Feeds:
Wpisy
Komentarze

Jeśli dziś pierwszy wtorek listopada, to Magazyn Wino przyzna swoje nagrody Grand Prix. Wyczekiwane? Nawet jeśli nie czekacie na nie z zapartym tchem, pozostają punktem odniesienia, bo tak jak pisałem rok temu – ważniejszych nagród winiarskich w Polsce nie ma. Magazynowych medali nie przyćmił na razie konkurs EnoExpo ani punkty i punkciki przyznawane przez różne portale.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (3)

Strictly blind.

Od poprzedniego Grand Prix, które krytycznie skomentowałem, co spotkało się z krytycznymi komentarzami, a którego bilans był w sumie pozytywny, upłynął rok i wiele wody w Wiśle. Drogi moje i Magazynu Wino się coraz bardziej rozchodziły i może dlatego, zasiadając dzięki uprzejmemu zaproszeniu red. nacz. Tomka Prange-Barczyńskiego miesiąc temu w komisji, które miała medale rozdać, nie potrafiłem się jakoś podniecić tą degustacją w ciemno „najlepszych win roku”. (Uczestniczyłem tylko pierwszego dnia – wina białe). Połączenie nienajwyższej formy degustacyjnej, nienajlepszych warunków tejże degustacji czy wreszcie rosnącego sceptyzymu wobec idei tego panelu – dość, że finaliści mnie jakoś zmęczyli i zirytowali. Innym wszakże smakowali, punkty postawiono, wybrańców wybrano, a werdykt poznamy dziś wieczorem o godzinie 20 (relacja na żywo na Facebooku i Twitterze Winicjatywy, a lista zwycięzców z komentarzem na naszym portalu jeszcze dzisiaj w nocy).

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (1)

Degustacja postindustrialna.

Zirytowały mnie na przykład „wina białe do 50 zł”. Samej kategorii (która zastąpiła dawną „do 30 zł”) Magazyn Wino nie zmienił, na moje pytanie dlaczego – skoro 90% polskiego rynku to wina do 30 zł, a dostępność tanich win jest generalnie coraz lepsza – usłyszałem, że tylko ja miałem w zeszłym roku zastrzeżenia do tej zmiany… Skutek jest jednak taki, że wielu finalistów w kategorii do 50 zł wypada słabiutko – próbowaliśmy np. rozwodnionego Verdejo, słabej Portugalii, żadnawego Sauvignon z Chile, które od biedy byłyby smaczne do 30 zł. Jakieś tam emocje wzbudził tylko tani (właśnie dlatego, że tani) Furmint i zdecydowanie wyróżniający się w tej klasie Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011. Paradoks tego ostatniego wina polega na tym, że od wielu miesięcy kosztuje ono… 59,90 zł! Jego startem w kategorii do 50 zł zdziwiony był nawet importer – Robert Mielżyński, który jednak zachował się przyzwoicie i od razu po moim pytaniu obniżył cenę do 49,90 zł.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (6)

Naprawdę dobra była degustacja win słodkich. Oto mój faworyt.

Z droższych win wyróżniłem ku swojego zdziwieniu Pinot Grigio Punggl 2011 od Nals Margreid z Alto Adige i burgundzkie Jaeger-Defaix Rully Mont-Palais 2010 od Mielżyńskiego, natomiast jakoś zniknęło w tłumie np. drogie memu sercu Coto de Gomariz Albariño X 2010 (Ardi). Wśród najdroższych złoty medal w ciemno przyznałem niedawno polecanemu na Winicjatywie Albert Mann Riesling 2009 (Vinoteka13), którego kolosalną zaletą poza wspaniale finezyjnym smakiem jest cena 105 zł. Natomiast znudziły mnie i zmęczyły m.in. biała Redoma Reserva 2009 od samego Niepoorta czy lubiany w innych okolicznościach Riesling Kalmit od Leinera. Oczywiście degustacja w ciemno to tylko degustacja w ciemno, krótki moment w życiu wina, niekoniecznie ostra fotografia czegoś, co wciąż żyje i się rusza – szkoda, że obiektyw poruszył się akurat w najważniejszym momencie.

Z przecieków wynika, że wśród medalistów w tym roku znajdą się rzeczony Dr. Bürklin-Wolf Riesling 2011 , francuski Château Puy-Servain Terrement 2010 (solidne Sauvignon prawie z Bordeaux, Winkolekcja), do 100 zł można się spodziewać naturalistyczno-oksydowanej bomby w postaci utlenionego Ageno 2007 (Konfederacka4). W najwyższej kategorii win białych murowanym medalistą jest właśnie Albert Mann Riesling i bodaj burgund Chassagne-Montrachet 2007 od Colin-Morey (również Vinoteka13). Wśród tanich win czerwonych laury zbierze pyszny rodański Plaisir (Enoteka Polska), droższych – Valpolicella Fabiano (Wina.pl) i zaskakujące Chianti Il Margone 2005 od Il Molino di Grace (Vini e Affini).

Magazyn Wino Grand Prix 2012

Słodkich c.d. Cudownie elegancki muszkat.

Jeżeli chcecie spróbować tych win, lepiej się pospieszcie. Dla wszystkich zainteresowanych nie wystarczy. Magazyn Wino w kontrowersyjnych zasadach swojego Grand Prix nie zmienił w tym roku nic poza drobnym szczegółem – nie obowiązuje już minimalna dostępność nagrodzonych win. Z limitami (120 butelek dla najdroższych win i odpowiednio więcej dla tańszych) były same kłopoty, buntowali się importerzy, którzy po sezonie zostawali z niesprzedanymi flaszkami. Trudno się im dziwić, skoro na nasz mikrorynek sprowadzają niektórych etykiet po 12 czy 24 sztuki. Tyle się sprzedaje w Polsce (pewnych) drogich win. Redakcja MW zapewniła mnie gorąco, że monitoruje dostępność win. Mam nadzieję, że robi to na poważnie. Nawet pobieżne sprawdzenie kilku potencjalnych medalistów ujawniło bowiem dramatyczne sytuacje. Taniego Plaisir czeka na klientów ponad 300 flaszek, ale niektóre wina dostępne są niekiedy jedynie w 30–50 sztukach. Rekordzista – w 2 (dwóch) szt. A wiele win w sklepach w ogóle nie ma, czekają na dostawę (niekiedy nowego rocznika). Nie uświadczymy więc aktualnie Furminta Dereszla ani Örökké od St. Andrea. Doszło wręcz do kuriozalnej sytuacji, gdy jedno z drogich win czerwonych zostało w finale ocenione i bardzo docenione przez jurorów, a potem wycofane z powodu braku dostepności.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (4)

Słodkich c.d. Czarny koń wyścigu, bo kto widział medal dla Recioto?

W tym przypadku importer przynajmniej się przyznał. Lecz w tym chocholim tańcu pomiędzy stanem magazynowym importera a wyrywkową kontrolą Magazynu Wino to co najważniejsze, czyli interes czytelnika i konsumenta, nie jest należycie zagwarantowane. Skoro roczniki większości win zmieniają się na rynku wiosną, może należałoby konkurs organizować i ogłaszać jego wyniki w czerwcu, tak jak to się dzieje w najważniejszych konkursach na świecie, takich jak DWWA czy IWC?

Jeśli chodzi o skład finałowej degustacji, od zeszłego roku (zob. infografikę tutaj) praktycznie nic się nie zmieniło. Na 89 win dopuszczonych do finału prawie 1/3 stanowiły wina francuskie. Czwartemu największemu producentowi wina na świecie – USA – trafiły się dwie butelki, piątemu – Argentynie – żadna. Mnie akurat brak medali dla win kalifornijskich nie smuci, ale reprezentatywność tego panelu jest, tak jak była, umowna. W sumie nie ma w tym nic złego, lecz Grand Prix MW powinno się reklamować nie jako nagrody dla „najlepszych win roku”, tylko dla „najlepszych win z określonych krajów, nadsyłanych do oceny przez importerów pod warunkiem, że jest ich w sprzedaży wystarczająco dużo”.

Magazyn Wino Grand Prix 2012 (2)

Słodkich c.d. Taki czołg, że chyba na złoto (choć nie moim głosem).

A teraz zapomnijcie o moim zrządzeniu i wybierzcie się na jutrzejszą degustację Grand Prix Magazynu Wino od godz. 17 w Reducie Banku Polskiego. Będzie można spróbować 200 dobrych win m.in. z Egeru oraz tak egzotycznych miejscówek jak Chorwacja, Morawy i Słowenia. To będzie naprawdę świetna degustacja, a lista win jest imponująca. Bilety można rezerwować tutaj oraz (taniej) tu.

Czytaj dalej »

Bez makijażu

Robert Mielżyński zorganizował pionową degustację słynnego wina Granato Elisabetty Foradori. (Dlaczego inni importerzy nie organizują degustacji pionowych, czyli tego samego wina w kilku rocznikach?). Okazją i pretekstem był film, który już jutro, w niedzielę 28.10 możecie zobaczyć na Kuchnia+ Food Film Fest: Natura, kobiety i wino (reż. Giulia Graglia) opowiada o czterech winiarkach, które poświęciły się naturalnej uprawie winorośli i naturalnemu winiarstwu (oprócz Foradori są to Nicoletta Bocca z piemonckiego San Fereolo, Dora Forsoni z Poderi Sanguineto w Toskanii i Arianna Occhipinti z Sycylii o której lirycznie pisałem tutaj). Film jest mocny i wspaniały; dawno nie widziałem, by ktoś tak osobiście i głęboko mówił o winie. (Obejrzycie go w warszawskim kinie Kultura o 19:30 a bilety ponoć jeszcze są; dodatkowym atutem filmu jest świetne tłumaczenie na polski autorstwa Krzysztofa Staronia).

Elisabetta Foradori

Elisabetta Foradori. © La Repubblica.

Z Elisabettą Foradori łączą mnie zresztą silne związki emocjonalne. Była pierwszą winiarką, jaką opisałem w tekście dla Magazynu Wino, już całe 10 lat temu. A pite wielokrotnie jeszcze z beczki i po zabutelkowaniu Granato 2004 jest jedną z moich prywatnych legend, jednym z 3–4 najlepszych win, jakie piłem w życiu. Poprzeczka oczekiwań zawieszona była bardzo wysoko.

Był to jeden z najbardziej „korzennych” dni degustacyjnych, jakie pamiętam, nic nie pachniało, wszystko smakowało fatalnie, wilgotne jesienne powietrze oblepiało degustatora jak mgła, garbniki były gorzkie, kwasowość kwaśna, owoc wybył na urlop na południową półkulę. A jednak poprzez mleczną mgłę arcydzielność Granato 2004 przezierała jak reflektor moralnego imperatywu. To genialne wino, nawet dzisiaj, gdy nie jest ani młode, ani stare, ani prawdziwie złożone, ani intensywnie owocowe; genialna jest jego absolutna koncentracja, mikronowe ziarno światowej klasy garbników, jedwabista, gładka jak tafla wieczornego jeziora faktura. Tego trzeba spróbować, by uwierzyć.

Foradori Granato

Granato: kolor ciemnej purpury, ale i odległe wspomnienie początków wina gdzieś na Środkowym Wschodzie.

Granato 2006, które w młodości wydawało mi się winem niemal równym 2004, tym razem nie zachwycił. Nie dał rady mgle, może jeszcze nastoletnio się dookreśla, w każdym razie nie miał ani cudowności faktury, ani drobnoziarnistości garbników, wydał się nieco zielony i szorstki. Natomiast dobrą niespodzianką okazał się 2007, który był dość podobny do 2004: bogaty, sycący, skoncentrowany, raczej słodki niż zielony i od starszego brata odstający głównie wiekiem, a nie jakością. To rocznik aktualnie dostępny u Mielżyńskiego za 178,50 zł i zaryzykowałbym stwierdzenie, że warto.

Foradori vertical @Mielżyński

Prosimy o więcej pionowych degustacji!

Natomiast kolejne dwa roczniki, 2008 i 2009, zbiły mnie z tropu. Są ciekawe, ale zupełnie inne od poprzednich. Beczkowe bogactwo i miękkość zastępuje w nich kwasowa ostrość, nuty zielone, naturalistyczna ekspresja „senza trucco”, czyli bez makijażu, jak brzmi oryginalny tytuł filmu Natura, kobiety i wino. Elisabetta Foradori od kilkunastu lat prowadzi uprawę biodynamiczną, od dekady fascynuje się gruzińskimi amforami, w winnicy ma nawet kilka rzędów saperawi i innych kaukaskich dziwów. Do amfor trafiają od 2009 roku dwa Teroldego z pojedynczych winnic, Sgarzon i Morei. (Wkrótce będą dostępne u Mielżyńskiego). Ich ekspresja jest zupełnie inna niż dawnego Granato (w którego skład wchodziły w czasach przedamforowych): mniej ściśnięte, bardziej otwarte, mają uderzające bukiety korzenno-kwiatowe z owymi dziwnymi nutami ceglanej mączki charakterystycznymi dla win czerwonych z amfory. W smaku są o wiele ostrzejsze, kwasowość w nich hasa bez karcącego bata nowej beczki; są fenomenalnie długie. Nie są z pewnością winami gorszymi, ale zupełnie innymi, do których trzeba się przyzwyczaić, podobnie jak miłośnik Mozarta musi zmienić system operacyjny w głowie, gdy po raz pierwszy słucha muzyki dodekafonicznej. Podobnie zaczyna teraz smakować samo Granato.

Nowa przygoda Elisabetty Foradori (o której pisałem już tu) jest fascynująca i zaprowadzi nas tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Nic już nie będzie takie, jak dawniej. Nieco wbrew sobie, pijąc ostatnie łyki beczkowego Granato 2004, poczułem tęsknotę za tym, co bezpowrotnie mija.

Czytaj dalej »

Barolo w piekle

Dziś dopiero wtorek, ale wydarzeniem tygodnia, które na długo zapadnie w pamięci, jest z pewnością wczorajsza degustacja Barolo & Friends zorganizowana m.in. przez Strada del Barolo i Magazyn Wino. Nadzieje były wielkie, bo event reklamowany był od sześciu tygodni na niespotykaną skalę. Któż nie chciałby spróbować „legendarnego”, „monumentalnego Barolo”? Samo Barolo jest może legendarne, ale w Warszawie wczoraj grali (z całym szacunkiem) Ruch Radzionków z Gryfem Wejherowo. Bolesna prawda jest taka, że ci prawdziwie „monumentalni” producenci Barolo nie biorą udziału w tego typu degustacjach, a na polski rynek wkraczają innymi kanałami.

Barolo & Friends Warszawa 2012

Zapowiadało się świetnie.

Barolo & Friends okazało się jednak przydatne w tym sensie, że nawet ci winiarze drugoligowi, mniej znani, nieznani i poboczni zaprezentowali ciekawe wina. O wielkości Barolo świadczy właśnie jakość tego drugiego planu, który na okładki magazynów i listy „Trzech Kieliszków” się nie wybije nigdy lub rzadko, a jednak oferuje sensowne, typowe wina o dużej głębi i strukturze. Moje najlepsze typy z wczorajszej degustacji omówiłem już szerzej na Winicjatywie: pięknie klasyczna, głęboka Schiavenza (do kupienia na Konfederackiej 4 w Krakowie), ładnie zestarzona Bussia Soprana, arcypijalny, świeży i soczysty Scarzello, bardzo garbnikowe Le Strette dla cierpliwych (o tej winiarni pisałem już tu). A spoza Barolo – jego producentów wystąpiło wbrew zapowiedziom tylko 16 – na przykład moje ulubione Dolcetto di Dogliani od Quinto Chionettiego. Większość tych producentów dopiero szuka importerów w Polsce i po wczorajszym dniu jest nadzieja, że niektórzy ich znajdą, chociaż przecież Barolo dostępnych w Polsce jest już bardzo wiele i zbliżamy się do nasycenia rynku.

Nasycone były też sale warszawskiego Bristolu. Do miejsca, w którym prawie udusiliśmy się w czasie gali Magazynu Wino w 2009, nasze przodujące pismo winiarskie zaprosiło tym razem jeszcze więcej osób. W dążeniu do maksymalizacji frekwencji chyba jednak przeholowało. Niepokojące sygnały pojawiały się od kilku dni. Zapisani na seminarium na tydzień przed imprezą otrzymali z redakcji MW maile o następującej treści:

Szanowni Państwo,

Zarejestrowali się Państwo na degustację komentowaną win z Piemontu na godzinę 11;00 w dniu 10 września br.

Informujemy, że jesteście Państwo na liście rezerwowej, gdyż system rejestrujący uległ awarii i zarejestrował wielokrotnie więcej uczestników, niż było dostępnych miejsc.
Bardzo nam przykro informować o tym fakcie, tym bardziej, że usterka została odkryta przed dział IT dopiero wczorajszej nocy.

Wiele osób do sal seminaryjnych ostatecznie nie wpuszczono, a innym proponowano picie z tego samego kieliszka. Kroplą, która przelała dzban, okazała się sprzedaż biletów na degustację poprzez Grouponopodobny portal Mydeal.pl (po 19 zł zamiast 40 zł, które płacili „zwykli” czytelnicy MW). Czytając tę ofertę, przecierałem oczy ze zdumienia. Drogich przyjaciół z Magazynu Wino nie podejrzewam osobiście o tak fatalny copywriting, ale zapraszanie masowego odbiorcy na „rzeki wina, góry serów i trufli… Na imprezie nie ma żadnego limitu degustacji: po prostu podchodzisz i próbujesz wszystkiego, na co przyjdzie Ci ochota”, „nielimitowaną degustację legendarnych win i regionalnych specjałów” to było igranie z ogniem.

Barolo & Friends 2012 MyDeal (1)

Minus 53% – kryzysowa wyprzedaż? © Mydeal.pl.

No i faktycznie „niezapomniana randka” z legendarnymi winami i truflami z Piemontu zakończyła się ogromnym bałaganem. Kolejka chętnych sięgała ponoć aż na Krakowskie Przedmieście, części osób nie wpuszczono do sali i zapowiedziano zwrot pieniędzy. Zmierzch „nielimitowanych serów” ogłoszono przez megafon o godz. 18:11. Żadnych trufli nie stwierdziłem już wcześniej (była tylko oliwa truflowa). Producenci wina dzielnie próbowali sobie radzić z natłokiem pytań o półsłodkie. Trudno się dziwić, że dziś od rana Magazyn Wino otrzymuje niepochlebne komentarze od rozczarowanych użytkowników. (Choć ci, co wyszli przed 17, byli zadowoleni).

Barolo & Friends 2012 MyDeal (2)

Według chińskiego przysłowia… trufle nie pływają w rzece. © Mydeal.pl.

Hiperbola jest podstawą reklamy. Dlatego nie kruszyłbym kopii o sformułowania takie jak „najbardziej intrygujące wina świata”, „Warszawę odwiedzi ponad 30 topowych producentów win”. Truth in advertising powinno być jednak zasadą przyświecającą wszelkim dziedzinom komunikacji międzyludzkiej. Jeżeli się zaprasza na seminarium ze starymi rocznikami Barolo, wypadałoby, żeby sięgały dalej niż tylko rocznika 2008 i 2007. Nielimitowany ser nie może się skończyć po godzinie. A wypraszanie o tejże porze przez głośnik tych, którzy mieli szczęście wejść o godz. 17, „żeby zrobili miejsce dla kolejnych chętnych” każe się mocno zastanowić, dla kogo organizuje się tego typu imprezę? Dla konsumenta czy może dla siebie samych?

Czytaj dalej »

Marzyłem o tej flaszce, odkąd ją zobaczyłem na półce. Trzy lata temu znienacka pojawiła się w ofercie warszawskiego importera. Marzyłem o niej, bo jej sława ciągnęła się za mną od dłuższego czasu, a okazje do degustacji się nie pojawiały. Nawet w swej ojczyźnie to rzadka flaszka, Château Yvonne jako jeden z kilku ostatnich producentów nie uczestniczy nawet w prestiżowym Salonie Win Loarskich.

Château Yvonne Saumur Blanc 2005

Ocet cytrynowy.

Przy bytnościach na Puławskiej (dziś Olkuska) zawsze były jednak pilniejsze wydatki: a to Albariño, a to Priorat, a to jedno ze świetnie reprezentowanych tu Bordeaux. „Iwona” zresztą ciągle stała na półce w tym samym roczniku, więc presja nie była wielka. Aż w końcu zapas stopniał do paru butelek. I wtedy do kartonu Bordeaux i burgundów Sławek Chrzczonowicz i Paweł Karolak z Winkolekcji dorzucili Château Yvonne. „Powiedz nam co sądzisz – usłyszałem – podobno wino jest już za stare”.

Chatreau Yvonne tasting room

Hi-tech w piwnicach zamku Yvonne. © Cathy’s Loire Wine Tours.

Otworzyłem butelkę z Markiem Bieńczykiem, którego pean przeczytacie tutaj. Zaczynając od końca, Château Yvonne Saumur Blanc 2005 za stare nie jest. Jest za młode – myślę że o połowę. Czyli swój szczyt osiągnie chyba za kolejne 7 lat. Tak, czternaście lat będzie trwał rozkwit życiowy tego wina na bazie Chenin Blanc. To jest bowiem szczep dla cierpliwych. Może dlatego w Polsce tak fatalnie się sprzedaje. Ale i w tej chwili, w konkurencji juniorów, wino jest arcyciekawe. Pokazuje jak w soczewce trudność i zarazem wspaniałość Chenin Blanc, drzewa o niesamowicie rozłożystych korzeniach, z których wyrasta mały kwiatek z paroma płatkami. Aromat Yvonne 2005 jest bowiem skromny, czysty, wykrochmalony jak fartuszek gimnazjalistki. Masło, cytryna i odrobina pieprzu. Miłośnicy win bezsiarkowych nie mają tu czego szukać, SO2 dodano w ilości słusznej, tak jak przez dekady dodawano, by Chenin Blanc się dobrze starzał. Jego kwasowość i mineralność mają w sobie niespotykaną ostrość przypominającą biały ocet. Długość smaku jest nieopisana. Jedna jedyna nuta, przypominająca sok wyciśnięty z cytryny albo światło słońca stojącego przez minutę w zenicie. To wino oślepia. Tym, którzy chcą je zrównoważyć, polecić mogę najcięższe z czołgów: żabnicę, lina w śmietanie, może słynna pulardę z Bresse. Ja to lubiłem pić bez niczego w jego bezkompromisowej nierównowadze właśnie.

Château Yvonne Saumur-Champigny 2006

Atłas porzeczkowy.

Ale Château Yvonne robi też wino czerwone: Saumur-Champigny 2006 (100% Cabernet Franc). Marek Bieńczyk ocenił je niżej od białego, ja wyżej. Przede wszystkim za elegancję, niewymuszoną szlachetność, łatwiejszą konwersację aniżeli z kaustycznym Saumur Blanc. Bardzo kocham loarskie Cabernety, piję je przy każdej okazji, choć też nie są winami łatwymi. Często ich ziołowość, zieloność przekracza niewidzialną granicę, za którą zostają z wina tylko kości. Winiarze poszukujący większej dojrzałości gron często przeskakują z kolei za drugą granicę – 14,5% alkoholu i ekspresji, która zaczyna przypominam dolinę Rodanu. Stanąć dokładnie w połowie drogi, skąd widać cały krajobraz – to jest zaiste sztuka. Za taki punkt widokowy na klasykę francuskiego winiarstwa gotów byłbym wręcz zapłacić 139 zł (za esencję z cytryny – 159 zł). Jeśli też lubicie widoki, w Winkolekcji zostały ostatnie flaszki.

Przeczytaj recenzję tych samych win autorstwa Marka Bieńczyka.

Czytaj dalej »

Sezon w pełni. Zbliża się winobranie. Dla winiarzy oznacza to duże wydatki. Ale nie, nie dlatego że zapłacić trzeba zbieraczom albo kupić beczki. Polscy właściciele winnic spore sumki będą musieli przelać na konto Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Zarządca jednej z większych winnic koszty oszacował na ok. 4 tys. zł. A właściciel 3-hektarowej parceli już w zeszłym roku zapłacił 2300 zł. Za co? Za to, żeby na etykiecie napisać Chardonnay albo Riesling.

Nasi genialni urzędnicy wymyślili sobie, że zgodność tej deklaracji z rzeczywistością będzie naocznie sprawdzał inspektor IJHARS, który następnie wyda odpowiedni certyfikat. Sęk w tym, że trzeba za to… zapłacić. I to nie tylko 202 zł za jeden papierek, ale również 168 zł za dzień pracy urzędnika i jeszcze dodatek od każdego kilometra za dojazd (cennik można sobie obejrzeć tutaj). Nie tylko więc opłacamy urzędników z naszych podatków, ale dodatkowo trzeba im płacić za wykonywanie obowiązków.

IJHARS cennik kontroli winiarskiej

Państwowe taxi.

Niestety zbiory w winnicy nie odbywają się jednego dnia. Pech jest taki, że winogrona białe dojrzewają dwa tygodnie przed czerwonymi, a niektóre białe tydzień przed innymi białymi. Jeśli uprawiasz więcej niż pół hektara i do pomocy masz tylko rodzinę (a takie mamy gospodarstwa), zbiór i tak się przeciągnie na parę dni. No to teraz płać 168 zł + dojazd za każdy dzień. Inspektorzy są do dyspozycji (jeśli ich odpowiednio wcześnie zarezerwujesz). Niektórzy winiarze buntują się przeciw tym kosztom. Barbara i Marcin Płochoccy na randkę z inspektorem się nie zdecydowali, więc zamiast nazw szczepów umieszczają śmieszne tytuły. „Zibra” to tak naprawdę Sibera, a „Seysey” puszcza oko do Seyval Blanc. Ale Mike Whitney z Winnicy Adoria mówi wprost, że bez nazwy szczepu na etykiecie nie ma co liczyć na sprzedać. Chardonnay i Pinot Noir to podstawowa informacja dla konsumenta. 90% win na świecie oznaczanych jest nazwą szczepu.

Winnica Płochockich Geltus 2011

…a Geltus to Zweigelt.

Przede wszystkim jednak kontrola jest jedną wielką fikcją, gdyż inspektorzy nie mają żadnych kompetencji do rozpoznawania, jakie szczepy winorośli występują w winnicy. To jest bowiem specjalistyczna wiedza, która sprawia trudności nawet doświadczonym enologom z kilkunastoletnim stażem. Szczepy poznaje się – tak jak drzewa – po liściach, ale liście jak to liście: każdy jest inny, jedne są niepełne, inne zmutowane i margines błędu jest bardzo duży. Zdarza się on nawet w szkółce, która krzewy sprzedaje: na porządku dziennym jest otrzymanie w paczce Merlota zamiast zamówionego Sauvignon. Do tego trudnego problemu inspektorzy IJHARS podchodzą uzbrojeni w… wydruki zdjęć liści z komputera. To tak, jakby konkurs konia wierzchowego na olimpiadzie oceniać na podstawie portretu rumaka z IKEA. Pomijam już fakt, że po wyjeździe inspektorów winiarz może pod osłoną nocy zamienić bańkę Chardonnay z kadzią Rieslinga i żaden inspektorat się nie zorientuje.

liście winorośli

Jeśli widzisz to zdjęcie, możesz zostać inspektorem. © Kuba Janicki / Winicjatywa.

Cały ten biurokratyczny bdzet nie jest niczym innym, jak sposobem na wyssanie dodatkowej kasy od winiarzy, którzy i tak już przechodzą kilkadziesiąt innych kontroli i muszą ubiegać o kilkanaście certyfikatów. Oczywiście wszystko dzieje się w majestacie prawa. Wyciąganie kasy usankcjonowała ustawa „o wyrobie i rozlewie wyrobów winiarskich” z 2011 r. (Dz.U. nr 120 poz. 690). Ministerstwo Rolnictwa, które te konfitury dla swoich pracowników przeforsowało, powołuje się na regulacje unijne, co też jest jedną wielką ściemą, gdyż rozporządzenie UE nr 1234/2007 określa jedynie, że „państwa członkowskie są zobowiązane do określenia procedur certyfikacji”. W żadnym innym kraju UE nie ma takich pomysłów na kontrolowanie winiarzy. W Hiszpanii, produkującej 1500 razy więcej wina niż Polska, szczepy winorośli obecne w winnicy deklaruje się na jednym formularzu, weryfikowane jest to raz na dekadę podczas powszechnego spisu winnic (winorośl owocuje dopiero po 3 albo 4 latach od nasadzenia, drogi IJHARSie, więc nie ma żadnej potrzeby sprawdzania tego co roku), pozostałe deklaracje sprawdza się wyrywkowo i nikt nie odczuwa potrzeby ochrony konsumenta poprzez bezustanne kontrolowanie wszystkiego. W mającej hopla na punkcie organizacji Austrii winiarz deklaruje co zasadził, ile kwintali zebrał i ile butelek ma na stanie – i to wystarczy. Zapytany przeze mnie producent przez 10 lat działalności nie miał ani jednej kontroli w winnicy.

W Polsce winiarz, żeby zrobić wino, musi najpierw wystąpić w filmie Barei. I jeszcze dopłacić.

I co Pan na to, Panie „Przyjazne Państwo”? © Seweryn Sołtys / Fotorzepa.

A jednak geniusz

O winach Patricka Meyera, publikującego swe utwory pod imieniem ojca Juliena, wylałem już morze atramentu. Odkrywałem go w Magazynie W. (1/2006) i Winach Europy 2009. Wtedy było to po godzinnej degustacji pięciu win w Kientzheim, kiedy jego Rieslingi przeleciały się po mojej głowie z siłą odrzutowego mirage’a. W sali wypełnionej komercyjną półwytrawnością uderzyły młotem swej absolutnej kwasowości, potęgą smakowej ascezy. Były mineralne w stopniu brutalnym, słone bardziej niż sól. Chodziłem wtedy godzinę wśród pruskich murów próbując sobie przypomnieć, z czego robi się Barolo i ile litrów mieści barrique.

Potem była degustacja nowo zaimportowanych win w Enotece Polskiej, po której napisałem jedną z moich istotniejszych blognotek – Winiarski zen. Niektórym się wydawało, że „puściłem się kredensu”, mnie się wydawało, że coś z tych win zrozumiałem: dlaczego mają tak mało owocu, tak mało cukru, tak mało alkoholu. Między listopadem 2005 a marcem 2010 u Patricka Meyera zaszły ważne zmiany. Przeszedł w 100% na biodynamikę, zrezygnował z siarki. Jego wina stawały się coraz-bardziej-trochę-utlenione. Oprócz soli w bukietach pojawiło się dużo obitego jabłka.

Julien Meyer Alsace Sylvaner Zellberg L’Hermitage 2001

Łuna mojego wstydu.

W ostatnim roku spróbowałem tych win bardzo dużo. Pewnie około 40 butelek. Z ich autorem odbyliśmy co prawda inspirującą rozmowę, ale wątpliwości miałem coraz więcej. Crémant d’Alsace trzy razy wydało mi się całkiem ciekawe, potem jeden raz było kompletnie utlenione i smakowało sfermentowanym szczurem, po czym pięć razy smakowało nieźle, ale nie mogłem pozbyć się wspomnienia o szczurze. Riesling 2010 jeden raz smakował fantastycznie, po czym sześć razy beznadziejnie. Muscat Petite Fleur jeden raz koszmarnie (sfermentowany proszek do prania), po czym dwa razy dobrze i jeden raz bardzo dobrze. Wina Meyera są całkiem niedrogie i w sumie ta ruletka nie jest bolesna, ale zauważyłem, że jakoś tak podświadomie się do nich nie palę. Już nie myślę z podnieceniem o tym, że u Marka na kolacji będzie butelka Petite Fleur; już sobie nie dolewam kolejnego łyka Crémant.

Miałem jednak jeszcze buteleczkę zakupioną w Paryżu kilka tygodni po pierwszym spotkaniu z Meyerem. W supermarkecie Inno wynalazłem 5-letniego wtedy Sylvanera Zellberg 2001 za 6€. W sam raz do ostryg kupowanych na targu prosto od chłopa. Wino się co prawda nie sprawdziło, gdyż w odróżnieniu od normalnego alzackiego Sylvanera nie było lekkie i kwaśne, tylko potężne i bogate. Wyjaśnienia dostarczyła tylna etykieta: „vendange partiellement botrytisée”, czyli trochę (czyli dużo) szlachetnej pleśni, przez co Sylvaner stał się takim prawie Pinot Gris. Drugą flaszkę zapakowałem do walizki, w Warszawie włożyłem do piwnicy, zapomniałem. Przypomniałem sobie wczoraj rano. Nie mogło być dobre, bo Sylvanera pija się w ciągu roku–dwóch, to jest tanie wino do codziennych, nieważnych okazji.

Julien Meyer Alsace Sylvaner Zellberg L’Hermitage 2001

Per aspera ad astra.

No więc proszę Państwa, to jest najlepsze wino, jakie piłem w tym roku. Jest to po prostu wino genialne w swym zamiarze i swej realizacji. Jest bogate, ale akurat tyle ile trzeba: owe nuty szlachetnej pleśni, pieczarkowe, tostowe, pieprzne, nie przekraczają nigdy cienkiej granicy przesady. Ma tam pewnie jakiś cukier resztkowy, ale jest on kompletnie nieistotny wobec ogromnych łuków rozporowych tego wina, które są złożone z kwasowości. Co to za kwasowość! Wyżera podniebienie, uderza do głowy, wychodzi nozdrzami, wrzyna się w przełyk z siłą balsamicznego octu. Ta kwasowość jest genialna, utrzymała to wino przy życiu w pozycji dumnie wyprostowanej przez 11 lat i pewnie ma siłę na kolejne dziesięć. Pinot Gris z tą ilością szlachetnie nadgniłych winogron byłby mdłym cukiereczkiem, Sylvaner z tą ilością kwasu byłby zajzajerem nadającym się tylko zamiast cytryny do ostryg, a wszystko razem stworzyło jeden wielkie big bang. Pardon, panie Meyer, że w pana zwątpiłem.

Czytaj dalej »

Stagnacja

VII Konwent Polskich Winiarzy odbył się w Łańcucie. W sobotę w panelowej degustacji spróbowaliśmy przeszło 100 win. Komisja w szerokim składzie (A. Wyrobek, T. Prange-Barczyński, T. Kurzeja, K. Janicki, M. Kapczyński, W. Bosak, M. Jarosz i Państwa uniżony sługa) dzieliła się swoimi smakowymi i enologiczno-technicznymi wrażeniami z winiarzami. Powiem szczerze, że była to czynność ciężka, krępująca i dołująca. Jestem bowiem z natury uprzejmy i układny, a tu dziesiątki razy trzeba było ganić zredukowane, utlenione albo lisie bukiety, krytykować nadmiernie ekstraktywne albo rozwodnione usta, zbyt niską lub zbyt wysoką kwasowość. Ile razy można powtarzać te same argumenty o nadmiernej szaptalizacji, złej dacie wwinobrania, bezsensownym użyciu dębowych wiórów, braku fermentacji jabłkowo-mlekowej w winach czerwonych, utlenieniu, przesiarkowaniu i rozmaitych przykrych problemach.

VII Konwent Polskich Winiarzy Łańcut 2012

Jeden pozytyw: środowisko jest zjednoczone.

Trzy lata temu po IV Konwencie w Niepołomicach pisałem, że największym wyzwaniem dla polskiego wina jest profesjonalizacja. Słowa te nie straciły nic na aktualności. Poziom techniczny wielu, zbyt wielu win jest bardzo niski, więc nie ma co się dziwić, że nie trafiają do normalnej sprzedaży. I nie ma co się dziwić, że poziom jest taki niski, skoro winiarze są amatorami–pasjonatami z minimalnym bądź żadnym przygotowaniem merytorycznym, otrzymują minimalne lub żadne wsparcie techniczne w zakresie enologii (szczęśliwi ci, którzy mogą sobie pozwolić na usługi kilkorga czynnych w Polsce konsultantów, choć i to nie zawsze pomaga) i generalnie poruszają się jak dzieci we mgle.

Czy bez tego się nie da? Da się, ale jest to niezwykle trudne. Na dzisiejszej, niedzielnej degustacji próbowałem dobrych win spoza kręgu winiarzy „profesjonalnych”, ale było ich dosłownie kilka. Reszta w najlepszym razie była średniej klasy, pijalna, w najgorszym – nadawała się tylko na kursy enologii do omawiania wad. Probierzem dramatycznej sytuacji był fakt, że wielu winiarzy uczestniczących w sobotnim panelu nie wiedziało, co to jest brett albo merkaptany, a w spontanicznym głosowaniu większość deklarowała, że szalenie jej smakują wina kompletnie utlenione.

VII Konwent Polskich Winiarzy Łańcut 2012

Drugi pozytyw: Konwent z roku na roku jest coraz bardziej reprezentatywny.

Polskie winiarstwo wciąż nie przeszło pełnej weryfikacji rynkowej, choć niekiedy przecież te utlenione wina smakują też konsumentom. Tam, gdzie polskie wina weszły już w komercyjny mainstream – jak wielokrotnie opisywane przeze mnie butelki od Płochockich, Jaworka, Adorii itd. – o utlenieniu i merkaptanach już nie ma mowy, dyskutujemy teraz, czy beczki w Adorii nie ma trochę za dużo, czy cukier resztkowy u Płochockich jest zrównoważony, czyli zajmujemy się tym, czym winomani w każdym normalnym kraju winiarskim.

Krótko mówiąc, oczekiwane zmiany na lepsze w polskim winiarstwie właściwie nie zaszły albo zachodzą bardzo powoli. Rocznik 2011 – ze znakomitym końcem lata i piękną jesienią – okazał się niewykorzystaną szansą, bo przy tym poziomie technicznym dobre wina – zwłaszcza białe – same się nie zrobią. (Choć na jakości polskiej bieli zaważył też niezbyt piękny lipiec, o czym w wielu komentarzach się zapomina). Ogólna porażka rocznika 2011 wynika jednak z przyczyn głębszych – złego doboru miejsc pod winnicę i przede wszystkim złego doboru odmian winorośli. Te wszystkie Bianki, Aurory, Sibery, odeskie Muszkaty po prostu dobrych win dać nie mogą i nie pomoże w tym najbardziej śródziemnomorska pogoda. Sadzone były dlatego, że w naszym podłym klimacie regularnie rodzą winogrona, a nie dlatego, że z tych winogron da się zrobić dobre wino. Mają lisie zapachy (akurat ciepły sezon tę sprawę wręcz pogorszy), niezintegrowaną kwasowość, suche garbniki z grubych, mających chronić przed chorobami skórek. Tam, gdzie winiarze mieli odwagę (i możliwości) posadzić Rieslinga, Pinot Gris, Traminera, choćby krzyżówkę nowej generacji taką jak Johanniter czy Seyval Blanc – rocznik 2011 wypadł przyzwoicie. Poziom win czerwonych w Polsce jest dlatego trochę wyższy, że po pierwsze, intensywnym owocem i ekstraktem można przykryć pewne techniczne wady, a po drugie – dominujące u nas odmiany Regent i Rondo są zdecydowanie ciekawsze od większości odmian białych.

Tyle smutnych podsumowań, pochwała najciekawszych win w kolejnym wpisie.

VII Konwent Polskich Winiarzy

Trzeci pozytyw: mamy liderów i potrafimy zorganizować dużą winiarską imprezę. (Na zdjęciu Roman Myśliwiec).

Zobacz także: fotoreportaż z Konwentu, Mariusza Kapczyńskiego zdjęcia oraz historia Konwentu Polskich Winiarzy, sprawozdania Agnieszki Wyrobek-Rousseau, Tomasza Prange-Barczyńskiego i Kuby Janickiego.

Czytaj dalej »

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 133 obserwujących.