Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Corvina’

Pozdrowienia z Werony. 67 dziennikarzy z całego świata degustuje 67 różnych Amarone z nowego rocznika 2008. Trudna sprawa. Wina są bardzo młode (niektóre z nich wciąż leżakują w beczce i próbowane były w drodze wyjątku), a przecież Amarone to wino do długiego i bardzo długiego starzenia (Bertani 1964 pity nie tak dawno był wciąż za młody). Do tego dochodzą problemy, o których pisałem już dawniej: wiele win jest przesadzonych, zbyt skoncentrowanych, często półwytrawnych, a rekordzista w roczniku 2008 osiągnął aż 18,27% alkoholu (sic!). Amarone, produkowane z rodzynek, a nie świeżych winogron, zawsze jest winem bardzo mocnym, ale jest duża różnica pomiędzy winem z 15% alk. a 18. To ostatnie nie bardzo nadaje się do tego, do czego Amarone jest stworzone – jedzenia.

appassimento grapes drying for amarone

Grona ususzone na Amarone.

2008 jest tak zwanym rocznikiem „klasycznym”, czyli nie można go zaliczyć do wielkich, takich jak 1995, 1998, 2001, 2004. 2008 był bardzo deszczowy aż do sierpnia, a potem wyjątkowo suchy i ciepły. Wina są dość potężne, miękkie, ale bez głębi i struktury najlepszych Amarone. Jest w sumie typowym rocznikiem ery ponowoczesnej, kiedy robi się cora cieplej, wina tyją i spłycają się, choć przecież ten gęsty, zmysłowy charakter przysporzy im też wielu zwolenników.

Anteprima Amarone 2012

Degustacja nowego rocznika Amarone cieszy się ogromnym powodzeniem.

Sobotnia degustacja wypadła w sumie całkiem nieźle. Karykaturalnych nalewek babuni było tylko kilka. Tak krytykowane przeze mnie w roczniku 2007 Scarnocchio z winiarni Monte del Frà w 2008 jest udane, krągłe, owocowe i nieprzesadzone. Ze znanych nazwisk najlepiej wypadł nowoczesny, superowocowy Roccolo Grassi. (Trzeba jednak powiedzieć, że większość znanych producentów nie pokazała swoich win, m.in. Masi, Tedeschi, Speri, Allegrini, Bussola, Le Ragose, Sant’Antonio, Le Salette, Tommasi, Zenato, Brunelli, Trabucchi, Dal Forno, Quintarelli, co poważnie osłabia wartość poznawczą tego panelu). Degustacja w ciemno obfitowała w niespodzianki, a największą jest wysokie miejsce w moim rankingu dwóch win od gargantuicznego hurtownika PasquaCecilia Beretta i Villa Borghetti. To tak jakby Tata w wyścigu w ciemno wyprzedziła Alfa Romeo.

Roccolo Grassi Amarone della Valpolicella 2008

Na razie najlepsze Amarone 2008.

Nie było więc tak źle, jak się obawiałem, ale też powodów do zachwytu wielu nie ma. Produkcję Amarone wciąż się zwiększa, sadząc winnice w mniej odpowiednich miejscach. Styl konkursowy z kolosalnym alkoholem, cukrem resztkowym i beczką wciąż zbiera laury. Coraz mniej produkuje się prostej Valpolicelli, genialnego wina obiadowego – 20 lat temu stanowiła 80% produkcji apelacji, dziś niespełna 50%. Odwiedziłem pięć winiarni i wszędzie o podstawową Valpolicellę Classico musiałem specjalnie się upominać, bo była schowana w kącie, a na stole stały wina „importanti”, jak się tutaj określa coś, czego nie da się dużo wypić. Winiarze oddalają się od zwykłego, lokalnego konsumenta, stawiają coraz bardziej na szpan, prestiż i status, Amerykę i Chiny, a potem dziwią się, że konsumpcja we Włoszech spada na łeb. Zjadłem tu cztery posiłki i żadnego wina nie byłem w stanie skończyć do wołowej pieczeni i serowych gnocchi. Tylko w jednej butelce – Bertani Amarone 2004 – odnalazłem świeżość, soczysty, niezamulony garbnik, słone nuty podbijające apetyt, silną, pozytywną energię sprawiającą, że ma się ochotę wypić całą butelkę, a nie sączyć przez miesiąc przy kominku jako zamiennik single malta. W Valpolicelli coś się musi zmienić. Albo powrót do źródeł (jaki następuje np. w Chianti i Barolo), albo złota klatka „luksusowej marki”.

Carlo Boscaini Valpolicella Classico 2009

Takiej leciutkiej Valpolicelli już nie ma.

(więcej…)

Reklamy

Read Full Post »

Odszedł Giuseppe Quintarelli, wielki włoski winiarz, legenda Valpolicelli i Amarone. Miał lat 84.

Pierwszy raz spotkałem Quintarellego w 2002 r. Jako skromny adept degustacyjnej sztuki wybrałem się do Mistrza niemal jak na pielgrzymkę. Poruszałem się wówczas autostopem, a podwożący mnie dentysta z nabożeństwem wymawiał nazwisko Quintarelli; nawet dla tzw. szerokiej publiczności był prawdziwą legendą. Serce zabiło mi jeszcze szybciej, gdy ostatnie kilometry pod górę pokonywałem piechotą. Żadnego drogowskazu, na cyprysowej alejce żadnego anielskiego chóru, a przecież dotarłem na Parnas włoskiego wina. Przywitał mnie sam Quintarelli, surowy, milczący, wspaniały jak skrzyżowanie Buddy z Zeusem.

Giuseppe Quintarelli

Giuseppe Quintarelli. © Ppow.com.br.

Obeszliśmy piwnicę, obejrzeli wielkie bałkańskie beki, symbol winiarskiej tradycji Italii, którego się nigdy nie wyrzekł, choć przecież tu i tam widniały także barriques (dojrzewało w nich wino z czystego Caberneta, dla tradycjonalisty to przecież anatema). W piwnicy było bardzo dużo butelek, bo wina Quintarellego spędzały w niej siedem, dziesięć, piętnaście lat. Winiarstwo jest sztuką czekania; nawet moje podstawowe wino może starzeć się piętnaście lat, mówił. Piętnaście? Niemożliwe.

Degustowało się przy drewnianym wiejskim stole z ławami, w malutkich kieliszkach ISO (kilka lat później na mojego Schotta odrzekł grzecznie “no, signore”). Butelki ze słynnymi, ręcznie pisanymi etykietami stały otwarte na tym stole i miało się wrażenie, że stoją tam od zawsze. Niektórzy się zresztą zżymali na to, że Quintarelli nie otwiera świeżych flaszek, bo jak tu oceniać wino otwarte od miesiąca? Pewien angielski dziennikarz, którego kiedyś na górę zabrałem, powtarzał w drodze powrotnej: “oxidised, oxidised”. Szczerze mówiąc utleniony był bardziej on, bo wina Quintarellego nawet po paru tygodniach szokowały mocą i żywotnością. Mocą, koncentracją, złożonością, niesamowitą rozłożystością. Ich struktura miała w sobie coś z kolosalnego włoskiego gotyku, wprawiała zarazem w onieśmielenie i zachwyt. Tak, wina jak katedra, jak symfonia, mieszczące w sobie cały świat.

Z Quintarellim nie rozmawiało się o winifikacji, o stylu nowoczesnym i tradycyjnym – sam opowiadał się za tradycją, ale nie uważał tego sporu za znaczący. Ważna była jakość, ale to też była sprawa zerojedynkowa. Jest albo jej nie ma; albo pracujesz odpowiednio ciężko, albo nie dajesz rady. Ciekawsze były rozmowy o przeszłości, o Valpolicelli w latach wojny, napełnianiu wielkich szklanych gąsiorów, które furmanką się zawoziło do Werony i sprzedawało do traktierni za parę lirów. Pod tym względem świat się bardzo zmienił. Teraz świat przychodził do Quintarellego, w kolejce po butelki ustawiali się Rosjanie i Japończycy, a nasz polski importer jego win – Salute – pierwsze zamówienie musiał składać nieomalże fortelem.

Niektórzy na Quintarellego psioczyli. Że za drogo, że wina zbyt skoncentrowane, masywne – nawet najprostsza tutejsza etykieta Primofiore warta była więcej niż niektóre Amarone, Quintarelli w zasadzie do wszystkich win używał suszonych gron, czyli techniki Amarone właśnie. Że wina na granicy wady, z lotną kwasowością, nutami politury, acetonu, utlenione. Oj tak, balansowały na granicy wady, ale po tej właściwej stronie, bo swej lotnej kwasowości umiały przeciwstawić ogromną moc owocu, winogronowy wulkan śmiejący się z upływu czasu – im były starsze, tym zdawały się młodsze, soczystsze; nie piłem nigdy wina Quintarellego, które wydawałoby się w pełni dojrzałe. Nawet podstawowego Primofiore.

Giuseppe Quintarelli Amarone della Valpolicella Classico Superiore 1993

Niezapomniane.

Wina Quintarellego balansowały na granicy wady, jak wiele wielkich win tego świata, Château Musar, Beaucastel, Nicolas Joly, lecz właśnie w tej chwili zadziwienia ujawniały całą swoją wartość. Obok pracy człowieka – a tę niesamowitą koncentrację osiągnąć można było tylko obsesyjną pracą – tkwiło w nich coś więcej, pierwotna moc, dzika ekspresja wina naturalnego avant la lettre, bo przecież Quintarelli swój styl wykuwał w czasach, gdy dominowały wina ultratechniczne, przemysłowe. Dziś jego butelki pije się w zupełnie innym kontekście.

Pić będziemy jeszcze długo, bo Valpolicella 1995 była ostatniej jesieni w świetnej formie (15-letnia Valpolicella!), Amarone 1993 pite niedawno z grupą winomanów odebrało nam głos, a to przecież nie była nawet Riserva, z której Quintarelli słynął najbardziej. Jak to się stało, że winiarz w drugim pokoleniu bez enologicznego przygotowania robił jedne z największych butelek świata? Tajemnicę zabrał ze sobą, pozostawił nieśmiertelne wina.

Read Full Post »

Jednym z najtrwalszych winomańskich stereotypów jest niechęć do dużych producentów. Duży nie ma prawa robić dobrego wina, bo nie ma mistycznego związku z terroir, nie dogląda o piątej rano każdego krzewu winorośli i na pewno dodaje do kadzi różnych enzymów i garbników z kasztanowca.

Przyznaję, że i ja ulegam temu stereotypowi, rzadko polecając Państwu wina od tzw. wielorybów, mastodontów czy innych kaszalotów winiarskiego świata. Ciekawsze historie można zwykle usłyszeć od małorolnego samotnika niż od dyrektora eksportu na Eurazję. Widmo powszechnej industrializacji wina powinno nam wszystkim spędzać sen z powiek i dlatego nie czuję się tak bardzo winny tego uproszczenia. Dobrze jest jednak pamiętać o różnicy pomiędzy dużym i dużym. Pomiędzy Dorato a Veuve Clicquot albo pomiędzy Carlo Rossim a takim na przykład Masim.

20 lat dla amarone to dużo czy mało?

Masi to włoski kolos, władający na przeszło 500 hektarach w swoim mateczniku – Valpolicelli, ponadto na 300 we Friuli, 75 w Toskanii i kilkuset w Argentynie. Producent, który swoją komercyjną wszechobecnością i stylistycznym średniactwem nie uwodzi koneserów i interpretatorów, lecz zwraca się świadomie do szerokich mas. Miliony butelek czyhają na nas nieustępliwie w większości włoskich restauracji i na wszystkich ważniejszych rynkach u czołowych importerów.

W Polsce tym importerem jest Centrum Wina. W ramach znakomitej serii degustacji (zupełnie niezauważonej w polskiej blogosferze) degustowaliśmy już tu stare burgundy od Drouhina, ciekawe wina ze stanu Waszyngton, tym razem zaś – wina Masi w obecności Raffaele Boscainiego, syna fundatora potęgi firmy Sandro Boscainiego (jednego z ciekawszych ludzi wina, z którymi miałem okazję rozmawiać). Raffaele to też nie byle kto – kieruje Gruppo Tecnico Masi, firmowym zespołem badawczym o dorobku większym niż niejeden uniwersytecki instytut winiarski. Ulepszył on m.in. technikę produkcji amarone (w 1964 to Sandro Boscaini wymyślił ripasso), zbadał ponad 100 tradycyjnych odmian winorośli (niektóre z nich, jak Oseletta, wybiły się na status gwiazdorski). Gruppo Tecnico, podobnie jak inteligentny marketing pod hasłem Valori veneti („Wartości weneckie”), odkłamuje wizerunek Masi jako bezdusznego giganta trzaskającego miliony identycznych flaszek. No i wizerunek ten odkłamują wina. W Centrum Wina odbyliśmy (to wciąż rzadkość w Polsce) podwójną degustację pionową, czyli tego samego wina w kilku rocznikach.

Raffaele Boscaini. © Istituto Grandi Marchi.

Zdumiewająca okazała się długowieczność Campofiorin. Jest to wszak dość zwyczajne w swym zamierzeniu ripasso, czyli Valpolicella refermentowana na skórka po amarone, jakich w regionie znajdziemy obecnie setki (obecnie w Masi nieco zmodyfikowano technikę produkcji, zamiast powtórnej fermentacji na wytłoczynach dodaje się porcję suszonych gron); nie jest to w młodości ani wino nadto skoncentrowane, ani głębokie. Za 76 zł nie kupiłbym ani jednej z miliona butelek rocznika 2007, cokolwiek prostego, topornego, choć niepozbawionego owocu i kwasowej werwy. Im jednak dalej sięgaliśmy wstecz, tym Campofiorin ujawniał więcej treści, a już 1997 zdumiał mnie swoją żywotnością i wciąż sporym potencjałem.

Z etykiety Campofiorin zniknęło dziś słowo ripasso.

Próbowaliśmy też pięciu roczników amarone, flagowego wina Masich w wersji podstawowej, od 1997 nazywanej Costasera (powstają tu też dwie prestiżowe wersje single vineyard). Przy amarone długowieczność jest założona z góry. Nie tak dawno degustowałem Masi Campolongo di Torbe 1990, a nawet Bertani 1964 i były to wina w znakomitej formie. Jak wypadło skromniejsze Costasera? 2006 był dobrze wyważony, kulturalny, bez większej masy, podobnie jak najnowsze wydanie Campofiorin – nie zrobił wielkiego wrażenia. Idealny do picia w tej chwili 1997 ze swym świetnym owocem wypadł lepiej od sławniejszego 1995,. Bardzo duże wrażenie zrobił 1990, wciąż młody, niezdradzający w niczym swego wieku, owocowo-herbaciany ze znakomitą kwasowością. 1988 jest dojrzalszy, ale nie schyłkowy, miększy, zmysłowy. Gdyby w kieliszkach pojawił się 1978, zapewne też nie byłby winem zmęczonym. Mam wrażenie, że wina Masi są zawsze w dobrej formie. Solidne, typowe, z osobowością, którą w zaślepieniu walki dużego z małym można przeoczyć.

Jakość starych win nigdy nie jest przypadkiem.

(więcej…)

Read Full Post »