o złoto walczył Cabernet Cortis 2011 z Domu Bliskowice, któremu ostatecznie nie pomogły nazbyt wyraziste nuty zielonej papryki, ponadto nie mógł się pochwalić tak ładnymi garbnikami, jak rzeczone Rondo. Pozostałe wina Domu Bliskowice – biały Johanniter i czerwony Regent – reprezentowały wysoki poziom i bez trudu zdobyły Kartę. Do paru win z Winnicy Solaris miałem zastrzeżenia – Solaris chyba nie dojrzał dostatecznie i atakował aromatem proszku Ixi, nie porwał mnie czerwony Leoncio – lecz nie zmienia to faktu, że jest to obecnie najsolidniejszy producent na ziemiach dawnego zaboru rosyjskiego.

Co u innych? Komisja wyróżniła półwytrawny (a właściwie półsłodki w smaku) Solaris 2011 z nowej Winnicy Modła, rzutką, lekką białą Cuvée 2011 z Winnicy Wieczorków oraz dwa wina z Winnicy Pańska Góra Wojciecha Włodarczyka i Katarzyny Niemyjskiej, smaczne różowe Léon Millot 2011 oraz klasyczną, chłodną, mineralną Siberę 2011. Ale i tu nie obyło się bez wpadek, bo w ogóle mi nie smakował czerwony Maréchal Foch 2011, ponadto nieinterwencyjne podejście do zawartości alkoholu, chwalebne, gdy w chłodniejszych rocznikach bez kombinowania zostawia się 10,5% alk., odbiło się rykoszetem w 2011 – jedno z win osiągnęło 14,9% i to jak na te szczupłe polskie ciała jest chyba za dużo.

This slideshow requires JavaScript.

No właśnie, rocznik 2011 wypadł nieco poniżej oczekiwań. Na kwietniowej prezentacji polskich win zorganizowanej przez Winicjatywę podarował wrażenia bardzo pozytywne, wiele etykiet wypadło najlepiej w swojej krótkiej historii, natomiast w Janowcu szczególnie wina białe wydały mi się pozbawione wyrazistszego owocu, na który dawał nadzieję ten ciepły, słoneczny sezon. Wina czerwone w swym ogóle wypadły lepiej – to nie pierwszy raz, gdy Polska paradoksalnie okazuje się krainą czerwieni.

W sobotę odbyło się na janowieckim zamku Firlejów Święto Wina, z rekordową frekwencją zarówno po stronie publiczności, jak i miejscowych winiarzy. W wiosennym słońcu piłem nadwiślańskie wina mniej analitycznie, bardziej beztrosko – wiele z nich smakowało mi jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia. Klasę potwierdził Dom Bliskowice. Winnica Pasjonata zaskoczyła mnie dobrą Bianką 2011. Winnica Słowicza przedstawiła całkiem niezłą białą Cuvée 2011 w kluczu lekkiego, odświeżającego, wytrawnego wina do szparagów. Z Winnicy Rzeczyca, do której w czasie panelu nie mogłem się przekonać, spodobały mi się biała Cuvée i Hibernal.

Małopolski Przełom Wisły to już nie tylko samotny lider i daleki peleton. Jeszcze trochę i uzbiera się zespół dobrych solistów. Problemów jest jeszcze sporo – oprócz powtarzających się wad technicznych niestety nieszczęsna dominacja mieszańców, które dość nisko ustawiają szklany sufit jakości, przez który polskie wina przy najlepszych chęciach się nie przebiją. Ale zmiany na lepsze są i pozwalają z rozsądnym optymizmem spojrzeć w przyszłość.

Wina z rocznika 2011, które otrzymały „kartę Winnic Małopolskiego Przełomu Wisły”:

  • Dom Bliskowice Johanniter 2011
  • Dom Bliskowice Cabernet Cortis 2011
  • Dom Bliskowice Regent 2011
  • Winnica Modła Solaris półwytrawne 2011
  • Winnica Pańska Góra Sibera 2011
  • Winnica Pańska Góra Léon Millot Rosé 2011
  • Winnica Solaris Tramini 2011
  • Winnica Solaris Hibernal 2011
  • Winnica Solaris Rondo 2011
  • Winnica Solaris Regent 2011
  • Winnica Wieczorków Cuvée 2011
Fotorelację ze Święta Wina obejrzycie na Winicjatywie. A swoje recenzje opublikowali już Białe nad Czerwonym i Ewa Rybak.

(więcej…)

Read Full Post »

Lubię szampana. Było to właściwie pierwsze wino, którym się poważniej zainteresowałem i na początku poprzedniej dekady jako początkujący degustator zapukałem do wszystkich liczących się do domów szampańskich. Z tamtych czasów pamiętam degutację win bazowych w Veuve Clicquot (niesamowita ohyda), restaurację Le Petit Comptoir w Reims, którą lubili dyrektorzy marketingu (niesamowita pycha), smak światła w Lanson, pleśniowy ser podany do szampana w Charles Heidsieck… Spróbowałem wtedy chyba wsystkie liczące się cuvées włącznie z największymi rarytasami, jak Blanc des Millénaires 1990 Heidsiecka, Cristal Rosé czy stare roczniki Taittingera. Wszystkie – oprócz jednego. Otóż nigdy nie odkorkowano dla mnie u Bollingera słynnego Vieilles Vignes Françaises. Dlatego jestem wdzięczny importerowi Centrum Wina za zaproszenie na degustację win Bollinger, na której wreszcie, po 11 latach od pierwszej wizyty w Aÿ, spróbowałem mojej nemezis.

O innych winach z tej prezentacji napisałem już skrótowo i z punktu widzenia niezakręconego konsumenta na Winicjatywie. Najlepszym winem Bollingera przy tej okazji okazał się rocznikowy Grande Année 2002, wspaniale pełny, wręcz nadobny i jednocześnie kwasowo ostry jak żyletka, miodowy i mineralny zarazem jak potrafią być tylko wielkie szampany. To najlepsze Grande Année, jakie piłem od wielu années.

Bollinger Champagne Vieilles Vignes Françaises 2002

Nareszcie cię dopadłem.

Ale potem dostaliśmy trzy łyki Vieilles Vignes Françaises 2002, jednego z najrzadszych szampanów, powstającego z dwóch malutkich winniczek Chaude Terre i Saint-Jacques. Pinot Noir jest tu sadzony jak w XIX wieku na własnych korzeniach; straszliwa mszyca filoksera się nie rozwija z uwagi na duża zawartość piasku w glebie (choć trzecia parcelka Croix Rouge została jednak zaatakowana i zdechła w 2005 roku; ciekawe co na to księgowa Bollingera, bo poszło z dymem jak nic 4 mln € rocznie).

Tak się składa, że w 2001 r. byłem w jednej z tych parcelek i chociaż wina VVF się wówczas nie napiłem, wrażenie było piorunujące. W XIX wieku w wilgotnych regionach winorośl sadzono en foule, czyli „w tłumie”, tak gęsto jak pomidory: miało to zmuszać krzewy to zapuszczania korzeni bardzo głęboko, co obniżało wydajność i łagodziło negatywny wpływ wysokich opadów. W Burgundii i Szampanii uprawiano wówczas niekiedy 40 tys. krzewów winorośli na hektar! (Dzisiaj szczytem marzeń jest 12 tys.). To właśnie temu, oprócz własnych korzeni Vitis vinifera, przypisuje się głębię, strukturę i żywotność ówczesnych win. Dziś niemal co tydzień dowiadujemy się o szampanach XIX-wiecznych wyłowionych z dna Bałtyku, które niezmiennie są w świetnej formie.

Bollinger Champagne Vieilles Vignes Françaises 2002

Pinot Noir sadzone en foule. @Weinvin.com.

 

Vieilles Vignes Françaises 2002 to niezwykłe wino. Jest niesamowicie skoncentrowane, ściśnięte, mineralne tak bardzo, jak rzadko zdarza się drogim białym burgundom. Z pewnością trzeba je dekantować (w smukłej karafce włożonej do lodu) albo przynajmniej podać, jak podano je nam, w wielkim kieliszku do burgunda. Wtedy po kwadransie pojawiają się brzoskwinie, morele, miód, herbatniki, choć spodem zawsze czai się ta niebywała rezerwa i twardość, garbnikowy chłód korzeni schodzących do wnętrza ziemi. Może VVF nie jest winem „wielkim” w powszechnym znaczeniu tego słowa (ponoć niemal wszyscy wolą Grande Année), a jednak nie wymieniłbym go na żadne inne. Z każdym łykiem przenikały mnie dreszcze.

(więcej…)

Read Full Post »

Pannon Bormustra 2012, najważniejszy węgierski konkurs winiarski, zakończony. Międzynarodowe jury ze skromnym udziałem niżej podpisanego spróbowało 300 win, wybrało 100 najlepszych, potem 50 najlepszych z tych stu, a potem trzy najlepsze z 50. Najlepszym z tych trzech okazał Oremus Tokaji Aszú 5 puttonyos 2006. To już drugi złoty medal dla tej znanej winiarni – poprzednie złoto zdobył 6 lat temu cudowny Aszú 6P 2000. Oremus na podium wyprzedził o włos (potrzebne było dodatkowe głosowanie) Zoltána Demetera Eszter 2008 oraz Aszú z ciekawych młodych winiarni Pelle i Holdvölgy.

Oremus Tokaji Aszu 5 puttonyos 2006

Nowy król Węgier.

Zwycięstwo Tokaju nie jest żadnym zaskoczeniem (w zeszłym roku złoto zdobył Kíkelet), natomiast szokujące rozstrzygnięcia padły w innych kategoriach. Najwyżej ocenionym winem białym jest nie Furmint i nie Hárslevelű, lecz dziki, nieokiełznany Juhfark, w dodatku… ze Słowacji. Węgrzy wciąż tęsknią za XIX wiekiem i do swoich konkursów zapraszają wina ze swoich dawnych włości. Węgierska rodzina Bott Frigyes na winiarskim firmamencie rozbłyska coraz jaśniejszym światłem i ten medal jest kolejnym potwierdzeniem.

Bott Frigyes Muzla Juhfark Vinculum 2009

Słowackie wzmocnienie węgierskej drużyny.

Wśród win czerwonych złoto nie dla Kékfrankosa, nie dla Cabernet Franc i nawet nie dla Merlota, a dla… Syrah, w dodatku z zagłębia win białych, czyli Somló! Producentem jest szukający w Polsce partnera Kreinbacher, niedawno goszczący u nas na degustacji Furmint & Friends organizowanej przez Winicjatywę. Nagrodę im. Tibora Gála dla najlepszego Bikavéra przyznaliśmy St. Andrea Egri Bikavér Hangács 2009 i to nie jest żadne zaskoczenie, bo to już czwarte trofeum tego typu (a przyznawane jest ósmy rok).

Kreinbacher Syrah 2009

największa niespodzianka konkursu – światowej klasy Syrah z Somló.

Dobra wiadomość? Większość nagrodzonych win, również tych tańszych w kategorii „Najlepszy zakup”, dostaniemy w Polsce, Oremusa od lat dystrybuuje Centrum Wina, Bott Frigyes znajdziemy w katalogu Winomana, który ma też niewielkie ilości win Zoltána Demetera. St. Andrea to klejnot w koronie Interwinu. Z pozostałych wyróżnionych win ok. 60% można kupić w Polsce. To ewenement na skalę światową. Moi koledzy z jury, Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi dostęp do Egri Bikavéra mają tylko na najniższej półce supermarketu, Juhfarka i Kadarkę pili pierwszy raz w życiu, a jakością win Demetera, St. Andrei, Tokaj Nobilis, Grófa Buttlera i Weningera byli zszokowani. A my je znamy od lat.

St. Andrea Egri Bikaver Hangacs 2009

St. Andrea ma już abonament na trofea – to ich czwarty medal za najlepszego Bikavéra.

A jak Węgrzy radzą sobie z łykaniem aspiryny? O tym w kolejnym wpisie.

(więcej…)

Read Full Post »

Older Posts »